Trzy tygodnie później: rzeczywistość bez filtra

Po trzech tygodniach w nowej pracy opadły mi trochę klapki z oczu. Zaczynam widzieć rzeczy, których wcześniej, w tym pierwszym entuzjazmie, po prostu się nie dostrzega. Problemy, napięcia, niedopowiedzenia i co ciekawe wcale mnie to nie zaskakuje, ani nie rozczarowuje, ani nie złości, bo tak po prostu jest. Każda firma ma swoje wyzwania a przecież właśnie po to zatrudnia się ludzi, żeby pomogli je ogarniać.

Trochę symboliczne jest to, że kobieta, która mnie zatrudniała, była w biurze tylko do trzeciego dnia mojej pracy, a potem zniknęła. Najpierw na jeden dzień, potem na tydzień, a teraz już wiem, że nie będzie jej co najmniej do końca świąt Wielkanocnych a i to wcale nie daje pewności, że wróci. Z rozmów z innymi wynika, że takie przedłużane L4 to tutaj dość powszechny sposób radzenia sobie ze stresem i oczekiwaniami, jakie stawia pracodawca.

Na szczęście ludzie wokół naprawdę robią robotę: dziewczyny są świetne, atmosfera jest luźna, dużo życzliwości i otwartości, z dyrektorem da się normalnie pogadać – tym bardziej, że już się wcześniej znaliśmy. Nie czuję na sobie jakiejś ogromnej presji czy nierealnych wymagań, ale jednocześnie mam świadomość, że pracy jest sporo i pewnie będą momenty, kiedy będzie jej po prostu za dużo.

Jest też coś, co bardzo doceniam – rytm dnia. Zaczynam przed ósmą, ale o 15:20 zamykam laptopa, wychodzę, wsiadam w pociąg i po piętnastu minutach jestem w domu. Dawno nie kończyłem pracy tak wcześnie i nie wiem, jak długo to potrwa, ale na razie naprawdę się tym cieszę.

Zadania? Niektóre robię w tempie ekspresowym, ale nauczyłem się jednego – nie wychylać się za bardzo. Nawet jeśli coś skończę szybko, daję temu chwilę, zanim zgłoszę wykonanie, bo wiem, jak to działa: pokażesz, że możesz więcej, to zaraz dostaniesz jeszcze więcej.

Duży plus tej pracy to też to, że to nie jest turbo korporacja. Wszystko ma tu swój rytm, czasem trochę chaotyczny, ale jednak bardziej ludzki, poprzeczka bywa zawieszona wysoko, ale jest w zasięgu ręki i da się ją przeskoczyć, tylko trzeba znaleźć swój sposób.

Postanowiłem też zrobić coś dla siebie – zapisałem się na kurs i egzamin z zarządzania zmianą, zakończony międzynarodowym certyfikatem Prosci. Zawsze brakowało mi czasu albo pieniędzy, żeby się za to zabrać i teraz pomyślałem że jeśli nie teraz, to kiedy?

Na najbliższe trzy miesiące mam jeden plan: obserwować, bez gwałtownych ruchów, bez pochopnych decyzji, przyglądać się ludziom, sprawdzać, czy to środowisko jest dla mnie, czy chcę tu zostać na dłużej.

A poza pracą? Z moją ulubioną ekipą „biurowych spiskowców” nadal trzymamy kontakt. Odkryliśmy nowy sposób na wspólne chwile – weekendowe śniadania i to nie byle gdzie. Zamiast przepłacać w popularnych wrocławskich śniadaniowniach, spotykamy się w hotelach. Stała cena, bufet, nielimitowana kawa, herbata, soki, czasem nawet bąbelki, do tego można zamówić coś na ciepło: omlet, jajka po benedyktyńsku, w koszulce po prostu co kto lubi. Najlepsze jest to, że spotykamy się rano, więc każdy jeszcze ma pół dnia dla siebie.

Nie żałuję zmiany pracy, to była dobra decyzja, ale łapię się czasem na tym, że tęsknię za ludźmi, z którymi przez ostatnie cztery lata widywałem się niemal codziennie i chyba to jest w tym wszystkim najtrudniejsze.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Gdy nie masz nic i gdy masz wszystko

Przeglądałem dziś swoje stare notki, te napisane po powrocie z Australii, kiedy to moja ówczesna szefowa zrobiła mnie w jajo, a mnie opadły klapki z oczu.

Notatki… Ile ich się nazbierało przez lata – moje słowa, cudze słowa, takie, które kiedyś były ważne i takie, które wciąż coś znaczą. A gdzieś pomiędzy nimi kryją się te najmądrzejsze – te, o których człowiek czasem zapomina. Proste zdanie: „… i to przeminie…”.

Kiedy nagle wracają do mnie takie wspomnienia, robi się jakoś cieplej. Na krótką chwilę cały ten zwariowany świat jakby się zatrzymuje. Mam wtedy wrażenie, że czas gwałtownie zwalnia, aż niemal staje w miejscu. Tylko na ułamek sekundy – ale właśnie w tym ułamku mieści się wszystko: to ciepło, to wspomnienie, ta cicha chwila, która nagle wraca.

Są dwa momenty w życiu, które cicho pokazują, kim naprawdę jesteś. Pierwszy pojawia się wtedy, gdy nie masz nic, gdy wszystko zwalnia, przyszłość jest niepewna, a jedyne, na czym możesz się oprzeć, to cierpliwość i wiara, że coś się w końcu zmieni. Drugi przychodzi wtedy, gdy masz już wszystko, o czym kiedyś marzyłeś. Właśnie wtedy twoja postawa mówi najwięcej. W trudnych chwilach kształtuje cię cierpliwość, ale to charakter pokazuje się naprawdę w tym, jak potrafisz unieść sukces.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 4 Komentarze

Prawie dwa tygodnie później

Jestem już prawie dwa tygodnie w nowym miejscu i muszę przyznać, że naprawdę bardzo mi się tu podoba. Jednocześnie mam wrażenie, że mój mózg pracuje na najwyższych obrotach. Tyle nowych twarzy, imion, systemów i tematów pojawia się naraz, że momentami trudno to wszystko ogarnąć. Czasami wszystko trochę miesza mi się w głowie, ale w sumie to chyba całkiem normalne – poprzednia praca przyzwyczaiła mnie do bardzo szybkiego tempa.

Tym razem jednak obiecałem sobie coś innego. Postanowiłem, że nie będę już wpadać w ten stary tryb nieustannego pośpiechu i pracy ponad siły. Chciałem pracować spokojniej, po prostu robić swoje w wyznaczonych godzinach i nie zamieniać wszystkiego w wyścig. No cóż… powiedzmy, że na razie średnio mi to wychodzi. Ambicja i stare przyzwyczajenia dają o sobie znać, często łapię się na tym, że robię rzeczy szybko i sprawnie, chociaż wiem, że spokojnie mógłbym je rozłożyć w czasie i skończyć dokładnie na ustalony termin.

Kilka osób w biurze zwróciło mi już uwagę, że nie powiedziałem im „cześć” albo „dzień dobry”. Prawda jest taka, że przy tylu nowych twarzach i imionach po prostu nie jestem w stanie wszystkiego od razu zapamiętać. A chociaż zazwyczaj uchodzę za osobę otwartą i przyjazną, tego akurat nie przeskoczę z dnia na dzień.

Za to nieustannie śmieję się z jednej rzeczy. Za każdym razem, gdy wchodzę na telekonferencję na Microsoft Teams, w tle zaczynają przelatywać najróżniejsze wypieki: hot dogi, croissanty, cebulaki, rogale… W takich momentach czuję się dosłownie jak jakiś Pan Kanapka i za każdym razem wywołuje to u mnie uśmiech.

Opublikowano praca | Otagowano | 2 Komentarze

2 dzień – z dala od niepokoju

Mam takie zaległości w pisaniu notek na bloga i dobieraniu do nich zdjęć, że co bardziej czujni czytelnicy bez trudu wyłapują, że kompletnie nie trzymam się chronologii. Czasem sama notatka pojawia się długo po wydarzeniach, do których się odnosi, przez co może sprawiać wrażenie wyrwanej z kontekstu. No cóż, aktualnie moje życie pędzi szybciej niż ja nadążam je opisywać.

Jedno wiem na pewno – cieszę się, że nie jestem już w Katarze. Ten rozdział naprawdę się zamknął i dobrze mi z tym. Nie muszę do niego wracać myślami, choć kiedy oglądam wiadomości i widzę, co się tam dzieje, przechodzi mnie dreszcz. W dzielnicy, w której mieszkałem, spadają drony i nie jest ten rodzaj „atrakcji”, który chciałbym przeżywać. Nie zazdroszczę kolegom z Dohy – niezależnie od tego, jak różne relacje nas łączyły – że są teraz tam, w samym środku tej niepewności, sytuacja jest bardzo napięta i po prostu niepokojąca.

Tym bardziej doceniam to, gdzie jestem dziś, bezpieczny kraj, własny dom, nowa, może trochę nudna praca, ale i spokój. Moi najbliżsi są blisko i są bezpieczni, to naprawdę zmienia perspektywę.

Kolejny dzień szkoleń minął zaskakująco spokojnie i co ciekawe wciąż nie opadła mi ekscytacja nową pracą. To nie jest żadne ekstremum, żadna spektakularna zmiana świata, ale świadomie cieszę się z tego miejsca, w którym wylądowałem. Podoba mi się ten spokój, to środowisko, tempo, które nie wyrywa serca z klatki piersiowej.

Poznałem kilka naprawdę fajnych, uśmiechniętych osób i zwyczajnie mnie to ucieszyło. Wiem, że jeśli przyjdzie nam razem pracować, to zaczynamy z dobrą energią. Od rana podchodziły do mnie kolejne osoby, przedstawiały się, ściskały dłoń, tyle twarzy przewinęło się przez te kilka godzin, że aż zakręciło mi się w głowie. I wyszło z tego coś zabawnego, bo po 14., kiedy w końcu usiadłem przy swoim biurku, podeszła do mnie dziewczyna z jakąś sprawą. Spojrzałem na nią i zapytałem zupełnie szczerze: „czy my się znamy?”. Okazało się, że rano piliśmy razem kawę, a ja po prostu nie zapamiętałem ani twarzy, ani imienia.

Miałem też okazję poznać swój zespół – ten, z którym będę spędzał najwięcej czasu i muszę przyznać, że mam dobre przeczucia. Moja nowa szefowa zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Jedna z koleżanek podczas spotkania chyba z dziesięć razy powtórzyła, jak bardzo się cieszy, że będę z nimi pracować. Nie wiem, czy to zapowiedź jakiejś intensywnej jazdy bez trzymanki, czy po prostu szczery komplement ale po ludzku było mi bardzo miło.

Nie jestem naiwny, swoje już przeżyłem i zawodowo, i życiowo, ale takie małe gesty i słowa naprawdę mają znaczenie, w głowie wszystko układa się wtedy inaczej. Łatwiej podejść do nowych tematów bez napięcia, z ciekawością zamiast z rezerwą.

Dziś właściwie domknąłem etap wdrożenia, wszystkie dokumenty podpisane, dostępy zamówione, formalności ogarnięte, od jutra mogę w końcu skupić się na pracy. Nowy rozdział tym razem spokojniejszy i chyba właśnie tego teraz najbardziej potrzebuję.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

1 dzień w nowej pracy

Więc tak stawiłem się pierwszego dnia w biurze i od razu poczułem powiew młodości – wokół mnie kilkanaście nowych osób, a ja oczywiście statystycznie zawyżałem średnią wieku. Większość to juniorzy na pierwszym roku magisterki, dla części to pierwsza praca, dla innych druga z imponującym, dwuletnim doświadczeniem.

Po szkoleniu BHP przyszedł czas na rozdanie sprzętu. Laptop i telefon trafiły do mnie – wszystko pachnące nowością. Chwilę później okazało się, że jedna z dziewczyn dostała egzemplarz z historią… i to dosłownie, bo na klawiaturze wciąż były ślady po dżemie o nieznanym smaku. Poczułem, że los jednak ma do mnie słabość.

A potem nastąpił moment przełomowy dwie panie prowadzące spojrzały na mnie uważniej i oznajmiły, że przecież my się znamy, bo pracowaliśmy razem jakieś 20 lat temu. Czar młodzieńczego incognito prysł w sekundę. Od tej chwili przestałem być „jednym z nowych”, a zacząłem być „proszę pana”. Tak więc integracja przebiegła szybko i skutecznie.

13.03 wysyłają mnie do naszej fabryki 50 km za Wrocławiem. Będą pokazywali mi jak robią bułki, bajgle, rogaliki, precle, ciabaty, croissanty, pity, pampuszki, podpłomyki, suchary i tortille.

Mam piękny widok za oknem. Będę miał z tyłu głowy skąd mogę się rzucić jakby co.

Opublikowano Brak kategorii | 7 Komentarzy

Weekend przed skokiem w nieznane

Weekend minął mi spokojnie, trochę jak złapanie oddechu przed czymś nowym. Dużo odpoczywałem, pobyłem sam ze sobą. Wieczorem wybrałem się z M. na spacer wokół toru wyścigów konnych, powietrze było ciepłe, a zachodzące słońce barwiło niebo na złoto, szkoda byłoby zmarnować taką pogodę, zwłaszcza że przez cały dzień niebo było bez jednej chmurki. W niedzielę wpadłem też do miasta, tak po prostu, żeby poczuć jego rytm i nacieszyć się światłem.

W sobotę rano zerwałem się z łóżka z myślą, że może to dobry moment, żeby sprawić sobie coś nowego na start w nowej firmie, taki drobny symbol świeżego początku. Poza tym chciałbym w poniedziałek zrobić pierwsze dobre wrażenie. Przeszedłem kilka sklepów, przymierzyłem parę rzeczy, ale ostatecznie wróciłem z pustymi rękami. Nic mnie nie zachwyciło i może to i lepiej – nowy rozdział nie zaczyna się od koszuli, tylko od nastawienia.

To dziwne uczucie, kiedy wiesz, że jutro nie pójdziesz już do swojego starego biura. Że nie zobaczysz tych samych twarzy, nie usłyszysz znajomego „cześć” przy porannej kawie. Z jednej strony jest w tym nuta nostalgii, a z drugiej też ekscytacja, ciekawość, co przyniesie zmiana, jak się odnajdę, jak sobie poradzę, kogo spotkam, jakie wyzwania na mnie czekają?

Wyobraźnia moja nie próżnuje i podsuwa mi różne scenariusze. Od takich mało optymistycznych, że już po pierwszym dniu będę żałował decyzji, że trafię do jakiegoś korporacyjnego średniowiecza, gdzie nic nie działa, systemy są tylko z nazwy, a dokumenty krążą w papierowych teczkach, że będzie cicho, szaro, bez energii i pomysłu. W najgorszej wersji pojawia się nawet wizja spotkania kogoś, z kim za żadne skarby nie chciałbym pracować, a kto – jak na złość – też postanowił zmienić firmę i trafił dokładnie tam, gdzie ja. Przyznaję, to naprawdę byłby mocno czarny scenariusz.

Ale prawda jest taka, że nie wiem nic i dopóki nie przekroczę progu nowego biura, wszystko pozostanie tylko domysłami. Praca w konsultingu nauczyła mnie jednego – elastyczności. Zmieniałem środowiska, kraje, jak kameleon, wchodziłem w różne role, uczyłem się w biegu, czasem dosłownie z minuty na minutę, bo tego wymagali klienci. Szybkie zbieranie informacji, adaptacja, działanie to był mój chleb powszedni. Dlatego nawet jeśli wszystko będzie nowe i na początku trochę obce, potraktuję to jak kolejny projekt u nowego klienta, z ciekawością, otwartą głową i gotowością do nauki a reszta napisze się sama.

Opublikowano praca | Otagowano | 1 komentarz

Kiedy kończy się rozdział, a zostają ludzie

Ostatnie dni upłynęły pod znakiem celebrowania naszych małych, biurowych rytuałów – tych wszystkich nawyków, które przez lata wypracowaliśmy z moją ulubioną ekipą „biurowych spiskowców”. W poniedziałek i wtorek niektórzy specjalnie zwlekali się z łóżek trochę wcześniej, tylko po to, żeby zdążyć na wspólną kawę w kantynie, ktoś przynosił croissanta „na pół”, ktoś inny rzucał hasło: „Idziemy do korytka?” – i już było wiadomo, że lunch spędzimy razem, jak zawsze a potem będą obowiązkowe polish lody.

Gdzieś między jednym łykiem kawy a drugim zacząłem po cichu żegnać się z tym miejscem, z ludźmi, z którymi przeżyłem naprawdę sporo, bo przez te kilka lat wydarzyło się tu więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Praca w pandemii, projekty, sukcesy, narzekania, imprezy, potknięcia, śmiech do łez i te rozmowy, które ciągnęły się długo po godzinach pracy.

W takich momentach atmosfera robi się dziwna. Nagle coraz więcej osób zaczyna rozglądać się za czymś nowym, jakby przeczuwając, że nic już nie będzie takie samo, że kończy się jakiś rozdział.

W czwartek, dzień przed moim ostatnim dniem w biurze, zaprosiłem kilka osób na pożegnalnego drinka. Myślałem, że przyjdzie garstka a przyszli prawie wszyscy. I to był dopiero początek wzruszeń, bo nagle zaczęli wręczać mi prezenty, nie jeden – kilka. Osobne od zespołu, osobne od „spiskowców”, do tego kartki z życzeniami. Wtedy pierwszy raz naprawdę zakręciła mi się łza w oku, uderzyło mnie, że stworzyliśmy zgraną ekipę, taką, której będzie mi po prostu brakować.

Kiedy cztery lata temu dołączałem do firmy, tej, która podobno „kształtuje przyszłość z pewnością”, w głowie miałem słowa koleżanki, która odchodziła przede mną. Powiedziała wtedy, że najbardziej będzie jej brakowało ludzi. Wtedy nie do końca to rozumiałem, dziś już wiem, że miała rację.

Po barze pod nasypem przenieśliśmy się jeszcze do Papa, śmiechom nie było końca, a na sam koniec kolega rozwiózł nas wszystkich po domach, żeby część z nas zdążyła się jeszcze wyspać przed piątkiem w pracy. Taki trochę symboliczny finał – wspólnie, do samego końca.

Cieszę się, że odchodzę. To dobry moment. Gdyby nie wyjazd do Kataru w zeszłym roku, pewnie dziś byłbym dużo bardziej sfrustrowany. Ostatnie dwanaście miesięcy w firmie to była równia pochyła, nie jakaś spektakularna katastrofa, raczej powolne osuwanie się w dół. Coraz więcej osób zaczęło dostrzegać, że możliwości rozwoju się kurczą, a poprawa sytuacji finansowej pozostaje gdzieś w sferze marzeń.

Mimo to odchodzę z wdzięcznością, bo niezależnie od tego, jak potoczyły się sprawy zawodowe, ludzie – ci wszyscy „biurowi spiskowcy” – zostaną ze mną na długo i to właśnie ich będzie mi brakowało najbardziej.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Kiedy drzwi zamykają się same

I nagle okazało się, że nie tylko ja postanowiłem w styczniu zamknąć za sobą stare drzwi, oprócz mnie wypowiedzenie złożyły inne osoby. W tym momencie zaczął materializować się ten niewygodny scenariusz, o którym od miesięcy mówiło się półgłosem: że to nie może trwać wiecznie, że w końcu coś pęknie, że zaczną się odejścia.

W biurze nie było ani mojej bezpośredniej przełożonego, ani jej następczyni a ja coraz wyraźniej czułem, że wizja spędzenia tu kolejnych trzech miesięcy na „biciu piany” i pompowaniu powietrza zupełnie mi się nie uśmiecha. Delikatnie więc podpytałem, czy w ogóle wiedzą, że złożyłem wypowiedzenie, i czy mają wobec mnie jakiś plan do kwietnia.

I wtedy sprawy potoczyły się szybciej, niż się spodziewałem, nagle pojawiło się spotkanie a na nim – propozycja elastycznego rozwiązania: mogę pracować tylko do końca miesiąca, jeśli chcę zacząć w nowej firmie już od 1 marca. Nie zastanawiałem się długo, szczerze mówiąc, bardziej opłaca mi się ruszyć dalej niż tkwić tu jeszcze trzy miesiące. Tak więc zostały mi niecałe trzy tygodnie a potem – nowe miejsce, nowy rozdział.

W międzyczasie ogarniam formalności: medycyna pracy, dokumenty, podpisanie umowy, ale podchodzę do tego spokojnie, mam czas i nie czuję presji.

W pracy pierwsze reakcje są różne, niektórzy są w szoku, inni przeczuwali, że coś się święci. Formalnie wypowiedzenie w moim imieniu złożył mój kumpel, więc dla części osób to dodatkowa niespodzianka.

Przede mną jeszcze kilka miłych momentów, w sobotę śniadanie z moją bandą szalonych znajomych, w niedzielę walentynkowa kolacja. Muszę też zaplanować jakieś pożegnalne spotkanie, ale nie zamierzam zapraszać wszystkich – chcę, żeby to było kameralne i prawdziwe. A tym, których nie zaproszę, dam jasno do zrozumienia, że to nie kwestia przypadku, tylko wyboru, w końcu zamykam pewien etap i chcę zrobić to po swojemu.

Opublikowano praca | Otagowano | 4 Komentarze

Bangkok – dzień 2

Spałem dziś wyjątkowo głęboko, ani razu nie obudziłem się w nocy, ale trochę sobie w tym pomogłem.. Dopiero nad ranem wyrwały mnie ze snu pierwsze promienie słońca – zapomniałem zasunąć kotary. Przez krótką chwilę, jeszcze na granicy snu i jawy, byłem przekonany, że jestem w Katarze. Ogromne hotelowe łóżko, okno na całą ścianę z widokiem na wieżowce, błękitne niebo, sterylna czystość i idealny porządek dookoła. Ten dziwny stan zawieszenia, taka słodka nieświadomość, trwał jeszcze moment, aż w końcu dotarło do mnie, gdzie naprawdę jestem. Westchnąłem, przeciągnąłem się i leniwie zwlokłem się z łóżka.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Bangkok – dzień 1

Lecąc do Bangkoku zastanawialem się jak chciałbym spędzić te kilka dni w stolicy Syjamu. Pomyślałem sobie, że tym razem chciałbym zobaczyć miejsca, których wcześniej nie widziałem. W internecie przypadkowo znalazłem aplikację do rezerwowania lokalnych wycieczek i – ku mojemu zaskoczeniu – poszło to całkiem sprawnie. Kilka kliknięć, rezerwacja na następny dzień, odbiór z hotelu, szybko, prosto i wygodnie.

Pan od wycieczki też mnie zaskoczył. Miał pojawić się o dziewiątej w hotelowym lobby, a tymczasem pół godziny wcześniej dostałem wiadomość, że już na mnie czeka. .

Jeśli chodzi o pływający targ, miałem wobec niego mieszane uczucia. Z jednej strony to coś, czego w Europie po prostu się nie zobaczy – łodzie pełne owoców, warzyw i najróżniejszych towarów, sprzedawcy nawołujący z wody, kolory i egzotyka. Z drugiej strony… dzikie tłumy turystów, nagabywanie z każdej strony i ogromna komercja. Wiem już, że raczej tam nie wrócę i pewnie nie będę nikogo specjalnie zachęcał do wizyty.

A jednak cieszę się, że tam pojechałem. W końcu wcześniej znałem to miejsce tylko z opowieści i z tych wszystkich kolorowych folderów biur podróży. Pamiętam zdjęcia: malownicze łódki uginające się od owoców, warzyw i pamiątek. Wszystko wyglądało tak bajecznie, egzotycznie. Zawsze wydawało mi się też, że taki targ jest gdzieś bardzo blisko Bangkoku – może nawet w samym centrum miasta. Rzeczywistość okazała się inna. Żeby tam dotrzeć, spędziliśmy w autobusie ponad godzinę.

Grupa była spora – wypełniliśmy cały autokar. Wśród turystów trafili się nawet jacyś Polacy, było też sporo Niemców, Hiszpanów i oczywiście wielu Azjatów.

Jednym z punktów wycieczki był Mae Klong Railway Market (Talad Rom Hup) – miejsce, które naprawdę trudno porównać z czymkolwiek innym. To jedno z najbardziej surrealistycznych doświadczeń w Tajlandii. Wyobraźcie sobie targ rozłożony… dokładnie na torach kolejowych.

Najbardziej niesamowity moment następuje, gdy zbliża się pociąg. Wystarczy dźwięk sygnału lokomotywy i nagle wszyscy sprzedawcy zaczynają działać jak dobrze zgrany zespół. W kilka sekund składają markizy, odsuwają kosze z towarem i robią miejsce dla nadjeżdżającego składu.

Pociąg przejeżdża dosłownie centymetry od stoisk z rybami, owocami i warzywami. Cały ten spektakl trwa może minutę. Potem pociąg znika za zakrętem, a targ w mgnieniu oka wraca do życia – markizy znów się rozkładają, kosze wracają na swoje miejsce, handel toczy się dalej. Co ciekawe, przez te wszystkie lata sprzedawcy nabrali takiej wprawy, że większość produktów nawet nie spada z tac.

W ciągu dnia pociąg przejeżdża tędy osiem razy – cztery razy w jedną stronę i cztery z powrotem. My przyjechaliśmy tam po południu, w sam środek największego upału, ale udało się zobaczyć jeden z przejazdów. I choć człowiek wie, że to atrakcja dla turystów, widok pociągu sunącego tak blisko stoisk naprawdę robi wrażenie.

Wieczorem wróciliśmy do Bangkoku. Postanowiłem wrócić do hotelu pieszo, co okazało się… średnio rozsądnym pomysłem. W pewnym momencie niemal się zgubiłem w gąszczu ulic. Estakady nad drogami i wzdłuż nich kompletnie mnie zdezorientowały. Nawigacja w telefonie też zaczęła wariować – pokazywała jedną drogę, a ja trafiałem gdzieś zupełnie indziej. Chodziłem, skręcałem, zawracałem, próbując zrozumieć, gdzie właściwie jestem. Najbardziej mylące było to, że w Bangkoku często nie wiadomo, czy idzie się górą czy dołem.

Takie małe błądzenie w wielkim mieście to w sumie też część kazdej mojej podróży.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz