Znowu we Włoszech..

Siostrzenica M. ma w tym roku bierzmowanie. Z tej okazji wszyscy zostaliśmy zaproszeni do Lecce by wziąć udział w tej rodzinnej uroczystości. Kolejna okazja, żeby spotkać się z moją włoską rodziną. Poza tym to czerwiec, gwarancja pięknej pogody, dodatkowo bliskość morza i plaży, przepyszna kuchnia i urokliwe miejsca regionu – nic tylko się cieszyć i odliczać dni do wyjazdu.

Ten kto mnie bardzo dobrze zna albo uważnie czyta, wie że z rodziną M nie zawsze jest mi po drodze. To prości ludzie, typowi przedstawiciele południa Italii, posługujący się na codzień dialektem, gościnni, mili i na pozór kulturalni, bo potrafią być delikatnie mówiąc irytujący. Jeszcze nie wsiadłem do samolotu jak zdążyliśmy się ściąć o pieniądze i prezent dla B. Rodzice chcieli kasy w kopercie, za którą sami chcieli zrobić jej prezent bo B. zażyczyła sobie nowego iPhone’a. Wykalkulowali, że wychodzi po 150 eur od osoby! Mój M wyłożył pieniądze od razu, ja się wstrzymałem, bo uważam że dwa razy tyle to za dużo jak na prezent od nas. Jakoś nie potrafiłem też wyobrazić sobie swojej teściowej, która ma 650 eur renty i lekką ręką oddaje prawie 1/4 na prezent dla wnuczki. M. uznał że wydziwiam i żałuję dziecku. Akurat ostatnie co można o 15-letniej B powiedzieć, to że wygląda jak dziecko. Ma 1.75m wzrostu, waży ponad 85 kilo, ma wąsy, oraz owłosione ręce i nogi, dojrzewała góra do 5 roku życia, bo teraz tylko rośnie, dziewczęcej lekkości i subtelności trochę jej brakuje, na dodatek bije w szkole chłopaków a na śniadanie wcina talerz pasty. Chciałbym móc powiedzieć o niej piękna, mądra, wykształcona ale ile razy ją widzę zastanawiam się co stało się z tą małą, słodką i śliczną dziewczynką, którą braliśmy kiedyś na kolana. Kiedy krzyczy do mnie co jej przywiozłem za każdym razem walczę ze sobą, żeby nie powiedzieć, że karnet na siłownię i krem depilujący. No, ale ogólnie wyszło na to że dziecku żałuję, mam węża w kieszeni, chytry ze mnie polski wujek.

Obiad w restauracji w dniu bierzmowania okazało się, że też zarezerwowany nie jest, bo przecież mamy czas, wujek M przyleci to się tym zajmie, zorganizuje no i pewnie zapłaci, skoro od lat spłaca też ich inne długi.

Dziś zaprosili nas na kolację, o 22 w pizzerii gdzieś za miastem. Próbuję się wyluzować przed tym spotkaniem, nie podburzyć niepotrzebnie M., ale łatwo nie będzie. Oby starczyło mi cierpliwości…

Opublikowano podroze | Otagowano , | 6 Komentarzy

Euforie i rozczarowania

Odkąd mam dla siebie więcej czasu, wróciła we mnie entuzjazm i pozytywna energia, mam chęć wyjść gdzieś po pracy, spotkać się ze znajomymi, pójść na lody do parku, rower, nawet robienie zakupów sprawia mi przyjemność. Teraz dopiero dostrzegam jak bardzo było stłamszony i udupiony przez te ostatnie kilka miesięcy. Istniała tylko praca i sen przeplatane zmaganiami w „gaszeniu pożarów” bo przecież zawsze dodatkowo musiałem coś na szybko załatwić, kupić, zorganizować, gdzieś pójść, coś zjeść co wydawało się dodatkowym ciężarem, bo brakowało mi zapału i chęci, czułem się zmęczony, niewyspany i zestresowany. Nałożyła się na to jeszcze niezdrowa atmosfera w zespole, nieogarnięty i chaotyczny szef, nierealne terminy oraz absolutny brak komunikacji. Znajomi wokoło komentowali, że to cena dobrze płatnej pracy i że musze się przemęczyć z rok a dopiero później poszukać nowego zajęcia. Początkowo się buntowałem, wściekałem się sam na siebie, co mi strzeliło do głowy, żeby zmieniać prace, dostawałem za swoje i było mi z tym nie do śmiechu. Z czasem postanowiłem zacisnąć zęby i dotrwać do końca roku by potem rzucić w pieruny taka robotę. Jak było bardzo ciężko i robiło się nieznośnie brałem chorobowe albo urlop na żądanie i trwałem od weekendu do weekendu. Szczęśliwie nadszedł maj, stary klient się na nas wypiął a nowy przyjął mnie z otwartymi ramionami wprowadzając nowy standard pracy. Ludzie są mili, profesjonalni, chętni do pomocy, moja szefowa cierpliwie tłumaczy, nie zbywa pytań, dba o dobrą atmosferę w zespole, szanuje swój czas jak i innych, wymaga ale niczego nie narzuca. Rozumie i przestrzega równowagi między życiem zawodowym i prywatnym, wie że codzienne nadgodziny, zarywanie nocy i praca w weekendy to nie jest droga do sukcesu. W efekcie odzyskałem dobre samopoczucie i satysfakcję z tego co robię. Nie myślałem, że sytuacja może się tak diametralnie zmienić.
Regularnie zacząłem pojawiać się w biurze, spodobało mi się wczesne wstawianie, poranne cappuccino z A. w firmowej kuchni i mnóstwo śmiechu, bo przy całej sympatii dla nowego pracodawcy – każda duża organizacja to pole do popisu dla absurdów i niezliczonych anegdot.

Obserwuję jak powoli wypala się euforia niesienia pomocy uchodźcom zza wschodniej granicy. Nie nazwałbym tego jeszcze niechęcią czy ksenofobią, ale ewidentnie dostrzegam pierwsze oznaki wypalenia wolontariatem. Dziś fala uchodźcza opadła, ale wojna trwa a obywatele Ukrainy są wśród nas. Widzimy ich nie tylko na dworcach, w kolejkach po PESEL, punktach wsparcia, lecz także w szkołach, przychodniach, sklepach. Pojawiły się też pytania, jak długo jeszcze mamy im pomagać. Kończy się „miesiąc miodowy” i przychodzi rozczarowanie codziennością. Wojna się nie skończyła, co rozczarowuje, do o tego dochodzi to, że uchodźcy, których mamy u siebie lub których mijamy, nie zachowują się tak, jak zakładaliśmy. Mieliśmy w głowie ich obraz i oczekiwania z nimi związane, tymczasem to żywi ludzie z emocjami, własnym, czasem odbiegającym od naszych wyobrażeń pomysłem na życie. Są inni niż myśleliśmy. Mieszkanie u wolontariuszy było rozwiązaniem tymczasowym. Taka pomoc też nie może trwać wiecznie. Emocje, które na początku uskrzydlały, powoli opadają. Pomagający tracą siły i sami być może wkrótce będą wymagali pomocy. Kilku znajomych z osiedla znalazło się w takiej sytuacji, użyczyli mieszkań przeznaczonych na wynajem a teraz mają garb w postaci kilkuosobowej osobowej rodziny na utrzymaniu, bo ci nie pracują a samo wspieranie ich nie interesuje, bo liczą na finansową pomoc. Sam też się „znieczuliłem”, mieszkanie mogę wynająć, ale nie oddać za darmo. W pracy ile razy ktoś przesyła mi maila z prośbą o datek, od razu kasuje. W pracy nie biorę udziału w akcjach kupowania „cegiełki” w postaci kawałka ciasta za dychę i drażni mnie kiedy ktoś dyskutuje, że odmawiam bo przecież mnie stać. Nie przygarniam też kotów, psów, chomików i papug przywiezionych ze wschodu.

Opublikowano praca | Otagowano | 16 Komentarzy

porządki

M. odwiedził mnie we Wrocławiu, mieliśmy bardzo ambitne plany weekendowe, które pokrzyżowała moja niedyspozycja. Miał być Kraków albo Gdańsk a ostatecznie zostaliśmy na miejscu biegając po lekarzach. Z przykrością muszę stwierdzić że zaczynam się „sypać”, twarz też mam jakaś ulaną i wiecznie spoconą, cherlawy i wątły jestem, styty, ospały i ciągle obolały, wyniki nie pozostawiają złudzeń i są pokłosiem zaniedbań z okresu pandemii kiedy nieustannie pracowałem z domu, mało się ruszałem, nadużywałem wysokoprocentowych trunków i jadłem na bogato. Nie są już w stanie pomóc mi żadne okłady z kostek lodu, korektory, złote nici, algi, masaże i peelingi, bo niestety świecąca napuchnięta gęba odkrywa wszystkie zaniedbania ostatnich miesięcy. Kiedyś cieszyłem się na lato, wyjazdy, imprezy, kluby, pełnię życia a teraz najchętniej pojechałbym do sanatorium. Odkąd zacząłem chodzić regularnie do biura wziąłem się za siebie, jem normalnie i zdrowo, ograniczyłem alkohol, kawę, mięso, węglowodany i cukier, mam czas na rower albo inne aktywności fizyczne. Już po kilku dniach odczułem nie małą różnicę, a staram się osiągnąć tylko efekt najlepszej wersji siebie, bo wieku starczego niestety już nie przeskoczę. Jak to powiedział pewien mędrzec: w życiu wszystko odchodzi: przyjaciele, pieniądze, młodość, ale bebzol zawsze będzie z tobą, bebzol tak po prostu nie odejdzie. Rezultaty i efekty przysiadów widzę też w biurze, kręcą się koło mnie fajne, ładne dziewczyny, kokietują, zagadują, czasami proszą o pomoc a ja chętnie uczestniczę w tym tańcu godowym, do czasu kiedy zorientują się, że przystawiają drabinę do złej ściany.
M. w domu to prawdziwie szczęście, to los wygrany na loterii. Mieszkanie lśni i pachnie, okna widać że są czyste z 4. czwartego piętra, na podłogach ani śladu kurzu, można robić operacje na otwartym sercu, nie obyło się jednakże bez przemeblowania, prania i pozbywania się starych gratów, ale ostatecznie było warto. Dodatkowo obiad jak w restauracji i magiczne słowa: ty sobie usiądź, odpocznij, ja to zrobię. Po prostu nirvana. A ja naiwnie dotąd myślałem, że mężczyźni którzy są w stanie mnie uszczęśliwić to barmani.
Moja mama, która gotuje najlepiej na świecie, pracuje, sprząta, dba o dom, dodatkowo mega dobrze wygląda i ma zawsze wszystko zorganizowane na tip top, a testu „białej rękawiczki” uczyła się zaraz po urodzeniu przyznała się, że moja bratowa w porównaniu z moim M. to przepaść kilku lat świetlnych. Tak, właśnie, bo nie wolno w życiu przechodzić obok szansy, która może się nie powtórzyć.

Opublikowano praca | Otagowano | 11 Komentarzy

budzenie się z zimowego snu

W ferworze zmian codzienności nie potrafiłem zebrać się, by usiąść i pokusić się o odrobinę refleksji przelanej na klawiaturę. Nie zdawałem sobie sprawy jak mocno zgnuśniałem w nowej pracy, przytłoczony nowymi obowiązkami zatraciłem się w jednostajnym stylu życia, co wyszło mi w końcu bokiem, bo jak niedawno zrobiłem sobie wyniki, to dostałem taką reprymendę od lekarza, że poszło mi w pięty.
Po Wielkanocy, wróciłem do pracy kiedy gruchnęła wiadomość, że klient rezygnuje z naszych usług a nasz zespół projektowy ulega rozwiązaniu w trybie natychmiastowym. Nagle okazało się, że to co robimy od stycznia nie jest ani krytyczne ani pożyteczne za to bardzo kosztowne, klient przykręcił kurek z pieniędzmi a my wszyscy praktycznie z dnia na dzień wylądowaliśmy na bruku. Mój pan dyrektor próbował jeszcze coś ugrać, angażować nas w dodatkowe tematy, ale wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że to nasze ostatnie podrygi a za kilka dni zostaniemy po prostu na lodzie. Moja nowa szefowa z Warszawy zorganizowała mi rozmowę z nowym potencjalnym klientem i tak, jeszcze tego samego dnia dowiedziałem się, że z głodu ani nudy nie umrę. Pracuję dla Brytyjki polskiego pochodzenia, w prawdziwie międzynarodowym zespole, projekt przewidziany jest do końca czerwca przyszłego roku a najważniejsze – zadania wykonuję w ustalonych godzinach pracy i znowu mam czas na życie. Nasza rozmowa trwała 20 minut, od razu między nami zaklikało a na koniec dnia dowiedziałem się, że mam tę rolę w projekcie. Stary klient przypomniał sobie o mnie jak tylko zaczął palić mu się grunt pod nogami, bo niestety zostawiliśmy go z dnia na dzień, ale nie ja ustalam reguły tej gry. Poświeciłem dodatkowy dzień, żeby wyprostować niektóre tematy ale następnego bez wyrzutów sumienia oznajmiłem że mój czas się dla nich skończył, poza tym zaczynam nowy projekt, moja doba ma tylko 24 godziny a czas nie jest już z gumy. Nie byłem w takim podejściu osamotniony, a stary klient musiał się pogodzić że z niewolnika nie ma pracownika. I tak ostatnie dni kwietnia spędziłem przygotowując się do przejęcia nowej roli i nowych obowiązków, a odbywało się to w tak przyjemnej atmosferze, o której mogłem kiedyś tylko pomarzyć. Pobyt w Szwajcarii bardzo mi w tym pomógł, bo miałem czas na spotkania ze znajomymi, wyjścia na miasto, spacery i celebrowanie zwyklej codzienności w postaci wspólnych śniadań i kolacji z M. Praca znów sprawia mi przyjemność, wróciła we mnie ciekawość i energia, zniknął cynizm i wieczne szukanie kompromisów. Nie jest kolorowo, nie ma wiecznej tęczy, ale wreszcie jest tak jak być powinno i czuję że zawodowo jest po prostu dobrze.
Praca przy „budowaniu lepszego świata pracy” zaczęła mi się podobać, wróciłem do pracy z biura, bo nie pracuję już po nocach, mam czas się wyspać, ogarnąć życie, zakupy, obowiązki, napić się porannej kawy, czasem wyskoczyć z dawno niewidzianym znajomym na lunch na miasto, wyjść na rower, do lekarza i ze wszystkim zdążam. Po prostu zawodowa sielanka. Pracodawca próbuje ściągnąć pracowników z powrotem do biura. Po dwóch latach pandemii nie jest to zadanie proste, dlatego przez ostatni tydzień zorganizowano dla nas darmowe lunche w postaci kilku food trucków stojących pod biurem i oferujących przeróżne smakołyki, lody na patio, zabiegi pielęgnujące, masaże i inne temu podobne atrakcje. Miałem czas odejść od biurka, poznać nowych ludzi, zrelaksować się, popatrzeć w niebo i zobaczyć, że jest słońce i zbliża się lato.

Opublikowano praca | Otagowano | 4 Komentarze

Wolne

Miałem mieć luźny tydzień w pracy, dlatego poleciałem do M, niestety od poniedziałku trwają gwiezdne wojny. S. nie chce wypuścić mnie z projektu, bo kolega rzucił papierami, moja szefowa ożeniła mnie z nowym projektem do którego wdrożyć mam się na już, jeszcze szkolenie, na które zapisałem się dobrowolnie, żeby wykorzystać przestój w pracy. W konsekwencji biegam jak kot z pęcherzem, przełączam się z jednego spotkania na drugie, w przerwach piszę maile, robię prezentacje. Jem byle jak, byle szybko, M donosi mi tylko napoje a ja jak postrzelony wpatruję się tylko w monitor, bo wszystko jest na wczoraj. Mój były klient działa mi na nerwy, jego nierozgarnięcie wywołuje u mnie wyłącznie frustracje do tego stopnia, że z jeszcze większą chęcią ignoruje jego prośby i zadania. Na zaczepki p.t. let’s align reaguję wyłączeniem okienka w komunikatorze a w myślach wysyłam go na daleki Madagaskar. Nie rozumiem jak ktoś taki może mieć dyr przed nazwiskiem. Palant ogłosił w zeszłym tygodniu, że nie będzie mnie potrzebował, ludzi powysyłałem na urlop a teraz obudził się z ręką w nocniku i rzeźbi, bo okazuje się, że nie ma komu pracować. Typowa stylówka korpo.

Opublikowano Uncategorized | 8 Komentarzy

Spontan

Od wczoraj jestem w Szwajcarii. Odkąd anulowano wszystkie obostrzenia, green passy, maseczki i testy o wiele przyjemniej podróżuje się samolotem i o wiele łatwiej przychodzi mi bycie spontanicznym w wyjazdach. I tak w tym tygodniu będę pracował zdalnie z Berna, w pracy też jest jakoś luźniej, dlatego kilka dni temu odruchowo kupiłem bilet ku wielkiej uciesze M.

Pojechałem dziś na spacer do Kirchenfeld, sprawdzić stare śmieci i zobaczyć dawne niewidziane widoki. Gdzieniegdzie trwają remonty, stare miasto pełne jest dźwigów, rusztowań i żelaznych konstrukcji, kilka znanych sklepów zniknęło z mapy miasta, zbankrutowały albo zmieniły właścicieli. Poszedłem w kierunku parku Dählhölzli, gdzie kiedyś z lubością przechadzałem się w przerwie na lunch. Spacerując przypominałem sobie nazwy mijanych budynków ambasad i konsulatów których jest tutaj multum. Park zoo mocno się rozbudował, wybudowano nowe drewniane kładki, spod których można obserwować przechadzające się tam zwierzęta i ptaki. Z innych nowości to, że park pełen jest świrniętych starszych kobiet nawołujących zwierzęta i wydających przy tym bardzo dziwne dźwięki.

Odwiedziłem dom, w którym właścicielka hodowała świnki, które niegdyś dokarmiałem resztkami swojego lunchu albo owocami wynoszonymi z biura.

Śmieszna historia mi się przypomniała. To miejsce pokazała mi koleżanka z biura – Ushi zaraz po tym jak się tutaj sprowadziłem i często zabierała mnie tutaj aby dokarmić te świnki. Zdarzało się, że w czasie pracy wymykaliśmy się na krótki spacer po okolicy, zabieraliśmy jabłka, rzucaliśmy je zawsze głodnym zwierzętom a potem szliśmy na spacer albo wspólny lunch. Od taki niewinny i nieznaczący rytuał każdego tygodnia.

Któregoś dnia umówiliśmy się na takie wspólne wyjście, wyszedłem z biura czekając na Ushi przed wejściem. Coś długo trwało to jej schodzenie z drugiego piętra, więc sięgnąłem po komórkę i wysłałem krótką wiadomość „idziesz Ushi nakarmić ze mną świnie – czekam na dole, będzie super”.

Poszliśmy na spacer, obowiązkowo zajrzeliśmy do świnek a w drodze powrotnej zahaczyliśmy o ulubioną bäckerei gdzie kupowaliśmy nasz ulubiony lunch pt. precel z pastą z tuńczyka.

Kilka dni później moja dyrektorka niespodziewanie na spotkaniu zagadnęła mnie co to za dziwne propozycje jej wysyłam z tym dokarmianiem świń. Pech chciał, miała na imię tak samo jak moja koleżanka a przypadkowo wysłana do niej wiadomość nieźle ją rozbawiła.

Opublikowano podroze, Szwajcaria | Otagowano , | 12 Komentarzy

wakacje c.d.

Rzadko piszę, bo nie potrafię zebrać myśli i spisać je w sposób składny. Dopadła mnie chwilowa niemoc twórcza, potrzebuje bodźca żeby usiąść i ogarnąć to co kotłuje się w mojej głowie. Urlop minął bezpowrotnie, zrelaksowałem się i wyciszyłem, powiedziałbym że nawet rozleniwił, bo pierwszego dnia po powrocie do pracy policzyłem ile dni brakuje do świąt i kolejnych wolnych dni. Z tęsknotą wspominałem beztroskie poranki, wstawanie bez pośpiechu, byle jakie ubieranie się, leniwie śniadania i trywialne dylematy: kawa czy herbata, spacer, plaża czy nurkowanie, na jaki zabieg w spa powinienem się zdecydować. Codziennie przez kilka godzin wylegiwaliśmy się bezczynnie na leżakach wystawiając się leniwe na ciepło słonecznych promieni. To był jeden z najlepszych wypoczynków ostatnich lat, podobało nam się do tego stopnia, że po powrocie zarezerwowaliśmy kolejny wyjazd, tym razem na koniec września. Tak bardzo ulegliśmy błogiej atmosferze spokoju całkowitego nic nierobienia, że nie pojechaliśmy zwiedzić niczego w okolicy, Luksor i Abu Simbel przełożyliśmy na bliższej nieokreśloną przyszłość. Nawet nie zdawałem sobie sprawy jak bardzo tego potrzebowałem.

Jedyną rysą na całym wyjeździe pozostała informacja, którą usłyszałem w 3 dni po powrocie. W Egipcie doszło do wypadku autokaru z polskimi turystami, na miejscu zginęły trzy osoby.

Do zdarzenia miało dojść około południa, kiedy autokar, przewożący polskich turystów z hoteli w Marsa Alam na lotnisko w Hurghadzie, przewrócił się. Portal opublikował również oświadczenie biura podróży, z którym podróżowaliśmy kilka dni wcześniej. Dreszcz mnie przeszedł jak o tym czytałem.

Opublikowano podroze | Otagowano , | 7 Komentarzy

wakacje

W planach na koniec marca mieliśmy jakieś szybkie wakacje. M. chciał do Grecji, ale wyjątkowo długo zwlekał z potwierdzeniem urlopu, ja w sumie też zawalony byłem pracą i jak przyszło do rezerwowania biletów to okazało się, że za same bilety lotnicze zapłacimy jakieś chore pieniądze co skutecznie odwiodło nas od pomysłu greckich wakacji i musieliśmy improwizować. Istniejące jeszcze wtedy wszystkie ograniczenia pandemiczne trochę ograniczały nam wybór kraju gdzie moglibyśmy pojechać. Obaj dobrze wiedzieliśmy, że potrzebujemy wakacji i było nam zupełnie obojętnie dokąd polecimy, byleby było ciepło, nie za daleko, bo zupełnie nie uśmiechało się nam tarabanić kilkanaście godzin na jakąś egzotyczną wyspę. Jak dla mnie moglibyśmy pojechać nawet do Pcimia byleby tylko było ciepło i mieli tam plażę.  W ruch poszła strona z ofertami last minute i w ten oto sposób trafiliśmy do Egiptu. Zarezerwowałem nam hotel dla dorosłych i pokój z widokiem na morze, co by odgrodzić się od hałasu i spędzić ten czas w nieco jakby komfortowych warunkach.

Wylot mieliśmy w niedzielę rano, z Warszawy, dlatego już dzień wcześniej M. przyleciał do stolicy a że na dniach były jego urodziny, zarezerwowałem nam pobyt w eleganckim H15 na Poznańskiej. Wieczorem zaplanowaliśmy spotkanie z K. na Woli w Le Cedre, akurat fajnie się złożyło, bo była akurat w tym czasie w Warszawie. Przylot samolotu M. pechowo zbiegł się z wizytą Prezydenta Bidena w Polsce, co trochę utrudniło nam sprawy logistyczne, bo najpierw samolot M nie mógł wylądować, a potem on nie mógł dojechać do Śródmieścia, bo cała trasa z lotniska było zablokowana. Szczęśliwie ja wybrałem pociąg i nie miałem tylu problemów choć przejście z Centralnego na Poznańską okazało się lekką akrobacją, bo nie można było spokojnie przejść przez Aleje wszędzie pełno było policji, straży miejskiej i ochrony. M. przyjechał z lotniska kolejką SKM, błądził trochę w przejęciu podziemnym szukając właściwego wyjścia, ale w końcu szczęśliwie dotarł do hotelu.

Szczerze miałem trochę wątpliwości czy to aby na pewno dobry pomysł jechać na urlop do Egiptu, kierunek mało popularny, żeby nie powiedzieć przereklamowany, bo cieszący się popularnością głównie wśród rodzin z dziećmi albo wiecznie naprutych Januszy szukających tanich wczasów all-inclusive. Nikt z nas wcześniej tam jednak nie był. M. też początkowo kręcił nosem, ale ostatecznie wszystkie inne możliwe wyjazdy w tym terminie wiązały się z bardzo długim lotem przez Atlantyk. W samolocie nałożyliśmy słuchawki na uszy, włączyliśmy iPady i jakoś nam te trudy podróży minęły. Większość współpasażerów zostawała w Hurghadzie, podczas gdy my z paroma innymi rodzinami jechaliśmy dalej do Marsa Alam. Jak to bywa w krajach trzeciego świata certyfikatów i testów nikt nam specjalnie nie sprawdzał, a za wizę zapłaciliśmy po dwa dolary extra. Gdy siedzieliśmy już w busie, który miał nas zawieźć do hotelu, niespodziewanie pojawił się ktoś z obsługi biura szukając M… Okazało się że, M. po przylocie odebrał z karuzeli z bagażami nie swoją walizkę. Przypadek chciał, że swoją kupował w polskiej galerii tak jak jedna z podróżujących z nami kobiet, popatrzył tylko na kolor i markę i wyszedł z nią z hali przylotów. Mało brakowało a po przyjeździe do hotelu odkryłby, że ma ze sobą same sukienki, topy i damski strój kąpielowy.

Przejazd do Marsa Alam zajął nam prawie 3 godziny, gdy dojechaliśmy było już ciemno. Steigenberger Coraya przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania: pięknie położony kompleks hotelowy, zadbany, blisko rafy koralowej, z bardzo miłą życzliwą, obsługą, pełen kwitnących kwiatów, niesamowicie czysty no i najważniejsze bez rozdartych bachorów. Wśród hotelowych gości przeważali głównie emerytowani Niemcy i Szwajcarzy, co było nam bardzo na rękę, bo chodzili wcześnie spać a nam najbardziej zależało na spokoju, relaksie i względnym luksusie.

Pokój 1904 z tarasem i widokiem na morze był naszą oazą przez następne siedem dni.

Opublikowano podroze | Otagowano , | 3 Komentarze

Kondycja świata

Praca bardzo mnie wyczerpuje, w ciągu tygodnia na niewiele starcza mi czasu. Tymczasowo zaakceptowałem ten stan, minęły już 4 miesiące, mam umowę na czas nieokreślony, nie mam też najmniejszej ochoty na szukanie nowego zajęcia. Niczym filmowa Scarlett O’Hara postanowiłem zastanowić się nad tym dopiero jutro…

Od tygodni byłem w regularnym kontakcie z K. Jej rodzice uwięzieni byli w ostrzeliwanym Mariupolu, nie było z nimi żadnego kontaktu przez prawie dwa tygodnie. Odcięcie od choćby strzępów informacji spowodowało, że wzięła w pracy wolne, nie była wstanie skoncentrować się na zawodowych obowiązkach, wspierała się farmakologicznie. K. pracuje w dużej międzynarodowej firmie doradczej w Bazylei. Opowiedziała mi, że dzwonił do niej imienny partner oferując pomoc i zrozumienie. Zgłosił się do niej też ktoś inny z firmy, z nowo powstałej wspólnoty zrzeszających pracowników chcących wspierać wszelakie inicjatywy pomocowe dla Ukrainy. Miły, niezobowiązujący gest, z drugiej strony typowe corpo. Jakiś zbłąkany stażysta zadzwonił do niej prosząc czy mogłaby wgrać się na jedne z zorganizowanych przez nich spotkań. Odmówiła. Po tym, jak poprosił ją o przygotowanie kilku slajdów i zrobienie prezentacji straciła resztki zapału dla tego pomysłu.

Dwa tygodnie bez jakichkolwiek informacji o tym co dzieje się z jej najbliższymi. W akcie desperacji założyła konta na każdym możliwym portalu społecznościowym, próbowała przypomnieć sobie nazwiska wszystkich osób, których znała z dzieciństwa czy okresu studiów, sąsiadów, znajomych rodziców, kogokolwiek. Pisała wiadomości w nieznane, byleby ktokolwiek był może w stanie potwierdzić, że jej rodzice żyją. Odpisał jej kolega z podstawówki, którego nie widziała trzy dekady. Był w mieszkaniu jej matki, widział się nią i rozmawiał.

Informacje o „korytarzach humanitarnych”, które pojawiały się w środkach masowego przekazu miały się nijak do tego, co działo się w rzeczywistości. Matce K. udało się wyjechać z miasta autem, na własne ryzyko, benzyny w baku nie starczyło by dojechać do Zaporoża. Na stacjach benzynowych brakowało paliwa. Jechała bardzo powoli, często zatrzymywana była do kontroli, sprawdzano jej telefon czy nie ma zdjęć pokazujących wojsko albo przedstawiających zniszczenia wojenne, dodatkowo po godzinie 17. wprowadzono absolutny zakaz poruszania się pojazdów cywilnych.

Kilkadziesiąt godzin po otrzymaniu tej informacji nieznajoma para Niemców podróżująca do Berlina, przywiozła ją do mnie do domu. Niemal natychmiast ze Szwajcarii wyruszyła autem kuzynka K. z mężem. Chciałem zostawić kobiecie do dyspozycji całe swoje mieszkanie, ale K. poprosiła mnie żebym nie zostawiał jej matki samej. Ostatnie kilkanaście dni spędziła sama w mieszkaniu, w okupowanym mieście bez wody, prądu, ogrzewania i kanalizacji.

W wiadomościach wciąż mówią o oblężonym mieście prawie 2000km stąd, kwitnie propaganda, kopiowana przez dziennikarzy, a świadek tych wydarzeń dotknięty bezpośrednio, siedział koło mnie w salonie, pił gorzką kawę a potem umył mi naczynia. Poczucie skrajnej bezradności wobec okrucieństwa świata przytłacza, banalność otoczenia ryje banie. Miałem ochotę wyciągnąć i wręczyć jej całą kasę którą miałem w portfelu. Trudno było mi później wyjść z domu, zrobić zwykłe zakupy i kupić sobie kurczaka na obiad, pójść na spacer do parku i odnaleźć się w zwyklej rzeczywistości. Wszystko wydaje się tak idiotyczne. Szerokim kątem coś pokazane z bliska jest o wiele bardziej przejmujące niż coś pokazane z daleka.

Ktoś może zapytać dlaczego nie wsadzę jej do pierwszego samolotu lecącego do Szwajcarii? Wydaje mi się, że w jednej z plastikowych toreb matka K. wiozła…pieniądze.

Ojcu K. też udało się uciec z miasta, w kawalkadzie trzech aut przejechali raptem 30km. Na razie nie wiemy, w stronę której granicy zmierzają, bo nie ma z nimi kontaktu.

Kondycja świata jest porażająca. Mam takie przekonanie, że trzeba lepiej zadbać o siebie, zbudować jakoś pancerz nieczucia niczego. Nie wiem jak daleko zajdzie sytuacja na Ukrainie, ale nie chcę oglądać ani słuchać rzeczy, o których wiem, że nie będę wstanie w swojej głowie przerobić i dostosować do swojej wrażliwości.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano | 6 Komentarzy

Sen

Niespodziewanie odezwała się do mnie koleżanka z dawnej pracy. Napisała, że śniłem się jej w nocy. Nie był to sen erotyczny, dlatego ochoczo postanowiła się nim ze mną podzielić…

Hmm zaprosiłeś mnie i O.K. do domu rodzinnego..w Albani. Ja dojechalam autem a O. dopłynęła promem z Faro.. padał deszcz i się zgubiłam na jakimś rynku gdy dotarłam pod Twój dom byla tam kartka „złamałaś mi serce, które krwawi i jest już pomarańczowe” „jesteś winna mi 50 PLN🤨 o 5 się obudziłam ze śmiechu…

Poplułem się ze śmiechu jedząc śniadanie.

Opublikowano Uncategorized | 14 Komentarzy