Kiedy kończy się rozdział, a zostają ludzie

Ostatnie dni upłynęły pod znakiem celebrowania naszych małych, biurowych rytuałów – tych wszystkich nawyków, które przez lata wypracowaliśmy z moją ulubioną ekipą „biurowych spiskowców”. W poniedziałek i wtorek niektórzy specjalnie zwlekali się z łóżek trochę wcześniej, tylko po to, żeby zdążyć na wspólną kawę w kantynie, ktoś przynosił croissanta „na pół”, ktoś inny rzucał hasło: „Idziemy do korytka?” – i już było wiadomo, że lunch spędzimy razem, jak zawsze a potem będą obowiązkowe polish lody.

Gdzieś między jednym łykiem kawy a drugim zacząłem po cichu żegnać się z tym miejscem, z ludźmi, z którymi przeżyłem naprawdę sporo, bo przez te kilka lat wydarzyło się tu więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Praca w pandemii, projekty, sukcesy, narzekania, imprezy, potknięcia, śmiech do łez i te rozmowy, które ciągnęły się długo po godzinach pracy.

W takich momentach atmosfera robi się dziwna. Nagle coraz więcej osób zaczyna rozglądać się za czymś nowym, jakby przeczuwając, że nic już nie będzie takie samo, że kończy się jakiś rozdział.

W czwartek, dzień przed moim ostatnim dniem w biurze, zaprosiłem kilka osób na pożegnalnego drinka. Myślałem, że przyjdzie garstka a przyszli prawie wszyscy. I to był dopiero początek wzruszeń, bo nagle zaczęli wręczać mi prezenty, nie jeden – kilka. Osobne od zespołu, osobne od „spiskowców”, do tego kartki z życzeniami. Wtedy pierwszy raz naprawdę zakręciła mi się łza w oku, uderzyło mnie, że stworzyliśmy zgraną ekipę, taką, której będzie mi po prostu brakować.

Kiedy cztery lata temu dołączałem do firmy, tej, która podobno „kształtuje przyszłość z pewnością”, w głowie miałem słowa koleżanki, która odchodziła przede mną. Powiedziała wtedy, że najbardziej będzie jej brakowało ludzi. Wtedy nie do końca to rozumiałem, dziś już wiem, że miała rację.

Po barze pod nasypem przenieśliśmy się jeszcze do Papa, śmiechom nie było końca, a na sam koniec kolega rozwiózł nas wszystkich po domach, żeby część z nas zdążyła się jeszcze wyspać przed piątkiem w pracy. Taki trochę symboliczny finał – wspólnie, do samego końca.

Cieszę się, że odchodzę. To dobry moment. Gdyby nie wyjazd do Kataru w zeszłym roku, pewnie dziś byłbym dużo bardziej sfrustrowany. Ostatnie dwanaście miesięcy w firmie to była równia pochyła, nie jakaś spektakularna katastrofa, raczej powolne osuwanie się w dół. Coraz więcej osób zaczęło dostrzegać, że możliwości rozwoju się kurczą, a poprawa sytuacji finansowej pozostaje gdzieś w sferze marzeń.

Mimo to odchodzę z wdzięcznością, bo niezależnie od tego, jak potoczyły się sprawy zawodowe, ludzie – ci wszyscy „biurowi spiskowcy” – zostaną ze mną na długo i to właśnie ich będzie mi brakowało najbardziej.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii praca i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz