Przymusowy home office

W poniedziałek nie wróciłem już do biura, w związku z tym że podróżowałem zagranicę zostałem przymusowo oddelegowany do pracy zdalnej i objęty 14 dniową kwarantanną. Za namową koleżanki, która wpadła w histerię słysząc że byłem w Szwajcarii i w bratałem się Włochami, napisałem rano do szefa z prośbą o jednoznaczną instrukcję, przychodzić czy nie, biorąc pod uwagę że wyjazd był prywatny a oprócz mnie kilkanaście innych osób podróżowało wtedy służbowo. Kazano mi zniknąć, zresztą nie tylko mnie, pół biura zostało uziemione.

M. przyleciał do mnie w piątek. Kilka razy zastanawialiśmy się czy to dobry pomysł, analizując wszystkie za i przeciw, ale skoro latały samoloty a granice nie były zamknięte czego mieliśmy się obawiać. Moja matka tylko trochę ześwirowała. Zaprosiła nas w weekend na śniadanie, które później odwołała, w obawie że M. przywiezie zarazki. Próbowała wpłynąć na mnie i przekonać mnie do daleko posuniętej rozwagi, odwoływała się do zdrowego rozsądku, między wierszami dając do zrozumienia że nie powinienem zapraszać M. do swojego domu.

Staraliśmy się z M. obrócić całą sytuację w żart. M. ze swoim paszportem stawał się persona non grata w kilkudziesięciu krajach, mnie wydawało się że będzie okupacja a ja staję przed wyborem czy ukrywać w domu Żyda czy go wydać.

Myśle, że są rzeczy ważniejsze od strachu.

Opublikowano podroze | 6 Komentarzy

Zbieranie się do kupy

Autentyczny dołek dopadł mnie dopiero w kilka dni po tych wydarzeniach. Przyczyniło się do tego zaskakujące i nieoczekiwane zachowanie jednej osoby, które gwałtownie wybiło mnie ze stanu skupienia i ogólnego wyciszenia, doprowadzając do skraju, coś jakby we mnie nagle pękło, że przestałem być wstanie skutecznie kontrolować swoje emocje. Chodziłem mocno struty przez kilka dni, nie liczyłem się z niczym i nikim, byłem nieobecny i jakby refleksyjny, słuchałem smutnych piosenek, oglądałem rzewne filmy a wieczorami płakałem jak bóbr. Unikałem ludzi, rozmów z kimkolwiek, chciałem zniknąć. Zdarzały się irytujące chwile, gdy łzy same napływały mi do oczu w najmniej odpowiedniej momentach, mocno starałem się ten stan zagłuszyć i w jakiś sposób kontrolować, bo istniało ryzyko, że wybuchnąłbym płaczem w środku spotkania albo przed nieznajomym, podczas rozmowy telefonicznej. Chciałoby się napisać taki los porzuconego kochanka…

W środę znalazłem w sobie resztki optymizmu, postanowiłem wyrwać się z tego marazmu i depresyjnego stanu, pojechać na dwa dni do Szwajcarii, zobaczyć M. Wydawało mi się, że same zobaczenie go pomoże mi uporać się ze swoimi demonami i słabościami. Niepotrzebnie tylko pochwaliłem się o tym w biurze, bo kilka dni później zostało to wykorzystane przeciwko mnie.

I tak do Szwajcarii poleciałem w sobotę o 5 rano, w Warszawie okazało się jeszcze, że samolot ma jakąś usterkę i możliwe, że wylecimy z opóźnieniem. Wzmógł się wtedy mój niepokój, powrócił niewytłumaczalny lęk, zastanawiałem się przez moment czy to aby nie odwołać wszystkiego i wrócić do domu. Na szczęście godzinę później wylecieliśmy już do Zurychu a kiedy dotarłem na spotkanie z W., zobaczyłem M. uwijającego się w kuchni, znajome twarze włoskich kolegów i koleżanek uspokoiłem się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Strach i lęk jakby wyparowały. Przez cały weekend świeciło pięknie słońce, było błogo, rześko i przyjemnie ciepło, poszedłem na spacer nad Aare, spędziłem kilka godzin szwendając się bez celu po znajomych miejscach w Bernie. Ładowałem baterie i czułem jak uchodzą ze mnie wszystkie negatywne emocje, ustają i oddalają się dręczące mnie myśli.

Opublikowano podroze, Szwajcaria | Otagowano , | 3 Komentarze

Abstrakcyjny tydzień

W poniedziałek dotarła do mnie kolejna smutna wiadomość. Telefon od brata późno w nocy mógł oznaczać tylko jedno, że dzieje się coś niedobrego.
W sobotę wyrwałem się z domu na szybkie igrzyska dla dorosłych, po których nabrałem wigoru i ochoty, by wpaść odwiedzić rodziców i babcię. Nie byłem w rodzinnym domu z dobry miesiąc, bo odkąd ojciec zaczął wałkować temat pożyczki na kupno nowego auta zżymałem się na samą myśl, że będzie próbował wrócić do tego tematu. Wypiłem u rodziców kawę, pogadałem trochę z babcią, uważnie starając się nie zostać sam na sam z ojcem. Jeden głupi  komentarz o pieniądzach i pewnie bym eksplodował. Babcia ratowała sytuację, nie zostawiała nas samych, w przerwie między jedną a drugą zdrowaśką opowiadała mi co słychać.
W poniedziałek wieczorem już nie żyła.

Tragiczną wiadomość przekazał mi brat, potem na moment zadzwonił ojciec. Rozmawiałem z matką, która w każdej skrajnej sytuacji reaguje „zadaniowo”. Nie mówiła nic jak się czuję, kazała za to sprawdzić na internecie ile kosztuje zamówienie i dostawa wieńców. Potem zaskoczyła mnie pytaniem czy gdy przyjedzie zakład pogrzebowy to przywiozą jej paletę kolorów drewna, z którego będzie trumna, bo ona nie wie czy dąb czy może coś jaśniejszego. – Mamo, a gdzie jest babcia? Próbowałem się dowiedzieć. – Pogotowie ją zabrało…? – Nie, leży tutaj w pokoju, lekarz wypisał akt zgonu.
Zakład pogrzebowy dostał przykaz, że mają przyjechać dopiero po północy, bo matka nie chciała, żeby sąsiedzi przypadkiem nie zauważyli jak z domu wynoszą od nas worek z ciałem.

Szybko zrzuciłem to na karb szoku, cała rozmowa z nią wydawała mi się abstrakcyjna, więc przestałem zadawać jakiekolwiek pytania.

Pogrzeb odbył się w piątek. W międzyczasie okazało się, że lekarz wypisał złe dokumenty, urząd stanu cywilnego kazał poprawiać, zakład pogrzebowy wykopał dół w złym miejscu i na dodatek pomylił imiona zmarłej na klepsydrze. Dużo było perypetii i zaniedbań z ich strony.
Na pogrzebie zjawiła się cała rodzina, przyszło paru sąsiadów. Padało. Nie płakałem, nie płakała też moja mama. Było mi smutno, ale nie potrafiłem wykrzesać z siebie choćby jednej łzy. Ale i tak to był fatalny dzień.

Wczoraj byłem na pogrzebie S. R. z którym nie utrzymuje kontaktu wysłał mi wiadomość gdzie i o której odbędzie się ceremonia. Wyrwałem się z pracy i na 13.20 pojechałem na cmentarz. Kolejny pogrzeb i kolejne abstrakcyjne uczucie, że kogoś już nie ma.
Prócz rodziny i C. pojawiło się dużo grono znajomych i przyjaciół. Chociaż nie wiem czy S. kiedykolwiek miał jakiś przyjaciół, był strasznym introwertykiem. Był.
Nigdy nie przypuszczałem, że będę uczestniczył w jego ostatnim pożegnaniu.

Opublikowano podroze | 6 Komentarzy

Dzięki za miłość

Otrzymałem wczoraj smutną wiadomość.
Zmarł S.
Nie znam szczegółów i chyba nie chcę znać, nie wiem czy pogrzeb odbędzie się we Wrocławiu czy w Kutnie, nie wiem czy pójdę.
17 lat temu kiedy powstawał ten blog, działo się to poniekąd za jego sprawą. Nie widziałem i nie interesowałem się nim przez lata. Spotkaliśmy się ponad dekadę później, rozmawialiśmy, czułem się skrępowany, choć tamte uczucie dawno umarło.
Nie szukałem z nim nigdy potem kontaktu, choć raz po raz zdarzało mi się zaglądać w miejsce gdzie pracuje, żeby na niego popatrzeć.
Spotkaliśmy się przypadkiem w lecie, w Rynku, było ciepło, świeciło słońce, dosiadł się do mnie do stolika, wypiliśmy razem kawę i było bardzo poprawnie, naturalnie, miło, niezobowiązująco.
A teraz go nie ma, zostały tylko wspomnienia.

Mam na imię…
Miło mi…
Udajemy że
Znamy się od kilku chwil
Milczę… nie bój się
Nie uwierzysz… tak to ja…
Gdy zerkam w twoją twarz
Nie potrafię znaleźć siebie tam
Nie pozostał po mnie żaden ślad
Dzięki za wszystko coś mi dał
Dzięki za ten ból
Dzięki że to już skończone
Dzięki że minąłeś we mnie już
Ciągle za mną
Oddech twój
Ciągle czuję cię
Znikam w tłumie
Znów twój śmiech
Ktoś zatrzasnął drzwi
Nagle sami – ja i ty
Przeklęte de ja vu
Zabłądziły gdzieś
Głupie dłonie me
Ale usta… one nie śpią więc…
Nie… dzięki… za wszystko coś mi dał
Dzięki za ten ból
Przeszły dawno i skończony
Dzięki …
Wierz mi
Gdziekolwiek jeszcze jest
Miłość – znajdę ją
Klęczysz
Z głową…

Opublikowano podroze | 2 Komentarze

Sabina szaleje a ja mam głupie myśli

Dziś lecę do Frankfurtu, bo jutro prowadzę workshopy w Bad Homburg. Rano wstałem a za oknem mżawka, mżawunia że balkon cały zalany, drzewa powyginane nienaturalnie, bloku na przeciw nie widziałem, tak było ciemno i niewyraźnie od ściany deszczu, która lała się z nieba. Poranne samoloty do Monachium, Frankfurtu, Amsterdamu, Warszawy i Zurichu zostały odwołane już wczoraj, nic nie przyleciało wieczorem, więc nie było komu odlatywać rano. Siedziałem dziś cały dzień w domu jak na szpilkach, polecę – nie polecę, polecę – nie polecę i tak cały dzień. Na szczęście miałem co robić, więc miałem czym zająć myśli inaczej bym ześwirował od tego ciągłego kontrolowania sytuacji na lotniskach.
Przypomniały mi się dawne czasy, kiedy z powodu tajfunów, huraganów, wybuchu wulkanu, strajków, zamieszek nie było mi dane wylecieć w podróż. Sabina przypomniała mi ten dreszczyk emocji, który towarzyszy każdej podróży. A może wsiądę dziś do samolotu, uderzy w nas piorun, wpadniemy w uskok powietrzny, rozbijemy się i okaże się że to moja ostatnia notatka na blogu.
Widzę anioły. Jest pięknie. Jem ambrozję i śpiewa Jantar…

Opublikowano podroze | 3 Komentarze

We Włoszech tak łatwo jest mi być romantycznym

Na resztę dni pobytu w Rzymie nie planowaliśmy niczego. Miasto podoba nam się tak bardzo, że chętnie wracamy tam tak po prostu poszwendać się po uliczkach starego miasta czy modnym Trastevere. Cappuccino na śniadanie w jakiejś uroczej kawiarni, obiadokolacja w trattorii która przypadkiem wpadnie nam w oko, koktajl w barze albo najlepiej lody – najlepsze na świecie.
W niedzielę zrobiliśmy drugie podejście do Villi Borghese, tym razem dotarliśmy do samych drzwi muzeum, ale odprawiono nas z kwitkiem, bo nie było już biletów. Za to mogłem zobaczyć Via Veneto niezwykle niegdyś popularnej – założono na niej wiele eleganckich kawiarni i luksusowych sklepów. Słynna Cafe du Paris niestety była zamknięta ale urok „ulicy słodkiego życia” pozostał (wciąż można na tablicach na ścianie kawiarni zobaczyć zdjęcia aktorów i aktorek odwiedzających lokal). Każdy kto oglądał film Federico Felliniego „Dolce vita” zna tą ulicę. To znajdująca się w centrum miasta enklawa stosunkowo rzadko odwiedzana jest przez turystów – symbol rzymskiej ekstrawagancji i elegancji, symbol słodkiego, arystokratycznego życia. Zupełnie nie przypomina innych typowych uliczek Wiecznego Miasta, jest szeroka i w całości wysadzana drzewami. Po jej bokach wyrastają pięciogwiazdkowe hotele, ekskluzywne butiki i niewiarygodnie drogie restauracje, w których relaksują się gwiazdy kina, teatru, muzyki i sportu. Nocą natomiast na ulicy można spotkać ekskluzywne prostytutki, alfonsów oraz naganiaczy nocnych klubów.

Wróciliśmy na Campo Marzio i wpadliśmy na naszego specjalistę od pachnideł i perfum – Diego. Tylko on potrafi tak pięknie zakołysać biodrami, zatrzepotać rzęsami, wzruszyć się teatralnie, ale przede wszystkim bardzo fachowo i profesjonalnie doradzić w zapachach i od niechcenia dorzucić w zdaniu coś o Pierpaolo (Piccioli tym od Valentino). M znowu mu uległ i wyszedł z jakąś butelką perfum za 350 euro.

Przypadkiem przechodziliśmy obok Teatrom Sistina, w którym grali Ducha a że mieli jeszcze bilety, wieczorem zabrałem M na romantyczny spektakl o nieprzemijającej miłości. W Rzymie łatwo o romantyzm.

Magiczny sekret: „Jak zatrzymać na zawsze kogoś, kogo kochasz? Musisz się na niego bez przerwy gapić, zrobić mu zdjęcie, zamknąć oczy, trzymać je długo mocno zamknięte. Ten obraz przejdzie do twojego serca i od tej chwili ta osoba będzie już z tobą na zawsze”.
To nie moje, to z La Dea Fortuna Ozpetka, po włosku brzmi o wiele lepiej: un segreto un po’ magico: «Come fai a tenere per sempre con te qualcuno a cui vuoi molto bene? Devi guardarlo fisso, prendi la sua immagine, chiudi di scatto gli occhi, li tieni ben chiusi. E lui ti scende fino al cuore e da quel momento quella persona sarà per sempre con te».

Opublikowano podroze | Otagowano , , , | 3 Komentarze

Nie ma łatwo, za to jest przyjemnie czyli znowu Rzym

Człowiek leci do Rzymu z nastawieniem że nie zrobi tam żadnych zakupów, bo w grudniu nie było w sklepach na czym oka zawiesić. Wziąłem nawet specjalnie bardzo małą torbę a tu bach – piątek, z pierwszego sklepu wyszedłem z dwoma torbami pełnymi zakupów. Kurtka, swetry, spodnie, koszule, pasek wszystko takie jakie zawsze chciałem i szukałem i jak na złość akurat były wyprzedaże więc ceny -70%.
M początkowo się ze mnie śmiał a po chwili sam dał się porwać zakupowemu szałowi.

Wieczorem mieliśmy zaplanowany koncert Renato Zero, dojazd na stadion nie trwał długo, ale znalezienie odpowiedniego miejsca już tak. Na sali panował potworny gorąc, nie wiem czy włączyli tam jakieś ogrzewanie czy to może efekt braku wentylacji. Przedstawienie rozpoczęło się punktualnie o 21, Renato zaśpiewał kilka piosnek ze swojego nowego albumu na zmianę ze starymi szlagierami. Ludzi była cała masa, miejsca wypełnione były do ostatnich rzędów, nasze miejsca znajdowały się trochę wyżej na trybunach, ale wciąż wystarczająco blisko widoku sceny. M śpiewał pod nosem wszystkie piosenki, ja znałem raptem 4, ale i tak mi się podobało. Atmosfera była genialna, mnóstwo osób przebrało się na ten koncert albo przyszło ze sztandarami którymi wymachiwali przez cały czas widowiska. A było to prawdzie widowisko, Renato przebierał się z 16 razy, za każdym razem prezentując się w innym bogato zdobionym kostiumie.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Dodaj komentarz