Rano zawieźli mnie na lotnisko. Po wczorajszych kulinarnych przygodach skutecznie odechciało mi się hotelowego śniadania. Żołądek wciąż pamiętał swoje, więc wolałem przeczekać i zjeść coś dopiero na lotnisku – nawet gdyby miała to być tylko czarna kawa i herbatnik. Do wylotu do Heho zostało ponad godzinę, więc nigdzie się nie spieszyłem – chwila ciszy przed kolejnym etapem podróży.
Kontrola bezpieczeństwa na lotnisku była wyjątkowo skrupulatna – wyciągali i oglądali dosłownie wszystko: zawartość plecaka, kieszeni, każdej zasuwanej przegródki, nawet nerkę na biodrze. W pewnym momencie, w tym całym zamieszaniu, z ręki wypadły mi pieniądze. Banknoty dolarowe rozsypały się po podłodze, a że w Mjanmie bankomaty praktycznie nie działają, a zachodnie karty kredytowe są bezużyteczne, te „fruwające” dolary wzbudziły niemałe zainteresowanie. Szybko je pozbierałem, czując na sobie kilka uważnych spojrzeń.
Po przylocie do Heho wysadzili nas prosto na płytę lotniska. Mały, prowincjonalny port bez rękawów, schodów, bez pośpiechu, pieszo ruszyliśmy w stronę niewielkiego budynku przypominającego bardziej budkę niż terminal. Ponieważ przyleciałem do innego regionu kraju, wszystkich pasażerów szczegółowo sprawdzano: dokumenty, paszporty, pytania o cel podróży i miejsce pobytu. Trochę to było dziwne, ale nie zamierzałem dyskutować. Spokojnie, rzeczowo odpowiadałem na pytania, uśmiechałem się i czekałem, aż przyjdzie moja kolej, by ruszyć dalej.
W drodze nad Inle Lake zatrzymaliśmy się w Kalaw – malowniczym, autentycznie górskim miasteczku, które uchodzi za bazę wypadową na trekkingi. Rzeczywiście było w nim coś kojącego. Cisza, świeższe powietrze, zielone wzgórza dookoła, podobno to idealne miejsce, by na kilka dni uciec od zgiełku miast – i wierzę w to bez zastrzeżeń. Kalaw ma w sobie tę rzadką dziś prawdziwość – nie zostało jeszcze „zepsute” przez masową turystykę. Samo miasteczko nie jest jakieś spektakularne, ale po Mandalay i okolicach zaskoczyły mnie murowane domy i chodniki. Nagle wszystko wydało się bardziej uporządkowane.
Zakwaterowano mnie w kameralnym, uroczym domku hotelowym schowanym w ogrodzie. Miałem wrażenie, jakbym nocował w środku lasu – cisza, zapach palm, wilgotnej ziemi, robactwo, gady i płazy gdzieś w tle. Byłem jedynym hotelowym gościem, co miało swój klimat, ale też konsekwencje: bar na dachu zamknięty, restauracja nieczynna. Wieczorem w domku zrobiło się przenikliwie zimno, a prysznic w zimnej wodzie skutecznie mnie otrzeźwił. Stałem pod tym lodowatym strumieniem i myślałem, jak bardzo doceniamy pewne rzeczy dopiero wtedy, gdy ich brakuje i jak dobrze mamy na co dzień w Polsce.












































































Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.