Drugi dom

Zasnąłem przed północą i spałem aż zbudził mnie dźwięk dzwonka w telefonie, wciąż było ciepło i lepko, nie zrobiłem sobie nawet kawy bo chyba eksplodowałaby mi głowa. Dokończyłem pakowanie, zjadłem borówki na śniadanie, dwa razy sprawdziłem czy czegoś nie zapomniałem. Znajomy taksówkarz podjechał pod dom punktualnie o 4, na zewnątrz było nieznośnie wilgotno, spociłem się przechodząc raptem 200 metrów z klatki do auta.
Na lotnisku tłumy, odlatywały czartery z urlopowiczami wybierającym się do Turcji i Grecji. Szybko i sprawnie poszło mi nadanie bagażu, po czym poszedłem na cappuccino do loungu. Te moje wizyty w loungu albo w hotelowych barach to ostatnie bastiony życia, które niegdyś prowadziłem i dawnych wspomnień.

W samolocie do Warszawy spałem choć próbowałem walczyć ze snem, bo obsługa pokładowa była tak apetyczna, że plułem sobie potem w brodę.

W Zurychu o 10 było 23 stopnie, w ciągu dnia miało być 30, ale na razie panowała bardzo rześka pogoda, powietrzem tak odmiennym aż chciało się oddychać.
No i jestem tutaj znowu.

Opublikowano podroze | Dodaj komentarz

Niepokoj

o 5 rano mam samolot do Zurychu, ale nie potrafię się zebrać w sobie i zacząć pakować. W domu sauna, mózg mi paruje, przeciekam dosłownie każdym otwartym porem i co kwadrans biegam pod prysznic się schłodzić. Nie mogę pić alkoholu, bo puchnę po nim jak balon. Papierosy tylko dobrze się ciągną. Niepokój dziwny mnie ogarnął, że czegoś zapomnę, że coś się wysypie, że taksówka nie przyjedzie, że samolot się spóźni, że będąc w Bernie wpadnę w jakiś amok zamiast cieszyć się z pobytu w drugim domu.

P. poprosiła mnie o zrobienie prezentacji, ale nawet to idzie mi jak krew z nosa, niby mam koncept, ale nie umiem się do tego zabrać tylko sfrustrowany chodzę z kąta w kąt.

Na samą myśl, że nie uda mi się załatwić notariusza dostaję bólu głowy i chce mi się wyć. Chciałbym znaleźć i kupić już to mieszkanie, pojechać na urlop gdzieś, gdzie jest zimno.

Upał jest nieznośny, wkurza mnie ta niekontrolowana lepkość.

M. wrócił późno z pracy i już czeka na mój przyjazd.

Opublikowano podroze | Dodaj komentarz

nudy

Nie powiedziałbym, żebym ostatnimi czasy zbytnio się przemęczał. Przychodzę do biura na 9 a wychodze o 15, czasami w ogóle się nie pojawiam, bo teoretycznie pracuję z domu co w moim przypadku oznacza wylegiwanie się na sofie, sączenie drinków i nadrabianie zaległości filmowych.
Odkąd zrobiło się gorąco, nie daję rady wysiedzieć w swoim mieszkaniu i wolę ruszyć swoje cztery litery i przyjść do klimatyzowanego biura choćby tylko na kawę i pogaduchy. Komunikacja miejska też działa mi na nerwy, od kilku dni do pracy jeżdzę Uberem i bardzo sobie chwalę to rozwiązanie.

Wczoraj kobieta która przyjmowała mnie do firmy złożyła wypowiedzenie, po 12 latach wytężonej pracy zdecydowała się odejść i kontynuować karierę gdzieś na zewnątrz. Zrobiło się trochę dziwnie, bo to ona była osobą spinającą zespół, trochę obawiamy się efektu domina, bo bezkrólewie nigdy nie jest dobre, poza tym nieodwracalnie znika ogrom wiedzy, ale jak to bywa w korpo firma z tego powodwu nie padnie.

Udało mi się wreszcie umówić na spotkanie z notariuszem i jutro rano lecę do Berna. M. będzie pracował, znajomi powyjeżdżali więc będzie to raczej spokojny weekend nie licząc spotkania z B.

Zrezygnowaliśmy z urlopu we Wloszech tego roku, zamiast tego lecimy z M. do Londynu a stamtąd do Dublina i Belfastu. Zdecydowałem się wydać wszystkie swoje mile BA, bo do niczego nie są mi już potrzebne. Będziemy też spać w Radissonach za punkty i dzięki temu mam nadzieję nie wydać fortuny na ten wyjazd.

Zorganizowałem imprezę urodzinową dla rodziny. Było miło i sympatycznie, wieczór skończyłem w barze obładowany prezentami. Pech chciał, że piękna karafka na whisky, którą dostałem od mamy rozbiła mi się w kuchni nim w ogóle zdążyłem ją spożytkować. Oby na szczęście…

Opublikowano podroze | Dodaj komentarz

niech ci goście już się skończą

Pewnego rodzaju tradycją stały się zaproszenia na niedzielne śniadania do rodziców, za każdym razem kiedy M. przylatuje do Polski. Tym razem było nie inaczej. Cieszę się z takiego obrotu spraw, że M. skradł im serca, że zaakceptowali go w moim życiu i skutecznie powstrzymują się od wszelkich złośliwych komentarzy. Mogę walczyć z całym światem, ale nie mam siły ani ochoty walczyć ze swoją rodziną. Z drugiej strony śniadanie o 8 rano w niedzielę to lekki horror, który zawsze stanowi dla nas nie lada logistyczne wyzwanie, bo obaj lubimy w weekendy pospać trochę dłużej niż do pierwszych promieni wschodzącego słońca.

Wieczór wcześniej spędziliśmy z chłopakami na mieście, poszedłem po najmniejszej linii oporu pokazując im wyłącznie Rynek, stamtąd pieszo poszliśmy w stronę Mariny. Po drodze, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, spotkałem swoją koleżankę ze szwajcarskiego eB, która to przyjechała do Wrocławia wraz z rodziną na weekend. Przez ułamek sekundy myślałem, że może to ciąg dalszy urodzinowej niespodzianki i że za chwilę zza rogu wyskoczy reszta znajomych twarzy połowy berneńskiego biura, ale okazało się że był to tylko miły zbieg okoliczności.
Do domu wróciliśmy koło północy.

Rano ledwo zwykliśmy się z łóżka, ja pierwszy i zrobiłem nam kawy. Gdyby nie chodziło o rodziców, pewnie byśmy odwołali tę wizytę, ale u nich nigdy by to nie przeszło. Mamuśka jak zwykle stanęła na wysokości zadania: pięknie nakryty stół uginał się pod ilością polskich smakołyków, wszystko wyglądało bardzo apetycznie więc o diecie mogliśmy zapomnieć. Po 10 pojechaliśmy na miejsce spotkania, P&F wygrzebali się z pieleszy dopiero koło południa. Potem zaczął się ultra-maraton i dzał cipy, upał był nieznośny kiedy zwiedzaliśmy Ogród Botaniczny i Ostrów Tumski. Chwilą wytchnienia był jedynie rejs statkiem po Odrze, ale o drzemce nie było nawet mowy, ciągle musiałem coś tłumaczyć, opowiadać, zabawiać gości anegdotami. Po cichu liczyłem, że przed kolacją w Przystani uda mi się na kilka godzin wrócic do domu, odpocząć, przebrać się, ale nie było takiej opcji. O 18 kiedy szliśmy w stronę restauracji miałem czoło, głowę, kark i obie ręce spalone słońcem, marzyłem tylko o kuflu zimnego piwa i żeby ten dzień nareszcie się skończył..

M. lekko mnie poirytował, bo przyjechał na gotowe, nie pomagał mi, nie czuł się zobowiązany partycypować w kosztach kolacji, zakupach, nie dostałem od niego żadnego urodzinowego prezentu. W związku niby przecież nie chodzi o prezenty, ale taki lekki niesmak pozostał.

Przez następne dni za to lało jak z cebra, podczas gdy ja siedziałem w biurze M. brodził po wodzie z chłopakami w strugach deszczu. Wieczorami spotykaliśmy się zawsze na wspólne kolacje w Konspirze, Bułce z Masłem albo Sakano. Kiedy w czwartek wszyscy wreszcie wyjechali odetchnąłem z ulgą, że to już koniec. Ostatnie dwa tygodnie towarzysko należały do bardzo udanych, ale gdy każdy dzień wyglada tak samo czyli: pobudka, biuro, praca, zakupy, zwiedzanie, kolacja, impreza, bar, późny powrót do domu to może to człowiekowi trochę z czasem zbrzydnąć. Wyleczyłem się z zapraszania do siebie gości na kilka następnych miesięcy.

Opublikowano podroze | Dodaj komentarz

lotnisko

Samolot z Bazylei miał ponad pół godziny opóźnienia. Z tego co usłyszałem od K, która kilka godzin wcześniej wylatywała nim z Wroclawia, nad Bazyleą panowały delikatnie mówiąc mało sprzyjające warunki pogodowe, które przyprawiły ją o mdłości.

Te pół godziny mogłoby trwać wieczność, gdybym przypadkiem nie spotkał na lotnisku „trupa z szafy” (ze swoim nowym/starym absztyfikantem). Zamieniliśmy kilka kurtuazyjnych zdań. Wilk pozostanie wilkiem nawet gdy minie 20 lat, pomyślałem sobie przyglądając się jego „koledze”, który nota bene sprawiał bardzo dobre pierwsze wrażenie, ale predator nie staje się nagle przecież bezbronną owieczką, więc jak dla mnie, coś musiało być na rzeczy w tej ich relacji. Nic mi w sumie dziś do tego, choć chłopaka było mi najzwyczajniej w świecie żal. Młodzi ze słabą psychiką lgnęli do niego zawsze, a „trup” bez litości to wykorzystywał pod maską zrozumienia, niesienia pomocy, nie szczedząc przy tym czułych słówek.

M. pojawił się w drzwiach hali przylotów chwilę później. Jego widok w kolorowych butach Moschino ozdobionych twarzami myszek Mickey i Minni od razu wywołał uśmiech na mojej twarzy. Wpadliśmy sobie w ramiona i już zaczęliśmy rozglądać się gdzie podziali się nasi goście P&F, gdy M. zorientował się, że bagaż z którym wyszedł nie był jego. Zgadzały się marka, kształt i kolor, tylko zawartość walizki była obca. Próbował wrócić do sali przylotów, ale zatrzymała go straż celna. Na nic zdaly się tłumaczenia na migi, próbowałem interweniować nawet ja, ale polecono nam czekać na zewnątrz. Chłopak, który przyleciał z identyczną walizką na szczęście nie opuścił jeszcze terminalu, też zorientowal się że coś jest nie tak z jego bagażem i spotkaliśmy go przed stanowiskiem w punkcie rzeczy zaginionych.

P.&F. pojawili się zaraz potem, F. zniknął wypłacić pieniądze z bankomatu podczas gdy ja entuzjastycznie witalem się jeszcze z P. Chwilę później przyleciał poruszony, twierdząc, że bankomat wydał mu pieniądze nim w ogóle zdołał wprowadzić na klawiaturze swój kod PIN co wywołało ogólną megakonsternację. Okazało się, że o tym zapomniał…

Chłopaki nie chcieli jechać do Marriotta taksówką, woleli zabrać się z nami autobusem. Trafił nam się kierowca szatan, jadąc rzucało nami na prawo i lewo, walizki prześlizgiwały się z jednej strony autobusu na drugi, bo kierowcy najwidoczniej wydawało się, że wiezie worki ziemniaków. Za to śmiechu było z tego co niemiara.

Opublikowano podroze | Dodaj komentarz

Goście goście

Wczoraj ostatecznie pożegnałem K., po pracy zaprosiłem ją jeszcze na drinka do Papa Baru, upewniłem się że przed wyjazdem dostanie odpowiednią dawkę procentów, a kiedy trzeba było prowadzić ją pod ramię, oddałem pod opiekę D., który miał z całej tej sytuacji niezły ubaw. Żeby potem nie mówiła że w Polsce chodziła głodna i nawet raz się nie upiła.

Dziś rano pomogłem zorganizować im taksówki na lotnisko, a kiedy ostatecznie wsiedli na pokład samolotu zabrałem się za sprzątanie i zakupy, bo dziś przylatuje na tydzień Najwyższa Kontrola…

Opublikowano podroze | Dodaj komentarz

urodziny

W poniedziałek poszedłem wcześnie spać, czułem się senny, wskoczyłem więc do łóżka wcześniej wyciszając telefon, bo znając M. byłby pierwszy który próbował złożyć mi życzenia zaraz po północy. Myślałem, żeby poczekać i się o tym przekonać, ale oczy same mi się zamykały. Nim wybiła północ, smacznie już spałem. Rano przekonałem się, że miałem rację, M. wysłał mi wiadomość minutę po północy, gdy nastawiałem kawiarkę na poranne espresso, zadzwonił tato z życzeniami. Pojechałem do biura. Było pochmurnie. Przez cały poranek martwiłem się żeby samolot K. z Bazylei wylądował o czasie, żeby wszyscy goście zdążyli na kolację na 18, żeby trafili, by nie było za gorąco ani za chłodno, żeby wieczorem nie spadł deszcz, żebym sam o niczym nie zapomniał, żeby wszystko się udało.
Lekko przejęty zadzwoniłem nawet do Przystani usłyszeć, że wszystko jest w najlepszym porządku a stolik i tort czekają. Zwolniłem wcześniej do domu D. żeby czasem nie sprzątała mieszkania kiedy wrócę wcześniej z pracy odpicować się przed wyjściem. Przez cały dzień odbierałem wiadomości i telefony z życzeniami od rodziny, przyjaciół i znajomych. W biurze o mnie zapomnieli, ale bądź co bądź niczego innego się nie spodziewałem, w końcu pracowałem z tymi ludźmi dopiero od 2 miesięcy.
V. wysłała mi wiadomość, że wraz z A. dotrą na miejsce przed czasem a że wolałem pojawić się tam przed nimi, po 17. siedziałem już w taksówce. Zupełnie niepotrzebnie. V. się wcale nie zmieniła i przyszła spóźniona prawie pół godziny, nawet K. której samolot ostatecznie spoźnił się prawie godzinę zdołała dotrzeć na czas.

W pracy dzień jak co dzień. Nie było szału ani fajerwerków, nikt o niczym nie wiedział więc o 15 spokojnie jak gdyby nigdy nic wyszedłem do domu. O 11 zrobili nam alarm przeciwpożarowy akurat gdy lunął rzęsisty deszcz, ale to była jedyna taka atrakcja tego poranka.

W Przystani umówiliśmy się na 18, przyjechałem pierwszy, taksówką, bo chciałem dotrzeć tam na chwilę przed gośćmi, upewnić się jeszcze, że wszystko zapięte jest na ostatni guzik. K. z D. i dzieciakami pojawili się pierwsi, po chwili dołączyli V.i A. Za sprawą gromadki dzieci zrobiło sie głośno w naszym kącie sali, poczułem jak tracę kontrolę nad sytuacją i… szybko włączyłem na luz, przestałem się tym przejmować, w końcu to była moja kolacja urodzinowa a dzieci są tylko dziećmi więc drzeć mordę i rzucać kredkami chyba muszą.

Dostałem prezenty i olbrzymi tort, usłyszałem Happy Birhday oraz jego odpowiedniki po niemiecku, macedońsku, francusku i rosyjsku. Jako że wśród zaproszonych nie było żadnego Polaka, musiałem obejść się bez rodzimego 100 lat, ale nie na długo, bo po kolacji zaprosiłem dziewczyny na drinka do hotelowego baru a tam zaprzyjaźnieni barmani wręczyli mi kawałek tortu ze świeczką i zrobili prawdziwie popisowe show.
Spędziliśmy naprawdę fajny wspólny wieczór, M. bylo przykro, że nie było go ze mną, ale z drugiej strony najważniejsze że nie byłem tego dnia sam. Jego 40. obchodziliśmy w Osace, moja wcale nie była gorsza.

Opublikowano podroze | Dodaj komentarz