Wczoraj wróciłem do Rangunu i po popołudniowym zwiedzaniu marzyłem już tylko o jednym – usiąść i nic nie robić. Totalne nieróbstwo. Po kilku dniach nieustannego maratonu: zwiedzania, ciągłego przemieszczania się, godzin spędzonych w samochodzie, lotnisk, przelotów, odpraw i kontroli bezpieczeństwa, zniknął mój entuzjazm a organizm po prostu powiedział „dość”.
Nie chodzi nawet o zmęczenie fizyczne. Bardziej dopadło mnie znużenie powtarzalnością tych dni i presją, żeby zobaczyć jak najwięcej, zdążyć wszędzie i niczego nie przegapić. Do tego zupełnie przejadło mi się już lokalne jedzenie, na sam widok ryżu, ryżowego makaronu, oleju palmowego i piekielnie ostrych dodatków robi mi się słabo. Najchętniej wciągnąłbym teraz porządnego, polskiego schabowego albo mielonego… ale tutaj takich rarytasów próżno szukać.
Wieczór spędziłem więc w hotelu, nigdzie nie wychodziłem. Na kolację zamówiłem kraba w tempurze, do tego lampka czerwonego, cierpkiego lokalnego wina i tak minęła mi reszta wieczoru na spokojnych rozmyślaniach, co będę robił przez najbliższe dni w Bangkoku. Samolot miałem dopiero rano, bez pośpiechu mogłem więc spokojnie zjeść śniadanie, spakować się i dopiero potem ruszyć na lotnisko.
Przez okna auta po raz ostatni patrzyłem na zielone ulice Rangunu, podziwiałem piękne wille, w których mieszkają emerytowani generałowie i zastanawiałem się, czy jeszcze kiedyś tu wrócę. A chciałbym. Bo mimo przejechanych setek kilometrów Birma wciąż ma ogromnie dużo do zaoferowania, a do tego wciąż nie została zadeptana przez masową turystykę. Bardzo mi się tutaj podobało.
Przed wejściem na terminal z moim lokalnym przewodnikiem wymieniliśmy uprzejmości, numery telefonów i obiecaliśmy sobie kontakt. Kto wie, może kiedyś jeszcze skorzystam z jego usług, jeśli znów zawitam do Mjanmy.
Na lotnisku czekał dziki tłum. Dobrze, że przyjechaliśmy trzy godziny przed wylotem, bo kolejka ciągnęła się jeszcze przed samym wejściem. Sprawdzanie paszportów, biletów, skanowanie bagażu… dopiero potem odprawa, karta pokładowa, kolejne bramki bezpieczeństwa i kontrola paszportowa. Summa summarum – na lotnisku wcale nie było czasu na błogie nicnierobienie, zdążyłem tylko wypić szybką mrożoną kawę i już wsiadaliśmy do samolotu.
Do Bangkoku leciałem sam, a właściwie miałem dla siebie całe trzy miejsca. Jedyny minus – siedziałem na samym końcu samolotu, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Nigdzie się nie spieszyłem, a za to nikt obok nie chrumkał, nie mlaskał, nie kaszlał, nie siorbał, nie gadał nad uchem ani nie spał mi na ramieniu. Same plusy.
Wydostanie się z lotniska w Bangkoku poszło błyskawicznie. Gorzej było później, bo wpadliśmy w potężne korki. Tym razem spałem w hotelu w samym centrum i zanim tam dotarliśmy, minęła prawie godzina. Uprzejmy, starszy kierowca próbował mi coś tłumaczyć o płatnej autostradzie, ale ledwo go rozumiałem. Na szczęście dowiózł mnie dokładnie tam, gdzie chciałem. Gdy tylko odebrałem klucze do pokoju, po prostu runąłem na łóżko.
Wreszcie odzyskałem normalny dostęp do internetu i połączeń telefonicznych. Przez prawie dwa tygodnie byłem praktycznie odcięty od świata, a korzystanie z VPN-u dawało mi solidnie w kość. Efekt? Zablokowana bankowość elektroniczna, karta kredytowa, skrzynka mailowa… nawet nie wiem, co jeszcze.
Późny lunch zjadłem w hotelowej restauracji, a potem przejrzałem wycieczki do miejsc w Bangkoku, których jeszcze nie widziałem. Postanowiłem, że jutro pojadę zobaczyć pływający targ i słynny targ na torach.

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.