Mówią, że żałobę nosi się w sobie. U jednych ten czas mija szybciej, u innych trwa nieco dłużej, są też tacy, u których nie pojawia się wcale. Po prostu idą dalej, kiedy życie podsuwa im nowe okoliczności. Bywają też osoby, dla których żałoba ciągnie się niemal przez całe życie, aż do samego końca. Szczerze mówiąc, nie wiem, do której z tych grup należę ja, może jestem gdzieś pomiędzy?
Wiem natomiast jedno, niedługo po moich urodzinach wydarzyło się coś dość niespodziewanego. Dostałem życzenia od znajomych z Francji – ludzi, których nie widziałem ani nie słyszałem od lat. Zaczęło się, jak to zwykle bywa, od kilku uprzejmości, krótkiej wymiany zdań, ale rozmowa ma to do siebie, że potrafi niespodziewanie popłynąć w stronę, której się nie planowało. I tak od słowa do słowa dowiedziałem się rzeczy, które przede mną skrywano. Nawet teraz nie wiem, czy w ogóle chciałem je znać, ale cóż, teraz już wiem.
Co ciekawe, nie było mi ani przykro, ani nie wpadłem w żaden dołek, wręcz przeciwnie – coś bardzo szybko przestawiło mi się w głowie. Obiecałem sobie, że to już jest koniec rozmyślań nad przeszłością. Nie będę się zastanawiać „co by było, gdyby”, nie zamierzam też poświęcać zbyt wiele czasu na rozkładanie na części pierwsze dawnych historii. Tamto się skończyło, coś nowego się zaczęło, liczy się to, co tu i teraz.
Nie mam żadnych pretensji do przeszłości, ani do siebie, ani do innych. To trochę tak, jakby ktoś grubą kreską oddzielił to, co było, od tego, co jest. I jakoś tak czuję, że od teraz będzie mi łatwiej wspominać, jeśli w ogóle będę. Bez rozterek, bez nostalgii, bez rozdrapywania starych spraw, nie zamierzam się rozczulać nad przyszłością, nie szukam wspomnień na siłę, bo wiem, że przyszłość sama zadba o nowe. Stare sentymenty były i minęły, było pięknie, ale teraz liczy się dziś i tego już nic nie zmieni.
W tym roku bardzo chciałem wyjechać gdzieś jeszcze pod koniec roku. Bałem się, że się nie uda, bo moje ulubione biuro podróży akurat nie organizowało niczego, co by mi odpowiadało. Ale, jak to często bywa, przypadkowa rozmowa ze znajomymi i odrobina namowy zrobiły swoje. Okazało się, że jest opcja – i tak w październiku lecę: Arabia Saudyjska i Kuwejt za jednym zamachem. Dwa ciekawe kraje, dokładnie na takich zasadach, na jakich chciałem, udało mi się nawet kupić bilet w całkiem przyzwoitej cenie.
Bardzo się z tego cieszę. To już tylko trzy miesiące do kolejnej fajnej przygody. I nie organizuję tych wyjazdów, żeby komuś zaimponować, żeby ktoś mi zazdrościł albo żebym mógł pokazać, jakie to mam „klawe” życie. Robię to, bo to sprawia mi radość, bo to właśnie dzięki temu czuję, że żyję i jak dla mnie, to mi zupełnie wystarczy.
