Na zakręcie

Mówią że musisz walczyć z kilkoma złymi dniami, aby później zarobić najlepsze dni w swoim życiu. Nie łatwo przychodzi mi się z tym stwierdzeniem zgodzić, bo to problem z nastawieniem większości ludzi: życie nie polega na ciągłej walce i szukaniu swojego miejsca. Tak jakbym nie był wystarczająco dobry i muszę walczyć sam ze sobą aby dotrzeć tam gdzie chcę. Najchętniej po prostu bym się zrelaksował, był szczęśliwy na codzień, nie pracował bez końca nad byciem najlepszą wersją samego siebie.

Zupełnie nie wiem jaki będzie następny tydzień. Wiem za to jak fatalne mam nastawienie do powrotu do pracy 12-14 godzin na dobę. Najchętniej wypisałbym się z tej bajki i zaczął od nowa gdzieś indziej.

Znajomi wpierają mnie, jedni zazdroszczą, inni dają dobre rady żeby się nie zniechęcać, jeszcze inni straszą konsekwencjami. Wśród wszystkich złowieszczych scenariuszy istnieje M, codzienne życie i przyjemności.

Nie wiem, naprawdę nie wiem.

Opublikowano Uncategorized | 10 Komentarzy

Lekcja tolerancji

Koleżanka zaprosiła mnie na swoje okrągłe urodziny. W związku z ogólnokrajowymi obostrzeniami związanymi z pandemią, nie mogła zorganizować imprezy w restauracji dlatego zaproponowała spotkać się na wspólnym urodzinowym śniadaniu we wrocławskiej klubokawiarni i tam właśnie zaprosiła swoich gości. Podała dzień, miejsce i czas a ja miałem jedynie za zadanie zadbać o odpowiedni dla niej prezent. Punktualnie o 10:30 pojawiłem się w kafejce, przede mną przybyli już prawie wszyscy zaproszeni, większość gości pojawiła z dziećmi, czego nie dało się nie zauważyć ze względu na panujący przeraźliwy hałas. Na szczęście solenizantka (też mama) zorganizowała animatorkę, która dostała za zadanie zadbać by pociechy się nie nudziły, podczas gdy dorośli mieli mieć święty spokój. Przekraczając próg tego miejsca, usłyszałem klimatyczną muzykę i poczułem przytulną atmosferę ciepła, życzliwości zmieszaną z zapachem aromatycznej kawy. Zwyczajna atmosfera jak najbardziej standardowo oczekiwana w miłej i zachęcającej do odwiedzenia kawiarni.

Na stołach porozstawiane były talerze z przekąskami oraz karafki z wodą, natomiast jeżeli ktoś miał chęć zamówić sobie kawę czy herbatę albo całe śniadanie pt. tost czy jajecznicę – musiał złożyć zamówienie przy barze. Wśród zaproszonych gości nie zauważyłem wielu znajomych twarzy, dlatego zanim przysiadłem się do stolika, poszedłem zamówić filiżankę cappuccino. Za barem pracował młody chłopak. 

– Cappuccino na mleku owsianym poproszę, zapłacę kartą – powiedziałem.

– Cappuccino? – zapytał potwierdzającego. Przytaknąłem szybko głową. 

Chłopak wprowadził coś do systemu, po czym oddalił się od lady w kierunku stanowiska z terminalem płatności i zapytał: 

– Jak będzie Pan płacił? 

– Kartą – podpowiedziałem odruchowo jeszcze raz. 

Chłopak popatrzył przelotnie, odłożył coś na bok po czym zapytał: 

– Będzie Pan płacił kartą czy gotówką? 

– Tak, kartą – odpowiedziałam tym razem lekko zniecierpliwiony.

Po złożeniu zamówienia miałem poczekać aż mnie zawołają. Przycupnąłem więc sobie niedaleko baru w oczekiwaniu na swoją kolej. Po 10 minutach nic się nie wydarzyło, zamówiona kawa nie była gotowa dlatego zapytałem ile będę jeszcze czekał. 

– Przyjąłem pana zamówienie i jak będzie gotowe, zawołam –  usłyszałem w odpowiedzi. 

Minęło następne kilka minut, które zaczęło wydawać mi się wiecznością a mojej kawy jak nie było, tak nie było. 

– Przepraszam ja tę kawę dostanę? – zapytałem najuprzejmiej jak tylko potrafię. – Przyjąłem pana zamówienie i jak tylko będzie gotowe zaraz pana zawołam – powtórzył chłopak.

No nic. no to sobie poczekam – pomyślałem a w psychopatycznej wyobraźni rozcierałem na ścianie rozbryzgnięte komórki mózgowe tego pana. Po kolejnym kwadransie podeszła do mnie koleżanka najwidoczniej spostrzegłszy moją zabójczą minę: – A ty co Piotruś na coś czekasz? –  zapytała niewinnie

– Tak, na kawę, ale tutaj jakiś matoł pracuje, ewidentnie nie może się ogarnąć i chyba zaraz mu coś zrobię….. 

– … Poczekaj, poczekaj muszę ci coś powiedzieć… – zaczęła, niestety nie zdążyła dokończyć myśli, bo właśnie ktoś ją zawołał, ale nim odeszła obiecała, że za momencik do mnie wróci. Tak więc ja niczym przysłowiowa oaza spokoju, wyciszony kwiat lotosu na spokojnej tafli jeziora ćwiczyłem swoje opanowanie nieustannie czekając, raz po raz ciskając gromy w stronę mężczyzny. Kolejka ustała, nikt nie stał by złożyć zamówienie, kątem oka dostrzegałem jak chłopak oparł się o ladę, jakby zamyślony, z pustym wzrokiem wpatrzony w przestrzeń. 

– Przepraszam… – wyrwałem go ostro z tego zamyślenia. 

Chłopak popatrzył na mnie i jak gdyby nigdy nic zapytał: – Coś dla pana? – czym niemalże mnie dobił a w myślach przeleciało mi szybkie ja pie…lę.

– A moja kawa…? – popatrzyłem na niego jak na kogoś o ilorazie inteligencji kawałka drewna albo zdechłego chomika. 

-… a Pan zapłacił? – zapytał.

– No jasne, jakieś 45 minut temu – odburknąłem. Chwila dla debila i imbecyl to były naprawdę najlżejszy epitety jakimi określałem wtedy tego chłopaka w myślach. 

W końcu odebrałem zamówioną kawę, poszedłem dosiąść się do stolika, w międzyczasie podeszła do nas kelnerka przynosząc jakieś wcześniej zamówione dania. Przeprosiłem ją i spytałem gdzie mógłbym dostać serwetkę na co nie odpowiedziała. Zapytałem jeszcze raz, tym razem trochę głośniej, bo może mnie nie usłyszała. Dziewczyna rozdała wszystkim talerze, zebrała ze stolika puste naczynia po czym odwróciła się na pięcie i odeszła totalnie mnie ignorując. Syknąłem wtedy i puściłem wiązankę pod nosem – co za cyrk, jakaś ukryta kamera, prawdziwa stronza.

Za chwilę pojawiła się moja znajoma i wróciliśmy do rozmowy, którą nam przerwano…

– …Słuchaj, bo tutaj to pracują ludzie niepełnosprawni…. tacy z defektami intelektualnymi, z autyzmem, z zespołem Downa, z Aspergerem, głusi, niedowidzący co utrudnia komunikacje,  także myślałam ze wiesz…

Okazało się, że cafe bar prowadzony był przez stowarzyszenie zajmujące się terapią osób niepełnosprawnych intelektualnie, które kontynuują tu terapię mowy i myślenia przez pracę.

No a ja tego nie wiedziałem! Nikt mi o tym nie powiedział, nie znałem nawet tego miejsca, nigdy wcześniej o nim nie słyszałem. Momentalnie zrobiło mi się głupio, bo biedny pan za barem dostał ode mnie słowny łomot i metkę ameby ze wzrokiem tęskniącym za rozumem. Jeszcze te maseczki gdzie nie widać mimiki twarzy…na jego zachowanie włączał mi się jedynie agresor.

W trakcie imprezy okazało się, że pracownicy tego miejsca chętnie biorą udział w wydarzeniach, które są tutaj organizowane. Pracownicy nie są jedynie statystami, a w każdej uroczystości chcą brać czynny udział. Dla nas zorganizowali program artystyczny. Dostałem bojowe zadanie, aby osobom wchodzącym z zewnątrz wspomnieć, że na miejscu odbywa się impreza zamknięta. Co parę minut ktoś pukał, otwierałem drzwi i tłumaczyłem że nieczynne, że impreza zamknięta, wpuszczałem tylko tych, którzy przyszli wziąć udział w programie. Trafiłem na dwie dziewczyny z zespołem Downa. Jedna pytała czy załapie się na kawałek tortu, druga w progu zakomunikowała że przyszła na koncert, śpiewać, więc nie miałem żadnych wątpliwości, że należało ją wpuścić. To samo z osobą poruszającą się na wózku.

W ferworze przygotowań do przedstawienia zebraliśmy się na środku sali, czekając na ten szumnie zapowiadany występ. Stałem wmieszany w tłum, wśród wielu panów, gdy nagle otworzyły się drzwi. Dziewczyna z zespołem Downa weszła, rzuciła okiem po całej dużej Sali, po czym centralnie podeszła do mnie: 

– Gdzie mogę zostawić płaszcz? – zapytała. Grzecznie i prawie bezszelestnie odebrałem od niej nakrycie wierzchnie i pokazałem kierunek gdzie powinna się udać. Moja koleżanka podeszła do mnie i skwitowała:

– … ale że te wszystkie laski tak zawsze na ciebie lecą Piter. 

Jakby nie było był to komplement, bo spośród kilkunastu panów dziewczyna wybrała właśnie mnie… Zarumieniłem się na twarzy w kolorze rosso Valentino.

Po przedstawieniu przyszła kolej na krojenia tortu. Dziewczyna z obsługi, która pojawiła się w klubokawiarni najpóźniej, poprosiła mnie żebym jej pomógł. – Ja będę kroiła, a pan będzie nakładał na talerzyki i rozdawał gościom – zakomunikowała w tonie nieakceptującym sprzeciwu. 

Po chwili wniesiono piękny, okazały, trzypiętrowy, kolorowy tort. Dziewczyna sprawnie pokroiła go na kawałki i ruchem głowy wskazała, że teraz moją kolej.

Sięgnąłem po pierwszy kawałek tortu, aby nanieść go na znajdujący się niedaleko talerz i bach – spory kawałek upadł bezwładnie na stół. Sięgnąłem po kolejny i też niechcąco mi się wymsknął. Przy trzecim byłem bardziej ostrożny, ale i tym razem upuściłem go na stół, nie docierając do brzegu talerza.

– Pan to chyba mógłby z nami tu pracować, na pewno by się pan odnalazł… – skwitowała.

Wiedząc jakie to miejsce i po co zostało stworzone przyznaję, że obsługa jest wyjątkowa pod wieloma względami, a miejsce jest otwarte dla wszystkich i pozbawione barier. Podoba mi się idea integracji społecznej, gości w roli terapeutów, atmosfery równości emocjonalno-poznawczej, szanowania wszelkiej indywidualności i nie w kontekście by każdego zrównywać, aby zapewnić równe szanse według potrzeb i możliwości.

Opublikowano Uncategorized | 21 Komentarzy

Niewypowiedziane życzenie

…się spełniło. O pracy pisać nie zamierzam, ale faktycznie daje mi do wiwatu. W weekend pomyślałem, że skoro na nic zdały się rozmowy z przełożonym ani z klientem najlepiej byłoby pójść na L4. W poniedziałek chorowałem jak dziki osioł, we wtorek to samo, ale sam z siebie zamknąłem klapę od laptopa o 18., sam wyznaczyłem sobie granice bo inaczej tyrałbym do rana i padł na zawał czy udar mózgu.

Gardło mnie gryzło od piątku, spotkałem się z koleżanką ze studiów, byliśmy na kolacji u Włocha a później na winie u Francuza. Było miło, znajomi dołączyli, biesiadowaliśmy do późna wspominając dawne czasy. Do domu wróciłem pieszo co miało wyjść mi na dobre, niestety w nocy dostałem dreszczy. W poniedziałek ledwo żyłem, ale że mój niemiecki klient taryfy ulgowej mi nie dał, to rypałem tabelki i prezentację jak głupi osioł.

W nocy obudziłem się trzęsąc się z zimna, dałem radę podkręcić kaloryfer na max, nałożyć na kołdrę dodatkową narzutę, łaknąłem coldrex i jakoś dotrwałem do rana ale do biura już nie poszedłem. Przed 6. wysłałem jedynie krótki mail sorry ale dziś mnie nie będzie , naszprycowalem się tabletkami i poszedłem wygrzewać się w łóżku. Miła pani doktor z teleporady wystawiła mi L4 bez zająknięcia, mam czas dochodzić do siebie. Na test się nie zapisałem, ale symptomy wskazują na to, że powiększylbym statystki. Nie wiem czy jest sens iść robić sobie test i wysyłać się na 10-dniową kwarantannę. Z drugiej strony wizja dodatkowego wolnego tygodnia jest bardzo kusząca.

Opublikowano Uncategorized | 13 Komentarzy

pierwszy tydzień pracy

Od zeszłego poniedziałku zaczęła się praca. To pewnego rodzaju ewenement, że przez prawie 6 tygodni od momentu zatrudnienia w nowym miejscu nie działo się dosłownie nic, dni mijały rozleniwiająco, czasami pojawiałem się w biurze żeby z kimś wypić kawę, wyjść do ludzi, spotkać znajomego w kuchni aby później wyskoczyć na wspólny lunch. Żeby nie marnować czasu zapisałem się na kilka obowiązkowych szkoleń które tak czy inaczej musiałem zrobić, ale że każde było on-line, bez udziału osób trzecich, było to zajęcie potwornie nużące. Po 4 godzinach siedzenia i beznamiętnego klikania na slajdy czułem jak odpływam, myśli krążą wokół czegoś innego, trudno było mi utrzymać ten sam poziom koncentracji. Wieczorami za to mogłem dowolnie uskuteczniać spotkania towarzyskie. Poznałem nowe osoby w swoim zespole, bardzo mile doświadczenie, bo wszyscy wydają się bardzo przyjaźni i pomocni: żadnego chamstwa, niezdrowej rywalizacji, prywaty czy podkładania świń. Jednego wieczoru na fali bardzo dobrego humoru, wylądowaliśmy w klubie karaoke i do późnych godzinnych nocnych śpiewaliśmy włoskie szlagiery. Co jak co, ale Włosi potrafią się bawić a ja chętnie z tego korzystałem.

W zeszłym tygodniu punkt 8.30 ze słodkiego letargu wyrwał mnie dzwonek telefonu, dzwonił mój nowy dyrektor, wtedy poznałem swój nowy zespół projektowy oraz listę zadań i obowiązków. Nic nie wydawało mi się straszne, na dodatek pracuję z Niemcami, którzy z natury są bardzo poukładani i konkretni. Dogadujemy się bez problemów ale… znajomi pytają się mnie czy żyję i czy nie jestem chory.

Moja praca zaczyna się o 8 a kończy o 20 albo 22.00, dzień w dzień, zdzwaniamy się po kilka razy dziennie, dyskutujemy i omawiamy następne kroki, po czym zasuwam jak mały motorek, by po godzinie przyjąć na siebie następne zadania. Lubię pracować, rozumiem że początki są ciężkie ale zaczynam się trochę martwić, że godziny pracy okażą się standardem a na coś takiego nigdy się nie zgodzę. Na razie siedzę cicho, obserwuję, robię co do mnie należy, jak nie pasuje mi siedzieć po godzinach wyłączam komputer, telefon służbowy, wychodzę z domu i wracam do życia prywatnego. Kusi mnie, żeby czasem coś powiedzieć dosadniej, ale powstrzymuję się tłumacząc sobie, że to początki, ja się uczę, wdrażam, oni mnie sprawdzają, nie wszystko działa jeszcze tak jak powinno, ale z tylu głowy tli mi się lampka ze znakiem stopu. Nie mam natury pracoholika, rozumiem że każde zajęcia ma czasem peaki jak i względny czas spokoju, póki się to nie unormuje chodzę trochę podminowany i zmęczony. Daje sobie czas na razie do końca lutego i jeśli tak ma wyglądać moja nowa praca, klientowi powiem arrivederci i poproszę o zmianę. Jeśli do czerwca nic się nie zmieni zacznę szukać sobie nowego zajęcia.

Moja koleżanka która ściągnęła mnie do firmy zaczęła szukać nowej pracy po 8 miesiącach i dwóch zmianach klientów. Jest tak zmotywowana do zmiany pracodawcy, że pozostaje głucha na jakiekolwiek zapewnienia by zostać i próbować szarpać się dalej. Rozumiem ją doskonale, z drugiej strony nie chcę się uprzedzać i zacząć rozważać pomysłu brania nogi za pas.

Zobaczymy. Dziś i jutro znowu będę siedział do 22.00, zero życia osobistego nie mówiąc już o zakupach czy innych przyziemnych codziennych obowiązkach. Projekt w firmie zajmującej się „budowaniem lepszego świata pracy” to nie projekty tylko sraczka.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano | 7 Komentarzy

koniec roku 2021

główną cechą mojego charakteru jest: nieprzerwanie od lat dążenie do samowystarczalności, stałem się wybiórczy, wygodny, leniwy i najbardziej doceniam umysłowy komfort gdy nic nie muszę. Utwierdziłem się w przekonaniu, że praca jest tylko pracą i nie chce zaiwaniać jak dziki osioł, bo nie potrzebuję niczego udowadniać. Wiem, że stać mnie na więcej, ale kalkuluję czy to się po prostu opłaca. Wiem, bo potrafię osiągać super wyniki, tyle że zrozumiałem że w sumie to lepiej dawać od siebie 110%, chociaż mógłbym dawać 150%. Dając 110% wiem, że za chwilę to 110% stanie się normą, bo przecież koń jak dobrze ciągnie, to mu się dorzuca.

cechy, których szukam u mężczyzny: bezrefleksyjnie to liczy się dla mnie tylko wygląd, choć obecnie przez maseczkę jest to utrudnione, na szczęście nie szukam.

cechy, których szukam u kobiety: szacunek do człowieka, inteligencja, uroda, uśmiech, brak anoreksji mózgu. Własny styl który świadczy o tym że kobieta zna swoje ciało, figurę, nogi i potrafi to wyeksponować, nieustająco współczuję ofiarom mody.

co cenię najbardziej u przyjaciół: naturalny flow, przyzwolenie na bycia sobą oraz możliwość szczerych rozmów na każdy temat, brak strachu w obawie że mnie czymś urażą. Przyjaźń to nie jest coś za coś.

moja główna wada: pewność siebie, wygodnictwo i praca zrywami, topienie smutków w pościeli, napojowe wyskokowe, papierosy.

moje ulubione zajęcie: niewychodzenie z domu, przesiadywanie w barach, surfowanie po necie, intelektualny flirt, rozgrzewające igrzyska sportowe.

moje marzenie o szczęściu: stabilna, nieabsorbująca życia prywatnego praca, zdrowie, od czasu do czasu „szlafrokowe” czyli dzień bez pośpiechu, wstawania, wychodzenia i wyglądania.

co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: Używanie głowy wyłącznie jako pojemnika na zęby, nieustająca narracja wokół pandemii i szczepionek, nieuzasadniona agresja.  

co byłoby dla mnie największym nieszczęściem:

gdybym nagle stał się bogaty, podły, potężny i bezwzględny albo gdybym nagle zgłupiał do reszty, że trzeba by było mnie podlewać 2 razy w tygodniu.

kim (lub czym) chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem: potrafię nie rozmyślać nad tym, co mogłoby być gdyby. Jestem bardzo pogodzony ze swoim aktualnym życiem.

kiedy kłamię: kiedy rozwiązuję to jakiś mój problem, który nie daje mi w nocy spać.

słowa, których nadużywam: zrobię to dziś

ulubieni bohaterowie literaccy: brak, ale z czystym sumieniem mogę przyznać przed samym sobą, że znowu wróciłem do czytania

ulubieni bohaterowie życia codziennego: brak

czego nie cierpię ponad wszystko: pośpiechu, bo pośpiech upokarza, wciąż nie cierpię bezrefleksyjnie czegoś musieć, zarzadzania mną metodą pieczarkową*

moja dewiza:

– nie przejmować się krytyką ludzi, których nigdy nie poprosiłbyś o poradę.

– żaden sukces nie trwa wiecznie. Kiedy wdrapiemy się na szczyt i osiągniemy punkt w którym chcieliśmy się znaleźć, trzeba pamiętać że następny krok jest już tylko w dół. Nie jest kwestią czy to się w ogóle wydarzy tylko kiedy.

dar natury, który chciałbym posiadać:

– chciałbym być jednocześnie mega wrażliwcem i mieć mentalność czołgu, żeby odpierać różnego rodzaju ataki.

– posiąść znajomość niemieckiego, francuskiego, chińskiego i szwedzkiego. Odkąd to dostrzegłem, wprost uwielbiam obserwować jak zmienia się nasza osobowość kiedy mówimy w obcych językach.

– brak poczucia zazdrości

jak chciałbym umrzeć: w ciszy, szybko i nie odczuwając bólu, przed 50.

obecny stan mojego umysłu: nie mam na nic siły, drenuje mnie zimowe przesilenie, jestem zmęczony i niewyspany. Sylwestrowa noc była bardzo intensywna.

błędy, które najłatwiej wybaczam: każdy, czasem wystarczy powiedzieć zwykle przepraszam albo wyciągnąć rękę na zgodę.

największa porażka: zakończenie znajomości z B, nie zacząłem na nowo jeździć autem.

*pieczarki trzymane są w ciemności i karmione gó ..em)

Opublikowano Uncategorized | 8 Komentarzy

Zaległości …

….mam znowu w pisaniu. Tyle działo się w grudniu a tu już końcówka i znowu idą święta. W ostatniej chwili kupiłem bilet na samolot, bo Szwajcaria podobnie jak inne kraje ciagle zmienia zasady wjazdy do kraju. Jeszcze dwa tygodnie temu była mowa o obowiązkowych testach PCR na wjeździe oraz w czwartym dniu pobytu, od poniedziałku poluzowali wymagania i wystarczy sam test antygenowy. Gdybym miał robić sobie PCR więcej wydałbym na samotestowanie niż na bilet do Zurychu dlatego do końca nie wiedziałem czy spędzę święta w Szwajcarii z M.

Udało się, jeszcze wczoraj biegałem po Wrocławiu robić ostatnie przedświąteczne zakupy, potem do północy użerałem się z walizkami, żeby wszystko upchać i bezpiecznie dowieźć do domu na święta. Matka zrobiła mi ponad 100 uszek, ja nakupowalwm gołąbków, pierogów – wiozłem torbę pełną wałówki jak to na święta.

W Bernie pogoda była brzydka przez cały okres świąt, śnieg stopniał pozostawiając okropne kałuże wody, niebo było szare, ciągle zachmurzone, często padało co nie zachęcało zbytnio by ruszyć się gdzieś z domu. Spotkałem się z K poszliśmy do Meksykanina na kolację i drinki. Pod Loeb głównym miejscem spotkań w Bernie myślałem że oszaleję. Jak co roku ktoś puszczał okropnie jazgoczącą muzykę, od której więdły uszy a głowa pulsowała od dotkliwego hałasu i bólu który ten w konsekwencji wywoływał. Przy wejściu do restauracji kontrolowano nam greenpasy, w środku za to miałem wrażenie że życie toczy jak gdyby nigdy nic, odległości między stolikami minimalne, ludzie bez maseczek tylko idąc do toalety obsługa ściga gości aby zakrywać usta i nos. Frekwencja pełna, nie było jednego wolnego stolika za to Kornhauskeller cisza spokój jak nie to miejsce. Restauracja pasażem pełna ale olbrzymi bar świecił pustkami przez co mogliśmy wybrać dowolny stolik i rozkoszować się niczym nie zmąconym wieczorem we dwoje. K. nieustająco namawia mnie na wyjazd do Dubaju w marcu i jak znam życie w końcu jej ulegnę. Nie mam nawet jeszcze nabytego urlopu, ale do marca akurat będzie na tydzień wypoczynku w słońcu Emiratów.

Razem z M. zdecydowaliśmy że nie chcemy karpia ani żadnych innych ryb na wigilijnej kolacji. M. zamienił rybę na skrzynkę świeżych ostryg, jedynie barszcz z uszkami był tradycyjny, potem pierogi, gołąbki i na deser wypasione panettone. Każde danie w akompaniamencie albo lampki szampana albo różnorakich win, bo M specjalnie na tę okazję przeszedł samego siebie. Na pięknie świątecznie nakrytym stole czekało na mnie specjalne wydrukowane menu z listą serwowanych tego wieczoru trunków. Uwielbiam go za tą zdolność celebrowania każdej okazji, uświetniania choćby zwykłego sobotniego śniadania albo weekendowego pikniku na skwerku w miejskim parku. On chyba nie potrafi inaczej…

Tylko raz czy dwa wyszedłem z domu pojęć się przejść. Po świątecznych dniach przestało lać, temperatura była normalna, nie wiało co sprzyjało spacerom. Miałem pojechać do Gstaad ale w brzydką pogodę nie byłoby z tego wyjazdu żadnej przyjemności. Berno nieustająco pozostaje urokliwym miastem, szarym, burym, trochę melancholijnym ale po ponad dekadzie mieszkania w nim, mam stąd tyle wspomnień, że nie zamieniłbym tego miasta na żadne inne.

Opublikowano Szwajcaria | Otagowano , | Dodaj komentarz

jeszcze o Bari

Spałem jak zabity. Rano, po śniadaniu wskoczyliśmy tylko w garnitury i zaraz wyruszyliśmy do pałacu ślubów. We Włoszech na pierwszy rzut oka obowiązują surowe obostrzenia, przed wejściem do budynku musieliśmy zdezynfekować ręce, zmierzono nam temperaturę, przez cały czas należało  zakrywać usta i nos. Cała ceremonia odbyła się w pełnym rygorze sanitarnym, tylko państwo młodzi oraz świadkowie mogli pozostać bez nich, bo naprawdę komicznie wyglądaliby później na zdjęciach. Nie miałem nic do wymogów sanitarnych, przecież trwa pandemia, ale kiedy na koniec przyszło nam pozowanie do wspólnego zdjęcia wszyscy szybko pozbyli się maseczek, przybliżyli się do siebie a fotograf strzelał nam jedną fotkę po drugiej. I to by było na tyle w temacie przestrzegania restrykcji.

Przyjęcie weselne zorganizowano w Trani, pogoda dopisała, czasami przez chmury przebijało się słońce, było 15 stopni, bez upału czy opadu. D. na tę okazję wynajął piękną restaurację „Casa Sgarra” gdzie znowu sprawdzano nam temperaturę oraz certyfikat szczepień nim pozwolono na dobre pozbyć się maseczek i usiąść przy stole.

Przyjęcie weselne bardzo udane, nie było tańców tak jak zwykle bywa to w Polsce, za to cała uroczysta oprawa, organizacja i zaproszeni goście bardzo nam się podobały. Jedzenie było wyśmienite, no ale to Włochy, w dodatku byliśmy nad samym morzem. Tylu owoców morza albo takich bakłażanów z lodami o smaku pomidorów nie można doświadczyć gdziekolwiek. M. nauczył mnie wcześniej jak podejść i rozmontować każdy rodzaj homara, kraba czy innego raka więc wstydu przy stole nie było. W środku weselnego przyjęcia musiałem wyjść na krótki spacer brzegiem morze, bo inaczej pękłbym chyba z przejedzenia. Nie potrafię siedzieć przy obfitym stole i tylko pić, jeść i biesiadować.

O 10 rano wracałem samolotem do Polski.

Z tym wyjazdem miałem wrażenie, że więcej czasu spędziłem na lotniskach albo w samolocie niż tak naprawdę w samych Włoszech. Rzecz jasna cieszę się że spędziłem ten czas z M. i że mogliśmy uczestniczyć w tak ważnej uroczystości naszych przyjaciół, ale logistyka mnie wymęczyła. Odwołany samolot na kilka godzin przed wylotem, czekanie na lotnisku, potem powrót z Bari, najpierw samolotem do Monachium, znowu kilka godzin czekania a potem jeszcze z Krakowa trzy godziny pociągiem do Wrocławia – istny maraton a na drugi dzień trzeba było iść do pracy.

Pamiętam jak na lotnisko chciałem wejść do kiosku i jakiś ochroniarz krzyknął na wejściu „tylko dla zaszczepionych” co chcąc nie chcąc, od razu przywołały skojarzenia z czasów drugiej wojny światowej kiedy to do sklepów nie mogli wchodzić Żydzi. Miałam wrażenie że mamy powtórkę dawnych czasów, a Niemcy odkopali stare procedury.

Jedna dobra rzecz która wynikła z odwołania samolotu, to że po powrocie napisałem reklamację do Lufthansy i dostałem 250 euro zwrotu w ramach zadośćuczynienia za odwołany lot. Nic tylko się cieszyć, będzie na świąteczne prezenty. 

Opublikowano podroze | Otagowano , | 1 komentarz

Bari

W piątek poznałem swoją szefową, niestety wciąż tylko wirtualnie, ale jest nadzieja że w czwartek to nadrobimy. Zmiana zawodowa w czasie pandemii i ogólnie panującej pracy hybrydowej nie jest sprawą najprostszą, ale do umówmy się do ogarnięcia. Pierwsza pogadanka z szefową a ja od razu zaczynam, że potrzebuję wolnego w poniedziałek, bo na wesele jadę. Życie…

Chlopaki odebrali mnie z lotniska jak było już ciemno, pojechaliśmy do D do domu. D kupił nowy, piękny dom, z tarasem i pięknym ogródkiem, na którym hodują szałwię, miętę, rozmaryn, papryczki i inne pachnące roślinki. W środku domu – no cóż… nie mój styl.

Głodny byłem jak wilk, na szczęście M. też, prawie mi się osuwał, dlatego przekonanie go, by pójść coś zjeść zajęło mi jedno porozumiewawcze spojrzenie.

W il Paradiso było przaśnie, surowo i potwornie zimno, niewiele zdawały się pomagać ustawione ogrzewacze gazowe, które jak na złość ciągle się wyłączały. Restauracja była pełna, cud że w ogóle udało się nam dostać stolik w ten sobotni wieczór. Na dzień dobry przed przystawką M wylał na mnie całą zawartość dzbanka z wodą przez co nie mogłem wstać od stołu, bo mokre plamy miałem w najbardziej newralgicznym miejscu. Było mi więc zimno i prawdziwie mokro.

Na szczęście jak przynieśli ciepłe jedzenie szybko zapomniałem niedogodnościach. Zniknęło zmęczenie i senność, pojawił się tylko wilczy apetyt. Dotarcie do Bari okazało się trudnym zadaniem, wszystko przez brak sezonu na podróże w tym kierunku. M na dodatek dowiedział się, że wracając do Szwajcarii będzie musiał zrobić sobie test, bo Helweci właśnie zmienili zasady wjazdu. Będę miał to samo za dwa tygodnie lecąc na święta do Berna, nie nadążam już z wszystkimi tymi zmianami i obostrzeniami. W restauracji i w hotelu sprawdzali nam green pasy, to samo na lotnisku w Bari, dodatkowo temperaturę przed wejściem na teren lotniska. Terror covidowy trwa tutaj w najlepsze. Nie chcemy faszerować się szczepionkami co pół roku.

Do hotelu wróciliśmy przed północą, nie poszliśmy nawet na spacer nad morze, bo było za zimno. Ledwo przyłożyłem głowę do poduszki, zasnąłem…

Opublikowano podroze | Otagowano , | 3 Komentarze

Krótki wypad do Bari

Pierwsze dni w nowej pracy zleciały mi szybko, wszystko za sprawą ogromnej ilości rzeczy do ogarnięcia oraz zbliżającego się weekendu. Jutro wesele D i M. Z powodu pandemii oraz kosztów nie zdecydowali się wyprawić go w romantycznej Wenecji jak szumnie planowali, tylko u D. na południu w Bari. Kto był w Bari, wie jak tam jest.

Swój bilet na samolot kupiłem sporo wcześniej i dlatego taniej niż mój M. Okazało się tylko że w ziemie nie ma połączeń bezpośrednich z Apulią więc została mi niemiecka Lufa.

Dziś rano spokojnie odprawiłem się na samolot by wieczorem dostać wiadomość, że odwołują oba moje loty. W czasie gdy próbowałem dodzwonić się do Biura Obsługi Klienta dostałem „propozycje nie do odrzucenia” polecania przez Frankfurt z 6 godzinnym transferem na lotniku przesiadkowym. Było już po 22, samolot mialem o 6, nie byłem nawet spakowany, z emocji nie chciało mi się spać, więc wziąłem co oferowali.

Dużo samolotów tego dnia miało opóźnienie, do Bari zamiast o 11.00 dotarłem po 17 a kilkugodzinna przerwę w podróży na lotnisku we Frankfurcie umiliłem sobie wizytą w lounge i 5 lampkami niemieckiego rieslinga. Kto powiedział, że białego wina nie można pić do bułki z szynką i serem o 9? Ale nie był to zupełnie stracony czas: spotkałem Faresa Faresa! Kto oglądał Kartotekę 64, Wybawienie albo Zabójców Bażantów to Assada skojarzy od razu .

Opublikowano podroze | Otagowano , | 4 Komentarze

fajna miejscówka

Na trzy dni przed powrotem do pracy wyjechałem do Świeradowa. Totalny spontan. Moja bardzo rezolutna i oblatana w w takich wypadach koleżanka znalazła na Grouponie super ofertę, pobyt w hotelu ze SPA za śmiesznie małe pieniądze. Mam do niej całkowite zaufanie dlatego nie zastanawiałem się ani chwilę, tylko wykorzystałem wyjątkową okazję. Nawet jeśli okazałoby się, że to zabita deskami dziura i tak bym pojechał.

I tak ostatecznie mieliśmy bardzo dużo szczęścia, bo hotel okazał się jakby luksusowy, bardzo nowoczesny a dodatkowo przez trzy dni byliśmy tam jedynymi gośćmi. Oznaczało to tylko tyle, że cały basen, sauny, spa były wyłącznie do naszej dyspozycji, podobnie jak obsługa oraz wszystkie miejsca w restauracji i hotelowym barze. Spaliśmy do późna, w dzień spacerowaliśmy po uzdrowiskowym deptaku albo okolicznych trasach spacerowych przedzierając się przez pokryte grubą warstwą śniegu turystyczne leśne szlaki. Wokoło biało i cicho. Cel został osiągnięty, bo baterie naładowałem sobie do pełna. 

Opublikowano Uncategorized | Otagowano | 4 Komentarze