Mam wenę to piszę

Na lotnisku wcale pustek nie widać, bynajmniej. Do odprawy bagażowej ciągnął się niezły sznureczek kilkunastu osób, podobnie już za strefą bezpieczeństwa, w loungu tłumy a samolot do Zurychu był pełen. Wygląda jakby wszystko wróciło do normy tylko obowiązek noszenia maseczek przypomina, że wciąż żyjemy w czasie pandemii.

Miłe uczucie znowu móc pakować się i jechać na lotnisko. Wypadłem z wprawy, bo kiedyś potrafiłem spakować się w kwadrans a dziś rano guzdralem się, bo wciąż o czymś sobie przypominałem. Nie zdążyłem zjeść śniadania dlatego w loungu wsunąłem parę mini kanapek okraszając je lampką wina.

W samolocie ścisk, odzwyczaiłem się od bólu w kolanach od siedzenia w niewygodnej pozycji, w pociągu dzikie tłumy wracające z pracy i jak zwykle brak klimatyzacji, gotowaliśmy się wszyscy, bo do Szwajcarii wróciła fala upałów.

Opublikowano podroze | 2 Komentarze

13. piątek

… przesąd uznający dzień za pechowy, kiedy piątek wypadnie w trzynasty dzień danego miesiąca. Przesąd spotykany jest w wielu krajach. Tego dnia unikamy rzeczy, które zwykle przynoszą pecha, bo ich działanie jest magicznie wzmocnione. Nie przechodzimy więc pod drabiną, staramy się, aby czarne koty nie przebiegały nam drogi z prawej strony na lewą. Szczególnie czujnym należy być, jeśli dodatkowo na nasz piątunio nałoży się pełnia Księżyca.

A ja wczoraj byłem na mega fajowej imprezie która trwała do 3 ranem, rano nie bolała mnie głowa, kupiłem bilety do Tallina na wyprawę z plecakiem dookoła Estonii, wynająłem mieszkanie parze Górali zanim zorganizowałem w nim remont, dziś dzwonili do mnie z „Building a Better Working World” i zaprosili na pierwszą rozmowę, test na covid wyszedł mi negatywny, wyspałem się pomimo krótkiego snu, spakowałem, zimno z ust mi zniknęło, świeci dziś piękne słońce, orchidee kwitną jak oszalałe a teraz jestem w drodze do Szwajcarii i wieczorem zobaczę się z M. Nawet samolot nie ma opóźnienia!

Opublikowano podroze | 6 Komentarzy

pisane na bieżąco

Po wyprowadzce pani flei kilka razy przyjeżdżałem oglądać demolkę, którą po sobie zostawiła w wynajmowanym mieszkaniu, próbując po pierwsze zaakceptować zaistniałą sytuację a po drugie nastawić się do tematu zadaniowo albo jak kto woli ogarnąć jej burdel i śmietnik. Nie wiem jak kobieta potrafiła żyć w ogóle w takim syfie i rozgardiaszu i nie chcieć przejechać mokrą szmatą chociaż raz podłogi czy parapetu. W kuchni wszystko się kleiło do tego stopnia, że najłatwiej było mi po prostu wrzucić wszystkie sprzęty i naczynia do worka i wynieść na śmietnik. Na ścianach pojawiły się zadrapania, plamy, na oknach pokryta pleśnią fuga. Pralkę udało mi się doprowadzić do stanu używalności po jednym praniu w bardzo wysokiej temperaturze z dodatkiem tabletki do zmywarki i octu. Meble z salonu, wybebeszoną sofę i pogryzioną ławę oddałem do utylizacji, chemicznie wyczyściłem materac i łóżko, przez niegdyś czarną szybkę piekarnika znów można zobaczyć co piecze się w środku. Zniknął dziwny zapaszek unoszący się w pomieszczeniach, wyrzuciłem dziurawe wiadro na śmieci, połamaną suszarkę, elektryczny czajnik, talerze i inne naczynia byleby nie musieć już ich oglądać. Na allegro kupiłem parownicę dzięki, której udało mi się przywrócić faktyczną biel fugom na kaflach w łazience i na panelach na podłodze. Dokupiłem połamane szuflady do zamrażarki i doczyściłem lodówkę. Łazienka przestała wyglądać jak toitoi po nocnej studenckiej imprezie i nabrała dawnego blasku.

Ten wynajem nie zapowiadał kłopotów. Baba zapłaciła kaucję, potem co miesiąc regulowała umówioną kwotę za czynsz, wydawało się że wszystko jest w porządku. W zeszłym roku kiedy wszedłem do środka, by przedłużyć umowę wszystko wydawało się cacy, ale rok później  przeżyłem szok. Śmieci wszędzie, kuchenka, pralka, zlew lepiły się od warstwy zaschniętego tłuszczu, meble rozklekotane do tego stopnia, że nie dało się na nich usiąść. Popękane meble, witryny, umywalka, wanna wyglądała jakby nie były myte od roku, wszędzie brud, zapełniłem nim dwie torby od odkurzacza. Okruchy, sierść, puste opakowania to wszystko zmieszane z pościelą i jej rzeczami. Podłoga i ściany poplamione, w piekarniku zeschły tłuszcz. Straty na kilka tysięcy, ale jedyne co mogę zrobić, to skorzystać z kaucji, która niemal w całości została wydana na środki czystości.

Szczerze współczuję jej partnerowi, że przygruchał sobie takiego brudasa, oczami wyobraźni widzę, że bieliznę pewnie też zmieniała raz w tygodniu, przewracając ją pewnie tylko na drugą stronę.  O H Y D A.

Opublikowano podroze | 3 Komentarze

weekend

Opuściłem się trochę w swoim blogowaniu. Najpierw były studia i egzaminy, potem zaczęły się wyjazdy, do łask wrócił też rower i długie wycieczki za miasto, teraz dostałem nowy projekt i pojawił się problem z wynajmowanym mieszkaniem, bo ostatnia lokatorka zapuściła chatę tak, że lokal nadaje się do remontu, do tego stopnia, że bałem się że będę musiał zorganizować odrobaczanie, bo taka okazała się z niej syfiara.

Temat studiów definitywnie zamknąłem w połowie czerwca, odebrałem dyplom, w październiku mam oficjalną graduację. Wyjazd na zjazd absolwentów do Szklarskiej Poręby okazał się niewart swojej ceny, 1500 zl za 2 dni pobytu może bym przełknął, ale okazało się że z mojej grupy nikt nie chciał tarabanić się do głuszy ani wydawać takiej sumy za tak naprawdę jeden wspólny wieczór. Bez znajomych z grupy, samemu jechać mi się nie opłacało, dlatego podziękowałem za zaproszenie i odłożyłem sobie środki na ciekawszą atrakcję w przyszłości.

Dodatkowo zrobiłem kilka kursów zawodowych i certyfikatów z zarządzania projektami i ryzykiem, na fali uczenia się na studiach, łatwiej było mi przysiąść do dwóch dodatkowych egzaminów i wcale tego nie żałuję. W pracy się ze mnie śmieją, że jestem kujon i dziobak, ale mam w głowie swój plan, który próbuję zrealizować.

Po rozczarowującej rozmowie z szefem, stworzyłem nowe cv i wysłałem w parę miejsc. Na razie bez odzewu, ale szukanie pracy trwa a okres urlopowy wcale w tym nie pomaga. Nie szukam nowego zajęcia za wszelką cenę, nie mam noża na gardle, dlatego traktuję ten pomysł bardzo na luzie. Wcześniej czy później cos intratnego pojawi się na rynku pracy, a jak dostane ofertę na papierze to wtedy będę zastanawiał się czy ją przyjąć czy nie. Proste.

No rowerze śmigam regularnie, 30 kilometrów to absolutne minimum, które sobie narzuciłem i choć początkowo bolały mnie cztery litery, teraz jeżdżenie sprawia mi wyłącznie przyjemność. Praca fizyczna oczyszcza umysł, pozawala zapomnieć o zawodowych oraz życiowych obowiązkach i dylematach. Ostatnio pozbyłem się też pani do sprzątania i przypomniałem sobie jak uwielbiam prasowanie. Zbieram rzeczy przez kilka dni, żeby potem przez bite kilka godzin w pocie czoła prasować ręczniki, pościel, prześcieradła, spodnie, bieliznę, koszule by na koniec popatrzeć na starannie poukładane kupki i z dumą przyznać jaki kawał dobrej roboty wykonałem. Przy prasowaniu zawsze przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły, dlatego z taką chęcią wróciłem do tej aktywności.

Pani od sprzątania popadła w rutynę, w czym pomógł uświadomić mi sobie M. Po jednej z jej wizyt, wziął mopa, wiadro, rękawiczki, spreje i na koniec pokazał mi wszystkie braki i niedoróbki u pańci. W niedzielę rano brałem prysznic kiedy on dorwał się dodatkowo do okien wieńcząc dzieło prawdziwie czystej i wychuchanej chaty. Teraz sam zaiwaniam z wiadrem i mopem i jest mi z tym dobrze, bo odkryłem, że w nowym mieszkaniu naprawdę łatwo się sprząta.

W lipcu z wynajmowanego mieszkania wyprowadziła się lokatorka pozostawiając po sobie trudny do opisania syf: zdezelowany fotel, pogryzione meble, półki i framugi od drzwi, połamane szuflady w lodówce, wybebeszoną sofę, czarny piekarnik, tłuste blaty, plamy i kwitnącą na zielono rzeżuchę w bębnie pralki. Nie oddałem jej kaucji i pożegnałem opryskliwie, bo na posiadanie przez nią psa nigdy się nie zgodziłem a zrobiła to za moimi plecami. Po jej wyjściu odkryłem jeszcze kłaki sierści, kawał zwierzęcej kości i pleśń na fugach w oknach  – ona tam nigdy nie sprzątała. Okazało się, że jest wychowawczynią dzieci moich sąsiadów w szkole podstawowej. Spotykając ich na klatce niechcący spytałem czy mają w domu karaluchy albo inne robactwo, dzieląc się „prezentami”, które zostawiła mi ich ulubiona sąsiadka. Przypadkiem wspomniałem o tym przy ich dzieciach, co by młoda latorośl rozniosła w szkole, że ich pani to największy kocmołuch, fleja i brudas.

Opublikowano podroze | 5 Komentarzy

Świnoujście – Poznań

Jestem potwornie pogryziony przez komary. One tutaj nie gryzą, jedzą człowieka żywcem rano, w ciągu dnia i w nocy. Winda w hotelu pełna jest krwawych śladów bo zabiciu owadów, bo jest ich tyle, że aż człowieka kusi żeby je wytłuc. Pierwszego dnia zapomniałem popsikać się aerozolem a przez następne kolejne dni nie mogłem w nocy spać tak mnie wszystko swędziało. Na nogach mam pełno czerwonych nieestetycznych bąbli, staram się nie drapać ale to nie jest takie proste. Kupiłem sobie fenistil i wcieram w rany jak oszalały, żeby pozbyć się uporczywego uczucia swędzenia.

Ze Świnoujścia wyjechaliśmy po śniadaniu, jak zwykle trochę się ociągałem, a to jeszcze dodatkowa kawka na śniadanie, a to pakowanie mi nie szło, a to szybki telefon – guzdrałem się cały poranek. Nauczeni poprzednim doświadczeniem od razu pojechaliśmy w stronę właściwej przystani promowej, korek był, ale może na góra 20 minut czekania.

Jedziemy do Poznania w odwiedziny do K. Zaprosiliśmy ją dziś na kolację na Młyńską i liczymy miło spędzić wieczór. Poznań miasto doznań. Zamiast 5 godzin tym razem do stolicy Wielkopolski dotarliśmy w niecałe 3,5. M pruł jak szalony nie zauważając na ograniczenia prędkości i fotoradary. Te ostatnio błyskały średnio co kwadrans, ale że auto nie było wypożyczone na mnie, punktów M nie dadzą, mandat może dotrze do Szwajcarii albo i nie, więc nie wtrącałem się.

Opublikowano podroze | 3 Komentarze

Bydgoszcz – Świnoujście

Nie wszystko sobie przeanalitykowałem z tym naszym wyjazdem, bo trasa Bydgoszcz – Świnoujście zajęła nam tyle co zajęłaby trasa z Wrocławia. Nie będę jednak jak nasi polscy celebryci lansować się w korkach albo narzekać, że pada, jak świeci słońce to „kiedy w końcu spadnie deszcz”, a jak jest dobrze to będę narzekał na długą podróż. W końcu korki, remonty dróg to normalka i nic nadzwyczajnego, to nie tak że biednemu zawsze wiatr w plecy, nie bądźmy odlepieni od rzeczywistości. Te prawie 7 godzin spędziliśmy dzielnie, M. nie krytykował ale widziałem, że pod koniec był po prostu zmęczony. Mój błąd, bo pomyliliśmy przeprawy promowe dla mieszkańców z tymi dla odwiedzających Świnoujście przez co straciliśmy dodatkowo dużo czasu.

Z czystym sumieniem, bez grama złośliwości musieliśmy przyznać, że naprawdę ładne to Świnoujście. Pięknie porobione deptaki i promenady, nowoczesne hotele, bardzo dobra infrastruktura, szeroka piękna plaża, czysty piasek, morze nie tak zimne, że nie można by było do niego wejść, niepowalające nóg ceny. Pogoda dopisywała nam przez cały pobyt, przez co nie ruszaliśmy poza miasto.

Wieczorami miły spacerek w towarzystwie chmary komarów, potem smażona rybka, piwko albo winko w restauracjach obleganych głównie przez turystów z NRD.

Zdołałem zakpić tylko pierwszego dnia na plaży. Wyszliśmy z hotelu grubo po 10, na plaży były już tłumy, chcieliśmy wypożyczyć leżaki i parasol. W pierwszej budce brak, w drugiej większość połamana, w trzeciej i czwartej to samo. Kto w sezonie trzyma tylko połamany sprzęt? M. przewracał oczkami i bałem się że po tej przeprawie przyjdzie z ziemi włoskiej do polskiej i zrobi z kogoś carne in umido albo a scatti, ale na szczęście był wyrozumiały.

Parawany na plaży owszem budzą kontrowersję, ale to dzięki nim polskie plaże zamieniają się w kolorową mozaikę, to taki nasz folklor. Z poziomu morza rzędy parawanów mogą wyglądać chaotycznie, ale z Księżyca pewnie układają się w barwne wzory na podobieństwo obrazkowego pisma. Krótki spacer do brzegu morza czasami zamieniał się w kilkusetmetrowy labirynt prowadzący pomiędzy płachtami kolorowego materiału. Aha i jeszcze co 3 minuty chłopak/dziewczyna oznajmiający wszystkim na plaży, że sprzedaje piwo, kukurydze i inne rzeczy. Mimo wszystko trzeba widzieć wiadro do połowy pełne. Było super. Śmiechu co nie miara. Następnym razem chętnie znowu wybierzemy nad polskie morze, choćby na parę dni, bo nie ma co martwić się na kredyt.

Opublikowano podroze | 3 Komentarze

Urlop

Ostatni raz wakacje nad polskim morzem spędzałem jak miałem może 12 lat. Co roku był Kołobrzeg z babcią i nieśmiertelny dolmelowski ośrodek wypoczynkowy przy ul Kościuszki z dwutygodniowym pobytem w Dorocie albo Celinie. Nawet nie wiem czy jeszcze w ogóle istnieje, ale pewnie tak, choć nie kusi mnie żeby to sprawdzić a tym bardziej żeby go odwiedzić.

Potem często odwiedzałem Pomorze i Trójmiasto ale nigdy w szczycie sezonu wakacyjnego, więc nie było mi dane korzystać z uroków polskich plaż ani doświadczyć magii spędzania urlopu nad Bałtykiem. Tak jakoś się złożyło, że nasze wakacje z M. częściej planowaliśmy w Apulli z wizytą u rodziny M. albo wybieraliśmy bardziej egzotyczne kierunki na wszystkich kontynentach. Przez lata przyzwyczaiłem się, że morze ma kolor lazurowy albo lazurowo-zielony, piasek jest biały i delikatny, dokoła rosną palmy a na plaży jest ciepło, ładnie, błogo i jakby luksusowo.

W tym roku padło na polskie Świnoujście. M bardzo chciał doświadczyć uroków polskiego morza, plaży i parawanów, o których tylko czytał albo oglądał na pocztówkach. Zabrałem go tam w lipcu, trochę z duszą na ramieniu, po zrobieniu rozeznania wśród znajomych gdzie będzie najfajniej pojechać żeby nie zaliczyć wpadki zmarnowanych wakacji, gdyby pogoda nam nie dopisała.

Trasę do Świnoujścia ustaliłem sam, przez Gniezno i Bydgoszcz, bo jak tarabanić się tyle kilometrów autem to przy okazji można jeszcze przecież coś odwiedzić. W Bydgoszczy nigdy nie byłem i obaj z M byliśmy wprost zachwyceni tętniącym życiem miastem. Pogoda nam dopisała, Wyspa Młyńska, zielona enklawa w centum miasta, fontanny, zabytkowe spichlerze, historyczna architektura z nowoczesnymi budynkami – w sam raz na całodniowy pobyt. Na zaległą kolację urodzinowo-świąteczno-bożonarodzeniowo-walentynkowo-rocznicową poszliśmy do Czosnku i Oliwy. M sam wypatrzył gdzieś to miejsce na internecie a że akurat w tym temacie mam do niego absolutne zaufanie, nie protestowałem. Super miejscówka, inspirowana kuchniami świata, z jednej strony industrialna restauracja loft, pełna eklektycznych wnętrz, a z drugiej miejskie bistro, bardziej kameralne z otwartą kuchnią. Niebezpośrednie położenie w centrum miasta nie komplikowało nam sprawy. Z Wyspy Młyńskiej spacerkiem można było dojść tam w kilka, kilkanaście minut. Pierwsze wrażenie lokal trochę ę i ą, wszyscy z jednej parafii, dystyngowani i my pączki nierozłączki, pasujący tam jak drzwi do lasu, ubrani w stylu uczesał i ubrał nas dziś wiatr, tylko patrzeć jak popełnimy tu jakieś foie gras… Na szczęście później klimat okazał się przyjemny i nie było stypy. Była gicz, kaczuszka, tatar, stek i butelka Barolo, bo to wyjątkowa okazja a poza tym tego dnia odbywał się finał Euro mecz Włochy – Anglia.

C.d.n.

Opublikowano podroze | 3 Komentarze

Wrocław – Gniezno

Do Polski przyleciał M. Nareszcie. Było z tym trochę zamieszania, bo do końca nie wiedzieliśmy czy lepiej będzie gdy przyleci samolotem, czy gdyby przemęczył się te 11 godzin i pokonał autem drogę 1100km. Zaleta drugiego wariantu był brak konieczności robienia testów na granicy, poza tym mielibyśmy czym poruszać się po Polsce. Okazało się jednak, że bilet lotniczy był tańszy, testy udało nam się ogarnąć a wynajęcie auta na tydzień w Polsce okazało się dużo tańszym rozwiązaniem niż zakładaliśmy. W piątek o 13 kiedy zobaczyłem wychodzącego go z hali przylotów, jego uśmiechnięte oczy od razu poprawił mi się humor. Zabrałem go domu, na zakupy, zaprowadziłem na wcześniej umówioną wizytę u okulisty, a wieczorem na wspólną kolację ze znajomymi w Orzo. Było jak dawniej i jak być powinno, gdyby nie wybuch pandemii, która kazała nam zweryfikować nam nasze plany i mocno ograniczyła nasze regularne podróże i spotkania. M nazwoził mi całą torbę przysmaków: od czekolady i pralinek od Spruengli, po trufle, sery, oliwę, kilka rodzajów pasty i inne prezenty. W rewanżu wyjeżdżał później z torbą wyładowaną gołąbkami, pierogami, łazankami, kiszoną kapustą, chemią gospodarczą, żołądkową gorzką i suchą kiełbasą. Tacy jesteśmy zaradni. Pod względem cen niektórych produktów Polska jest dla niego bezmiernym rajem na ziemi. M. odkrył dla mnie osiedlowy eko sklep, do którego wcześniej nigdy nie kusiło mnie aby zajrzeć. Nie jestem fiksatem jeśli chodzi o tego typu sklepy czy zdrową żywność, ale zakupiona tam kapusta kiszona (nie kwaszona!) zniknęła jeszcze tego samego dnia zaraz po zakupie.

W niedzielę rano odebraliśmy auto, na krótko wróciliśmy do domu, zapakowaliśmy bagaże i wyruszyliśmy w kierunku Gniezna. Było jak dawniej, zdawało się jakbyśmy widzieli się wczoraj, nie było czuć między nami napięcia, nie panowała dziwna cisza, wręcz przeciwnie trajkotaliśmy nieustannie jak zawsze, w radio leciały nasze ulubione przeboje a M wesoło podśpiewywał szlagiery Renato Zero.

W Gnieźnie zatrzymaliśmy się na kilka godzin. Było upalnie i słonecznie. Dla mnie miasto kojarzy się a pierwszą stolicą Polski, z katedrą, koronacją królów, Św. Wojciechem o którym dowiedziałem się, że po włosku mu Adalberto. M. oglądając ostatnio ”Chi vole essere milionario” dowiedział się że najpopularniejszym polskim ciastem jest kremówka – napoleonka, o której istnieniu nigdy nie słyszał a przejeżdża do Polski regularnie dlatego, obrał sobie za cel znalezienie w Gnieźnie miejsca gdzie je serwują. Jego łakomstwo nie zna granic więc była i kremówka i tarta z truskawkami, w końcu na wakacjach kalorii się nie liczy.

Opublikowano podroze | 5 Komentarzy

Tydzień przed urlopem…

…okazał się nieoczekiwanie absorbujący. Zapracowany byłem w robocie, bo zobowiązałem się przed samym sobą pozamykać tematy dotyczące nowego projektu. Nie chciałem do tego wracać po powrocie, bo jak znam życie po powrocie z urlopu odkopuje się przede wszystkim z maili albo naprawiam rzeczy, które ktoś niepojętny zdecydował za mnie.

Towarzysko narzekać nie mogłem, mój dom zamienił się w tramwaj, ciągle ktoś wchodził i wychodził, niektórzy zostawali dłużej, innych trzeba było wyganiać, bo inaczej zostaliby na całą noc. Tydzień temu przeholowałam, bawiłem się przednio ale poranek był bardzo ciężki. Do domu wróciłem przed po 5, spałem do południa a potem cudem zwlekłam się z łóżka na rower, bo inaczej zgniłym z nic nierobienia. Umówiłem się z A. na koncert do Ovo, jak byłem w drodze zadzwonił brat szukający atrakcji na wieczór, potem B, koniec w końcu wylądowaliśmy wszyscy w Orzo skąd przenosiliśmy się później z baru do baru. Ostatnie miejsce mnie zgubiło, jestem głupią torba której życie niczego nie nauczyło. O 2 nad ranem zachciało mi się shota o mocy 60%, potem 80% i nic mi nie było wiec postanowiłem wrócić do domu. Przeszedłem raptem z 300 metrów kiedy moc trunku dała się we znaki i w konsekwencji szedłem podtrzymując się obiema rękami o mury kamienic. B musiał chwycić mnie pod ramię i odprowadził do domu, bo nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Rano ból głowy był nie do zniesienia, ale miałem to na co zasłużyłem.

Gdyby nie B cala sobotę spędziłbym w łóżku, wyciągnął mnie jednak na rower, przejechaliśmy ponad 40 kilometrów z Wrocławia do Siechnic i z powrotem i choć początkowo wydawało mi się to wysiłkiem ponad moje siły, to wyszło mi to jedynie na dobre.

Opublikowano podroze | 4 Komentarze

Dziś

– opisz nasz związek w dwóch słowach.

– nasz co?

kurtyna

Opublikowano podroze | 1 komentarz