Miami Beach

Miami Beach jest rewelacyjne. W Miami byliśmy z M kilkakrotnie, zawsze przejazdem i zawsze spaliśmy albo w Downtown albo w hotelu przy lotnisku w oczekiwaniu na poranne połączenie na St Maartin. Przy Lincoln jest masa sklepów, barów i restauracji, przechadzamy się tedy kilka razy dziennie ciesząc oko ładnymi widokami. Wymyśliłem sobie, że wrócę tutaj za kilka miesięcy, wynajmę to samo studio, zrobię zakupy w markecie i każdy każdy dzień będę spędzał na plaży albo wybiorę się na rejs statkiem na Jamajkę, Wyspy Dziewicze, Dominikanę albo Arubę. Jakby się dobrze zakręcić jest tutaj raj pod każdym względem i nie odstraszają już nawet ceny.

 

Opublikowano podroze | Otagowano , | Dodaj komentarz

Welcome to Miami Beach

Dolecieliśmy! Szczęśliwi i wcale nie tak zmęczeni jak bym się tego spodziewał. Samolot o czasie wylądował na Międzynarodowym Lotnisku w Miami. Wzwiązku z tym, że był to inauguracyjny lot nowego połączenia podjeżdżając pod rękaw przywitał nas salut wodny: wóz strażacki i polewanie maszyny wodą. Pierwszy raz odkąd latam do Stanów odprawa paszportowa przebiegła tak szybko i bez jakichkolwiek pytań. Nie wiem co się stało, ale nie dostałem nawet pieczątki w paszporcie. Pogoda w Miami przywitała nas upałem i okrutną wilgocią. Znaleźliśmy przystanek supershuttle i po godzinie rozpakowywaliśmy się już w naszym hotelu na Meridian Avenue. Nasze wynajmowane studio posiadało wszystko czego potrzebowaliśmy na te kilka dni: w pełni wyposażoną kuchnię, lodówkę, zmywarkę, wygodne łóżko, czystą łazienkę i taras… tyle że ten akurat z widokiem na ulicę i parking. Do ulicy pełnej restauracji i barów mieliśmy raptem 5 minut pieszo, a do Whole Food niecałe 20. Na zakupy spożywcze wybraliśmy się nazajutrz i o ile w tamtą stronę szło się całkiem przyjemnie, to na powrót obładowani zakupami zamówiliśmy sobie ubera. W hotelu dużo czarnych i grubych kobiet, na ulicach za to głównie panuje hiszpański i czasem naprawdę łatwiej dogadać się w tym języku niż po angielsku.

Wieczorem wybraliśmy się na drinka. Matko, jak tutaj jest masakrycznie gorąco.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Dodaj komentarz

Na kilka godzin przed wylotem do Warszawy…

…wyrwałem się wcześniej z biura porobić ostatnie zakupy. Nowe zajęcie jest tak absorbujące, że nie mam czasu na wyjście do lekarza ani nawet na zrobienie  podstawowych zakupów a co dopiero wyszykować się na dłuższy wyjazd. Szwajcarski dyrektor coś tam jeszcze ode mnie chciał, naturalnie gdy już prawie wychodziłem, a ja z nieukrywaną radością spuściłem go na drzewo i szybko zamknąłem swój komputer. Niech się buja. Nie mogę doczekać się jego miny gdy dowie się, że nie wrócę po urlopie do biura. Zakasa koleś rękawy i przypomni sobie obsługę excela.

Dzięki pożytecznemu urządzeniu jakim jest hulajnoga udało mi się zdążyć ze wszystkim na czas. Nowa walizka spełniała moje oczekiwania estetyczne tylko do pierwszego lotu, bo po wyładowaniu na Okęciu pojawiły się już pierwsze rysy i przetarcia. Ukradli mi nawet zawieszkę na bagaż. Miałem okazję spotkać taksówkarza, który ostatnio na darmo czekał na mnie pół godziny pod bramą o 4 nad ranem, tamtego dnia gdy zaspałem na samolot. Tak jak można było się tego domyślić tamtego poranka pod moim adresem leciały niewybredne epitety i słowa sponsorowane literkami k ch p j – wszystkie w pełni zasłużone.

Do K na Wolę dojeżdżałem już ostatkiem sił, nie rozmawialiśmy nawet długo, nie otworzyliśmy butelki wina jak planowaliśmy, tylko od razu poszliśmy spać. Samolot do Miami odlatywał 12.05 ale planowaliśmy być na lotnisku wcześniej, żeby zajrzeć przedtem do laungu i zobaczyć atrakcje jakie przygotował Lot przy okazji pierwszego połączenia w kierunku słonecznej Florydy. Rzeczywiście przed wejściem do bramki stoły uginały się od pyszności i smakołyków, wśród zaproszonych przedstawicieli prasy i tv przechadzali się najważniejsi pracownicy Lotu, ich goście oraz pasażerowie wśród których – daje głowę – połowa leciała za darmo. Szału nie było, ale wstydu też nie. Trochę się obawiałem jak zniosę tak długą podróż, bo przez ostanie kilka lat do Ameryki latałem w bardziej komfortowych warunkach niż zwykłym cargo. Poziom życia mi się jednak zmienił, widmo biedy zapukało w drzwi więc przeprosiłem się z eko i nie urządzam fanaberii.

Leciał z nami jeden osobnik, któremu pod wpływem nadmiaru alkoholu zebrało się do bitki, obrażania pasażerów i szukania zwady ze wszystkimi wokół. Obsługa samolotu, dbająca o bezpieczeństwo i komfort podróży, nie reagowała na zaczepki i jawne groźby pod adresem innych pasażerów, nie przejmowała się gdy pan głośno werbalizował chęć nastukania swojej żonie oraz wszystkim łysym pedałom oraz miękkim fajom na pokładzie. Tłumaczyli się, że zrobić nic nie mogą a skarżącym się na chama pasażerom radzili by go nie denerwować.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Dodaj komentarz

Ewidentnie mijają się z prawdą

…takie były moje obserwacje po rozmowie z dyrektorką oraz innymi współpracownikami po tym jak zacząłem bardziej drążyć temat. 4 tygodnie temu obiecywano mi złote góry i zapewniano mnie, że z czasem wszystko się ułoży a ja wrócę na normalny tryb pracy. Po 6 tygodniach zostałem się jednak pozostawiony sam sobie z listą obowiązków własnych oraz kilkunastu zadań odziedziczonych po A. i krótkim komentarzem: rób to. Na dodatek odkryłem że przede mną było tutaj dwóch śmiałków którzy też próbowali a po kilku miesiącach się ich pozbyto. Szwajcarski dyrektor zostawił mnie sam sobie a kontaktuje się tylko wtedy kiedy zleca mi kolejne bojowe ad hocowe zadania. Na sam widok migającej od niego wiadomości na skype robi mi się niedobrze.

Ten spóźnienie na samolot tydzień temu to był znak, żebym nie pakował się w to bankowe bagno, bo nic dobrego z niego dla mnie nie wyjdzie.

Widząc co się tutaj kroi jeszcze tego samego dnia rozliczyłem swoją delegację i pozabierałem z biura swoje rzeczy. Mam czyste konto, powysyłałem parę maili, dookoła wszyscy wiedzą gdzie zostawiłem dokumentacje z wyjazdu, nie planuje już tutaj wrócić. Nie wiem jeszcze dokładnie jak to zrobię, ale noszę się z planem ulotnienia się z tej firmy jak najszybciej. Kolejne spotkania tylko utwierdziły mnie, że świat steerable treasury, AuM, NNA, direct expenses i direct revenues to jednak jakaś masakra i nie chce spędzić życia w roli, która jest męczarnią. Zupełnie nie rozumiem jakim kluczem kierowano się zatrudniając mnie na to stanowisko w CS i pewnie nigdy się już tego nie dowiem.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Nie mam czasu się nudzić…

Kosmos jakiś – tak bym określił zadania, które przejmuje od mojego szwajcarskiego kolegi. Wszystko jest do nauczenia i zrozumienia o ile włoży się w to trochę wysiłku i ma się czas na przyswojenie wiedzy. Czasu akurat mam najmniej za to oczekiwania i ilość zadań do przerobienia nieustannie rosną. Pan dyrektor z lubością dokłada mi zadań którymi będę zajmował się od czerwca. Po powrocie do Polski czeka mnie głównie partyzantka, bieganie po ludziach i wyciąganie informacji, żeby móc sprostać wymogom nowego pracodawcy. Już teraz jest dziwnie, bo przejmuję kobyły nie mając podstawowej wiedzy.

Wstaję przed 5, z biura wychodzę po 17, o 19 jestem w domu i jestem tak wypompowany, że nalewam sobie ogromny kieliszek wina i przez następne pół godziny czuję jak schodzi ze mnie napięcie. Z M widzimy się tylko wieczorami po 23 kiedy wraca z pracy i mamy dla siebie godzinę kiedy spędzamy ten czas ze sobą i rozmawiamy. Gdyby tak miał wyglądać każdy kolejny dzień w Szwajcarii szybko bym oszalał. O spotkaniu się ze znajomymi nawet nie ma mowy, bo jest to okupione dużym wysiłkiem i determinacją, żeby jeszcze wykrzesać z siebie resztki sił na taki spontan. Taka harówa sprawia życie wydaje się być do bani.

Na własnej skórze doświadczam pracy w szwajcarskim banku w Szwajcarii i często wspominam opowieści V jaka to niezła orka od świtu do nocy.

W poniedziałek czeka mnie rozmowa z dyrektorką we Wrocławiu i nie omieszkam jej zapytać jak widzi następne kilka miesięcy. Obiecanki macanki sobie podarujemy, bo nie zamierzam owijać w bawełnę.

Opublikowano praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Na kilka chwil przed..

Dzień świstaka dopadł mnie w sobotę, albo jak kto woli instant karma za wszystkie moje grzeszki, których dopuściłem się przez ostatnie parę tygodni.

Piątek był ostatnim dniem w burze przed wyjazdem do Zurychu. Wcześniej nakłamałem, że nie udało mi się na czas załatwić wszystkich papierów, dzięki temu swoją podróż mogłem zaplanować wokół planów przyjazdowych M. On od razu się ucieszył, gdy oznajmiłam mu że następne 3 tygodnie spędzimy razem. W piątek w biurze okazało się, że nie działa mi laptop (notabene mógłbym wystawić go na ebay w kategorii vintage collectables). Żeby go otworzyć potrzebuje widelca a touchpad działa jak pumeks. Machnąłem ręką, wiedząc, że na pewno działa mi mój prywatny a mając VPN będę mógł zalogować się do systemu skądkolwiek.

Potem zaczęło się rozkminianie co powinien przywieźć im na prezent: pomysłów było wiele: od butelki wódki, ptasie mleczko i prince polo, po andruty, odpustowe lizaki i kolorowe gumy kulki. Dyrektor, który zaprosił mnie do siebie zażyczył sobie listy osób, z którymi planowałem się spotkać a w dodatku agendy spotkań tak jakbym wiedział kto tam pracuje, co robi i o czym będziemy rozmawiać. Zresztą wydawało mi się, że skoro to oni mnie zapraszają, to oni powinni wiedzieć najlepiej komu należałoby mnie przedstawiać. Potem szarpałem się jeszcze z badgem, bo wysłali mi go pocztą do Wrocławia a na koniec dnia dostałem plik od chłopaka, który odchodzi a od którego przejmuje obowiązki: arkusz kalkulacyjny, kilkanaście zakładek same cyferki i cichy komentarz powodzenia. Mina mi zrzędła jak to zobaczyłem, bo za nic nie potrafiłem go rozczytać, a im bardziej próbowałem, tym bardziej robiło mi się sucho w ustach. Przed 18 wyszedłem z biura i umówiłem się z kolegą na szybkie piwo. W domu czekało mnie jeszcze pakowanie a samolot zaplanowany miałem na 5.30 rano.

Gdy wróciłem do domu dopiero robiło się ciemno, wyciągnęłam z szafy walizkę i zacząłem się do niej pakować. Oczy kleiły mi się ze zmęczenia, zamówiłem sobie taksówkę na 4 rano i postanowiłem położyć się do łóżka na godzinę, dwie żeby później spokojnie dokończyć swoje pakowanie. Nie chciałem niczego zapomnieć a bałem się, że w tym stanie grozi mi to na bank. Nastawiłem sobie budzik na 2 rano i…. obudziłem się o 5. W nocy wyłączył mi się telefon, z niedowierzaniem patrzyłem w wyświetlacz  że zaspałem. Taksówkarz próbował się do mnie dodzwonić podczas, gdy ja szukałem telefonu do Amexu, żeby spróbować przebukować swój bilet. Bilet przepadł, musiałem kupić nowy, jestem w plecy 1200 zł bo firma na pewno nie odda mi kasy za głupotę.

Na lotnisku nie mogłem znaleźć swoich dokumentów ani wydrukowanych wcześniej kart pokładowych, zamiast butów do garnituru wziąłem trampki, w samolocie ciagle spałem, pierogi i gołąbki rozwaliły mi się w bagażu, a po przylocie do Szwajcarii spadł rzęsisty deszcz więc do domu dotarłem mokry jak kura.

Widok M od razu poprawił mi humor. Dobrze być znowu w domu.

Niedziela za to była bardzo leniwa, do południa wylegiwałem się w łóżku oglądając filmy, zrobiłem nam obiad (rozczłapane pierogi z serem, kapustą i grzybami) pojechałem spotkać się z W a potem w Rialto z K i D. Wychodząc z W z Grissino wpadliśmy na K i D, którzy zaproponowali żeby W dołączyła do nas na jednego drinka. Potem nawet nie wiem jak minął nam czas, było dużo śmiechu i zawstydzających historii z przeszłości, nagle zrobiła się 22 i trzeba było wracać. Szedłem do domu pieszo, padało ale wcale się tym nie przejmowałem. Potrzebowałem długiego spaceru przed snem i czekającym mnie jutro spotkaniem w Zurychu.

Mam bardzo mieszane uczucia co do nowej pracy, najbardziej martwię się o to że nie podołam, bądź co bądź to całkiem nowa dla mnie działka a presja czasu wcale mi nie pomaga. Obiecuje sobie że się postaram, ale boksować się z nikim i niczym nie będę. Nie wiem kto wymyślił żeby w 4 tygodnie po zatrudnieniu dodawać komuś nowych obowiązków. W sumie nie powinno mnie to dziwić, w końcu wielkie organizacje rządzą się swoimi prawami choć czasem kusi mnie żeby pójść do samej góry, wylać wszystkie swoje żale a na koniec rzucić papierami. Nie moje małpy, nie mój cyrk, tylko kasy szkoda.

Dobra idę…

Opublikowano podroze, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Szał cipy…

…nieustannie trwa. Przychodzę do biura wcześnie rano, wychodzę o 17 albo 28 i ciagle żałuję że doba ma tylko 24 godziny. Jakiś chłopak z Zurychu odchodzi, dorzucili mi jego obowiązki i tym samym oczekiwania wobec mnie wzrosły niebotycznie. Nie przejmuje się tym i po prostu robię swoje, wychodząc z założenia że nie da się nauczyć kogoś w tydzień doświadczenia zebranego w ciągi przeszło 6 lat. Menadżerowie wierzą że jest to możliwe, a ja nie wyprowadzam ich z błędu. Mogę się tylko postarać ale czkawka i wyboista droga przed nami.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz