I nagle okazało się, że nie tylko ja postanowiłem w styczniu zamknąć za sobą stare drzwi, oprócz mnie wypowiedzenie złożyły inne osoby. W tym momencie zaczął materializować się ten niewygodny scenariusz, o którym od miesięcy mówiło się półgłosem: że to nie może trwać wiecznie, że w końcu coś pęknie, że zaczną się odejścia.
W biurze nie było ani mojej bezpośredniej przełożonego, ani jej następczyni a ja coraz wyraźniej czułem, że wizja spędzenia tu kolejnych trzech miesięcy na „biciu piany” i pompowaniu powietrza zupełnie mi się nie uśmiecha. Delikatnie więc podpytałem, czy w ogóle wiedzą, że złożyłem wypowiedzenie, i czy mają wobec mnie jakiś plan do kwietnia.
I wtedy sprawy potoczyły się szybciej, niż się spodziewałem, nagle pojawiło się spotkanie a na nim – propozycja elastycznego rozwiązania: mogę pracować tylko do końca miesiąca, jeśli chcę zacząć w nowej firmie już od 1 marca. Nie zastanawiałem się długo, szczerze mówiąc, bardziej opłaca mi się ruszyć dalej niż tkwić tu jeszcze trzy miesiące. Tak więc zostały mi niecałe trzy tygodnie a potem – nowe miejsce, nowy rozdział.
W międzyczasie ogarniam formalności: medycyna pracy, dokumenty, podpisanie umowy, ale podchodzę do tego spokojnie, mam czas i nie czuję presji.
W pracy pierwsze reakcje są różne, niektórzy są w szoku, inni przeczuwali, że coś się święci. Formalnie wypowiedzenie w moim imieniu złożył mój kumpel, więc dla części osób to dodatkowa niespodzianka.
Przede mną jeszcze kilka miłych momentów, w sobotę śniadanie z moją bandą szalonych znajomych, w niedzielę walentynkowa kolacja. Muszę też zaplanować jakieś pożegnalne spotkanie, ale nie zamierzam zapraszać wszystkich – chcę, żeby to było kameralne i prawdziwe. A tym, których nie zaproszę, dam jasno do zrozumienia, że to nie kwestia przypadku, tylko wyboru, w końcu zamykam pewien etap i chcę zrobić to po swojemu.
About saberblog
Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera.
Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata.
Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba.
Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze?
Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier.
Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami.
Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę.
A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem.
I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii
praca i oznaczony tagami
praca. Dodaj zakładkę do
bezpośredniego odnośnika.
” w niedzielę walentynkowa kolacja” – trochę późno 😃. A na poważnie – powodzenia w nowej pracy.
Powodzenia i miłej atmosfery w pracy.
Zasyłam serdeczności
Jutro dzień 2- będę wiedział więcej 😂
Trzymam kciuki za dobre samopoczucie.
Pozdrawiam