Początki zawsze są trudne

Na razie idzie mi jak po grudzie. Ważne, że do przodu, ale strasznie mnie irytuje że tak opornie przychodzi mi nauka nowych rzeczy. Kiedyś rzeczy łapało się w mig a teraz słucham o tych RM-ach, AuM-ach, NNA-sach, GWTR-ach i shadow-ach i co chwilę muszę się zastanawiać z czym to się je.

Mój szwajcarski dyrektor wygłosił wczoraj tyradę na temat swoich oczekiwań wobec mnie po odejściu kolegi z jego teamu, tylko że to się zbytnio kupy nie trzyma. Jak można nauczyć kogoś 6 lat doświadczenia w kilka godzin i to jeszcze online, bo moja delegacja za sprawą papierologii wydaje się być coraz odleglejsza. Na szczęście byle do końca maja, bo 1.06 lecimy do Miami. Nie zamierzam spędzać całego życia usprawniając czyjeś procesy, nie marnuję czasu na przesiadywanie po godzinach w biurze, w końcu i tak mi nikt nigdy za to nie podziękuje.

Tak się ostatnio nad tym zastanawiałem, że ten mój bardzo krótki pobyt w poprzedniej firmie był mi pisany. Gdyby nie praca w dxc nie kupiłbym po znajomości mieszkania, nie poznałbym pani K., która zaprojektowała mi nowe wnętrza, nie poznałbym paru fajnych osób i nie dostałbym wypasionego laptopa, który służy mi po dzień dzisiejszy.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Zmęczenie

Zmęczenie znowu dało o sobie znać, tyle jest tego wszystkiego do ogarnięcia, nie mam czasu podrapać się po tyłku bo latam od spotkania na spotkanie, szkolenia za szkoleniem, nie mam spokoju żeby móc usiąść i przejrzeć notatki. Nie wyobrażam sobie na razie jak będę wstanie pracować samodzielnie kiedy wszystko mi się już poukłada i zatrybi. Na dodatek Szwajcarzy wymyślili sobie że przylecą do nich przejąć część dodatkowych obowiązków po odchodzącym niebawem A. Nie mam za bardzo ochoty tam jechać bo nie czuję się jeszcze pewnie w podstawowych tematach a co dopiero brać na siebie więcej nowych obowiązków. Nie narzekam, ale sytuacja nie napawa mnie zbytnim optymizmem.

Od czwartku walczę z biurokracją, załatwiam jakieś pozwolenia, karty kredytowe, dosyłam kolejne dokumenty i świadectwa. Machina korporacyjna działa bardzo powoli a ja lubię efekty mieć id razu.

W weekend przywieźli mi zamówiony zestaw wypoczynkowy na balkon, składankę jego oraz wiercenie dziur w ścianach zajęło mi całą sobotę aż z bólu czułem wszystkie palce. Praca fizyczna pozwoliła mi jednak zapomnieć o pracy i odciągnąć myśli od rzeczy na które przecież nie mam żadnego wpływu. W wierceniu pomagał mi ojciec, wiem że darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, ale gdybym wiedział że aby wywiercić jedną dziurę zrobi w około trzy inne na pewno dwa razy bym się zastanowił nim poprosił go o pomoc.

M na razie nie przyjeżdża, bo jeśli faktycznie mnie wyślą do tej Szwajcarii, będę miał darmową podróż.

W sobotę wieczorem kiedy skończyłem wszystkie zaplanowane w mieszkaniu pracę przyszedł moment kiedy mogłem sobie powiedzieć: skończyłem, moje mieszkanie nareszcie wyglada tak jak to sobie zaplanowałem. Sącząc kolorowego drinka na balkonie upajałem się tą chwilą.

W długi weekend majowy pracuję. Po tym jak dostałem tydzień wolnego w czerwcu i mogę polecieć na tydzień do Miami, nie mam czelności prosić o więcej.

Opublikowano praca | Otagowano | 1 komentarz

Wkurw

Minął mi dziś pierwszy zachwyt, kubeł zimnej wody otrzeźwił mnie na tyle że przypomniałem sobie że każde korpo rządzi się własnymi prawami. Nie wolno ufać nikomu, informacje i wiedzę należy dzielić na dwa, niczego nie przyjmować za pewnik bo może się to zemścić.

Kto wymyślił cztery szkolenia pod rząd z „kobył” nie wiem, ale już pod drugim dwugodzinnym i wyczerpującym wiedziałem że dzień będzie ciężki. Nie da się przez 9 godzin być maksymalnie skoncentrowanym, nie da się przyswoić nowej wiedzy na tyle żeby samemu potem wykonywać określone czynności.

Jak usłyszałem jeszcze że może jestem za stary do tej roli otworzył mi się nóż w kieszeni.

Opublikowano praca | Otagowano | 1 komentarz

W nowej pracy

Właśnie minął pierwszy tydzień w nowej pracy. Wrażenia mam bardzo pozytywne chociaż we w środę miałem mały kryzys intelektualny. Przytłoczyła mnie ilość informacji i mnogość tematów do ogarnięcia, przytłoczyła mnie myśl nawału obowiązków z jakimi będę musiał sobie poradzić a dodatek logistyka.

W poniedziałek obudziłem się bardzo rano, rozpocząłem nowy poranny rytuał z którym od teraz, chcąc nie chcąc, będę musiał się uporać. Wbiłem się w koszulę, eleganckie buty i pomaszerowałem pierwszy dzień do nowej pracy.

Początek był nudny, zdjęcia do identyfikatora, szkolenie BHP, oprócz mnie tego dnia zaczynała całkiem spora grupa osób. Na 10 miałem spotkanie z nowym przełożonym, ale postanowiłem napić się jeszcze kawy, spotkałem się z A., zajrzałem do galerii a jak już prawie wchodziłem do biura spotkałem kolegę z poprzedniej pracy, z którym oczywiście musiałem zamienić parę zdań. Z naszej czwórki tylko on nie znalazł nowego zajęcia, ale nie wyglądał żeby się tym przejmował. W zeszłym roku, pierwszego dnia nowej pracy to on wprowadzał mnie do korporacyjnej rzeczywiści i w skrytości ducha liczyłem, że w nowym miejscu spotkam kogoś podobnego do niego.

Zespół powitał mnie bardzo serdecznie, nawet nie zdążyłem za bardzo rozgościć się przy nowym biurku kiedy wyciągnęli mnie na wspólny na lunch. Wszyscy sprawiali wrażenie bardzo spoko, uśmiechnięci, żartowali, pomyślałem że nie będzie tutaj tak źle.

Instalacja nowego komputera zajęła może pięć minut co po doświadczeniach z poprzedniej firmy było miłym zaskoczeniem. Schody zaczęły się dopiero potem…

Cały tydzień zawalony mam spotkaniami, szkoleniami i treningami. Praktycznie z jednego spotkania biegnę na drugie i cały czas walczę żeby się nie spóźnić co nie jest proste, bo wciąż nie odnajduję się w biurze, salkach konferencyjnych a czasem i w piętrach.

Co mnie tutaj wkurza to, że w związku że jest to bank nie dostałem swojego laptopa. Dysponuję za to jakąś śmieszną kartą, dzięki której mogę zalogować się na dowolnym komputerze których setki rozlokowane są po całym piętrze. Żeby sprawdzić gdzie i o której mam kolejne spotkanie muszę ciągle logować się do kalendarza a potem biec szukać salki.

Oferta lunchowe przebija za to wszystkie inne miejsca w których pracowałem, może prócz kampusu PayPal w San Jose. Do wyboru: Gruzin, Hindus, Włoch, polskie jadło, bufety, bary i kafeteria.

Opublikowano praca | Otagowano | 1 komentarz

Manila i do domu

Namówiłem M. na bardzo krótką przejażdżkę po Manili. Pomyślałem że przy okazji krótkiej pobytu tutaj mógł zobaczyć przynajmniej Intra Muros, poza tym – moim zdaniem – miasto nie oferuje i tak niczego więcej. Wieczorem poszliśmy do Sunset Baru na kurczakowe satay i frytki, bo już od paru dni miałem olbrzymią ochotę zjeść coś niezdrowego, pikantnego i słonego. Tego wieczoru w Sofitelu trwał jakiś bal, cały hotel wypełniony był wystrojoną młodzieżą w pięknych, eleganckich wieczorowych strojach, dziewczyny przechadzały się stylowo ubrane, wytwornie umalowane, szykownie uczesane a zabawa trwała do białego rana, bo opuszczając pokój o 3 rano na imprezowe niedobitki natrafialiśmy jeszcze w holu, windzie i przy recepcji.

O tak wczesnej porze nie spodziewaliśmy się korków, jadąc na lotnisko zastanawialiśmy się nawet czy dobrze zrobiliśmy wyjeżdżając tam tak wcześnie. Przed Terminalem 1 tłoczył się tłum podróżnych. Aby wejść na teren lotniska należało okazać paszport i bilet. Przed wejściem do głównego holu wisiały olbrzymie monitory informujące pasażerów o statusie lotu i stanowisku odprawy biletowo-bagażowej. W pewnym momencie na ułamek sekundy zatrzymało mi się serce, bo przy naszym numerze lotu do Pekinu świecił się czerwony komunikat „closed”, tak jakby odprawa na nasz samolot była już zakończona. Nie widziałem co to mogło oznaczać, przez chwilę dosłownie zgłupiałem, nie rozumiejąc o co w tym wszystkim chodzi. Jak przedostaliśmy się przez kordon punktów bezpieczeństwa, na którym nota bene zatrzymali M. bo nie spodobał im się jego pojemnik od pianki do golenia w bagażu głównym, pobiegliśmy w kierunku stanowisk odpraw. Okazało się, że odprawa dopiero się zaczynała a całkiem uprzejma pani nie potrafiła wytłumaczyć co znaczy status „closed” migający na wszystkich wyświetlaczach.

M. podczas tego wyjazdu zrobił się lekko cięty na Chińczyków, po tym jak potraktowali go na lotnisku w Pekinie krzycząc na niego w niezrozumiałym języku i rzucając jego bagażami. Nie wspominając już o naszej wizycie w chińskiej restauracji na Times Square w Hongkongu, gdzie leciwa kobieta obsługująca nasz stolik dosłownie rzucała sztućcami, talerzami a zamaszyście nalewając herbaty rozlewała wodę po całej szerokości stołu.

Powrotna podróż samolotem ciągnęła się w nieskończoność. Najpierw ponad 4 godziny lotu z Manili do Pekinu, potem 3 godziny postoju i znowu 11 godzin do Zurychu.

Do Szwajcarii mieliśmy przylecieć wieczorem dlatego staraliśmy się nie przesypiać tej podróży, inaczej ryzykowalibyśmy brakiem snu po przylocie. Tyle tylko, że ile można oglądać głupich filmów, seriali i grać w gry komputerowe.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Dodaj komentarz

Boracay – dzień za dniem

Każdy dzień wygląda tutaj podobnie, upadamy się słodkim nieróbstwem wlewając w siebie litry piwa i wklepując w ciało nie mniejszą ilość kremu do opalania. Zwiedzać tu nie ma co, prócz uprawiania sportów wodnych skazani jesteśmy na czytanie książek, surfowanie po internecie i ładne eksponowanie się na przyhotelowym basenie.

M. spalił się już na mahoń i powoli zaczyna schodzić mu skóra, ja jakoś się trzymam, ale jak w poniedziałek pojawię się w nowej pracy na pewno moja opalenizna nie pozostanie niezauważona.

Pobudka o 7.45, poranna kawa na tarasie, śniadanie, basen albo plaża, jeden i drugi spacer wzdłuż morza, wieczorem kolacja i znowu spacer. Na dłuższą metę mogłoby się to człowiekowi znudzić, ale zachody słońca na Boracay są jedyne i wyjątkowe, nigdy czegoś takiego nie widziałem, może za wyjątkiem Hawajów. Spektakularne show zaczyna się po 18, niebo przybiera wszystkie odcienie czerwieni i żółci i trwa aż słońce całkowicie nie zniknie za horyzontem. Potem bardzo szybko robi się ciemno ale temperatura powietrza pozostaje wciąż wysoka.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Dodaj komentarz

Boracay

Pierwszego wieczoru po pojechaliśmy do centrum zobaczyć jak prezentuje się centrum Boracay nocą. Pierwsze wrażenie było takie, że zobaczyłem korki, syf, kiłę i mogiłę, straszną tandetę i komercje, jak na jakimś odpuście, poza tym dzikie tłumy, rozwrzeszczane dzieciaki, pijana młodzież, aż zacząłem żałować że przyjdzie spędzić nam tutaj aż cały tydzień. Przechadzaliśmy się wśród tych wszystkich straganów, co krok nagabywani przez ulicznych sprzedawców i próbowaliśmy znaleźć miejsce które oferowałoby coś innego niż pizze, rozmemłane owoce morza i panierowane mięso, niestety takich miejsc było tutaj jak na lekarstwo.

Hotel, który nam znalazłem okazał się za to przepięknym resortem, też pełnym bachorków i ciamciających głośno Chińczyków ale pokój, taras, widok na morze i przepiękne położenie obiektu rekompensowały wszystko. Śniadania serwowano w formie wystawnego bufetu, na bogato i praktycznie codziennie wytyczaliśmy się stamtąd obiecując sobie że od jutra dieta.

Piasek na plaży bielusieńkie, wejście dl morza gładkie i piaszczysta, wszędzie czysto, ładnie, schludnie jak w katalogu biura podróży. Ochrona naszego obiektu dbała by plażowi naciągacze nie nękali nas zakupami okularów, kapeluszy czy możliwością uprawiania sportów wodnych, obsługa baru nieustannie serwowała kolorowe drinki z palemką, piwo, wodę, przekąski że łatwo było poczuć się jak w raju.

Z czasem odkrywaliśmy, że do centrum Boracay możemy spokojnie dotrzeć pieszo wzdłuż plaży zamiast zdawać się na hotelowy shuttle który kursował tylko co godzinę. Codziennie pokonywaliśmy tę trasę parokrotnie, najpierw spacerując po plaży w ciągu dnia, potem podziwiając zachody słońca a wieczorem na kolacje i spowrotem.

 

Opublikowano podroze | Otagowano , | 1 komentarz