Niewypowiedziane życzenie

…się spełniło. O pracy pisać nie zamierzam, ale faktycznie daje mi do wiwatu. W weekend pomyślałem, że skoro na nic zdały się rozmowy z przełożonym ani z klientem najlepiej byłoby pójść na L4. W poniedziałek chorowałem jak dziki osioł, we wtorek to samo, ale sam z siebie zamknąłem klapę od laptopa o 18., sam wyznaczyłem sobie granice bo inaczej tyrałbym do rana i padł na zawał czy udar mózgu.

Gardło mnie gryzło od piątku, spotkałem się z koleżanką ze studiów, byliśmy na kolacji u Włocha a później na winie u Francuza. Było miło, znajomi dołączyli, biesiadowaliśmy do późna wspominając dawne czasy. Do domu wróciłem pieszo co miało wyjść mi na dobre, niestety w nocy dostałem dreszczy. W poniedziałek ledwo żyłem, ale że mój niemiecki klient taryfy ulgowej mi nie dał, to rypałem tabelki i prezentację jak głupi osioł.

W nocy obudziłem się trzęsąc się z zimna, dałem radę podkręcić kaloryfer na max, nałożyć na kołdrę dodatkową narzutę, łaknąłem coldrex i jakoś dotrwałem do rana ale do biura już nie poszedłem. Przed 6. wysłałem jedynie krótki mail sorry ale dziś mnie nie będzie , naszprycowalem się tabletkami i poszedłem wygrzewać się w łóżku. Miła pani doktor z teleporady wystawiła mi L4 bez zająknięcia, mam czas dochodzić do siebie. Na test się nie zapisałem, ale symptomy wskazują na to, że powiększylbym statystki. Nie wiem czy jest sens iść robić sobie test i wysyłać się na 10-dniową kwarantannę. Z drugiej strony wizja dodatkowego wolnego tygodnia jest bardzo kusząca.

Opublikowano Uncategorized | 13 Komentarzy

pierwszy tydzień pracy

Od zeszłego poniedziałku zaczęła się praca. To pewnego rodzaju ewenement, że przez prawie 6 tygodni od momentu zatrudnienia w nowym miejscu nie działo się dosłownie nic, dni mijały rozleniwiająco, czasami pojawiałem się w biurze żeby z kimś wypić kawę, wyjść do ludzi, spotkać znajomego w kuchni aby później wyskoczyć na wspólny lunch. Żeby nie marnować czasu zapisałem się na kilka obowiązkowych szkoleń które tak czy inaczej musiałem zrobić, ale że każde było on-line, bez udziału osób trzecich, było to zajęcie potwornie nużące. Po 4 godzinach siedzenia i beznamiętnego klikania na slajdy czułem jak odpływam, myśli krążą wokół czegoś innego, trudno było mi utrzymać ten sam poziom koncentracji. Wieczorami za to mogłem dowolnie uskuteczniać spotkania towarzyskie. Poznałem nowe osoby w swoim zespole, bardzo mile doświadczenie, bo wszyscy wydają się bardzo przyjaźni i pomocni: żadnego chamstwa, niezdrowej rywalizacji, prywaty czy podkładania świń. Jednego wieczoru na fali bardzo dobrego humoru, wylądowaliśmy w klubie karaoke i do późnych godzinnych nocnych śpiewaliśmy włoskie szlagiery. Co jak co, ale Włosi potrafią się bawić a ja chętnie z tego korzystałem.

W zeszłym tygodniu punkt 8.30 ze słodkiego letargu wyrwał mnie dzwonek telefonu, dzwonił mój nowy dyrektor, wtedy poznałem swój nowy zespół projektowy oraz listę zadań i obowiązków. Nic nie wydawało mi się straszne, na dodatek pracuję z Niemcami, którzy z natury są bardzo poukładani i konkretni. Dogadujemy się bez problemów ale… znajomi pytają się mnie czy żyję i czy nie jestem chory.

Moja praca zaczyna się o 8 a kończy o 20 albo 22.00, dzień w dzień, zdzwaniamy się po kilka razy dziennie, dyskutujemy i omawiamy następne kroki, po czym zasuwam jak mały motorek, by po godzinie przyjąć na siebie następne zadania. Lubię pracować, rozumiem że początki są ciężkie ale zaczynam się trochę martwić, że godziny pracy okażą się standardem a na coś takiego nigdy się nie zgodzę. Na razie siedzę cicho, obserwuję, robię co do mnie należy, jak nie pasuje mi siedzieć po godzinach wyłączam komputer, telefon służbowy, wychodzę z domu i wracam do życia prywatnego. Kusi mnie, żeby czasem coś powiedzieć dosadniej, ale powstrzymuję się tłumacząc sobie, że to początki, ja się uczę, wdrażam, oni mnie sprawdzają, nie wszystko działa jeszcze tak jak powinno, ale z tylu głowy tli mi się lampka ze znakiem stopu. Nie mam natury pracoholika, rozumiem że każde zajęcia ma czasem peaki jak i względny czas spokoju, póki się to nie unormuje chodzę trochę podminowany i zmęczony. Daje sobie czas na razie do końca lutego i jeśli tak ma wyglądać moja nowa praca, klientowi powiem arrivederci i poproszę o zmianę. Jeśli do czerwca nic się nie zmieni zacznę szukać sobie nowego zajęcia.

Moja koleżanka która ściągnęła mnie do firmy zaczęła szukać nowej pracy po 8 miesiącach i dwóch zmianach klientów. Jest tak zmotywowana do zmiany pracodawcy, że pozostaje głucha na jakiekolwiek zapewnienia by zostać i próbować szarpać się dalej. Rozumiem ją doskonale, z drugiej strony nie chcę się uprzedzać i zacząć rozważać pomysłu brania nogi za pas.

Zobaczymy. Dziś i jutro znowu będę siedział do 22.00, zero życia osobistego nie mówiąc już o zakupach czy innych przyziemnych codziennych obowiązkach. Projekt w firmie zajmującej się „budowaniem lepszego świata pracy” to nie projekty tylko sraczka.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano | 7 Komentarzy

koniec roku 2021

główną cechą mojego charakteru jest: nieprzerwanie od lat dążenie do samowystarczalności, stałem się wybiórczy, wygodny, leniwy i najbardziej doceniam umysłowy komfort gdy nic nie muszę. Utwierdziłem się w przekonaniu, że praca jest tylko pracą i nie chce zaiwaniać jak dziki osioł, bo nie potrzebuję niczego udowadniać. Wiem, że stać mnie na więcej, ale kalkuluję czy to się po prostu opłaca. Wiem, bo potrafię osiągać super wyniki, tyle że zrozumiałem że w sumie to lepiej dawać od siebie 110%, chociaż mógłbym dawać 150%. Dając 110% wiem, że za chwilę to 110% stanie się normą, bo przecież koń jak dobrze ciągnie, to mu się dorzuca.

cechy, których szukam u mężczyzny: bezrefleksyjnie to liczy się dla mnie tylko wygląd, choć obecnie przez maseczkę jest to utrudnione, na szczęście nie szukam.

cechy, których szukam u kobiety: szacunek do człowieka, inteligencja, uroda, uśmiech, brak anoreksji mózgu. Własny styl który świadczy o tym że kobieta zna swoje ciało, figurę, nogi i potrafi to wyeksponować, nieustająco współczuję ofiarom mody.

co cenię najbardziej u przyjaciół: naturalny flow, przyzwolenie na bycia sobą oraz możliwość szczerych rozmów na każdy temat, brak strachu w obawie że mnie czymś urażą. Przyjaźń to nie jest coś za coś.

moja główna wada: pewność siebie, wygodnictwo i praca zrywami, topienie smutków w pościeli, napojowe wyskokowe, papierosy.

moje ulubione zajęcie: niewychodzenie z domu, przesiadywanie w barach, surfowanie po necie, intelektualny flirt, rozgrzewające igrzyska sportowe.

moje marzenie o szczęściu: stabilna, nieabsorbująca życia prywatnego praca, zdrowie, od czasu do czasu „szlafrokowe” czyli dzień bez pośpiechu, wstawania, wychodzenia i wyglądania.

co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: Używanie głowy wyłącznie jako pojemnika na zęby, nieustająca narracja wokół pandemii i szczepionek, nieuzasadniona agresja.  

co byłoby dla mnie największym nieszczęściem:

gdybym nagle stał się bogaty, podły, potężny i bezwzględny albo gdybym nagle zgłupiał do reszty, że trzeba by było mnie podlewać 2 razy w tygodniu.

kim (lub czym) chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem: potrafię nie rozmyślać nad tym, co mogłoby być gdyby. Jestem bardzo pogodzony ze swoim aktualnym życiem.

kiedy kłamię: kiedy rozwiązuję to jakiś mój problem, który nie daje mi w nocy spać.

słowa, których nadużywam: zrobię to dziś

ulubieni bohaterowie literaccy: brak, ale z czystym sumieniem mogę przyznać przed samym sobą, że znowu wróciłem do czytania

ulubieni bohaterowie życia codziennego: brak

czego nie cierpię ponad wszystko: pośpiechu, bo pośpiech upokarza, wciąż nie cierpię bezrefleksyjnie czegoś musieć, zarzadzania mną metodą pieczarkową*

moja dewiza:

– nie przejmować się krytyką ludzi, których nigdy nie poprosiłbyś o poradę.

– żaden sukces nie trwa wiecznie. Kiedy wdrapiemy się na szczyt i osiągniemy punkt w którym chcieliśmy się znaleźć, trzeba pamiętać że następny krok jest już tylko w dół. Nie jest kwestią czy to się w ogóle wydarzy tylko kiedy.

dar natury, który chciałbym posiadać:

– chciałbym być jednocześnie mega wrażliwcem i mieć mentalność czołgu, żeby odpierać różnego rodzaju ataki.

– posiąść znajomość niemieckiego, francuskiego, chińskiego i szwedzkiego. Odkąd to dostrzegłem, wprost uwielbiam obserwować jak zmienia się nasza osobowość kiedy mówimy w obcych językach.

– brak poczucia zazdrości

jak chciałbym umrzeć: w ciszy, szybko i nie odczuwając bólu, przed 50.

obecny stan mojego umysłu: nie mam na nic siły, drenuje mnie zimowe przesilenie, jestem zmęczony i niewyspany. Sylwestrowa noc była bardzo intensywna.

błędy, które najłatwiej wybaczam: każdy, czasem wystarczy powiedzieć zwykle przepraszam albo wyciągnąć rękę na zgodę.

największa porażka: zakończenie znajomości z B, nie zacząłem na nowo jeździć autem.

*pieczarki trzymane są w ciemności i karmione gó ..em)

Opublikowano Uncategorized | 8 Komentarzy

Zaległości …

….mam znowu w pisaniu. Tyle działo się w grudniu a tu już końcówka i znowu idą święta. W ostatniej chwili kupiłem bilet na samolot, bo Szwajcaria podobnie jak inne kraje ciagle zmienia zasady wjazdy do kraju. Jeszcze dwa tygodnie temu była mowa o obowiązkowych testach PCR na wjeździe oraz w czwartym dniu pobytu, od poniedziałku poluzowali wymagania i wystarczy sam test antygenowy. Gdybym miał robić sobie PCR więcej wydałbym na samotestowanie niż na bilet do Zurychu dlatego do końca nie wiedziałem czy spędzę święta w Szwajcarii z M.

Udało się, jeszcze wczoraj biegałem po Wrocławiu robić ostatnie przedświąteczne zakupy, potem do północy użerałem się z walizkami, żeby wszystko upchać i bezpiecznie dowieźć do domu na święta. Matka zrobiła mi ponad 100 uszek, ja nakupowalwm gołąbków, pierogów – wiozłem torbę pełną wałówki jak to na święta.

W Bernie pogoda była brzydka przez cały okres świąt, śnieg stopniał pozostawiając okropne kałuże wody, niebo było szare, ciągle zachmurzone, często padało co nie zachęcało zbytnio by ruszyć się gdzieś z domu. Spotkałem się z K poszliśmy do Meksykanina na kolację i drinki. Pod Loeb głównym miejscem spotkań w Bernie myślałem że oszaleję. Jak co roku ktoś puszczał okropnie jazgoczącą muzykę, od której więdły uszy a głowa pulsowała od dotkliwego hałasu i bólu który ten w konsekwencji wywoływał. Przy wejściu do restauracji kontrolowano nam greenpasy, w środku za to miałem wrażenie że życie toczy jak gdyby nigdy nic, odległości między stolikami minimalne, ludzie bez maseczek tylko idąc do toalety obsługa ściga gości aby zakrywać usta i nos. Frekwencja pełna, nie było jednego wolnego stolika za to Kornhauskeller cisza spokój jak nie to miejsce. Restauracja pasażem pełna ale olbrzymi bar świecił pustkami przez co mogliśmy wybrać dowolny stolik i rozkoszować się niczym nie zmąconym wieczorem we dwoje. K. nieustająco namawia mnie na wyjazd do Dubaju w marcu i jak znam życie w końcu jej ulegnę. Nie mam nawet jeszcze nabytego urlopu, ale do marca akurat będzie na tydzień wypoczynku w słońcu Emiratów.

Razem z M. zdecydowaliśmy że nie chcemy karpia ani żadnych innych ryb na wigilijnej kolacji. M. zamienił rybę na skrzynkę świeżych ostryg, jedynie barszcz z uszkami był tradycyjny, potem pierogi, gołąbki i na deser wypasione panettone. Każde danie w akompaniamencie albo lampki szampana albo różnorakich win, bo M specjalnie na tę okazję przeszedł samego siebie. Na pięknie świątecznie nakrytym stole czekało na mnie specjalne wydrukowane menu z listą serwowanych tego wieczoru trunków. Uwielbiam go za tą zdolność celebrowania każdej okazji, uświetniania choćby zwykłego sobotniego śniadania albo weekendowego pikniku na skwerku w miejskim parku. On chyba nie potrafi inaczej…

Tylko raz czy dwa wyszedłem z domu pojęć się przejść. Po świątecznych dniach przestało lać, temperatura była normalna, nie wiało co sprzyjało spacerom. Miałem pojechać do Gstaad ale w brzydką pogodę nie byłoby z tego wyjazdu żadnej przyjemności. Berno nieustająco pozostaje urokliwym miastem, szarym, burym, trochę melancholijnym ale po ponad dekadzie mieszkania w nim, mam stąd tyle wspomnień, że nie zamieniłbym tego miasta na żadne inne.

Opublikowano Szwajcaria | Otagowano , | Dodaj komentarz

jeszcze o Bari

Spałem jak zabity. Rano, po śniadaniu wskoczyliśmy tylko w garnitury i zaraz wyruszyliśmy do pałacu ślubów. We Włoszech na pierwszy rzut oka obowiązują surowe obostrzenia, przed wejściem do budynku musieliśmy zdezynfekować ręce, zmierzono nam temperaturę, przez cały czas należało  zakrywać usta i nos. Cała ceremonia odbyła się w pełnym rygorze sanitarnym, tylko państwo młodzi oraz świadkowie mogli pozostać bez nich, bo naprawdę komicznie wyglądaliby później na zdjęciach. Nie miałem nic do wymogów sanitarnych, przecież trwa pandemia, ale kiedy na koniec przyszło nam pozowanie do wspólnego zdjęcia wszyscy szybko pozbyli się maseczek, przybliżyli się do siebie a fotograf strzelał nam jedną fotkę po drugiej. I to by było na tyle w temacie przestrzegania restrykcji.

Przyjęcie weselne zorganizowano w Trani, pogoda dopisała, czasami przez chmury przebijało się słońce, było 15 stopni, bez upału czy opadu. D. na tę okazję wynajął piękną restaurację „Casa Sgarra” gdzie znowu sprawdzano nam temperaturę oraz certyfikat szczepień nim pozwolono na dobre pozbyć się maseczek i usiąść przy stole.

Przyjęcie weselne bardzo udane, nie było tańców tak jak zwykle bywa to w Polsce, za to cała uroczysta oprawa, organizacja i zaproszeni goście bardzo nam się podobały. Jedzenie było wyśmienite, no ale to Włochy, w dodatku byliśmy nad samym morzem. Tylu owoców morza albo takich bakłażanów z lodami o smaku pomidorów nie można doświadczyć gdziekolwiek. M. nauczył mnie wcześniej jak podejść i rozmontować każdy rodzaj homara, kraba czy innego raka więc wstydu przy stole nie było. W środku weselnego przyjęcia musiałem wyjść na krótki spacer brzegiem morze, bo inaczej pękłbym chyba z przejedzenia. Nie potrafię siedzieć przy obfitym stole i tylko pić, jeść i biesiadować.

O 10 rano wracałem samolotem do Polski.

Z tym wyjazdem miałem wrażenie, że więcej czasu spędziłem na lotniskach albo w samolocie niż tak naprawdę w samych Włoszech. Rzecz jasna cieszę się że spędziłem ten czas z M. i że mogliśmy uczestniczyć w tak ważnej uroczystości naszych przyjaciół, ale logistyka mnie wymęczyła. Odwołany samolot na kilka godzin przed wylotem, czekanie na lotnisku, potem powrót z Bari, najpierw samolotem do Monachium, znowu kilka godzin czekania a potem jeszcze z Krakowa trzy godziny pociągiem do Wrocławia – istny maraton a na drugi dzień trzeba było iść do pracy.

Pamiętam jak na lotnisko chciałem wejść do kiosku i jakiś ochroniarz krzyknął na wejściu „tylko dla zaszczepionych” co chcąc nie chcąc, od razu przywołały skojarzenia z czasów drugiej wojny światowej kiedy to do sklepów nie mogli wchodzić Żydzi. Miałam wrażenie że mamy powtórkę dawnych czasów, a Niemcy odkopali stare procedury.

Jedna dobra rzecz która wynikła z odwołania samolotu, to że po powrocie napisałem reklamację do Lufthansy i dostałem 250 euro zwrotu w ramach zadośćuczynienia za odwołany lot. Nic tylko się cieszyć, będzie na świąteczne prezenty. 

Opublikowano podroze | Otagowano , | 1 komentarz

Bari

W piątek poznałem swoją szefową, niestety wciąż tylko wirtualnie, ale jest nadzieja że w czwartek to nadrobimy. Zmiana zawodowa w czasie pandemii i ogólnie panującej pracy hybrydowej nie jest sprawą najprostszą, ale do umówmy się do ogarnięcia. Pierwsza pogadanka z szefową a ja od razu zaczynam, że potrzebuję wolnego w poniedziałek, bo na wesele jadę. Życie…

Chlopaki odebrali mnie z lotniska jak było już ciemno, pojechaliśmy do D do domu. D kupił nowy, piękny dom, z tarasem i pięknym ogródkiem, na którym hodują szałwię, miętę, rozmaryn, papryczki i inne pachnące roślinki. W środku domu – no cóż… nie mój styl.

Głodny byłem jak wilk, na szczęście M. też, prawie mi się osuwał, dlatego przekonanie go, by pójść coś zjeść zajęło mi jedno porozumiewawcze spojrzenie.

W il Paradiso było przaśnie, surowo i potwornie zimno, niewiele zdawały się pomagać ustawione ogrzewacze gazowe, które jak na złość ciągle się wyłączały. Restauracja była pełna, cud że w ogóle udało się nam dostać stolik w ten sobotni wieczór. Na dzień dobry przed przystawką M wylał na mnie całą zawartość dzbanka z wodą przez co nie mogłem wstać od stołu, bo mokre plamy miałem w najbardziej newralgicznym miejscu. Było mi więc zimno i prawdziwie mokro.

Na szczęście jak przynieśli ciepłe jedzenie szybko zapomniałem niedogodnościach. Zniknęło zmęczenie i senność, pojawił się tylko wilczy apetyt. Dotarcie do Bari okazało się trudnym zadaniem, wszystko przez brak sezonu na podróże w tym kierunku. M na dodatek dowiedział się, że wracając do Szwajcarii będzie musiał zrobić sobie test, bo Helweci właśnie zmienili zasady wjazdu. Będę miał to samo za dwa tygodnie lecąc na święta do Berna, nie nadążam już z wszystkimi tymi zmianami i obostrzeniami. W restauracji i w hotelu sprawdzali nam green pasy, to samo na lotnisku w Bari, dodatkowo temperaturę przed wejściem na teren lotniska. Terror covidowy trwa tutaj w najlepsze. Nie chcemy faszerować się szczepionkami co pół roku.

Do hotelu wróciliśmy przed północą, nie poszliśmy nawet na spacer nad morze, bo było za zimno. Ledwo przyłożyłem głowę do poduszki, zasnąłem…

Opublikowano podroze | Otagowano , | 3 Komentarze

Krótki wypad do Bari

Pierwsze dni w nowej pracy zleciały mi szybko, wszystko za sprawą ogromnej ilości rzeczy do ogarnięcia oraz zbliżającego się weekendu. Jutro wesele D i M. Z powodu pandemii oraz kosztów nie zdecydowali się wyprawić go w romantycznej Wenecji jak szumnie planowali, tylko u D. na południu w Bari. Kto był w Bari, wie jak tam jest.

Swój bilet na samolot kupiłem sporo wcześniej i dlatego taniej niż mój M. Okazało się tylko że w ziemie nie ma połączeń bezpośrednich z Apulią więc została mi niemiecka Lufa.

Dziś rano spokojnie odprawiłem się na samolot by wieczorem dostać wiadomość, że odwołują oba moje loty. W czasie gdy próbowałem dodzwonić się do Biura Obsługi Klienta dostałem „propozycje nie do odrzucenia” polecania przez Frankfurt z 6 godzinnym transferem na lotniku przesiadkowym. Było już po 22, samolot mialem o 6, nie byłem nawet spakowany, z emocji nie chciało mi się spać, więc wziąłem co oferowali.

Dużo samolotów tego dnia miało opóźnienie, do Bari zamiast o 11.00 dotarłem po 17 a kilkugodzinna przerwę w podróży na lotnisku we Frankfurcie umiliłem sobie wizytą w lounge i 5 lampkami niemieckiego rieslinga. Kto powiedział, że białego wina nie można pić do bułki z szynką i serem o 9? Ale nie był to zupełnie stracony czas: spotkałem Faresa Faresa! Kto oglądał Kartotekę 64, Wybawienie albo Zabójców Bażantów to Assada skojarzy od razu .

Opublikowano podroze | Otagowano , | 4 Komentarze

fajna miejscówka

Na trzy dni przed powrotem do pracy wyjechałem do Świeradowa. Totalny spontan. Moja bardzo rezolutna i oblatana w w takich wypadach koleżanka znalazła na Grouponie super ofertę, pobyt w hotelu ze SPA za śmiesznie małe pieniądze. Mam do niej całkowite zaufanie dlatego nie zastanawiałem się ani chwilę, tylko wykorzystałem wyjątkową okazję. Nawet jeśli okazałoby się, że to zabita deskami dziura i tak bym pojechał.

I tak ostatecznie mieliśmy bardzo dużo szczęścia, bo hotel okazał się jakby luksusowy, bardzo nowoczesny a dodatkowo przez trzy dni byliśmy tam jedynymi gośćmi. Oznaczało to tylko tyle, że cały basen, sauny, spa były wyłącznie do naszej dyspozycji, podobnie jak obsługa oraz wszystkie miejsca w restauracji i hotelowym barze. Spaliśmy do późna, w dzień spacerowaliśmy po uzdrowiskowym deptaku albo okolicznych trasach spacerowych przedzierając się przez pokryte grubą warstwą śniegu turystyczne leśne szlaki. Wokoło biało i cicho. Cel został osiągnięty, bo baterie naładowałem sobie do pełna. 

Opublikowano Uncategorized | Otagowano | 4 Komentarze

Szalony pęd

Obudziłem się dzisiaj przed 5. i przez chwilę zastanawiałem się gdzie ja w ogóle jestem. W pierwszej chwili pomyślałem, że w hotelu w górach, potem że chyba u znajomych w gościach. To wszystko przez te ostatnie rozjazdy i szalone tempo, które sobie narzuciłem. Od kilku tygodni przemieszczam się jak postrzelony, z miejsca na miejsce, a to Szwajcaria, a to ciepłe kraje, Rzeszów, Kraków, Świerardów Zdrój, odwiedzam mniej lub bardziej znajome miejsca. Postanowiłem skorzystać z wolnego czasu i praktycznie do wtorku przebywałem non stop poza domem, a we Wrocławiu pojawiałem się tylko na dzień lub dwa, aby zrobić badania lekarskie, wyskoczyć na imprezę andrzejkową albo aby skompletować dokumenty potrzebne do rozpoczęcia nowej pracy. Wczoraj wieczorem z powodu śniegu i korków niemal spóźniłbym się odebrać komputer od nowego pracodawcy, przeklinałem pod nosem swoje roztrzepanie, na szczęście po drodze dorwałem hulajnogę i równo 3 minuty przed zamknięciem biura zostałem właścicielem nowego sprzętu i korpo gadżetów. Emocje opadły szybko, niewinnie zaszedłem więc na moment do Papa przypieczętować nowy rozdział w swojej karierze, a następnie grzecznie wróciłem do domu. Tylko zamiast zacząć ogarniać rzeczy na następny dzień, włączył mi się towarzyski szwędacz i pouberowałem w odwiedziny do kolegi. Do domu wróciłem przed 2., spacerując przez park kleciński nie czułem senności, choć trudno było mi wyobrazić siebie rozpoczynającego za kilka godzin pierwszy dzień w nowej pracy. Dostałem niesamowitego przypływu energii, bo przed 8. pojechałem jeszcze na stare śmieci wypić poranną kawę z koleżanką, a że o tej porze wszystko było wciąż pozamykane spotkaliśmy się w starym biurze. Zaskoczenie moich znajomych i dawnych współpracowników było ogromne. Nikt nie spodziewał się spotkać mnie tutaj 1. grudnia w kolejce do maszyny z kawą a niektórzy żartobliwie pytali czy aby nie pomyliły mi się firmy.

Od 10.30 trwały już tylko szkolenia, trzeba było przejść przez te wszystkie instalacje, procedury, polityki, sprawdzić dostępy do systemów, zmienić hasła, zarejestrować się do aplikacji i ogarnąć kalendarz z rzeczami do zrobienia na następne kilka dni. Zalali mnie typową korpo gadką, nowomową nowymi akronimami, a ja siedziałem i słuchałem w milczeniu przechodząc kolejny raz w życiu ten żmudny i nudny proces onboardingu. Na jutro muszę przygotować jeszcze parę rzeczy, ale tak naprawdę nie wiem w co ręce włożyć najpierw, bo od rana do wieczora kalendarz zawalony mam spotkaniami. A potem podobno wychodzimy jeszcze z zespołem integrować się przedświątecznie…cyrk.

W mieszkaniu mam syf i sajgon, śmieci niewyrzucone, pościel niezmieniona, zdążyłem nastawić tylko pranie i dla relaksu wyprasować stertę ubrań, wrzuciłem parę rzeczy do zmywarki, ale nie mam czasu nawet rozpakować walizki po powrocie z wyjazdu, nie mówiąc o posprzątaniu. W sobotę lecę na wesele do Bari, wyjazd nota bene zupełnie nie jest mi na rękę, ale musimy bo M jest świadkiem. Odpocznę chyba dopiero za tydzień albo jak umrę.

Nie pozwolono mi zwariować. A. wyciągnęła mnie na koniec szalonego dnia do kina na Dom Guccich.

Z rzeczy przyziemnych bardzo tęsknię za M. Byle jeszcze do soboty.

Opublikowano praca | 6 Komentarzy

Weekend w górach

Na trzy dni przed powrotem do pracy wyjechałem do Świeradowa. Moja bardzo rezolutna koleżanka znalazła na Grouponie super ofertę w hotelu SPA za śmiesznie małe pieniądze. Nie zastanawiałem się ani chwilę tylko wykorzystałem wyjątkową okazję.

Nawet jeśli okazałoby się, że to zabita deskami dziura i tak bym pojechał. Ostatecznie mieliśmy bardzo dużo szczęścia, hotel okazał się super fantastyczny, nowoczesny a dodatkowo przez trzy dni byliśmy tam jedynymi gośćmi. Oznaczało to tylko że cały basen, sauny, spa były tylko do naszej dyspozycji, podobnie jak obsługa oraz miejsca w restauracji i hotelowym barze. W dzień spacerowaliśmy po uzdrowiskowym deptaku albo okolicznych trasach spacerowych przedzierając się przez pokryte grubą warstwą śniegu turystycznych szlakach. Cel został osiągnięty, bo baterie naśladowałem sobie do pełna.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz