Od wczoraj, mniej więcej od południa, zrobiło się tak przenikliwie zimno, że aż trudno uwierzyć, że to jeszcze ta sama pora roku. Deszcz zacinał bez przerwy, głowę mi urywało, wiatr wciskał się pod kurtkę i potęgował uczucie chłodu. Taka pogoda, że najchętniej człowiek nie wychylałby nosa spod koca i został w ciepłym mieszkaniu.
A jednak wczoraj wieczorem zebrałem się i pojechałem spotkać się ze znajomymi i dobrze zrobiłem. Siedzieliśmy razem do 1. w nocy, śmiejąc się i nadrabiając zaległości – choć z tyłu głowy każdy miał, że tej nocy śpimy godzinę krócej przez zmianę czasu. Spotkaliśmy się w gronie osób, których dawno nie widziałem, więc rozmowy same się kleiły, a kolejne lampki wina tylko dodawały nam lekkości tematów.
Co ciekawe, mimo że wszędzie słychać, że Polska rośnie w siłę gospodarczo, nastroje przy stole były bardzo różne. Niektórzy mierzą się z widmem utraty pracy, inni już wylądowali „na zielonej trawce”, jeszcze inni dopiero odnajdują się w nowych miejscach. W powietrzu unosił się taki cichy niepokój, bo niby każdy w innej firmie, a jednak doświadczenia i obawy dziwnie podobne. Chyba wszyscy przyzwyczailiśmy się do pewnego poziomu życia i trudno sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej. Dla niektórych to wręcz bolesny upadek z bardzo wysokiego konia.
Nie było to jednak spotkanie pełne narzekania, wręcz przeciwnie każdy próbował znaleźć swój sposób na poradzenie sobie z tym wszystkim i tak jedni stawiają na przeczekanie, inni próbują realizować dawne marzenia, choć wiadomo, że same marzenia rachunków nie opłacą.
Do domu wróciłem późno w nocy, przespałem się tylko kilka godzin i rano ruszyłem na śniadanie do hotelu. Pogoda nadal była bezlitosna – zimno, mokro, wiatr – gdyby nie to, że byłem umówiony z ważną dla mnie osobą, pewnie bym odwołał.
Ponieważ od prawie dwóch tygodni nie widziałem się z rodzicami, zamiast wracać prosto do siebie, postanowiłem zrobić im niespodziankę. Wpadłem na chwilę a skończyło się na całym popołudniu. Spotkałem się z bratem, pogadaliśmy na spokojnie, a do tego trafił się jeszcze domowy rosół od mamy i niedzielny obiad. Takie momenty przypominają, co jest naprawdę ważne.
Za tydzień święta tylko najpierw trzeba jakoś przebrnąć przez nadchodzący tydzień w pracy. Sam nie wiem, czego się spodziewać, mam tylko nadzieję, że obowiązki nie zaleją mnie po uszy i nie odbiorą radości z tego, co dopiero przede mną.

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.