Wrocław – Gniezno

Do Polski przyleciał M. Nareszcie. Było z tym trochę zamieszania, bo do końca nie wiedzieliśmy czy lepiej będzie gdy przyleci samolotem, czy gdyby przemęczył się te 11 godzin i pokonał autem drogę 1100km. Zaleta drugiego wariantu był brak konieczności robienia testów na granicy, poza tym mielibyśmy czym poruszać się po Polsce. Okazało się jednak, że bilet lotniczy był tańszy, testy udało nam się ogarnąć a wynajęcie auta na tydzień w Polsce okazało się dużo tańszym rozwiązaniem niż zakładaliśmy. W piątek o 13 kiedy zobaczyłem wychodzącego go z hali przylotów, jego uśmiechnięte oczy od razu poprawił mi się humor. Zabrałem go domu, na zakupy, zaprowadziłem na wcześniej umówioną wizytę u okulisty, a wieczorem na wspólną kolację ze znajomymi w Orzo. Było jak dawniej i jak być powinno, gdyby nie wybuch pandemii, która kazała nam zweryfikować nam nasze plany i mocno ograniczyła nasze regularne podróże i spotkania. M nazwoził mi całą torbę przysmaków: od czekolady i pralinek od Spruengli, po trufle, sery, oliwę, kilka rodzajów pasty i inne prezenty. W rewanżu wyjeżdżał później z torbą wyładowaną gołąbkami, pierogami, łazankami, kiszoną kapustą, chemią gospodarczą, żołądkową gorzką i suchą kiełbasą. Tacy jesteśmy zaradni. Pod względem cen niektórych produktów Polska jest dla niego bezmiernym rajem na ziemi. M. odkrył dla mnie osiedlowy eko sklep, do którego wcześniej nigdy nie kusiło mnie aby zajrzeć. Nie jestem fiksatem jeśli chodzi o tego typu sklepy czy zdrową żywność, ale zakupiona tam kapusta kiszona (nie kwaszona!) zniknęła jeszcze tego samego dnia zaraz po zakupie.

W niedzielę rano odebraliśmy auto, na krótko wróciliśmy do domu, zapakowaliśmy bagaże i wyruszyliśmy w kierunku Gniezna. Było jak dawniej, zdawało się jakbyśmy widzieli się wczoraj, nie było czuć między nami napięcia, nie panowała dziwna cisza, wręcz przeciwnie trajkotaliśmy nieustannie jak zawsze, w radio leciały nasze ulubione przeboje a M wesoło podśpiewywał szlagiery Renato Zero.

W Gnieźnie zatrzymaliśmy się na kilka godzin. Było upalnie i słonecznie. Dla mnie miasto kojarzy się a pierwszą stolicą Polski, z katedrą, koronacją królów, Św. Wojciechem o którym dowiedziałem się, że po włosku mu Adalberto. M. oglądając ostatnio ”Chi vole essere milionario” dowiedział się że najpopularniejszym polskim ciastem jest kremówka – napoleonka, o której istnieniu nigdy nie słyszał a przejeżdża do Polski regularnie dlatego, obrał sobie za cel znalezienie w Gnieźnie miejsca gdzie je serwują. Jego łakomstwo nie zna granic więc była i kremówka i tarta z truskawkami, w końcu na wakacjach kalorii się nie liczy.

Opublikowano podroze | 4 Komentarze

Tydzień przed urlopem…

…okazał się nieoczekiwanie absorbujący. Zapracowany byłem w robocie, bo zobowiązałem się przed samym sobą pozamykać tematy dotyczące nowego projektu. Nie chciałem do tego wracać po powrocie, bo jak znam życie po powrocie z urlopu odkopuje się przede wszystkim z maili albo naprawiam rzeczy, które ktoś niepojętny zdecydował za mnie.

Towarzysko narzekać nie mogłem, mój dom zamienił się w tramwaj, ciągle ktoś wchodził i wychodził, niektórzy zostawali dłużej, innych trzeba było wyganiać, bo inaczej zostaliby na całą noc. Tydzień temu przeholowałam, bawiłem się przednio ale poranek był bardzo ciężki. Do domu wróciłem przed po 5, spałem do południa a potem cudem zwlekłam się z łóżka na rower, bo inaczej zgniłym z nic nierobienia. Umówiłem się z A. na koncert do Ovo, jak byłem w drodze zadzwonił brat szukający atrakcji na wieczór, potem B, koniec w końcu wylądowaliśmy wszyscy w Orzo skąd przenosiliśmy się później z baru do baru. Ostatnie miejsce mnie zgubiło, jestem głupią torba której życie niczego nie nauczyło. O 2 nad ranem zachciało mi się shota o mocy 60%, potem 80% i nic mi nie było wiec postanowiłem wrócić do domu. Przeszedłem raptem z 300 metrów kiedy moc trunku dała się we znaki i w konsekwencji szedłem podtrzymując się obiema rękami o mury kamienic. B musiał chwycić mnie pod ramię i odprowadził do domu, bo nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Rano ból głowy był nie do zniesienia, ale miałem to na co zasłużyłem.

Gdyby nie B cala sobotę spędziłbym w łóżku, wyciągnął mnie jednak na rower, przejechaliśmy ponad 40 kilometrów z Wrocławia do Siechnic i z powrotem i choć początkowo wydawało mi się to wysiłkiem ponad moje siły, to wyszło mi to jedynie na dobre.

Opublikowano podroze | 4 Komentarze

Świnoujście – Poznań

Jestem potwornie pogryziony przez komary. One tutaj nie gryzą, jedzą człowieka żywcem rano, w ciągu dnia i w nocy. Winda w hotelu pełna jest krwawych śladów bo zabiciu owadów, bo jest ich tyle, że aż człowieka kusi żeby je wytłuc. Pierwszego dnia zapomniałem popsikać się aerozolem a przez następne kolejne dni nie mogłem w nocy spać tak mnie wszystko swędziało. Na nogach mam pełno czerwonych nieestetycznych bąbli, staram się nie drapać ale to nie jest takie proste. Kupiłem sobie fenistil i wcieram w rany jak oszalały, żeby pozbyć się uporczywego uczucia swędzenia.

Ze Świnoujścia wyjechaliśmy po śniadaniu, jak zwykle trochę się ociągałem, a to jeszcze dodatkowa kawka na śniadanie, a to pakowanie mi nie szło, a to szybki telefon – guzdrałem się cały poranek. Nauczeni poprzednim doświadczeniem od razu pojechaliśmy w stronę właściwej przystani promowej, korek był, ale może na góra 20 minut czekania.

Jedziemy do Poznania w odwiedziny do K. Zaprosiliśmy ją dziś na kolację na Młyńską i liczymy miło spędzić wieczór. Poznań miasto doznań. Zamiast 5 godzin tym razem do stolicy Wielkopolski dotarliśmy w niecałe 3,5. M pruł jak szalony nie zauważając na ograniczenia prędkości i fotoradary. Te ostatnio błyskały średnio co kwadrans, ale że auto nie było wypożyczone na mnie, punktów M nie dadzą, mandat może dotrze do Szwajcarii albo i nie, więc nie wtrącałem się.

Opublikowano podroze | 3 Komentarze

Dziś

– opisz nasz związek w dwóch słowach.

– nasz co?

kurtyna

Opublikowano podroze | 1 komentarz

Zamość – Sandomierz

Zamość do złudzenia przypomina toskańskie miasteczka, a to za sprawą głównego placu, kolorowych budynków i typowo renesansowej architektury. Stąd planowaliśmy dotrzeć do Sandomierza a że pociągiem było długo i z przesiadkami wybraliśmy swojski PKS. Ostatni raz takim transportem poruszałem się chyba gdy miałem 10 lat i strasznie mnie wtedy muliło, bo w dzieciństwie często cierpiałem na chorobę lokomocyjną. Tym razem zniosłem podróż dzielnie, bo w autobusach od tamtego czasu zdążyli zamontować klimatyzację. Podróż do Sandomierza trwała kilka godzin, ale minęła w bardzo miłej atmosferze dzięki przypadkowo poznanym dziewczynom, które wsiadły do autobusu w Biłgoraju i podobnie jak my zmierzały do Sandomierza tyle, że na zjazd absolwentek swojej dawnej uczelni. Gdy nasz wesoły autokar dowiózł nas szczęśliwie na miejsce pożegnaliśmy się po czym spotkaliśmy się tego dnia jeszcze kilka razy, bo nieustannie wpadaliśmy na siebie a to przy kawie a to w okolicach zamku albo w restauracji.

Hotel Pod Ciżemką w samym centrum Starego Miasta, widok mieliśmy na ratusz, pokój ulokowany był na poddaszu przez co potwornie było gorąco. Klimatyzacji brak, windy brak, klucze z brelokiem ważącym pół kilo, bo hotel to zabytek, ale przynajmniej będziemy wspominać ten pobyt. Ojca Mateusza niestety nie spotkaliśmy a szkoda bo pstryknąłem sobie z nim jakiegoś selfika i wysłał mamie, która bezustannie wzdycha do Żmijewskiego i z wypiekami na gwarzy ogląda koleinę odcinki swojego ulubionego serialu.

Nad jaką rzeką leży Sandomierz? Ja ignorant myślałem że nad Sanem…

Opublikowano podroze | 5 Komentarzy

Rzeszów – Zamość

Upał dał się we znaki, ale krótko. Gdyby trwały te afrykańskie upały sprzed tygodnia, nie byłoby raczej tak miło. Wieczorem zachciało nam się pójść posiedzieć na rynku, ale pech chciał że o 22 miejsca na zewnątrz nie uraczysz, chyba że w nocnych klubach dla panów. Siedzieliśmy więc sobie grzecznie przy barze i sączyliśmy kolejne szklaneczki whiskey. Rano lekko szukało mi w głowie, nie zdążyliśmy nawet zjeść porządnego śniadania, bo spieszyliśmy się na pociąg. W przelocie wciągnąłem tylko zapiekankę na dworcu PKP co było aktem desperacji, bo ostatni raz takie śmieciowe jedzenie serwowałem sobie z 20 lat temu.

Podróż do Zamościa potwornie nam się dłużyła. Niby blisko w prostej linii a jechaliśmy i jechaliśmy. Dworzec kolejowy 1,5 km od centrum starego miasta, postanowiliśmy zrobić sobie mały spacerek co było dobre dla kondycji, ale niekoniecznie dla zdrowia, bo słoneczko zjarało mi całą facjatę i czubek głowy. Gdy dotarliśmy w końcu do bram murów obronnych na czole zdążyły pojawić mi się delikatne strużki potu, ale nie narzekałem.

Cudowny i zaskakujący Zamość to architektoniczna perła kresów leżąca na wschodnich krańcach Polski, gdzie już człowiek nie spodziewa się niczego wyjątkowego, a tu nagle 90km od Lublina niespodziewanie wyrasta wspaniałe miasto urzekające swą harmonią i pięknymi zabytkami. Zamość po renowacji prezentuje się wybornie, całe Stare Miasto zachwyca nie tylko dobrym stanem utrzymania, ale urodą i licznymi zdobieniami, rzadko spotykanymi w innych polskich miastach. Właścicielka hotelu zapropnowała nam ładny pokój na ostatnim piętrze w kamienicy, mogliśmy się szybko ogarnąć nim wyruszyliśmy w miasto. Ktoś mógłby zapytać dlaczego nie wybraliśmy się na ten wyjazd autem. Właśnie cały urok polegał na tym żeby poruszać się wyłącznie PKP i PKS, żeby nie martwić się kto będzie prowadził, kto nie będzie mógł raczyć się napojami wyskokowymi, gdzie zaparkować, no chyba że stosuje się moją metodę parkowania przez porzucenie…

Miasto pełne było turystów, była sobota, dopisywała pogoda, knajpy i bary pękały w szwach. Udało nam się znaleźć fajną miejscówkę serwującą żeberka oraz wino z lokalnych winnic. Podsłuchaliśmy kilkakrotnie rozmowy lokalnych ludzi i ze smutkiem muszę stwierdzić, że swoimi poglądami mogliby nawozić buraki.

Z Parkowej Caffe musieli nas wyrzucać w nocy, bo przeciwnym razie urzędowalibyśmy tam do świtu.

Opublikowano podroze | 5 Komentarzy

Łikęt na wschodzie

Poznałem nowego kumpla. Lekko postrzelony, pozytywnie zwariowany na dodatek „złota rączka”, mieszka niedaleko, ma kota oraz jak ja – matkę Jadwigę. Ogólnej wszechstronności budowlanej, jego talentów manualnych do naprawiania rzeczy większych i mniejszych miałem okazje doświadczyć oglądając instalacje pt. samonawadniający się ogród, google Chrome działający w całym domu, samodzielnie wykonanie drewniane donice na kwiaty. W moim domu nieproszony naprawił mi klamkę do drzwi balkonowych, odpływ syfonu w kuchni, odkamienił wszystkie sprzęty, posadził surfinie na tarasie, naprawił niedziałające światło w szafkach kuchennych. Ja przy kimś takim wypadam blado – nawet słoik ogórków otwieram nożem.

B zaproponował wybrać się na wschód Polski. Padło na Rzeszów Sandomierz i Zamość. Nie mam w zwyczaju jeździć gdziekolwiek z nieznajomymi, zwłaszcza na dłużej niż dzień, bo nigdy nie wiadomo na kogo się trafi, czy się nie pozabijamy, czy nie zaczniemy skakać sobie do gardeł, bo np. inaczej lubimy spędzać wolny czas albo męczy nas czyjeś towarzystwo. Tym razem zaryzykowałem, bo od ciągłego siedzenie w domu zaczęło rzucać mi się na głowę.

Pociąg miał prawie 2 godziny opóźnienia, rozszczelnił się wagon, przez co pasażerów przerzucano z wagonu do wagonu, by w końcu podstawić zupełnie nowy, którym ruszyliśmy do Rzeszowa. Dzień wcześniej urwałem się wcześniej z biura, zrobiłem nam kanapki, kupiłem świeże zielone ogórki, wziąłem termos, przygotowałem colę z wkładem, potwierdziłem hotele oraz zorganizowałem cały transport. Nigdy w tej części Polski nie byłem więc cieszyłem się że zobaczę coś nowego.

Rzeszów zaskoczył mnie pozytywnie. Wcześniej uważałem, że to bardzo prowincjonalne miasto, raczej biedne i nijakie, same farmy, lasy i łąki, blokowiska, ogólnie że czas zatrzymał się tam w epoce PRLu. Na dworcu pierwszego kogo ujrzałem wysiadając z pociągu był Murzyn, potem zaś o dziwo elektryczne autobusy, piękny rynek Starego Miasta, wybitną sycylijską kuchnię w Ristorante Sicilia oraz niezapomniany wieczór w Starym Browarze Rzeszowskim. Hotel w centrum też bardzo trafiony a obsługa bardzo gościnna. Pomnik Czynu Rewolucyjnego utkwił mi w pamięci najbardziej i niech każdy mówi co chce, człowiek uśmiecha się na jego widok, bo ma on przecież swój niezaprzeczalny urok.

Opublikowano podroze | 9 Komentarzy

41/42 PPA

Od kilkunastu lat mniej lub bardziej regularnie chodzę na Przegląd Piosenki Aktorskiej. Potrzeba kontaktu z kultura wyższą najbardziej dała o sobie znać kiedy mieszkałem w Szwajcarii, dostrzegłem jak ubożeję intelektualnie z braku czytania książek, czasopism, chodzenia do kina czy teatru. Pamiętam, że potrafiłem wtedy z dnia na dzień wsiąść w samolotu i polecieć na weekend do Warszawy byleby piątkowy wieczór spędzić w teatrze oglądając jakieś przedstawienie. Do PPA zawsze miałem słabość i co roku potrafiłem w ciemno kupić bilet na galę byleby móc wziąć udział w tym wydarzeniu.

W dobie pandemii dostęp do przybytków użyteczności publicznej był mocno ograniczony dlatego z nieukrywaną radością, ucieszyłem się, gdy udało mi się kupić bilety na galę Przeglądu w tym roku. W zeszłym roku nie odbyła się w ogóle, dlatego miałem bardzo wysokie oczekiwania co do przedstawiania tegorocznego…

W tym roku gala PPA w reżyserii pana Klaty była scenicznym wyrzygiem. Twórca wrzucił publiczność Teatru Polskiego w obszar skarlałej miłości, ułomnych wartości… Zabrał widzów w strefę bolesnej, skowyczącej czerwieni. Wykonawców piosenek ubrał w pomarańczowe czy czerwone kombinezony i umieścił w ułomnej czasoprzestrzeni. Wszyscy wyli, charczeli, krzyczeli, niebiańsko śpiewali lub wyszeptywali piosenki, które złożyły się na tytułową wiązankę pieśni miłosnych. Uwięzieni pod nisko zawieszonymi lampami i brodzący w plastikowym piasku zaprezentowali świat po rozpadzie albo idący w stronę totalnej dekompozycji. Katarzyna Figura rzęziła, z głośników kilkakrotnie wydobywał się jazgot nie do zniesienia, pojawił się śpiewający karzeł, którym potem pomiatano zawieszając wysoko na linach w roli amora. Jego spazmatyczne ruchy w powietrzu wywołały we mnie tylko śmiech.

Tegoroczna gala PPA była zjawiskiem, trudnym do przełknięcia, jak zgrzytający między zębami piach. Artysta ewidentnie zrobił „sztukę” dla siebie i pewnie tylko on był przekonany o wartości tej smutnej i irytującej śpiewogry. To chyba największa gala-niewypał do tej pory na PPA. Niestety nie da się tego zapomnieć ani odwidzieć.

4 Komentarze

Koniec fajnej przygody

W ostatni weekend po raz pierwszy od kilkunastu miesięcy obudziłem się rano, z radością zanotowałem w myślach fakt, że nie muszę niczego się dziś uczyć.

W piątek zakończyłem studia, wieczorem hucznie oblałem obronę i teraz nareszcie mogę zająć się czymś innym niż studia i nauka. Ostatni raz ryłem tak w liceum, potem na ostatnim roku studiów i obiecywałem sobie wtedy nigdy więcej. Po co mi to, na co mi to, zajeżdża się człowiek a życie ucieka, przyjemności czekają, dość dziobania. Nie raz czułem jak lasuje mi się mózg, walczyłem ze zmeczeniem albo z bezsilności waliłem klapą od laptopa.

Z lekkim sentymentem porządkowałem notatki na stole, odkładam na półke stos przeczytanych w ostatnim czasie mądrych książek o storytellingu danych, łańcuchach krytycznych, teoriach wyboru, przeglądałem materiały, ksera, business case’y, ćwiczenia i prezentacje.

Naprodukowałem tego cały stos makulatury, a przy okazji stałem się dodatkowo mądrzejszy i z satysfakcją przyznałem się przed samym sobą, że warto było wydać te wszystkie pieniądze.

Poznałem super ludzi, nawiązałem nowe kontakty i bliskie znajomości.

E. bez wątpienia świetnie odnalazła się w roli mentora mojego kierunku, dobrała doskonałą kadrę menadżerską przez co czas spędzony był dla mnie tak wartościowy. Studia pozwoliły mi uświadomić sobie oraz zdobyć praktyczną wiedzę w jakich obszarach biznesu wykorzystanie cyfrowej siły roboczej ma szanse. Zrozumiałem jak do tego zagadnienia podejść w kontekście swojej codziennej pracy jako menadżer, nowej technologii oraz przyszłych projektów. Prawdziwa zaleta studiów MBA była zarówno elastyczność prowadzących – prawdziwych specjalistów i praktyków w swojej dziedzinie – jak i w podejściu do tematów, które chcieliśmy lepiej poznać. Wierzę, że moja przygoda z RPA nie skończyła się w momencie uzyskania dyplomu, zrobotyzowana automatyzacja procesów będzie się zmieniać, a moje studia zapoczątkowały nowy sposób patrzenia na zarządzanie procesami w mojej organizacji. Tylko tyle albo aż tyle.

We wrześniu planujemy zjazd w Karpaczu. Będzie okazja powspominać…

Opublikowano podroze | Otagowano | 9 Komentarzy

MBA

Obroniłem dziś studia MBA. Na 5, ale nie żebym się chwalił. z perspektywy czasu ciesze się że zdecydowałem się na studia podyplomowe, bo owszem zawsze chciałem ale nie mogłem znaleźć w sobie zapału. Pandemia trochę mi w tym pomogła… Miałem dość uczucia że czas mija i ucieka mi między palcami. Zmobilizowałem się, nie straciłem zapału nawet gdy uczelnia poinformowała mnie, że mój kierunek jednak nie powstanie, więc wybrałem sobie inny Robotyzację Procesów Biznesowych. Strasznie techniczne to było, połowy rzeczy nie rozumiałem, ale wizję mam co z tą wiedzą chcę robić dalej, więc było warto.

Nie zapomnę wykładowców, zajęć, testów i egzaminów, tych straconych weekendów kiedy mogłem pójść w tango zamiast ślęczeć na wykładach, nie wspomnę ile mądrych książek przeczytałem przez ostatnie 10 miesiącu. Było warto. Jestem z siebie mega dumny.

Opublikowano podroze | Otagowano | 10 Komentarzy