Tour po Polsce – Wrocław

To, że rozmowa o pracę może być miła, przyjemna a zarazem profesjonalna przekonałem się we Wrocławiu. Miła pani z HR najpierw napisała do mnie maila, zaprosiła na wstępną rozmowę, potem zadzwoniła i przez godzinę dyskutowaliśmy o moim doświadczeniu, o tym kogo szukają i co możemy sobie zaoferować. Na spotkanie we wrocławskim oddziale przygotowywałem się dwa dni, pierwszy raz uczyłem się opowiadać o swoim doświadczeniu po włosku i było to trochę dziwne doświadczenie a nawet lekko dołujące, za to M. miał przy mnie niezły ubaw, bo nareszcie po ponad dekadzie zrozumiał, czym tak naprawdę zajmowałem się przez ostatnie kilkanaście lat spędzonych w Szwajcarii.
Zaliczyłem małego zonka, gdy odkryłem, że owszem, zabrałem ze sobą pełno koszul, tyle tylko że żadna nie nadawała się pod krawat, więc w konsekwencji na rozmowę poszedłem bez zwisu męskiego. Zostało mi to szybko wybaczone, bo i oni zmienili trochę agendę: rozmowy odbywały się nie z jednym, ale dwoma menadżerami a raczej menadżerkami.
Jak bardzo zmienia się nastawienia człowieka do firmy i stanowiska kiedy na spotkaniu na dzień dobry słyszy się: ma pan bardzo ciekawe doświadczenie, mam nadzieje, że uda nam się przekonać pana do pracy u nas.
Takie słowa na starcie od razu burzą wszystkie bariery i sprawiają, że dalsze rozmowy odbywają się na zasadach bardziej partnerskich i z większym zaangażowaniem obu stron..
Nie zmieniło to faktu, że pani zrobiła mi mentalną ścieżkę zdrowia, przeczołgała krzyżowym ogniem pytań i sponiewierała przykładami, by sprawdzić czy podołam oczekiwaniom na tym stanowisku. Odbyło się to jednak w sposób bardzo kulturalny i cywilizowany.

Na koniec usłyszałem, że wypadłem dobrze, jest chemia i że będę zaproszony na rozmowę z szefową ze Stanów. Na tę drugą rozmowę nie musiałem długo czekać, termin został wyznaczony następnego dnia – piątek o 16.

Zastanawiałem się potem dlaczego tak się w ogóle dzieje, że interview są mało przyjemnym doświadczeniem. Czy Polacy tak mamy? Ludzie leczą swoje kompleksy? Czujemy się lepiej gdy widzimy, że rozmówca czuje się gorzej? Nie lubimy, gdy przychodzi do nas profesjonalnie uśmiechnięty i dobrze ubrany kandydat? Czy to znaczy, że za dobrze się czuje, więc trzeba go zdołować? Przez kilka ostatnich miesięcy miałem wiele prób przeczołgania po stronie potencjalnego pracodawcy z nastawieniem typu: no to co takiego ciekawego pokaże nam Pan tutaj, że nas olśni?

 

Opublikowano podroze, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Tour po Polsce – Opole

Po kilkunastu latach wróciłem odwiedzić Opole. Wczesnym rankiem dotarłem do dworca w Płaszowie, żeby złapać jedyny, bezpośredni pociąg do Opola. Jakoś mało atrakcyjna wydawała mi się opcja przesiadania się na jakiejś stacji w jakimś Miechowie i czekanie na kolejne połączenie 45 minut, na mrozie, na dworcu w jakimś piździmiu dolnym. Trochę się nagimnastykowałem, żeby kupić ten bilet, ale ostatecznie byłem bardzo zadowolony. Jak by nie patrzeć cała podróż była bardzo sentymentalna, bo kiedyś spędzałem w Opolu wiele czasu, miałem grono znajomych a miasto nie miało przede mną tajemnic, tyle tylko że to było nawet zanim powstał ten blog. Z okazji tego wyjazdu odnowiłem nawet dawną znajomość ze swoim ex. Ba! Zostałem nawet zaproszony do jego nowego mieszkania i przedstawiony nowemu partnerowi, który okazał się mieć 23 lata. Przez dwie dekady niewiele się w tym względem zmieniło – uśmiechnąłem się jedynie do siebie w myślach, ale nie skomentowałem, nie chcąc nikomu robić przykrości. Mam tylko nadzieję, że ja nigdy taki nie będę dobijając 50 wiosen.
Opole zmieniło się i to bardzo, z dawnych miejsc pozostała tylko Maska, w całym mieście pootwierało się mnóstwo nowych restauracji, barów, powstał nowy hotel, galeria centrum i muzeum. Pomimo siarczystego mrozu poszedłem przejść się po opolskim rynku i zobaczyć na własne oczy zmiany, które dokonały się odkąd byłem tutaj po raz ostatni. Sentyment jakiś pozostał, ale emocje na pewno opadły, przechadzałem się dawnymi ulicami i głównie uśmiechałem się na widok dawnych miejsc i wspomnień z nimi związanych. Zupełnie jakbym oglądał swoje życie w starym kinie, czarno-białe zdjęcia nieustająco przewijały mi się przed oczami, nieustannie coś sobie przypominałem jakby w mojej głowie otworzyły się dawno nie używane przegródki ze wspomnieniami.
Późny obiad w Biesiadzie Opolskiej a potem impreza domowa zupełnie tak jak kiedyś, przez cały wieczór przez ich dom przewinęło się mnóstwo osób. Śmieszne to było jakbym cofnął się w czasie.
W ramach rozpoznawania miasta zajrzałem do Muzeum Polskiej Piosenki, gdzie dyrektorem okazał się dawny znajomy – i znowu wróciły wspomnienia, dużo wspomnień, bardzo dużo.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Dodaj komentarz

Tour po Polsce – Warszawa i Kraków

W dniu wylotu do Warszawy pogoda nie była wcale najgorsza, na wszelki wypadek jednak spakowałem pare cieplejszych rzeczy, bo ponoć miało niespodziewanie zrobić się zimno i co później się okazało bardzo dobrze zrobiłem. Siedzenia w domu miałem już absolutnie dosyć, i bez tego czułem się jakby wypluty i rozbity, spotkałem się na mieście z paroma osobami, ale ile można palić, pić, jeść i gadać. Niektóre dni po prostu przespałem, byleby dzień jakoś minął. W Warszawie spotkałem się na lunch z koleżanką z dawnej pracy, wybadać sutuację i możliwości zatrudnienia się np. w polskiej stolicy. Lunch i rozmowa były super, ale nic konkretnego się z tego raczej nie wykluje.

Chłopacy na barze w Radissonie, jak zwykle starali się dotrzymać mi towarzystwa, co było niezwykle miłe, ale i czasem zbędne, bo sam potrafiłem się o siebie zatroszczyć.

Spotkałem się kolegą z IG, na kawę z Penteusem na Zbawiksie a nawet z kumplem, którego nie widziałem prawie 5 lat. Każdy dzień wypełniony miałem spotkaniami, ale oto mi w gruncie rzeczy chodziło, byleby iść  między ludzi a nie leżeć bezczynnie w olbrzymim hotelowym łóżku i beznamiętnie patrzeć w sufit.

Wszystko byłoby cudne i słodko pierdzące, gdyby w czwartek nagle nie spadł śnieg, a temperatura nie spadła do -10. Żeby nie odmrozić sobie twarzoczaszki przepłaciłem za taksówkę z hotelu na Centralny, by potem telepać się z zimna na peronie w oczekiwaniu na Pendolino do Krakowa.

W pociągu dostałem telefon z zaproszeniem na interview w przyszłym tygodniu we Wrocławiu. Dobrze, że wziąłem ze sobą garnitur, bo inaczej poszedłbym chyba w stylu mocno casualowym. W Krakowie spadło jeszcze więcej śniegu z deszczem i jeszcze bardziej spadła temperatura. Dygotałem jak osika, nie chciało mi się prawie w ogóle wyściubić nosa z hotelu i praktycznie skusiłem się na spacer tylko dwa razy: żeby zobaczyć wystawę Titanica w Forum i pójść coś zjeść na kolację, bo dość miałem monotonnego hotelowego żarcia.

Wystawa Titanica mile mnie zaskoczyła, nie była podobna do tej, którą zwiedziłem w Muzeum Titanica w Belfaście, ale jak na te warunki robiła wrażenie. Była mniejsza, mało było efektów 3D czy oryginalnych przedmiotów pochodzących z miejsca katastrofy, ale sposób opowiedzenia historii, efekty audiowizualne łączyły się spójnie w całość. Całkiem fajnie opowiedziana historia.

W strugach deszczu wracałem potem do hotelu, zatrzymałem się tylko na lunch w Fiorentinie, bo niespodziewanie nabrałem ochoty na ich raviolo z riccotą i jajkiem i żeby przy okazji trochę się ogrzać i osuszyć.

 

Opublikowano podroze | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wrocław

Po fali niespodziewanych sukcesów zawodowych i nagłym zalaniem ofert pracy z Trójmiasta, zdecydowałem poszerzyć zasięg geograficzny poszukiwania pracy o swoje rodzinne miasto. Stosunkowo szybko wpadła mi w ręce całkiem ciekawa oferta z Hujowych Produktów a po zaaplikowaniu, w ciągu kilku dni dostałem zaproszenie na rozmowę. Zdziwiło mnie tylko trochę, że jedyne co rekruterka chciała ode mnie usłyszeć rozmawiając przez telefon były oczekiwania finansowe, ale pogodziłem się już z faktem, że profesjonalizm wyginął, coraz mniej na świecie rekruterów z prawdziwego zdarzenia, osób z doświadczeniem w HR a rynek zalewa fala pseudo specjalistów: osób po studiach, które czytają skrypt i myślą, że jak zadają pytania to rekrutują specjalistów. Nieuprzedzony poleciałem do Wrocławia, z okazji interview wbiłem się naturalnie  w odświętny garnitur, koszulę, krawat i punktualnie o 9 pojawiłem się w biurze na placu Dominikańskim. Obie panie miały zjawić się lada moment, więc siedziałem tak sobie wygodnie na skórzanej sofce, podziwiając nowoczesny wystrój biura. Co chwilę przez recepcję przewijały się jakieś osoby i co chwilę podnosiłem wzrok myśląc, że to może do mnie. Za którymś z kolei razem weszły dwie kobiety: jedna młoda kózka, na oko ledwo po studiach, ale bez śladów rozumu, a druga nieco starsza, jakby zmęczona życiem, ze smutnym wyrazem twarzy i na dodatek w kolejnej ciąży. Weszły, utkwiły wzrok w moich skarpetach (a miałem mega kolorowe Happy Socks), po czym minęły mnie i udały się w głąb korytarza. Po chwili zatrzymały się, odwróciły i usłyszałem: proszę z nami. Moje pierwsze wrażenie? Uśmiech, a w głowie: k..wa, cipeczki, naprawdę, dzień dobry to nie halo? Potem były pytania w stylu: dlaczego wybrał pan studia ekonomiczne (20 lat temu?), dlaczego wyjechałem z Polski (11 lat temu) i żebym coś o sobie opowiedział, bo pani manager przez całe dwa tygodnie nie miała okazji zapoznać się z moim cv – więc na samym począteku o mało nic pizdnąłem jej w oko, życząc by dziecko nie było głupie jak ona. Po godzinnej męce z tą biedą umysłową wyszedłem nabzdyczony i wściekły jak osa.

Opublikowano podroze, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Odliczanie. Berno – dzień -83

Czas płynie nieubłaganie. Na zewnątrz zima, wróciła w pełnej krasie, śnieg leży i wcale jakby nie topniał. Jedyna radość z tego taka, że nie muszę wychodzić na ten ziąb, tylko mogę zaszyć się w domowym ciepełku. M. uparcie pomyka do pracy na rowerze, kiedyś śmialiśmy się ze Szwajcarów a teraz sam robi dokładnie to samo. Mam tylko nadzieję, że przy tym śniegu nie wyrżnie kiedyś na ulicy, bo będą z tego problemy. Kto przy zdrowych zmysłach w ogóle wsiada na rower w taką pogodę, ale cóż, mogę tylko sobie pogadać.

Żeby zapełnić sobie czymś wolne dni wymyśliłem, że polecę na dwa tygodnie do Polski, na święta polecę do Seulu zobaczyć kwitnące drzewa wiśni, w drodze powrotnej zahaczę o Astanę i Kazachstan a jak tylko M. wróci z Włoch zabiorę go do Gruzji i Armenii. Wszędzie cieplej i ciekawiej niż w nudnej Szwajcarii. Pomysłów miałem sporo, gdzie by tu się wyrwać na trochę, ale Malezja i Tajlandia jakoś mnie nie przekonywały. Może w lipcu tam polecę, podpisać listę obecności w ulubionych miejscach. M. się ze mnie śmieje, że nie potrafię usiedzieć w miejscu i ma rację. Pieprzę kasę i oszczędzanie, jak nie polecę tam teraz to pewnie nigdy tam już nie polecę.

M. leci do Włoch na prawie dwa tygodnie, beze mnie, bo co można robić na południu Włoch w środku zimy, pewnie tylko siedzieć i jeść.

Malkontent się ze mnie trochę zrobił. Niech ta zima się już skończy i wyjrzy słońce.

Nie potrzebuję żyć agresywnie, ciągłego napięcia towarzyszącemu potrzebie bycia zauważonym.
Starzenie się jest wstrząsające, obserwujesz siebie w lustrze i widzisz zmiany. Odczuwam swoisty rozdźwięk pomiędzy tym co czuje wewnątrz a tym ci się dzieje ze mną na zewnątrz. Jest mi trochę smutno z tego powodu, że fizyczność, ciało zaczynają przemijać, że za niedługo nie będę mógł pewnych rzeczy zrobić, że będę musiał poszukać nowych form sposobu realizowania się w seksie czy byciu romantycznym. Odkrywam siebie na nowo. Wiem, że nie ma od tego ucieczki i gdy nawet usłyszę, że jestem już stary albo za stary, to myślę sobie „idę przed tobą, a ty kroczysz za mną, moimi śladami i tu gdzie ja teraz jestem, będziesz tu” nie ma przed tym ucieczki. Nie czuję potrzeby prób zatrzymania czasu, bo nie chcę wyglądać karykaturalnie, jak odbity sztancą, nie przejmuje się presją otoczenia, bo bardziej boję się, że nie poznam się w lustrze.

Od takie moje odkrycie wieku dorastania albo starzenia się – jak kto woli.

Opublikowano podroze | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Życie w internecie

Mówi się: nie ma cię na Facebooku Instagramie nie istniejesz. Nie mam potrzeby pokazywania siebie i swojego życia, nie mam potrzeby paplać i paplać bez sensu i nałogowo czytać komentarze, liczyć lajki, bo o czym mam niby tak rozprawić? Żenuje mnie nieustanne porównywanie się z innymi użytkownikami portali społecznościowych. Nie jestem osobą publiczną ani osobowością telewizyjną, nie jestem artystą, przestało mnie kręcić fotostory o tym gdzie byłem, gdzie się zatrzymałem, co kupiłem, co jadłem i z kim. Bo po co?!
Niedługo ludzie zaczną wstawiać sobie kamery do toalety, byleby zaistnieć w świadomości innych. Niektórzy chyba cierpią na specyficzne uzależnienie, które może objawiać się uzależnieniem w mediach czy w ogóle tak jakby miał nie funkcjonować jakby nieżyć, przeraża ich bycie tak po prostu np. w domu, z książką bez ogłaszania tego wszem i wobec albo gdy nic się nie dzieje, brakuje im adrenaliny spowodowanej brakiem chyba samej tej adrenaliny. Są tylko wtedy kiedy coś się dzieje, podróżują, pracują, jedzą, ćwiczą, medytują, stoją w korku, gotują, szaleją na weekend, a teraz idą tam a teraz gdzie indziej, spotkają się z tym i tym, ubiorą to i owo i to może być naprawdę uzależniające. Takie osoby nie znają innego życia. Boją się bo życie niepubliczne nie jest dla nich atrakcyjne, maja poczucie, że nie żyją jeśli nie opowiedzą ze szczegółami co słychać u nich w chacie.

Opublikowano podroze | Otagowano | Dodaj komentarz

knedliczki

Nie pamiętam ile dokładnie razy byłem w czeskiej Pradze, pięć, sześć, siedem razy, ale zawsze bardzo miło wspominałem te wizyty. M. nigdy tam nie był, ale miasto często przewijało się w naszych planach wyjazdowych, niestety Praga ciągle przegrywała jak nie z Rzymem to Edynburgiem, Londynem czy jakąś bardziej egzotyczną stolicą, a to bilety b przegrywała jak nie z Rzymem to Edynburgiem, Londynem czy jakąś bardziej egzotyczną stolicą, a to bilety były za drogie, a to w Radissonie nie było wolnych miejsc albo mieliśmy za mało czasu. Zawsze wydawało się nam, że jak już mamy tam polecieć to potrzebujemy minimum 4 dni żeby wszystko na spokojnie zobaczyć. Wreszcie długi weekend spadł nam jak z nieba, wszystko ułożyło się jak trzeba więc zdecydowaliśmy – lecimy do Czech.

Młodszy brat polecił nam nawet fajne miejsce, serwujące specjały kuchni czeskiej. W Fours Seasons nie spaliśmy, ale z drugiej strony czy my zawsze musimy spać w wypasionych miejscach? Chyba nie, staram się poukładać sobie w głowie na nowo wszystkie priorytety i uczę się rezygnować z niepotrzebnego zbytku. Jeździć nadal chcemy, bo lubimy a że nie zawsze będzie puch i piana musimy się z tym pogodzić.

Pogoda była byle jaka, ledwo 3 stopnie, ale przynajmniej nie padało, czasami zza chmur wyglądało słońce, ale powietrze wciąż wydawało się lodowato zimne więc chodziliśmy opatuleni jak przy syberyjskich mrozach.

Mieszkaliśmy blisko Vaclavskich Namesti skąd na Stare Miasto mieliśmy tylko spacerkiem. Praga poza sezonem turystycznym wygląda lepiej niż w jego szczycie, wszędzie mogliśmy wejść praktycznie bez kolejki, na Moście Karola nie było tłumów i swobodnie można było pstrykać zdjęcia, nawet kolorowych imigrantów nie było widać na ulicach. M. nie bardzo rozumiał te moje uwagi, bo nigdy nie był tutaj w sezonie, ale doceniał że nie musimy przedzierać się przez hordy tłumów, bo ani on ani ja nie mieliśmy na to ochoty.

Praga bardzo mu się podobała, nie zdawał sobie sprawy że to takie ładne miasto, po mimo niskich temperatur codziennie robiliśmy po kilka kilometrów a po powrocie do hotelu raczyliśmy się czerwonym winem, piwem albo szklaneczką whisky. Takie leniwe zwiedzanie miasta ma swój urok, wszystko mogliśmy obejrzeć w swoim tempie raz po raz zatrzymując się na kawę albo jakieś słodkości, nie musieliśmy pędzić na żadne miejsca zbiórki ani dopasowywać się do czyjego planu zwiedzania a na tym najbardziej nam zależało. Żałowaliśmy trochę, że nie dołączyli do nas moi rodzice, ani brat z żoną, ale z drugiej strony wciąż planujemy spotkać się całą szóstką w Wilnie.

Takie kilkudniowe weekendowe eskapady są mi potrzebne, dzięki nim nie wariuję w domu, szczególnie, że odkąd w Szwajcarii spadł śnieg praktycznie mam potrzeby wyściubić nosa poza ciepło domowych pieleszy. Rutyna dnia codziennego daje mi we znaki i czasami mam ochotę palnąć sobie w łeb i zakończyć te katusze. W domu sezon grzewczy zaczął się już na dobre, kaloryfery grzeją na maks a ja chodzę i się trzęsę jak galareta.
M. znowu wpadł w oko lokalnym prostytutkom. Ogólnie to ma on dziwny zwyczaj zatrzymywania się i zagadywania każdego kto go o to poprosi, bez względu czy jest to sprzedawca w sklepie, żebrak, prostytutka, narkoman czy bezdomne dziecko. Niby nie należy oceniać ludzi po wyglądzie, ale sam nigdy nie potrafię odróżnić kiedy ktoś rzeczywiście potrzebuje pomocy a kiedy chce mnie tylko naciągnąć albo wcisnąć mi coś czego nie potrzebuję.
Po centrum poruszaliśmy się głównie pieszo, trud który później rekompensowaliśmy sobie obfitą kolacją. Miałem włączony GPS w telefonie, a ponoć niezawodne google maps parokrotnie doprowadził nas do czarnej dupy zamiast np. do Złotej Uliczki na Hradczanach.

Opublikowano podroze | Otagowano , , | Dodaj komentarz