Mój myślowy kołowrotek nie odpuszczał, kręcił się w głowie przez kilka dni, nie dając mi chwili spokoju. Podzieliłem się tą niewygodną wiadomością z moją ulubioną ekipą biurowych spiskowców, zupełnie spontanicznie umówiliśmy się na wspólny lunch. Tak się akurat złożyło, że wszyscy byli tego dnia w naszym starym biurze, ktoś wrócił z urlopu, ktoś musiał pojawić się na miejscu, a ja też czułem, że przyda mi się chwila wytchnienia. Początkowo mieli przyjechać do mnie, plan był prosty – Misa Hindusa i trochę pogaduch na ławkach pod parasolami. Ostatecznie stwierdziliśmy, że to ja wyjdę z biura i podjadę do nich.
Może faktycznie „dojrzewam”, może robię się sentymentalny, ale cholernie dobrze było znowu na nich wszystkich popatrzeć, zobaczyć te znajome, uśmiechnięte mordy, pożartować, posłuchać historii z rodzinnych wakacji w Portugalii i anegdot o dzieciach, których większość z nas sama nie ma, pośmiać się z problemów o poobcieranych udach od upałów, usłyszeć o treningach na brazylijskie pośladki, potem zjeść razem lody w Polish Lody i po prostu pobyć ze sobą. Najbardziej doceniłem to, że każdy spojrzał na moją opowiedzianą sytuację z zupełnie innej perspektywy, bez rad na siłę, bez przekonywania, co powinienem – po prostu wysłuchali, powiedzieli, co myślą, a na koniec usłyszałem: „a jak będzie ci ciężko, to dawaj znać”. To mi wystarczyło, na chwilę zrobiło mi się lżej, serio, śmiałem się, wszyscy się śmialiśmy. A jak wróciłem do domu i pierwszy raz od kilku godzin przestałem gorączkowo szukać szybkich rozwiązań, uznałem, że zacisnę zęby, będę przez jakiś czas robił swoje i nie będę uciekał ani desperacko szukał nowego pracodawcy.
W weekend N. zaprosiła nas do siebie na śniadanie. Od czasu przeprowadzki, przy której wszyscy pomagaliśmy i parapetówki nikt z nas nie był w tym mieszkaniu. Mieszkanie robiło na mnie ogromne wrażenie, wszystko było przemyślane, ciepłe i bardzo „jej”, piękne dodatki, odrestaurowany drewniany stół z czasów wojny, osobiste drobiazgi, białe firanki zawieszone we framugach drzwi, pudrowa garderoba, która naprawdę robiła efekt. Fajnie było zobaczyć, jak bardzo to miejsce zdążyło się zmienić i nabrać osobistego charakteru.
N. mieszka dosłownie rzut beretem od moich rodziców, u których miałem misję podlewania kwiatków i początkowo planowałem zostać tam na noc, żeby rano mieć bliżej na wspólne śniadanie. Tyle że poprzedniego wieczoru przeszła burza, a w mieszkaniu rodziców panowała sauna, więc tylko podlałem kwiatki, zamknąłem drzwi i stwierdziłem, że deszcz, błyskawice i cała reszta mogą sobie szaleć. Wróciłem do siebie, bo własne łóżko i klimatyzacja wygrały.
Rano napisałem do N, że jeśli czegoś jej brakuje, to mogę po drodze przywieźć. Odpisała, żebym jeszcze nie przychodził, bo nic nie jest gotowe, chyba założyła, że śpię u rodziców, skoro mieszkają po drugiej stronie ulicy.
O dziesiątej byliśmy już w komplecie. Był też P – nasz wspólny kolega, mąż i ojciec. Do dziś szczerze podziwiam, jakich argumentów musi używać, żeby dostać przepustkę na sobotni poranek i zniknąć z domu na śniadanie z koleżankami i kumplem z pracy. Serio, wyobrażamy sobie: „Kochanie, wychodzę na 10:00 do koleżanki z pracy, biorę szampana, tak, wrócę później.” Szczerze nie znam wielu osób, którym taki plan przeszedłby bez pytań. A jednak P. zawsze się wybroni, zjawia się uśmiechnięty, spokojny, rozsądny jak mało kto, jest trochę naszym głosem rozsądku, trochę starszym bratem i chyba wszyscy zgodnie uwielbiamy jego towarzystwo. Mimo to regularnie zastanawiamy się, co on właściwie mówi żonie, że ta historia za każdym razem brzmi tak wiarygodnie.
W mieszkaniu N. było parno i duszno, ale śniadanie wynagrodziło wszystko. N. stanęła na wysokości zadania, upiekła drożdżówki, przygotowała świeże bułeczki, mrożoną kawę i całą masę pyszności. P. przyniósł butelkę szampana, którą w lipcu sami mu podarowaliśmy na urodziny, a nawet ja zupełnie niespodziewanie dostałem swój zaległy prezent urodzinowy.
Jedliśmy, śmialiśmy się i rozmawialiśmy o wszystkim, o ludziach, swoich planach, marzeniach i problemach. Najbardziej zaskakuje mnie to, jak bardzo się ze sobą zżyliśmy, bo jesteśmy kompletnie różni, a jednak autentycznie się lubimy, wspieramy się, rozmawiamy bez filtrów i bez tematów tabu. Ten komfort nie jest czymś oczywistym i chyba właśnie dlatego tak bardzo go doceniam.
P. zrobił prawo jazdy na motocykl tylko dlatego, że marzy mu się Kawasaki i kompletnie nie obchodzi go, co myślą inni. N oznajmiła nam, że pisze książkę, a przy okazji wyznała, że od dzieciństwa kręcą ją starsi faceci. J. powoli przymierza się do kupna mieszkania, choć kompletnie nie wie, od czego zacząć. A ja? Ja wciąż próbuję poukładać sobie zawodowy bałagan i pogodzić się z tym, że szefowa potrafi mnie doprowadzić do białej gorączki.
Chyba właśnie na tym polega przyjaźń, każdy przynosi na stół swój własny kawałek życia, jedni marzenia, inni wątpliwości, ktoś problemy, ktoś sukcesy. A potem siadamy razem przy śniadaniu, śmiejemy się z głupot, otwieramy szampana i nagle okazuje się, że wszystko wydaje się ciut łatwiejsze.

















Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.