Berno – dzień 1

Fajnie jest pracować we Wrocławiu, kiedy w perspektywie ma się comiesięczną wizytę w Szwajcarii. Po mimo, że taki wyjazd w ogóle się nie kalkuluje i lepiej byłoby raz w miesiącu latać coraz to w nowe miejsca i tak nie żałuje. Po prostu miła odskocznia od polskiej bylejakości małostkowości i bałaganu.

M. przywitał mnie świeżym ostrygami, które zamówił specjalnie na mój przyjazd. Wieczorem spotkałem się w K. na kolacji w Rialto. Miałem wrażenie jakbym nigdy stąd nie wyjeżdżał a my dwoje jak zwykle spotykamy się w tym samym miejscu co zawsze jakbyśmy widzieli się wczoraj.

Wieczorem M. dobił mnie informacją, że mamy zaległe podatki do zapłacenia za lata 2015 – 2016. Wystarczyłoby na nowy samochód albo na wakacje na Hawajach, a tak spłacam nie swoje długi. M. wzruszył jedynie ramionami, bo nie zdziwiło go, że z roku na rok płacił śmiesznie niskie podatki, beztrosko pożyczał pieniądze swojemu bratu, żył ponad stan a kolejna pożyczka z banku albo ode mnie to dla niego najłatwiejsze rozwiązanie i sprawa jest załatwiona. Zmęczyła mnie ta jego beztroska i zupełna nonszalancja w podejściu do pieniędzy.
Chce stąd uciec, od niego, od problemów, od nas.

Opublikowano podroze, Szwajcaria | Otagowano , | Dodaj komentarz

Już ponad miesiąc minął odkąd jestem we Wrocławiu

Nawet nie wiem kiedy minął miesiąc odkąd zacząłem w Polsce nową pracę. W ogóle tego nie czuję, że mieszkam teraz we Wrocławiu, że zmieniłem centrum życia zawodowego, ciągle wydaje mi się, że za kilka dni i tak wrócę do Szwajcarii, do domu do M. Przez kilkanaście lat w ten właśnie sposób funkcjonowaliśmy, więc wcale mnie to nie dziwi, że nie potrafię się po prostu przestawić. Znajomym i przyjaciołom na pytanie jakie to uczucie wrócić do Wrocławia niezmiennie odpowiadam, że wcale nie czuję jakbym dokądś wrócił, we Wrocławiu tylko pracuję i ta sytuacja jest tymczasowa, jak długo mam tutaj pracę. Nigdzie nie wróciłem, tylko przyjechałem. Nie potrafię lepiej opisać tego uczucia. Dziś jestem we Wrocławiu, za rok mogę być w Zurychu, Amsterdamie albo Singapurze.

W pracy wciąż zdarzają się wpadki, już drugi raz w tym miesiącu padł mi komputer i na nowo musiałem instalować wszystkie programy i aplikacje. Sprawy nie ułatwia fakt, że szefową mam w Stanach, ani tym bardziej wewnętrzna polityka firmy dotycząca bezpieczeństwa i ochrony danych… Kiedyś czymś takim jak niesprawny outlook pewnie bym się stresował, że siedzę i komputer mi nie działa, ale teraz cieszyłem się z tego, że mam wolny dzień, nic nie musiałem robić, mogłem wyjść wcześniej do domu i w sumie cała sytuacja była mi po prostu na rękę.
Ktokolwiek wymyślił centralizację i outsourcing IT a tym samym likwidację lokalnych informatyków w firmie – mam nadzieję, że szlag go trafił. Wydajność pracy spadła, niezadowolenie pracowników wzrosło z powodu braku infolinii, spiętrzenie pracy, nadgodziny i mój wkurw na poziomie 11 w skali 1-10.

Zwykle po pracy wracam do mieszkania i wsiadam na rower robiąc 30-40 km nim zmęczony, ale szczęśliwy wracam do domu. W piątek było inaczej, po pracy wróciłem i walnąłem się z miejsca do łóżka, potem zrobiłem jeszcze zakupy do domu, szybkie pranie i zacząłem się pakować.
To był moja pierwsza podróż do Szwajcarii odkąd przeprowadziłem się do Polski i czuję się z tym jakoś dziwnie.

Opublikowano podroze | Otagowano | Dodaj komentarz

Dzień za dniem

Od dwóch tygodni przychodzi do mnie D. pomóc mi w okiełznaniu mieszkania, bo ostatnią rzeczą o jakiej marzę to wrócić do pustego mieszkania i zobaczyć jakie jest ono zapuszczone i zakurzone i że pół soboty zejdzie mi na pranie i sprzątanie, bo przecież nie będę mieszkał w chlewie. Kiedyś wymyśliłem sobie że byłoby zacnie nie musieć się o to martwić, wrócić w czwartek do domu i pomyśleć że zbliża się weekend który można spędzić miło, przyjemnie, z rodziną, z przyjaciółmi, aktywnie a nie zastanawiać się czy najpierw pranie czy prasowanie a może okna albo tony kurzu na meblach.

Rozłąkę znoszę dzielnie, na razie miałem tylko jeden wieczór kiedy ogarnął mnie tak niesamowity smutek, że płakałem jak dziecko. Tłumaczę sobie, że za kilka dni zobaczę M. ale na niewiele zdaje się to pomagać. Na szczęście piątek już blisko a ja szykuję dla niego niespodziankę.

W pracy bez zmian, ludzie są sfrustrowani, zniechęceni i zmęczeni. Niektórzy mi zazdroszczą, choć moim zdaniem nie ma czego. Bałagan jest wszędzie, wychodzę z założenia że czasami lepiej nie rozumieć niż stresować się i przejmować, że coś robione jest nie tak jak należy.

Z dnia na dzień robi się coraz cieplej. Ciekawe jakie lato będziemy mieli w tym roku. Wciąż planujemy z M. wakacje we wrześniu ale czy dojdą do skutku trudno określić.

Opublikowano podroze | Dodaj komentarz

weekend

Na weekend z Warszawy przyjechała do mnie K. Zamiast iść do hotelu, zaproponowałem aby zatrzymała się u mnie, w końcu od czego ma się przyjaciół. W prezencie przywiozła mi butelkę szampana oraz cały zapas najbardziej śmierdzących francuskich serów więc miałem dodatkowy powód żeby cieszyć się z jej wizyty. Na wspólny sobotni wieczór zaplanowaliśmy wyjście do coctail baru.
K. wpadła na pomysł, aby poprzez FB spróbować skrzyknąć znajomych z Chujowych Produktów, dać znać, że spotykamy się i gdyby ktoś miał ochotę zobaczyć nasze facjaty po prawie 11 latach, to może wpaść do baru na audiencję… Oczywiście najpierw zrobiliśmy lekką selekcję, kogo najchętniej zobaczylibyśmy w naszym gronie a dopiero później wysłaliśmy zaproszenia. Większość znajomych jest już żonata, dzieciata, mężata albo mieszka zagranicą, więc nie spodziewaliśmy się nie wiadomo jakich tłumów. Kilka osób potwierdziło swoje uczestnictwo, ale i tak większość wykręciła się podając względy rodzinne.
Było mega zacnie. Przewinęło się kilkanaście osób, obeszliśmy 3 bary, na końcu zahaczyliśmy o Manianę a do domu wróciliśmy kilka minut przed szóstą nad ranem.

Spaliśmy potem prawie do południa. A jak w końcu zwlekaliśmy się z łóżka pojechaliśmy na Stare Miasto na obiad. Okres komunijny trwał w najlepsze, połowa knajp zamknięta albo zarezerwowana, ze zdumieniem odkryłem że ludzie organizują teraz komunie nawet w sushi barach!!

Opublikowano podroze | Dodaj komentarz

time goes by

Rozpoczął się dziś trzeci tydzień w mojej nowej pracy, choć na razie trudno nazwać pracą, to czym obecnie się zajmuję, bo głównie są to szkolenia i workshadowingi, ale przynajmniej czas mija mi szybciej. Myślę, że przez najblizsze kilka tygodni niewiele się zmieni pod względem ilości zadań, ale przecież nie będę narzekał. Jak to metaforycznie określił mój kolega: oni udają że nam płacą, a my udajemy że pracujemy.

W tym tygodniu zacząłem szkolenie z SAP HCM, które z natury powinno być raczej nudne, ale że uczestnicy byli fajni zaczęliśmy zastanawiać się nad alternatywną formą zastosowania raportów z Payrollu: wyszukaj mi wszystkich kawalerów z pensją powyżej 10 tys albo wszystkie bezdzietne rozwódki albo wszystkich alimenciarzy. Zaczyna mi się tutaj podobać…
Absolutnym hitem okazała się transakcja CIPA, nauczyłem się wywoływać okres, wstrzymywać go, zamykać i otwierać.

Opublikowano podroze | Otagowano | Dodaj komentarz

Dzień 1 ciąg dalszy

Około 11 przyjechali do mnie rodzice, gdyby nie ich pomoc w mieszkaniu miałbym niezły bajzel i następne dni spędziłbym na organizowaniu się, malowaniu, sprzątaniu, kompletowaniu praktycznie wszystkiego od początku.
Wciąż było dużo do zrobienia i lista rzeczy do załatwienia piętrzyła się za każdym razem kiedy odkrywałem a to że potrzebuje worków do odkurzacza, ręczników, szklanek, klucza do piwnicy, jedzenia. Matka zaopatrzyła mi lodówkę parówkami, kabanosami, nawet zgrzewkę wody mi kupiła, ale jak zobaczyłem co to za badziewie praktycznie wszytsko od razu wyładowało w koszu na śmieci. Woda o smaku pomarańczy, woda jodowana o smaku odkamieniacza sama chemia i w ogóle straszne świństwo, więc nie było litości.

Przez kilka godzin rozkminiałem sklepy internetowe, rozglądając się co by mi się przydało i co mógłbym już teraz zamówić: wentylator, stolik na balkon, nowy telefon, bilet miesięczny.
Wieczorem umówiłem się z ojcem i bratem na wspólne wyjście do miasta. Świeciło słońce

Opublikowano podroze | Dodaj komentarz

Dzień 1

Nic mi się nie śniło tamtej nocy, nad ranem za to obudził mnie świergot ptaków i przez kilka chwil wydawało mi się że obudzę się w naszym wielkim łóżku w Szwajcarii, za oknem słyszałem śpiew ptaki, a za chwilę usłyszę rżenie osła, a gdy otworze oczy zobaczę M. stojącego nade mną z poranną dawką filiżanki kawy i usłyszę dobrze znane mi buon giorno. Chociaż nie, to czwartek, więc moja kolej, beędę musiał wstać, poczłapać do kuchni i przynieść mu ją do lóżka.

Zderzenie z rzeczywistością nastąpiło gdy tylko otworzyłem szerzej oczy. Nie bylem rozczarowany, ba wręcz szczęśliwy, że leżę w swoim łożku, za oknem świeci słońce i śpiewają ptaki. Poza tym wyspałem się i spało mi się bardzo dobrze.

Wstałem, zrobiłem sobie mocnej kawy z mocchi którą zabrałem z Berna, rozsiadłem się na sofie i rozejrzałem wokół. Tak. Naprawdę tutaj jestem.

Opublikowano podroze | Dodaj komentarz