Weekend przed skokiem w nieznane

Weekend minął mi spokojnie, trochę jak złapanie oddechu przed czymś nowym. Dużo odpoczywałem, pobyłem sam ze sobą. Wieczorem wybrałem się z M. na spacer wokół toru wyścigów konnych, powietrze było ciepłe, a zachodzące słońce barwiło niebo na złoto, szkoda byłoby zmarnować taką pogodę, zwłaszcza że przez cały dzień niebo było bez jednej chmurki. W niedzielę wpadłem też do miasta, tak po prostu, żeby poczuć jego rytm i nacieszyć się światłem.

W sobotę rano zerwałem się z łóżka z myślą, że może to dobry moment, żeby sprawić sobie coś nowego na start w nowej firmie, taki drobny symbol świeżego początku. Poza tym chciałbym w poniedziałek zrobić pierwsze dobre wrażenie. Przeszedłem kilka sklepów, przymierzyłem parę rzeczy, ale ostatecznie wróciłem z pustymi rękami. Nic mnie nie zachwyciło i może to i lepiej – nowy rozdział nie zaczyna się od koszuli, tylko od nastawienia.

To dziwne uczucie, kiedy wiesz, że jutro nie pójdziesz już do swojego starego biura. Że nie zobaczysz tych samych twarzy, nie usłyszysz znajomego „cześć” przy porannej kawie. Z jednej strony jest w tym nuta nostalgii, a z drugiej też ekscytacja, ciekawość, co przyniesie zmiana, jak się odnajdę, jak sobie poradzę, kogo spotkam, jakie wyzwania na mnie czekają?

Wyobraźnia moja nie próżnuje i podsuwa mi różne scenariusze. Od takich mało optymistycznych, że już po pierwszym dniu będę żałował decyzji, że trafię do jakiegoś korporacyjnego średniowiecza, gdzie nic nie działa, systemy są tylko z nazwy, a dokumenty krążą w papierowych teczkach, że będzie cicho, szaro, bez energii i pomysłu. W najgorszej wersji pojawia się nawet wizja spotkania kogoś, z kim za żadne skarby nie chciałbym pracować, a kto – jak na złość – też postanowił zmienić firmę i trafił dokładnie tam, gdzie ja. Przyznaję, to naprawdę byłby mocno czarny scenariusz.

Ale prawda jest taka, że nie wiem nic i dopóki nie przekroczę progu nowego biura, wszystko pozostanie tylko domysłami. Praca w konsultingu nauczyła mnie jednego – elastyczności. Zmieniałem środowiska, kraje, jak kameleon, wchodziłem w różne role, uczyłem się w biegu, czasem dosłownie z minuty na minutę, bo tego wymagali klienci. Szybkie zbieranie informacji, adaptacja, działanie to był mój chleb powszedni. Dlatego nawet jeśli wszystko będzie nowe i na początku trochę obce, potraktuję to jak kolejny projekt u nowego klienta, z ciekawością, otwartą głową i gotowością do nauki a reszta napisze się sama.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii praca i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 Response to Weekend przed skokiem w nieznane

  1. Lucia's awatar Lucia pisze:

    I to jest prawidłowy tok rozumowania. A i tak trzymam kciuki za przyszłości. ❤️

Dodaj komentarz