Koniec roku 2025

Ostatniego dnia roku zacząłem układać swoje roczne podsumowanie. Z głową pełną wspomnień i z tym charakterystycznym uczuciem niepokoju i ekscytacji. Szczere spisywanie historii i wydarzeń z własnego życia ułatwia mi samopoznanie, wzrost samooceny i dopinguje mnie do zmian. Taka pisemna ekspresja to dla mnie prywatna mapa skarbów, bywa wielce przydana podczas przemiany, bo ułatwia zmianę narracji, daje kopniaka motywacyjnego i pomaga w podbijaniu samooceny. Mogę wracać do myśli zapisanych po dniu, pięciu, miesiącach i dokonać korekty jakiegoś etapu w życiu. Sprawdzać kim wtedy byłem, co mnie bolało a co już dawno przestało.

Dzięki pisaniu mogę śledzić swoje postępy i dostrzegać schematy w swoim zachowaniu i szukać sensownej dalszej drogi życiowej.

Nauczyłem się cieszyć, gdy przyjaciele odwołują spotkanie, zwalniając obie strony z obowiązku życia towarzyskiego. Cieszę się, że zostawiają mnie w spokoju. Gdy słyszę od bliskich, traktujących o mężach i dzieciach, łapię się na tym, że zamiast odczuwać jakiś brak, porażkę, ukłucie „gorszości”, czuję ulgę.

Gdy słucham o wychowaniu lub pracy z neuroaktywną nową generacją z: dysleksją, dyskalkulią, dysortografią czy dysprakcją łeb mi pęka i trudno wynaleźć mi sposób żeby o wszystkim zapomnieć i się zrelaksować.

Im jestem starszy, tym bardziej nabieram przekonania, że jestem jedną z tych osób, którym lepiej jest w pojedynkę. Co więcej potrzebuję bycia samym, żeby rozwijać najlepszą, świeżą zaktualizowaną, wersję samego siebie. Przez wiele lat uporczywie wmawiano mi „normalnie”  to znaczy w parze, według instrukcji i oczekiwań społecznych. Dociera do mnie że marnowanie czasu na żal nie przynosi rezultatów.

Nadal lubię poznawać nowe osoby i nauczyłem się rozumieć, że nie przeszkadza mi czyjeś duże ego o ile dana osoba nie karmi się wykonywanym zawodem, na ten sygnał uczulony jestem jak na pyłki w maju, natychmiast znika zainteresowanie poznawaną osobą.

Szczęście przynosi mnie uczenie się czegoś nowego, obiecałem sobie że co roku będę starał się przyswoić albo nauczyć choćby jednej nowej umiejętności – nie do wszystkiego mam predyspozycje i kompetencje, ale będę próbował zrealizować swój cel…

Tak ostatniego dnia roku zacząłem układać to podsumowanie…

Tuż przed 17.00 w środę, w trakcie szykowania się do wyjścia na sylwestrową domówkę zadzwoniła V. ze Szwajcarii. W drugim zdaniu powiedziała, że przed momentem zmarła K. Trzecia osoba z naszej dawnej szwajcarskiej biurowej ekipy spiskowców. Po tej informacji cały świat zwolnił, sylwester przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Myśli zaczęły krążyć tylko wokół wspomnień, wydarzeń, rozmów, śmiechu sprzed lat i nie byłem wstanie myśleć już o niczym innym.

Opublikowano Brak kategorii | Możliwość komentowania Koniec roku 2025 została wyłączona

Kończąc ten rok

Koniec roku zawsze skłania mnie do małego przestoju i obejrzenia się przez ramię na to, co przyniosło ostatnie dwanaście miesięcy. Patrząc wstecz, czuję dumę i zwykłą, ludzką radość, zwłaszcza gdy myślę o zupełnie nieplanowanym wyjeździe do Kataru. Nigdy bym się nie spodziewał, że los dorzuci mi taką kartę na samą końcówkę roku, była to miła odmiana, solidny zastrzyk adrenaliny, trochę komplikacji i sporo niewiadomych… ale koniec końców wyszedłem z tego cało, bogatszy o kolejne doświadczenie i kilka historii do opowiadania.

Większość zaplanowanych celów udało mi się zrealizować. Owszem, nie dotarłem do Algierii, nie wróciłem do Korei ani Japonii, ale byłem w tylu innych pięknych, egzotycznych miejscach, że nazywanie tego porażką byłoby zwyczajnie niesprawiedliwe. To był rok pełen nieustającej drogi, zmian i małych zachwytów po drodze.

Zawodowo też nie było nudno. Nowy projekt skutecznie spędza mi sen z powiek – biorę go na klatę, jak trzeba, choć znając firmowe realia, marzy mi się, by jak najszybciej przekazać go dalej i złapać oddech.

A Sylwester? Planowałem Poznań, ale życie znów postanowiło napisać własny scenariusz. Nie dotarłem do Łodzi, nie było teatru, Poznań też odpłynął gdzieś w siną dal. Zamiast tego zostaję we Wrocławiu, w kameralnym gronie, na domowej imprezie, na którą zaprosiła mnie znajoma i brzmi to tak idealne, spokojne domknięcie intensywnego roku.

Opublikowano Brak kategorii | 4 Komentarze

Grudniowe wolne dni

Myślałem, że wyjazdy, przynajmniej na jakiś czas, dobiegły końca. Elastyczność i otwarta głowa okazały się mieczem obosiecznym: praca weszła mi na głowę i z butami. Oczekiwania były proste, ale bardzo brutalne – mam być gotowy zawsze, o każdej porze dnia i nocy, niezawodny, dyspozycyjny, gotowy w każdej chwili wywrócić swoje życie do góry nogami. Plany prywatne – do kosza. Życie osobiste – na pauzie. Byleby dowieźć temat, najlepiej na wczoraj, a potem paść na twarz, ale z satysfakcją, że mi się udało i że wszystko odbyło się na czas.

Nie narzekam i nie żałuję. Ostatnie miesiące były jak jazda bez trzymanki: intensywne, bez chwili nudy, pełne nauki i nowych doświadczeń. Podobała mi się ta adrenalina, ta niepewność, co przyniesie kolejny dzień. Na fali dobrego humoru, poczucia sensu i lekkiego samozadowolenia zgłosiłem się na wyjazd do Indii. Plan wydawał się idealnie skrojony pode mnie. Niestety spalił na panewce. I nagle nie muszę już kombinować, jak wyglądałoby życie i praca w Indiach. Nie zniechęciłem się do takich pomysłów, ale na ten moment nie mam ochoty zakładać rękawic i sprawdzać, czy znów dam radę. Po prostu chce usiąść, złapać oddech i przeżyć życie bez presji.

Coraz częściej nachodzą mnie myśli, że jedno wydarzenie pociąga za sobą kolejne. Czyjaś decyzja, przypadkowy zbieg okoliczności i po latach okazuje się, że to było czyste szczęście. Gdybym kilka lat temu nie poleciał z M. na urlop, nie wsiadłbym do samolotu do Bejrutu, gdybym nie poleciał do Bejrutu, nie usłyszałbym o Lupine. A bez Lupine nie byłoby Syrii, Pakistanu, Iraku, Libii, Afganistanu, Arabii Saudyjskiej ani wszystkich pięciu byłych republik radzieckich. I co najważniejsze – nie byłoby tylu fantastycznych ludzi na mojej drodze.

Podróże w odległe, czasem niebezpieczne zakątki świata przyniosły mi znajomości, które trwają do dziś i otworzyły zupełnie nowy rozdział w moim życiu. Na początku grudnia F. i P. przylecieli do mnie z Londynu na świąteczne jarmarki. Była kolacja, było włóczenie się po mieście, moje ulubione miejscówki i długie rozmowy do późna. A jak to bywa w takich chwilach pojawiły się nowe, wspólne plany podróżnicze: Bangladesz, Bhutan i Afryka Zachodnia, jeśli nie w przyszłym roku, to w 2027, bo potrzeba przygody, nawet jeśli chwilowo u mnie przycichnie, nigdy nie mówi ostatniego słowa.

Opublikowano Brak kategorii | 4 Komentarze

świąteczny czas

Kiedyś gdzieś, ktoś stwierdził półżartem, że w życiu nie zawsze jest szampan. I z czasem zrozumiałem, jak bardzo te słowa są prawdziwe. Lubię myśleć o sobie jako o kimś odważnym, choć widzę, że ta moja „odwaga” to zwykła elastyczność, umiejętność żeglowania między burzami oraz sztuka stwarzania pozorów: że jestem bardziej wykształcony, bardziej pracowity, bardziej gotowy niż w rzeczywistości. A przede wszystkim – umiejętność pracowania w sposób, by się nie przepracować.

Patrząc wstecz, zauważam, że życie rzadko stawia przed nami tylko jedne drzwi wyboru. Przeciwnie – mijamy ich setki. Jedne trzasną nam przed nosem, inne uchylają się na moment, jeszcze inne prowadzą do miejsc i osób, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Drzwi, furtki, dzikie przejścia między światami,, każde takie wejście czy wyjście przenosi nas do innej sfery, gdzie czekają nowi ludzi, nowe nastroje, nowe wersje nas samych.

I przychodzi taki czas, kiedy otwierają się przede mną drzwi, które wymagają nie tyle odwagi, co zasobu przeżyć i dystansu. Z wiekiem łatwiej mi przyjąć ogólny chaos istnienia – więcej we mnie zgody na to, kim jestem, i więcej luzu do wszystkiego, co kiedyś wymagało ode mnie pełnego wysiłku i wewnętrznego spięcia, jakby cały świat czekał na mój ruch. Nadal się martwię, nadal analizuję wszystko w głowie po dziesięć razy, ale już potrafię z tym żyć, i w tym tkwi ta zmiana. To nowe otwarcie – świadomość, że nie będę już kimś zupełnie innym. Ponad połowa życia za mną, więc nie ma sensu udawać, że da się radykalnie przemodelować duszę, są rzeczy, nad którymi już się nie pochylę, bo nie chcę i nie muszę.

Moja praca bywa jak wędka rzucona w nieznane. Chwilami czuję, że to ciężki kawałek chleba, pracuję jak wół i oddaję temu serce, choć oczywiście lubię to, czym się zajmuję. A jednak, kiedy przyglądam się sobie z dystansu, widzę również tę drugą stronę: czasami naprawdę miewam fajowe życie. Zabawne, pełne ludzi, których kocham obserwować i z którymi chce mi się gubić czas.

Właśnie dlatego tak często wracam myślami do mojej biurowej ekipy – ulubionych spiskowców korporacyjnej codzienności. Ostatnio zorganizowaliśmy sobie firmową, świąteczną kolację, w przytulnej knajpce pod wrocławskim nasypem. I może to brzmi szumnie, ale wiem, jak wyjątkowa jest więź, którą tworzymy. Każdy z nas inny, każdy prowadzi osobne życie, a jednak kiedy siadamy wspólnie przy stole, organizujemy wspólny pomysł, coś zaskakuje jakbyśmy tworzyli własną minihistorię, którą potem opowiadamy rodzinom i znajomym. Cieszę się na każde spotkanie, na każdy wspólny pomysł, bo jakkolwiek banalnie to brzmi – po prostu świetnie wychodzi nam bycie razem – lekko, naturalnie, bez wysiłku a efekty zawsze są zaskakująco dobre.

Dlatego pierwszy raz od wielu, wielu lat pozwoliłem sobie na coś tak prostego, a jednocześnie magicznego – wybrałem się na świąteczne jarmarki. Grzane wino, stragany, światełka, śmiech, kolejni ludzie spotykani po drodze. Wspólnie z moją piątkową ekipą przemierzaliśmy trasę naszej eskapady, krok po kroku, stoisko po stoisku, jakbyśmy wracali na chwilę do dziecięcych lat, kiedy zimowe wyjścia miały w sobie obietnicę przygody.

Może w życiu faktycznie nie zawsze jest szampan. Ale czasem jest grzane wino, dobre towarzystwo i świadomość, że te zwykłe chwile tworzą najbardziej niezwykłe wspomnienia.

Opublikowano praca | Otagowano , | 3 Komentarze

Ofiara własnej elastyczności – z biura do łóżka i z powrotem

W końcu się ulało, postawiłem się, powiedziałem wprost: albo wóz, albo przewóz. Ile można być cierpliwym i elastycznym niczym guma do żucia? Granice są po to, żeby ich pilnować, nie mam już siły tłumaczyć, dlaczego w święta chcę być w domu, a nie w Katarze, gdzie Boże Narodzenie nie istnieje nawet w wersji „light”. Posiadanie lub brak rodziny nie ma tu nic do rzeczy, po prostu czasem człowiek potrzebuje karpia, widoku rodziców, a nie palm i 40 stopni w cieniu.

Dwa dni później los, jak to ma w zwyczaju, postanowił się sprawić mi psikusa i rzucił mi nowe wyzwanie – projekt w Londynie. Klient zatrudnił mnie po rozmowie, która trwała 30 minut. Z jednej strony satysfakcja, z drugiej – klasyk: natychmiast musiałem domknąć stare sprawy i ogarnąć nowe. Udało mi się wynegocjować pracę w poniedziałek i wtorek, płatne 200% pomyślałem więc – zdążę, będzie relaks, praca, balans i ekstra premia.

A potem nadeszła sobota, wyszło słońce i wszystko się posypało: cudowne śniadanie we wrocławskiej śniadaniówce, potem spacer, relaks, kino i film edukacyjny o „życiu w rodzinie”, z przesłaniem w stylu: gdyby kobieta słuchała męża, chodziła jak na zegarku, świat byłby lepszy. Po seansie musiałem odreagować – ostrygi na lunch, koktajl w hotelowym barze, niedziela nie mniej upojna.

Wieczorem w niedzielę przyszła kara za grzechy lekkiego życia – katar, osłabienie, ból głowy, czyli klasyczny zestaw „złapałem wirusa, bo za dobrze mi szło”. W poniedziałek ledwo żywy odpaliłem komputer, żeby na pilocie „kontrolować sytuację” czytaj: gapić się w ekran i udawać produktywność. Wieczorem odbyłem spotkanie z kimś ważnym, które całkiem namieszało mi w głowie. We wtorek był dramat, praca szła jak po grudzie, nie mogłem się skupić, a wyrzuty sumienia podpowiadały, że klient płaci, a ja pompuję powietrze i dostarczam pusty wzrok.

Dzisiaj zebrałem się w sobie, przywlokłem do biura, i żeby odkupić swoje grzechy, kupiłem dla znajomych pół blachy szarlotki. Pośmialiśmy się, było miło, ale kiedy usiadłem do biurka… no cóż, mózg nadal odmawiał współpracy. Coraz częściej myślę, że nowy klient wkrótce się mnie pozbędzie, bo zamiast błyszczeć jak środek trwały po tuningu, ja bujam w obłokach.

Opublikowano praca | Otagowano | 9 Komentarzy

Seria niefortunnych przypadków mojego ciała

Ostatnio mam wrażenie, że moje ciało zapisało się na jakiś półmaraton chorób i kontuzji, z nagrodą główną w postaci zestawu leków i pucharu z taśmy. Co kilka dni dopada mnie coś nowego: raz wirus, raz zatrucie, a czasem ból w miejscu, którego bym się nie spodziewał.

Na pierwszy ogień poszedł nadgarstek, prawa ręka postanowiła wziąć urlop zdrowotny bez konsultacji ze mną. Ortopeda obejrzał, zamruczał coś o rehabilitacji, po czym skierował mnie na termin za tysiąc lat. W międzyczasie zdążyłem polecieć do Arabii Saudyjskiej, wrócić i nadgonić parę seriali w internacie. W końcu dałem za wygraną i umówiłem się prywatnie, pan rehabilitant w magiczny sposób poskładał mnie, pokleił różnobarwnymi taśmami jak prezent pod choinkę i po dwóch tygodniach cud, bo nic nie boli, nic nie strzyka, a ja wreszcie mogę spać bez jęków po przebudzeniu.

Potem przyszła kolej na covida, który prawdopodobnie przygarnąłem gdzieś między gate’em 14 a 16, bo po locie zacząłem smarkać i prychać jak stary zdechlak. Ból ucha był bonusem gratis, ale przynajmniej nie musiałem zaiwaniać do pracy, trochę odpoczynku, dużo leżenia i jakoś wyszedłem na prostą.

Ledwo co się pozbierałem, to przyszło zatrucie z gatunku „wyciskacz z życia”. Parę kilo z głowy, odwodnienie, zero siły, tylko elektrolity i nadzieja, że kiedyś jeszcze spojrzę na jedzenie bez strachu.

To nie koniec, był deser – podczas golenia zaciąłem się, nic wielkiego do czasu, aż moja szyja zamieniła się pole uprawy bakterii, z wysypką i krostami w pakiecie. Marzyłem tylko o tym, żeby móc chodzić w golfie i nie pokazywać się ludziom na oczy.

Pogoda zrobiła się nieprzewidywalna, co też nie pomaga, bo raz upał, raz wiatr i klimatyzacja dorzuca swoje trzy grosze. Ciągle coś mnie łapie, a ja próbuję doprowadzić się do stanu używalności.

Byleby jeszcze tylko dociągnąć do końca roku.

Opublikowano Brak kategorii | 15 Komentarzy

Dziwny stan rozkołysania

Pękła bańka mydlana, lśniąca mirażem obietnic. Z jej pęknięciem coś się we mnie uspokoiło, przestałem planować, dostosowywać się, kalkulować, jak wszystko pogodzić – plany prywatne z zawodowym, codzienność z marzeniami. Na chwilę zapanowała cisza, nie taka z braku dźwięków, ale ta, która pozwala po prostu być i oddychać bez pośpiechu.

Mam do siebie trochę żalu – za tamten moment zawahania, za te niewysłane papiery na rolę, która tak bardzo mi się podobała. Z drugiej strony, pracę dostała moja ulubiona koleżanka, a wiem, że naprawdę potrzebowała zmiany – i to mnie jakoś uspokaja.

Ostatnio znowu śnią mi się dziwne rzeczy. Nie koszmary, raczej „sploty niepokoju” – takie, po których budzę się z uczuciem że coś przegapiłem, że czegoś nie dopilnowałem. W nich ciągle jestem w szkole, myślę, że zaraz zacznie się lekcja, że trzeba coś nadrobić, że może być niezapowiedziana kartkówka, że nie mam uzupełnionych notatek albo że zbliża się termin sprawdzianu i wystawiania ocen. Głowię się, z czego jeszcze nie mam oceny, czy mam zeszyt, czy pożyczyłem go komuś. Nerwowo próbuję coś nadrobić, odzyskać kontrolę nad czymś, co dawno już minęło.

I dopiero po chwili dociera do mnie, że szkoła została daleko za mną. Ten moment olśnienia – pół sen, pół jawa – jest bardzo kojący, jakby ktoś zdjął ze mnie ciężar dawnych oczekiwań. Może to jakieś echo przeszłości, tamtych lat, kiedy wszystko wydawało się tak ważne, a teraz mogę już oddychać spokojniej.

Opublikowano Brak kategorii | 6 Komentarzy

W zawieszeniu

Wróciłem do Polski, wróciłem do domu. Zorganizowałem się po powrocie jak należy tzn. pranie, porządki, awiza, rachunki – pełen pakiet. Udało mi się nawet wyjść na prostą z wszystkimi zaległościami, więc mogę śmiało powiedzieć, że życie po podróży wróciło na tory.

Spotkałem się z rodzicami, zaprosiłem ich na obiad na mieście, żeby nie było, że tylko oni mnie karmią, a przy okazji wpadłem też sam do fajnej restauracji, bo naszła mnie niepohamowana ochota na ostrygi. I tak sobie pomyślałem, że jestem gotowy na nowe wyzwania, zobowiązania, wyjazdy. Nic mnie na miejscu nie trzyma.

Odwiedziłem biuro i to kilka razy, żeby sprawdzić, czy wszyscy żyją i czy pojawiły się jakieś nowe twarze. Wpadły też lunche ze znajomymi – jeden, drugi, trzeci – więc szybko byłem na bieżąco z tym, co słychać. Zrobiłem też zaległe rzeczy, ukończyłem szkolenia i… w zasadzie byłem gotowy ruszyć dalej.

Napisałem więc do mojej pani z Kataru, czy mam się szykować na nowy wyjazd. Odpowiedź: „Jeszcze nie, umowa niepodpisana, proszę o cierpliwość.” No i tak mija tydzień, drugi, trzeci – a ja dalej nie wiem, na czym stoję.

Poszedłem więc do przełożonej, usłyszałem, że wszystko jest „na najlepszej drodze”, żebym się nie martwił i po prostu poczekał. Dziś nawet odebrałem telefon z potwierdzeniem, że „są świadomi sytuacji i lada dzień będzie decyzja”.

Lada dzień… tylko że ten „lada dzień” trwa już trochę za długo. Więc siedzę w zawieszeniu, spakowany w głowie, ale wciąż w Polsce. Dziwne uczucie.

Opublikowano Brak kategorii | 6 Komentarzy

Kuwejt – dzień 2 – Wyspa Failaka – most między cywilizacjami

Na wschód od Kuwejtu, zaledwie 15 kilometrów od brzegu, leży Failaka – niewielka wyspa, którą dziś zamieszkuje może z 200 osób. Można się tam dostać promem w nieco ponad pół godziny. Na pierwszy rzut oka wygląda spokojnie, niemal sennie, ale pod powierzchnią tej ciszy kryje się historia pełna dramatyzmu i kontrastów. Prywatnie trudno jest się tam dostać ze względu na nieregularne połączenia, w związku z tym że stanowiliśmy zorganizowaną grupę naszemu przewodnikowi udało się wynająć łódkę która nas tam zawiozła.

Pbecnie Failaka jest miejscem działalności wielu misji archeologicznych, które odkrywają kolejne ślady starożytnych kultur. Znaleziono tu pieczęcie, monety, fundamenty fortec i świątyń – ślady niezwykłej historii, w której spotykały się kultury Wschodu i Zachodu.

Nazwa „Failaka” oznacza „posterunek” lub „placówkę”. To dobre określenie, bo wyspa od wieków pełniła strategiczną funkcję – była punktem handlowym, miejscem wymiany kulturowej, ale i militarnym bastionem.

Historia wyspy przybrała dramatyczny obrót w 1990 roku, gdy podczas inwazji Iraku na Kuwejt wyspa została zajęta przez irackie wojska. Stoczono tu bitwę między kuwejckimi żołnierzami a Irakijczykami – przegraną przez tych pierwszych. W czasie okupacji Irakijczycy założyli na wyspie bazę wojskową, a ludność cywilna została wysiedlona. Po wyzwoleniu Kuwejtu w 1991 roku wyspa była zaminowana i zniszczona, a jej mieszkańcy długo nie mogli na nią wrócić.

Do dziś można tu zobaczyć pozostawione wraki czołgów, ciężarówek i sprzętu wojskowego – milczące świadectwo tamtych wydarzeń. To niezwykłe, trochę złowrogie muzeum pod gołym niebem, które jednocześnie fascynuje i przygnębia.

Po wojnie wyspę rozminowano i częściowo otwarto dla turystów. Dziś, mimo że nadal w pewnym stopniu wykorzystywana jest przez wojsko, Failaka zaczyna wracać do życia. Powstał tu niewielki kurort azyl z plażami, palmami i niewielkimi hotelami gdzie Kuwejtczycy przyjeżdżają na weekendowy odpoczynek. Rząd planuje rewitalizację wyspy w taki sposób, by połączyć nostalgię z nowoczesnością – zachować jej urok i pamięć o przeszłości, a jednocześnie stworzyć przestrzeń dla turystyki ekologicznej i edukacyjnej. Failaka ma wszystko, by stać się mostem między przeszłością a przyszłością: piaszczyste plaże, krystalicznie czystą wodę, dziką przyrodę i archeologiczne skarby. Stojąc tam, wśród ruin i wraków, trudno nie poczuć, że to miejsce symbolizuje cały Kuwejt – kraj, który z pustyni i wojennej traumy buduje nowe, spokojne życie.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 7 Komentarzy

Kuwejt – dzień 1

Nie będę ściemniał – Kuwejt kojarzył mi się dotąd co najwyżej z operacją „Pustynna Burza” i ogromnymi złożami ropy naftowej. Planując podróż do Arabii Saudyjskiej, wiedziałem jednak, że muszę choć na chwilę zahaczyć o to maleńkie państwo, z czystej ludzkiej ciekawości.

W Kuwejcie do naszej grupy dołączyły dwie nowe osoby. Ponieważ reszta znała się już dobrze, zaproponowaliśmy im wspólną kolację i wieczorny spacer. Kuwejt odebrałem jako miejsce bezpieczne, czyste i nowoczesne – zachwyca architekturą, ale wymaga też przestrzegania lokalnych zasad. Nasza pilotka przypomniała nam, żeby mimo upału nie wychodzić w krótkich spodenkach. Nie dlatego, że są zakazane, ale, jak powiedziała, „będziecie jedynymi tak ubranymi na ulicy”.

Co ciekawe, w pobliskim parku Al Shaheed okazało się, że to raczej my byliśmy w mniejszości. Wszyscy lokalni mężczyźni chodzili w spodenkach. Tłumaczyłem to sobie tym, że przyszli tu biegać a w tradycyjnych kefijach czy długich szatach byłoby im przecież niewygodnie.

Jak w wielu innych krajach regionu, często brakowało nam chodników. Tutaj się po prostu nie spaceruje, dotarcie gdziekolwiek pieszo jest wyzwaniem, a na krótkich dystansach szkoda było czekać na Ubera. Przechodzenie przez trzypasmową ulicę to prawdziwa sztuka przetrwania, o czym przekonywaliśmy się kilka razy dziennie.

Sam park Al Shaheed zrobił na mnie przyjemne wrażenie: zadbany, pełen zieleni i kontrastów, z jednej strony pustynny klimat, z drugiej spektakularne fontanny i restauracje serwujące przepyszne jedzenie. Co chwila mijaliśmy grupki mężczyzn zasiadających w dwanije, czyli wieczornych męskich zgromadzeniach towarzyskich.

Kuwejt nie posiada naturalnych źródeł wody pitnej, całość pozyskuje z odsalania wody morskiej, co pochłania ogromne ilości energii. Trudno mi sobie wyobrazić, jak kosztowne musi być utrzymanie tych wszystkich parków i zielonych trawników przy temperaturach sięgających latem niemal 50°C.

Miejscem, które szczególnie zapadło mi w pamięć, było Muzeum Męczenników, z zewnątrz wyglądający jak wojenny urbex – zniszczone fragmenty budynku, ściany podziurawione kulami. Wszystko pozostawiono celowo, by przypominało o krwawej, dziesięciogodzinnej obławie sił irackich na kuwejcką partyzantkę. Naprzeciwko muzeum stał iracki czołg użyty w bitwie niemal symboliczny świadek tamtych wydarzeń.

Kuwejt to jedno z najbogatszych państw świata pod względem zasobów ropy, jej złoża leżą tak płytko, że koszty wydobycia są najniższe na świecie. Nic dziwnego, że kraj jest od niej całkowicie uzależniony. W KOC Center mogliśmy poznać technologie wydobycia i zobaczyć wystawę poświęconą katastrofie z 1991 roku, gdy wycofujący się Irakijczycy podpalali szyby naftowe. To, co czytałem kiedyś w raportach podczas projektu w Katarze, tutaj mogłem zobaczyć na własne oczy i poczuć skalę zniszczeń.

Ogromne wrażenie zrobił też na mnie targ rybny, mieszczący się w pięknym budynku w kolorze pustyni, tuż przy porcie. Stąd rozciągał się wspaniały widok na zatokę pełną jachtów i wieżowców. Pomimo intensywnego zapachu i śliskich chodników pokrytych resztkami ryb, warto było się tam wybrać po to tylko by zobaczyć dziesiątki egzotycznych gatunków o niezwykłych kształtach i kolorach.

Nie sposób pominąć Souk Mubarakiya – ogromnego bazaru, którego historia sięga ponad 200 lat, czyli czasów sprzed odkrycia ropy. Zniszczony w czasie wojny został odbudowany i dziś uchodzi za najbardziej autentyczne i klimatyczne miejsce w całym Kuwejcie.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze