Podróżować jest bosko

Do Rzymu poleciałem sam. Ominął mnie wprawdzie koncert Renato Zero, ale ostatecznie nie miałem na to wpływu. Udało mi się tak zmienić daty wylotu, tak że w Rzymie spędziłem praktycznie dwa pełne dni a byle jaki hotel zastąpiłem bardziej zbytkowym pokojem w butikowym Rome Life. We Wrocławiu zaczyna się jesień a w stolicy Lacjum 25-27 stopni, piękne słońce i Orawie bezchmurne niebo. Chodziłem na bardzo długie, samotne spacery odwiedzając znajome miejsca, bez końca włócząc się pomiędzy Koloseum, Panteonem, Piazza Navona, Watykanem i Piazza di Spagna. Zaglądałem do ulubionych sklepów, galerii i restauracji. Jadałem rzadko, za to serfowałem sobie frykasy, których w Polsce bym nie uraczył: saltimbocca (eskalopki cielęce), trippa alla Romana (włoskie flaki), buffala, pasta z homarem, prawdziwe włoskie lody. Chętnie powtórzyłbym taki wyjazd znowu, niby intensywne 48 godzin w Wiecznym Mieście, a wróciłem do Wrocławia wciąż pełen energii, która rozpierała mnie przez następne dwa dni i dwie noce.

W pracy od końca lipca trwa zastój, ale obiecują nam, że za tydzień lub dwa znowu nie będziemy wiedzieli w co ręce włożyć, że obecny stan to cisza przed burzą. Kolejny pracodawca ogłasza podział w wewnątrz organizacji a to oznacza bardzo dużo napięć, stresu, niewiadomych, ale i możliwości na zmianę. Nadchodzi bardzo intensywny okres pracy, który zdaje się potrwa kilkanaście dobrych miesięcy, co o dziwo w ogóle nie spędza mi snu z powiek. Na przekór doświadczeniom z przeszłości i zawodowym zobowiązaniom zaplanowałem sobie trzytygodniowy urlop w marcu, kupiłem bilet do Medellin by w marcu zjechać Kolumbię i dodatkowo w towarzyskie flamingów odpocząć kilka dni na plażach Aruby.

Opublikowano podroze | Otagowano , , , | 4 Komentarze

Nadrabianie w pisaniu

Od kilku lat miałem zwyczaj zapisywania na kuchennym kalendarzu wszystkich planowanych wyjazdów zarówno tych bliższych jak i dalszych. Łatwiej było mi ogarnąć terminy, zaplanować swoje wydatki, odwiedziny znajomych, wiedziałem kiedy jestem a kiedy na pewno nie ma mnie w domu. Nie inaczej było w tym roku. Pierwsza połowa roku minęła zgodnie z planem, ale od lipca rozpiska zaczęła się sypać.

Wpierw przez wypadek wypadł mi Tallin, potem niespodzianie Szwajcaria, ni stąd ni zowąd Rzym, w ostatnim momencie M nieoczekiwanie odwołał nasz urlop w Egipcie. Dziwnym trafem wszystko potoczyło się zaskakująco szybko, w wyniku czego nie miałem czasu na refleksję, że oto wszystko wali się jak domek z kart. Zostałem sam jak palec z przedpłaconymi rezerwacjami hotelowymi i biletami na samolot, których nie można było odwołać, z uzgodnionym z pracodawcą terminem urlopu, ale bez konkretnych planów. Momentalnie zagotowałam się, zdając sobie sprawę ile utopiłem pieniędzy, których nie będzie można odzyskać. Zamiast jątrzyć i wściekać się na M. minimalizowałem starty, pośpiesznie próbując zmienić daty wyjazdów albo odzyskać choć część z pięniędzy za hotele czy samolot.

Na pewno nie chciałem lecieć do Egiptu sam. Znajomi, których pytałem, nie mieli urlopu albo funduszy. Siedzenie w domu przez dwa tygodnie także nie przyprawiało mnie optymizmem.

Opublikowano Uncategorized | 5 Komentarzy

dobry wujek

Ostanie kilka weekendów to maraton fajnych spotkań, wyjazdów, wizyt, rewizyt i imprez.

Najpierw do Wrocławia zaprosiłem swoja siostrzenicę, która w lipcu dostała się do szkoły średniej. Jako dobry wujek uczestniczący trochę w podejmowaniu przez nią tego ważnego wyboru obiecałem zaprosić ja na kilka dni do siebie, żeby odstresowała się po trudach egzaminów ośmioklasisty. Jej mama dwoiła się i troiła, żeby jedynaczka jak najlepiej przygotowała się do egzaminów, zorganizowała liczne korepetycje i zajęcia dodatkowe, byleby tylko jej pociecha jak najlepiej zdała egzaminy i dostała wymaganą liczbę punktów. Nie rozumiem rodziców, którzy mają dla swoich dzieci zaplanowaną ścieżkę kariery na 30 lat wprzód, więc próbowałem przemycić w tych dyskusjach trochę własnego punktu widzenia, bo 15latka nie może wiedzieć, czy chce być lekarzem, prawniczką, dentystką, kosmonautką czy może influenserką albo żoną i matką piątki dzieci. W piątek po pracy odebrałem ją z dworca, zaciągnąłem do galerii zrobić zakupy ciuchowe w modnych sklepach, zaciągnąłem na kolację ze znajomymi. Żeby nie było, że jest tylko łatwo i przyjemnie znajomi mówili tylko po angielsku, więc jeśli chciała brać udział w rozmowach musiała ćwiczyć rozmówki inaczej zostałoby jej tylko trzepotanie sztucznymi rzęsami i epatowanie młodością. Dla dziewczynki, która chce być traktowana jak kobieta była to ciekawa lekcja odnalezienia się w międzynarodowym tłumie i muszę przyznać świetnie dała sobie z tym radę. Początkowo była nieśmiała, ale moi znajomi skracali ten dystans z każdą minutą, chętnie zadając jej masę pytań o cokolwiek, byleby tylko przełamała się i zaczęła rozmawiać. L. zachwycona była miejscem, które wybraliśmy na nasze wyjście, podobała jej się atmosfera, moi znajomi, zachwycała się słysząc różne języki i łatwość z jaką przechodziliśmy z angielskiego na polski, włoski i hiszpański. Dziewczyny komplementowały ją za figurę, sukienkę i naturalność, zaprzyjaźnieni koledzy Włosi nie szczędzili komplementów a ona czuła się częścią naszej ekipy. Nazajutrz pokazałem jej Wrocław, zabrałem na przejażdżkę katamaranem, interaktywną, multisensoryczną wystawę o van Goghu, kino 4D, wyciągnąłem na modne wśród młodzieży sushi, pokazałem parę fajnych miejsc w moim rodzinnym mieście. Na śniadanie zabrałem do najlepszej wrocławskiej śniadaniowni, gdzie nie wiedziała, czy najpierw robić zdjęcia wnętrzom, strzelać selfie, fotografować jedzenie czy obserwować elegancko ubranych ludzi siedzących przy innych stolikach. Zafundowałem prawdziwy ostrzał wrażeń.

Tak jej się ten pobyt spodobał, że po powrocie do domu nie mogła przestać opowiadać o atrakcjach, które zapewnił jej dobry (a od teraz ukochany i najulubieńszy) wujek. Obiecałem, że przed rozpoczęciem roku szkolonego zaproszę ją znowu i słowa dotrzymałem. Podczas gdy ona szykowała się na weekend w stolicy Dolnego Śląska, zorganizowałem jej dwudniowy wypad do Krakowa. Akurat przypomniałem sobie, że otworzyli tam nowy elegancki hotel i bardzo zależało mi, aby go jak najszybciej odwiedzić. Hotel zrobił piorunujące wrażenie na mnie – nie mówiąc o 15latce. Na dole w hotelu znajdował się piękny marmurowy basen ze strefą SPA a pokój mieliśmy tak ładny, że aż żal było nam go opuszczać. Podarowałem jej wizytę na Wawelu, maraton po muzeach czy wizycie w krypcie byłego prezydenta, w zamian za to zabrałem na przejażdżkę balonem, relaks przy basenie i kolację na Kazimierzu. Ostateczny efekt był piorunujący.

Opublikowano Uncategorized | 6 Komentarzy

Bukareszt

Długi weekend spędzam w stolicy Rumunii. Planowałem polecieć kilka tygodni temu, ale wypadek wymusił na mnie zmianę planów. Żeby zupełnie nie przepadł mi bilet i hotel zmieniłem rezerwacje na połowę sierpnia. Samolot wyleciał o zabójcze wczesnej porze 5 rano, kilka godzin przemęczyłem się w Warszawie by w południe wylądować na lotnisku Otopeni. Mój stary kierowca ucieszył się widząc mnie tutaj znowu, od lat wysyła mi życzenia na święta, śmiejąc się że ciagle zmieniam numer telefonu i już nie nadąża który jest aktualny. Miasto się zmieniło, niektóre znane miejsca przestały istnieć inne zmieniły właścicieli, charakterystyczna architektura kamienic wciąż cieszy oko tak samo jak widok młodych Katarczyków wystających przed kasynem i prowadzącymi się z prostytutkami.

Gdzieś kiedyś usłyszałem że stolica Rumunii to laboratorium architektonicznych zbrodni. Przewodnicy oprowadzający zagranicznych gości po Bukareszcie zawsze mają ten dylemat: pokazać Lipscănię czy nie? To w końcu ichniejsza starówka, ale czy ruina może mieć jakąkolwiek wartość turystyczną? Stan większości międzywojennych budynków jest zatrważający. Wielu nie da się oglądać, gdyż służą za stelaże ogromnych billboardów. Większość interesujących obiektów oznaczono czerwonymi tabliczkami informującymi o pierwszym stopniu zagrożenia sejsmicznego. Nasuwa się pytanie czy cokolwiek wartościowego tu jeszcze pozostanie? Bukareszt to taka hybryda złożona z porozrzucanych fragmentów kilku różnych miast. Zawieszony kulturowo pomiędzy Stambułem, szczyptą Paryża i głęboką komuną Bukareszt ma cechy zarówno zachodnioeuropejskiej metropolii, jak i chaotycznego tureckiego miasta.

Nie zapomnę kiedy pierwszy raz zobaczyłem co się tutaj wyprawia, kiedy grupa młodych Arabów przylatuje z Kataru na weekend. Wszedłem któregoś dnia do hotelu gdzie w lobby tłoczyła się cała grupa młodych mężczyzn, dziwnie przaśnie ubranych za to w same markowe ciuchy, głośno się zachowywali żeby nie powiedzieć, że jak jakieś bydło przyjechało. Nagle do lobby weszła piękna, bardzo atrakcyjna blondynka, elegancko ubrana, pachnąca, pokiwała porozumiewawczo a panowie jak jeden mąż rzucili się w jej stronę. Rozdawała im jakieś karteczki, pomyślałem że to ktoś sławny oferuje fanom autografy.

Pani z recepcji odwróciła się do mnie, przeprosiła za zamieszanie, skomentowałem, że rozumiem fanów, czasem każdy wariuje jak spotyka swojego idola znaną aktorkę albo celebrytę. Pani uśmiechnęła się, puściła mi oczko i skomentowała: – tak, to nasza „lokalna” celebrytka…

Agencje towarzyskie mają się bardzo dobrze w Bukareszcie, zwłaszcza gdy pojawiają się naiwni wygłodniali bliskości za to bardzo bogaci młodzi panowie z Bliskiego Wschodu.

Opublikowano podroze, Uncategorized | Otagowano , | 3 Komentarze

praca

Wielkie korporacje, na których z jednej strony wiesza się wszystkie wyzwiska, odmawiając humanizmu albo krytykuje się za twory niezdolne do wykorzystania ludzkiego potencjału i kreatywności. Mocno zhierarchizowane, bezduszne, z rozbudowanymi procedurami, zasadami i regulaminem na wszystko, wykorzystujące kapitał ludzki do cna.

Wiele osób ucieka z tego systemu w poczuciu bezsilności, sfrustrowania, zmęczenia, zagubienia i wyssania energii. Odchodzą szukając autonomii, pragnąc przestrzeni dla własnej indywidualności jak najbardziej optymalnej dla siebie.

Korporacje tworzą ludzie, oni w nich pracują. Z korporacji pochodzą dobre rozwiązania i praktyki, które stają się trendem i wzorem. To korporacje mogą eksperymentować z nowymi ideami, bo mają do tego zasoby: ludzi i pieniądze. Mniejszych organizacje nie stać na ponoszenie ryzyka. Łatwiej jest im zawsze naśladować sprawdzone rozwiązania.

Sam jestem człowiekiem korpo. Czytam o bezdusznych korporacyjnych o stereotypach i zwykle to po mnie spływa. Male firmy nieustannie dążą, by do korporacji wbić się ze współpracą. Jasne, że tak bo korporacje są wypłacalne i mogą dużo zapłacić. Kontrakty zawsze są tłuste.

Szkoły zarządzania uczą biznesu opisując praktyki korporacyjne. Sprawdzone w boju. Odwrotnie to nie działa. Nikt na uczelniach nie wymyśla zarabiania. Nie tam powstają firmy.

Istnieje druga strona wielkich firm: praktyki dobrego działania, skuteczności, ryzyka w innowacjach, stabilności finansowe i całej rzeszy super mądrych fantastycznych ludzi, którzy spełniają się, mają frajdę z pracy w takiej strukturze. To oni tworzą mikrospołeczności w ramach całej skomplikowanej struktury. Hierarchia struktury ma wady, jest upierdliwa, ale zapewnia przewidywalność i stabilność, eliminując błędy. Od każdego człowieka zależy ile życzliwości wniesie w swoją pracę. I bardzo często wnosi. Bo żaden system nie wymaga wprost, aby być bezwzględnym i nieludzkim.

Opublikowano praca | Otagowano , | 2 Komentarze

Się pracuje

W pracy kolejne zmiany. Szefostwo programu postanowiło przyjrzeć się zespołom i ludziom które w nich pracują i na początku lipca ogłosiło że niedługo zaproponują zmiany. Tak się i stało, wywalili mojego turbana z Indii, który od początku uprzykrzał mi życie telefonami o dziwnych porach i jeszcze dwóch innych Hindusów. Turban od razu po ogłoszeniu zmian zadzwonił do mnie, żalił się, próbując wybadać jak się czuję i co my teraz zrobimy. My? No u mnie nic się nie zmienia, dostałem nową rolę i dodatkowe obowiązki. Widząc że nie trafił na podatny grunt do wylewania gorzkich żali szybko zakończył naszą rozmowę i się rozłączył. Z Hindusami nikt nie chce u nas w programie pracować, komunikacja z nimi nigdy nie należy do prostych i lekkich, bo człowiek zawsze musi główkować co Rawindra Kumar czy inny Radżundrip chce powiedzieć bo oni nie potrafią normalnie zapytać albo poprosić zawsze musi to być okraszone przedziwnym słownictwem i wyrażeniami: revert back, prepone, it’s raining outside, doing the needful, what time do you close your shop today? – ile razy słyszę lub czytam podobne wyrażenia wiem że nadawca pochodzi z Indii. Dziwnie rozumieją opisywane problemy, jakoś tak interpretują inaczej. Że ja o jednym, oni niby o tym samym, ale jednak obok i ich rozwiązania są na zasadzie obchodzenia problemu, co jednak nie jest rozwiązaniem

Regularnie pojawiam się w biurze, bo praca w upały najlepiej wychodzi mi w pomieszczeniu klimatyzowanym. Dziś ostatni dzień przed weekendem. Byle do 16.30…

Opublikowano praca | Otagowano | 2 Komentarze

Anegdotki

Dwa tygodnie po wypadku na twarzy praktycznie nie ma śladu zadrapań, to co zostało udaje mi się ukryć więc na ulice tudzież do ludzi, śmiało mogę wychodzić. Lekko zacząłem utyskiwać na lewą stopę, coś tam spuchło w kostce dlatego umówiłem się na wizytę u ortopedy. W tygodniu albo nie było wolnych miejsc albo byłem mocno zajęty, dlatego bezpiecznie wybrałem termin na sobotę rano. Wizytę umówiłem i potwierdziłem przez aplikację, dlatego sobota punkt 9:45 zjawiłem się w wybranej placówce. Miła pani w rejestracji spoglądając na mój dowód tożsamości nagle oznajmiła, że wizyta jednak się nie odbędzie: – Pan doktor nie będzie mógł Pana dziś przyjąć, przepraszam, nie zdążyłam do Pana zadzwonić ani wysłać maila. Przepraszam to stało się tak nagle… Obruszyłem się trochę, bo specjalnie fatygowałem się na drugi koniec miasta podporządkowując sobotni poranek właśnie tej wizycie. – Pan doktor źle się poczuł, odwołał wizyty – kontynuowała. – A nie ma innego ortopedy, który ma dziś dyżur? – próbowałem znaleźć rozwiązanie. W tym czasie podeszła jej koleżanka, z równie zafrapowana miną. – Przepraszamy, naprawdę to wyszło tak niespodziewanie, nie zdążyliśmy, nie ma nikogo innego kto mógłby przejąć pacjentów pana doktora. Możemy umówić Pana na inny termin? Obie panie zaczęły wić się jak węgorz na zmianę przepraszając i próbując przekonać mnie do innego terminu wizyty. – Nie ma dziś innego ortopedy, nawet w innej placówce? – nie dawałem za wygraną. – Pan doktor zasłabł dziś w czasie dyżuru, leży w ambulatorium, przepraszamy, naprawdę mamy związane ręce, nie ma nikogo kto mógłby go zastąpić… Poddałem się, na koniec próbowałem załagodzić całą sytuację. – …ok rozumiem, zdarza się, złośliwość rzeczy martwych… – i w tym momencie zobaczyłem bardzo zdziwioną minę recepcjonistki, kopara jej opadła. Złapałem się w myślach co palnąłem. – To ja już lepiej się zamknę i nic nie będę mówił – skwitowałem. Pani próbowała obrócić to w żart: – Ja wiem co Pan ma myśli. Wyszedłem z budynku śmiejąc się z siebie jaki z człowieka czasami jest debil.…

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

37/75

Na fali chęci bycia nie tylko zabawnym, przystojnym i szlachetnym mężczyzną, ale także ambitnym w nieustannym podnoszeniu własnych zawodowych kwalifikacji tudzież chęci powrotu do szkolnej ławy, spowodowanych głównie przedłużająca się pandemią i koniecznością pracowania z domu, podjąłem się studiów podyplomowych. W tzw. międzyczasie wykładów na uczelni wyższej w Sopocie i dodatkowo wziąłem się jeszcze za szkolenia kończące się otrzymaniem międzynarodowych eksperckich certyfikatów. Po co angażować się w jedną rzecz, jak można przecież dokoptować sobie kilka naraz i mieć z tego na koniec cudowną masakrę…

Ten, kto kiedykolwiek interesował tematem certyfikatów wie, że certyfikowanie się to cała szopka, wymaga kursów, studiowania, a na koniec zdania akredytowanego egzaminu i dodatkowo wyzbycia się sporych pieniędzy, żeby taki papier otrzymać. Mój poprzedni pracodawca, choć bardzo niezorganizowany, na doszkalanie akurat nigdy funduszy nie żałował. Zanim od niego odszedłem wycisnąłem z niego połowę czesnego na studia MBA oraz dwa akredytowane szkolenia po kilka tysięcy złotych każde. W zeszłym roku skończyłem studia, zdałem Prince‘a a na fali entuzjazmu, że tak dobrze sobie poradziłem na dokładkę rozpocząłem kurs z zarządzania ryzkiem. Kurs ten ukończyłem, gorzej było z przystąpieniem do egzaminu, bo niespodziewanie skończył mi się zapał, ale na zdanie jego miałem całe dwanaście miesięcy. Przed nowym rokiem na lodówce, wielkimi literami zapisałem sobie MoR i codziennie popijając poranną kawę patrzyłem i planowałem w głowie, od którego tygodnia przysiądę, aby podejść do egzaminu. I tak w błogim stanie planowania zeszło mi całe 51 tygodni. 20 lipca mijał ostatni dzień, kiedy mogłem przystąpić do egzaminu, inaczej musiałbym rozpocząć cały kurs od początku i tym razem już z własnej kieszeni wyłożyć kolejnych parę tysięcy. W zeszły piątek zapisałem się na egzamin, termin wtorek wieczór, akurat na dzień przed utratą ważności kursu. Przez weekend przysiadłem do materiałów, notatek i zamiast wyjść na rower, czytać ciekawsze książki albo eksplorować Netflixa przez kilka dnia raczyłem się specjalistyczną terminologią skutecznego zarzadzania ryzkiem, tolerancją na ryzyko, pryncypiami, metodologią, diagramami przyczynowo skutkowymi w kroku Identyfikuj Ryzyko a na deser modelami probabilistycznymi i drzewkami prawdopodobieństwa. Dwa dni wyciągnięte z życia na zgłębianie straszliwych nikomu niepotrzebnych i mało interesujących pierdół.

Wczoraj, kilka minut przed 19. zalogowałem się na portal egzaminacyjny. Cała administracja egzaminu odbywała się w języku angielskim, należało potwierdzić tożsamość oraz spełnić podstawowe wymagania techniczne pt. sieć, kamera i mikrofon. Miły pan egzaminator oznajmił mi, że ma za słaby streaming w kamerze, więc niestety nie będę mógł jednak przystąpić do testu. Próbowaliśmy jeszcze sprawdzić dostęp przez inne urządzania, ale dupa blada nic nie działało. Wykurzyłam się, ale później stwierdziłem, że chyba sobie jednak odpuszczę, w końcu miałem na to cały rok i tak mi się szczerze nie chciało, że na grzyba mi kolejna laurka, lepiej będzie jak się zrelaksuję. Próbowałem nawet skombinować inny laptop od kogoś ze znajomych, ale jak na złość wszyscy na wyjazdach albo nie mają. Poddałem się i na chwilę zapomniałem o wszystkim.

Przed pójściem spać jednak coś mnie tknęło, zacząłem grzebać w ustawieniach swojego laptopa, usuwać niektóre programy zabezpieczające, reinstalować sterowniki kamerki internetowej, suma summarum naprawiłem. Było grubo po północy jak zapisałem się na egzamin o 6 rano. Spałem krótko, obudził mnie przeraźliwy dźwięk budzika, zwlokłem się z lóżka przypominając zombie, zrobiłem sobie kawy, włożyłem byle jaki ciuch i punktualnie 5:50 zalogowałem się do portalu egzaminacyjnego. Pani już na mnie czekała, wyjaśniła mi reguły: egzamin testowy, złożony z 75 pytań w tym 5 pytań niewpływających na wynik egzaminu, czas trwania godzina, próg zaliczenia 35 poprawnych odpowiedzi, no i rzecz jasna brak pomocy dydaktycznych. Zrobiłem wcześniej 2 inne testy, wiedziałem jak skonstruowane są pytania i mniej więcej czego się spodziewać. Zaskoczyli mnie. Po 30 minutach byłem na 22. pytaniu i naszło mnie zwątpienie, czy aby na pewno to był dobry pomysł, żeby się tego podejmować. Zaczęły mi się mieszać pojęcia, po kilka razy musiałem czytać pytania, bo ich konstrukcja zdawała się niejednoznaczna, parę razy złapałem się za głowę pukając się w czoło ”ale o co chodzi?”. Na 10 minut przed końcem czasu byłem raptem na 50 pytaniu. Przejrzałem tylko na szybko ostatnie 25 pytań i zacząłem zgadywać odpowiedzi. Czas upłynął. Egzamin dobiegł końca. Wyniki pojawiły się po krótkiej chwili. 37/75

Opublikowano Uncategorized | 20 Komentarzy

ciało czyli pojazd, którym podróżuję przez życie

Wydarzenia ostatnich tygodni dają mi do wiwatu i regularnie spędzają sen z powiek. W całej sytuacji pozytywne jest to, że w końcu nadeszła refleksja jak bardzo chciałbym by moje ciało, mówiąc metaforycznie, dopasowane było do tych wszystkich widoków jak na wakacyjnej pocztówce. Zaniedbałem się. Większość życia spędziłem w nie do końca dobrej komitywie z samym sobą, teraz mam wrażenie jestem bardziej kompatybilny, wyżej zawiesiłem sobie poprzeczkę, a raczej z pewnością wyżej niż kiedyś. Dieta zawsze była dla mnie pewnego rodzaju utrapieniem, teraz robienie czegoś dobrego dla siebie na dobre funkcjonuje w mojej głowie. Zawsze dbałem głównie o głowę, bo tam snują się plany i marzenia, w myślach ochrzaniam siebie, rozmawiam ze sobą. Do tej pory ciało tylko omiatałem wzrokiem. Muszę przyznać, że i tak moje umęczone ciało dało radę przez te wszystkie lata, funkcjonowało dobrze po mimo tego czemu było poddawane przez ponad 35 lat. Nie katuję się jednak i nie żyłuję.

Okrutnie spadła mi odporność, często czułem się zmęczony, chory i rozbity, notorycznie łapałem jakieś wirusy, źle sypiałem, przybrało mi się na wadze, twarz zrobiła się ulana i opuchnięta. Od maja regularnie chodzę po lekarzach specjalistach, robię badania. Widoczne efekty dwuletniego okresu pracy z domu zmusiły mnie, aby zmienić nawyki żywieniowe, ograniczyć napoje wyskokowe i więcej się ruszać.

Pechowo, ostatnie urodziny w efekcie wypadku zamiast w Estonii, spędziłem na SORze, a zaplanowany urlop zamieniłem na L4. Dziś wróciłem do pracy, ale niespodziewanie odezwała się kontuzja stopy i znowu muszę do lekarza. Dziadzieje i zaczynam się sypać – jakąś masakrę zaliczam ogólnie.

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

Anegdotki ostatnich dni

Z sąsiadami z zasady żyję w zgodzie, jednakże nie fratelizuję się, nie odwiedzam i nie wpadam pożyczać soli, jajek, zapałek czy przysłowiowej szklanki cukru. Zawsze mówię tudzież odpowiadam na dzień dobry. Czasami odbieramy za siebie paczki od kuriera, ale to bardzo rzadki wyjątek. Ci bardziej charakterystyczni zawsze mają u mnie jakieś przezwiska: pani Burkowa – bo ma psa Burka, Baryłkowie – bo cała rodzina jest w rozmiarze xxl, Ciapciusie – bo są niegramotni, Denis Penis – bo rym sam ciska się na myśl, pan Jebadełko – bo wiecznie nachodzi żonę w łazience. Mam też sąsiada, mieszka z żoną oraz dzieckiem piętro nade mną. Wysoki, atrakcyjny z wyglądu, wysportowana sylwetka, lekko cichociemny, nie wiem czy kala się jakąkolwiek pracą, bo nigdy nie widziałem, aby gdzieś rano wychodził, lubi styl sportowy, spodenki, t-shirty, słoneczne okulary i klapki. W tych klapakach widuje go nieustannie od wiosny do jesieni, nic więc dziwnego, że nazwałem go pieszczotliwe Pan Klapek. Ostatnio na inspekcje wpadła do mnie rodzicielka. Niespodziewanie ktoś zadzwonił do drzwi, bylem zajęty, poprosiłem ją żeby otworzyła drzwi: „Piotruniu, Pan sąsiad Pan Klapek do ciebie”. Musiałem się tłumaczyć, że matka pomyliła go z kimś innym.

Opublikowano Uncategorized | 9 Komentarzy