Lubię czasem poczytać swoje stare notki, bo to trochę jak przeglądanie starych zdjęć, tylko zamiast zdjęć mam na talerzu własne myśli sprzed kilku czy kilkunastu lat i o dziwo, kiedy człowiek wraca do takich zapisków, okazuje się, że pewne problemy wcale nie znikają – zmieniają się tylko okoliczności, ludzie i sposób, w jaki człowiek próbuje sobie z nimi poradzić.
Ostatnio myślę właściwie o jednym i dlatego znowu zaglądam do tych starych historii, szukam w nich trochę podpowiedzi dla samego siebie, nie żeby jakiejś wielkiej życiowej mądrości, tylko zwykłego przypomnienia: już kiedyś było źle i jakoś z tego wyszedłem.
Patrząc na przeszłość, widzę przede wszystkim, jak często uciekałem, kiedy robiło się źle, trzeba było wyjechać i to najlepiej daleko. Im większy był bałagan, tym większa musiała być odległość, nowe miejsce miało przykryć stare problemy, nowa praca miała zastąpić poprzednią. Kilka dni albo tygodni gdzieś na końcu świata pozwalało przez chwilę udawać, że wszystko można zacząć od początku.
Byli toksyczni szefowie, beznadziejne sytuacje, niepewność i to charakterystyczne poczucie, że człowiek utknął w czymś, z czego nie bardzo wie, jak się wydostać, wtedy wyjazd wydawał się całkiem sensownym rozwiązaniem. Dzisiaj, kilkanaście lat później, nie tylko trudniej byłoby finansowo wyjechać na drugi koniec świata. Przede wszystkim wiem już, że sama zmiana miejsca niewiele załatwia, można zmienić kraj, mieszkanie i pracę, a następnego ranka obudzić się z dokładnie tym samym problemem we własnej głowie, więc chyba pozostaje mi nauczyć się trochę inaczej reagować. Założyć tę swoją metaforyczną zbroję, ale bez przesady, po prostu przestać przejmować się rzeczami, na które nie mam wpływu, nie wszystko da się naprawić, nie każdego człowieka da się zmienić i nie każdą sytuację można przyspieszyć. Czasami trzeba po prostu przeczekać.
To akurat zawsze było dla mnie trudne, bo chciałbym wiedzieć, kiedy coś się skończy, kiedy zmieni się sytuacja, kiedy znikną ludzie, którzy dzisiaj są źródłem problemów, tyle że życie nie podaje takich terminów w kalendarzu ani horoskopach, można tylko mieć nadzieję, że za jakiś czas będzie inaczej i trochę naiwnie nadal wierzę, że w końcu będzie.
Teraz jest mi trudno, ale przynajmniej trudność wygląda trochę inaczej niż kiedyś – nie pracuję już do późna, mogę się wyspać, a mimo to chodzę wiecznie struty. Zabawne, że człowiek może mieć więcej czasu na odpoczynek i jednocześnie wcale nie czuć się bardziej wypoczęty.
Nie mam też już tej łatwości w rzucaniu wszystkiego. Kiedyś można było po prostu powiedzieć „mam dość”, rzucić papierami, wziąć L4 i zniknąć gdzieś na jakiś czas, ale dzisiaj mój zestaw takich awaryjnych rozwiązań jest znacznie mniejszy i nie wiem, czy to dobrze, czy źle – po prostu życie zrobiło się trochę bardziej skomplikowane.
Człowiek z czasem zbiera różne błędy, nietrafione decyzje, niewykorzystane okazje, nieudane plany, dochodzi do tego zmęczenie i poczucie, że tych wszystkich doświadczeń zrobiło się już trochę za dużo. Zdarza mi się patrzeć na siebie i myśleć, że jestem zwyczajnie starym, zmęczonym człowiekiem po kilku niezbyt udanych rundach. Z drugiej strony – skoro tyle rzeczy już się wydarzyło, to dlaczego kolejna miałaby mnie całkowicie rozłożyć? Dlatego wracam do moich starych notek, czytam je po kilka razy, i nie dlatego, że są szczególnie mądre, po prostu przypominają mi człowieka, którym kiedyś byłem, i pokazują, że problemy, które wtedy wydawały się końcem świata, po jakimś czasie stały się tylko kolejnymi historiami do opowiedzenia.
Może z tym będzie podobnie, bo nie mam dzisiaj żadnego wielkiego planu. Nie wiem, kiedy coś się zmieni ani co dokładnie powinienem zrobić. Wiem tylko, że nie chcę po raz kolejny uznać trudnego momentu za ostateczny wyrok.
Mam za sobą parę złych decyzji, kilka rozczarowań i parę planów, które kompletnie nie wyszły, jestem zmęczony i pewnie trochę bardziej ostrożny niż kiedyś, ale jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa.
Na razie tyle musi wystarczyć.











Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.