Dubai non stop

Drzwi od pokoju otworzyła mi K. Czekała na mój przyjazd pomimo tego, że sama przyleciała do Dubaju wcześnie rano a w ciągu dnia nie zmrużyła nawet oka. Bezbłędnie odczytała moja niewypowiedzianą potrzebę i podała mi drinka. Nie wiem kiedy zdążyła zrobić zakupy, ale widać pracująca matka dwojga potrafi się bardzo dobrze zorganizować. Poszliśmy spać po północy…
Koleżankę która przyleciała razem z nią poznałem dopiero nazajutrz późnym popołudniem. Było po 10 kiedy do pokoju ktoś zapukał. Housekeeping. Miły śniady mężczyzna przyniósł suszarkę, którą rzekomo ktoś zamawiał. Nie byłem to raczej ja, a w całym naszym ogromnym apartamencie nikogo nie było. Wspomniał też coś o skardze na źle działający prysznic i wymienionych ręcznikach. Przytakiwałem tylko bezradnie głową. Pan trochę się zdziwił, kiedy odpowiedziałem mu, że nawet nie wiem kto mieszka obok, bo dopiero co wstałem. Czeski film od samego rana.

Na brunch/lunch poszliśmy już razem. Koleżanka K okazała się typem osoby trochę roztrzepanej, skomplikowanej, narzekającej i zadającej mnóstwo dziwnych pytań. Nie mogła po prostu zamówić sobie jedzenia, bo musiała zamęczyć kelnera o skład dania, sposób podania, cenę, możliwość wymiany składników i czas oczekiwania a gdy talerz wylądował ostatecznie na naszym stole zmieniła zdanie, bo jej się odwidziało. Nie znoszę takich osób.

Marina doskonale nadawała się jako miejsce do długich spacerów wśród nowoczesnych szklanych błyszczących wieżowców. Zewsząd atakowała supernowoczesność, innowacyjność, bogactwo i czystość. Piękni zadbani ludzie często, w oczojebnych markowych ciuchach, w najbardziej luksusowych autach, przepych, puch i bogactwo.

Barasti było kolejnym punktem dnia po chwilach spędzonych na hotelem basenie, w saunie i na kolacji u Libańczyka w Abd El Wahab.

Cdn

Opublikowano podroze | Otagowano , | Dodaj komentarz

Praca, dom, urlop

Jeszcze wczoraj do samego końca dnia siedziałem nad komputerem próbując pozamykać przed urlopem wszystkie tematy. Nie było szans żeby wyjść wcześniej z biura, na spokojnie ogarnąć temat pakowania. Na dodatek na głowę zwalił mi się jeszcze J i wieczór wcześniej musiałem zabawiać go w knajpie przy wrocławskim rynku.

Przygotowując wieczorem walizkę przypomniały się emocje jakie towarzyszyły mi kiedyś, gdy wracałem do domu późno z pracy z widmem konieczności pakowania się na kolejny daleki wyjazd. Przez cały czas myślałem tylko o tym czy aby na pewno o niczym nie zapomniałem i nie raz zasiadałem przed komputerem wysłać ostatniego maila, bo akurat coś mi się przypomniało. Spałem może 3 godziny
W Zurychu piękne słońce, na lotnisku samoloty lądowały i startowały bez opóźnień. Lot w klasie cargo do najbardziej luksusowych nie należał, ale wciąż mogłem wybrać sobie siedzenie, wejść pierwszy na pokład, dostałem nawet voucher na darmowe wifi i pudełko ekstra czekoladek na dzień dobry. Potem było już trochę jakby mniej luksusowo, ale nie siedział koło mnie żaden rzygający bachor tylko Amerykanka irackiego pochodzenia, która okazała się całkiem sympatyczną współtowarzyszką podróży.
Tym razem hotel wybierała K, zatrzymaliśmy się w Marinie w Marriocie w apartamencie na 42. piętrze. Nazwa hotelu kojarzy się dobrze, ale szału nie ma. Przyjechaliśmy tutaj głównie żeby się bawić więc ważne że każdy ma swój pokój, osobną łazienkę i że jest czysto, a najważniejsze, że do Barrasti mamy przez ulicę.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Dodaj komentarz

Lenistwo

Im więcej czasu mam na zrobienie czegoś, tym więcej czasu zajmuje mi wykonanie tego zadania. Przed świętami zbijałem bąki w pracy, w przerwie międzyświątecznej też nie zhańbiłem się pracą, we wtorek po powrocie do biura pomyślałem ok dziś ostatni dzień laby, od jutra się zacznie…
Minął tydzień a ja do biura przychodzę ostatni, nim usiądę przy biurku zdążę wypić dwa cappuccino i pogadać z paroma osobami, przejrzeć rachunki, instagrama i kalendarz na dziś. Po czym zamiast zakasać rękawy myślę gdzie by tu sobie pojechać na jakieś wakacje, a może by na algi się umówić albo masaże albo zrobić sobie w końcu przegląd medyczny. Tomografia mózgu by mi się ewidentnie przydała. Potem następna kawa albo dla odmiany herbatka i zastanawianie się gdzie pójdę dziś na lunch…
Oni mnie stąd wywalą coś tak czuję, bo moje nieróbstwo jest coraz większe. Dopiero jak mam nóż na gardle rzucam się i pracuję bez przerwy.
Pojutrze lecę do Dubaju, przez kilka dni wygrzać kości i poskakać w lokalnych klubach dwa wieczory z rzędu. Wczoraj w Dubaju spadł deszcz, samoloty były opóźnione albo odwołane.
Ja to mam zawsze pod górkę…

Opublikowano podroze | 2 Komentarze

Tutaj nic nie jest proste

Do Ostuni wyjechaliśmy po 11 w drodze do musieliśmy koloryzować, że spotykamy się tam ze znajomymi. Najpierw zadzwonił szwagier, potem szwagierka, potem siostrzenica z wyrzutami, potem jeszcze raz szwagier z pytaniem czy chociaż matkę już dziś odwiedziliśmy.
Osobiście szczerze tego nie cierpię, dla mnie zawsze jest to strata czasu: „chodź wpadniemy do nich chociaż na kawę” znaczy 2-3 godziny w plecy i pogaduchy o dupie Maryny.
Żeby przyjechać do Południe na urlop albo na długi weekend nie można po prostu założyć że tylko przy okazji odwiedzi się rodzinę. Tutaj trzeba meldować się trzy razy dziennie przez telefon i przynajmniej raz dziennie wpaść na co najmniej kawę, bo inaczej obraza majestatu.

Mówi się, że wychodząc za Włocha dostaje się w spadku całą jego rodzinę i nie wypada mi się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Rodzina M jest bardzo liczna i nawet kuzyni n-tego stopnia zaliczani są do najbliższych członków familii. Wciąż trudno mi było się połapać kto jest kim, ponieważ M ma dwóch braci, kilku kuzynów, a szwagierka ma tak liczną rodzinę że do tej pory nie objąłem swoim umysłem kto jest kim, gdzie mieszka i co robi.

Niesamowite jest to, że zawsze, gdy tam jestem, poznaję dotąd nieznanego kuzyna/wujka/szwagra/cioteczną babcię ze strony matki etc. Pojawiają się znikąd i szybko wtapiają się w resztę rodziny, a M tłumaczy mi zawiłe familijne koligacje, aczkolwiek nigdy nic nie kapuję.

Włosi lubują się w czułościach, więc buziaki i uściski na powitanie to dla nich zupełnie normalna sprawa. A kiedy przyjeżdża się w strony rodzinne po dwóch latach nieobecności, trzeba uzbroić się w naprawdę duże pokłady cierpliwości, ponieważ zwłaszcza starszym przedstawicielom rodziny zdarzają się niekontrolowane napady serdeczności.

Kolacje w towarzystwie Włochów – nie ma zmiłuj się, oni nie jedzą, oni się delektują, co jest subtelną różnicą. Włoska kolacja nie składa się z chleba, kiełbasy i paprykarzu, jak to jest na polskich stołach, tylko z kilku ciepłych posiłków i różnych regionalnych pyszności, które lepiej spróbować, żeby nikogo nie obrazić. Przy włoskim stole oprócz jedzenia najważniejsza jest dobra atmosfera i nie patrzy się jedynie do talerza, ani w telefon ale zajmuje się też rozmową, a właściwie to przede wszystkim się nią zajmuje. Kolacje u rodzony M zaczynają się po 21 a kończą grubo po północy. Nie można się szybko z nich wymigać i zawsze przychodzi mi swoje odsiedzieć, czasem to sama przyjemność, gdyż konwersacje z Włochami bywają inspirujące a czasami no cóż… Włosi nie wstydzą się rozmawiać gwarą, co więcej, uważają ją za bogactwo kulturowe i chwała im za to, ale wtedy siedzę jak na tureckim kazaniu. To według mnie wielki przywilej, ponieważ czasami lepie nie wiedzieć, co tak naprawdę „rodzina” ma do powiedzenia.

Jestem świadom, że gdybym miał wszystkich w pobliżu, najpewniej bym oszalał. Być zaś jej częścią to dla mnie powód do radości i dumy.

Opublikowano podroze | Otagowano , | 1 komentarz

Lecce – Ostuni – Alberobello

Śpimy w hotelu niedaleko dworca i Porta San Biagio. Nie jest to 8piu do którego zdążyliśmy przywyknąć ile razy przyjeżdżamy do Apulii, ale tym razem zdecydowaliśmy, że wygodniej będzie tutaj się zatrzymać. M podczas wieczornego spaceru pokazał mi kilka nowych sklepów, co musiało skończyć jednym – zakupami. Miałem nic nie kupować, ale polisa była większa, poza tym niektórych rzeczy nie dostanę nigdzie indziej albo nie w tej cenie.

Na otarcie łez wybraliśmy się na kolację do Blu Notte. Właściciel, od lat ten sam, przywitał nas bardzo ochoczo i zaproponował stolik w środku. Jedzenie mają tutaj wyśmienite, owoce morza i ryby są zawsze świeże a smaki? uhm – tylko tutaj obżarstwo nie zna granic a słowo umiar udaje że nie istnieje.

Po sutej kolacji przyszedł czas na spacer i wizytę w kultowym już Prohibition.
W ciągu dnia kilka razy dzwoniła do M jego siostrzenica lat 10. Krzyczała, piszczała, marudziła i wydawała z siebie inne nieznośne dźwięki, że na samą myśl o niej dostawałem później białej gorączki. Nie cierpię tej małej gówniary, która na śniadanie wciska w siebie talerz pasty. Nic dziwnego że w wieku 10 lat wygląda jak wschodząca sztangistka. Ile razy pyta mnie czy przywieźliśmy jej jakąś nową sukienkę, z przekorem odpowiadam że nie, bo w moim kraju nie szyją rozmiarowo xxxl.

Opublikowano podroze | Otagowano , | 4 Komentarze

Przyzwyczajanie się do normalnego życia

Usłyszałem gdzieś ostatnio coś o przyzwyczajaniu się do normalnego życia, wprawiło mnie to w refleksyjny nastrój. Ceną za sukces, za to że jesteś na szczycie, jest samotność. Biegniesz na czele peletonu w różnych kontekstach i jesteś sam, biegniesz sam. Wracasz do domu, po kilku super latach życia spędzonych w złotej klatce, życia w bańce mydlanej. Łapiesz się na tym, że z faktu gdzie byleś, co widziałeś, co przeżyłeś, kogo poznałeś tak naprawdę nic nie wynika dla ciebie. Nagle wszystko się kończyło, gaśnie światło, zapada cisza, opada kurtyna i stajesz się zwykłym człowiekiem. Nie dajesz sobie rady, nagle z tego wyalienowania, hałaśliwego tłumy, lądujesz w przejmująco pustym mieszkaniu. Czasem sięgasz po używki, by wrażliwość na samotność cię nie zgubiła. Przyzwyczajam się do normalnego życia.

Opublikowano podroze | 1 komentarz

Lecce

Poszedłem spać po północy, bo trochę zajęło mi ogarnięcie rzeczy, które potrzebowałem zrobić przed wyjazdem. Nagle przypomniało mi się, że potrzebuję kupić bilet na pociąg do Krakowa, że za mieszkania przyszło rozliczenie, że Qatar ma akurat promocje i że miałem wybrać dla nas z bratem jakiś fajny wyjazd, że pranie mógłbym zrobić nim wyjadę. Budzik nastawiłem sobie na przed 3. a i tak obudziłem się trochę po drugiej w nocy.
Na lotnisku we Wrocławiu pustki, w samolocie do Monachium była nas garstka a ja całą podróż przespałem. W Monachium miałem prawie 3 godziny na przesiadkę, którą spędziłem w loungu w nowej częściej terminalu. Bałem się wyjść i zrobić niewinną rundkę po sklepach, bo znając swoje szczęście zaraz bym coś upatrzył i portfel by mi schudł a ja jeszcze nawet wypłaty grudniowej nie dostałem. Z innej bajki, to styczeń w ogóle będzie tragiczny, mam 4 wyjazdy, muszę spłacić M, matkę i opłacić rachunki a na koncie minus. Oszczędności nie ruszam, bo to rzecz święta gdybym znowu stracił pracę albo zamarzyłaby mi się półroczna egzotyczna podróż po Ameryce Łacińskiej.

W samolocie do Bari spałem jak dziecko, obudził mnie tylko głos jakiegoś szurniętego Niemiaszka, który zrobił karczemną awanturę za to że przesadzono go z 4E na 6E. Ludzie to jednak lubią szukać problemów gdzie ich nie ma.

Bari przywitało mnie pięknym słońcem, dojechałem do centrum skąd dwie godziny tłukłem się pociągiem do Lecce. Amore miał po mnie przyjechać ale okazało się że jego samolot z Zurichu jest opóźniony ponad godzinę więc lepiej było mi schować dumę i romantyzm do kieszeni, przeprosić się z czarnoskórą częścią mieszkańców Włoch i spędzić godzinę czterdzieści minut w rozklekotanym brudnym niebieskim pociągu z Bari do Lecce.
Na dworcu w Lecce taksówek brak więc poszedłem z buta by wreszcie dotrzeć do upragnionego celu podróży. M właśnie wylądował, poszedł odebrać auto podczas gdy ja mam czas nie robić nic…

Opublikowano podroze | Otagowano , | 5 Komentarzy