Zwyczajny dzień

Obudziłem się chwilę po drugiej w nocy, przypomniałem sobie, że o 8 mam coś prezentować przed CFO, a ja nawet nie zajrzałem do slajdów. Myśli goniły jedna drugą, przez chwilę próbowałem się zmusić, żeby wstać, ale odpuściłem i poszedłem spać dalej.

Nie pojawiłem się w biurze, nikomu nic nie powiedziałem, gdzie jestem, co robię ani dlaczego mnie nie ma, po prostu leżałem nieruchomo, z zamkniętymi oczami, raz zasypiając, raz się budząc.

Wstałem po 13, na telefonie czekały 22 nieodebrane wiadomości, nie przeczytałem ani jednej i odłożyłem telefon na bok. Serio posrało tych ludzi.

Zjadłem bardzo późne śniadanie – bułkę z serem i szynką, ugotowałem jajko. Kawy nie chciałem, więc zrobiłem sobie cały dzbanek herbaty. Ogoliłem się, ale przez cały czas unikałem własnego spojrzenia w lustrze, bo łzy samoczynnie napływały mi do oczu i nie potrafiłem z tym walczyć.

Zrobiłem pranie, uporządkowałem kilka rzeczy, przejrzałem papiery w szufladach, takie małe, zwyczajne czynności, które robi się bez większego zastanowienia. Bez sensu – jakby porządkowanie rzeczy wokół siebie mogło choć na chwilę uporządkować to, co dzieje się w głowie.

Wyszedłem z domu, na zewnątrz było niby chłodno, ale duszno i wilgotno, a ja pociłem się niemiłosiernie. Zrobiłem zakupy w kilku miejscach, chodząc z jednej apteki do drugiej, potem usiadłem na ławce w parku i przez chwilę po prostu siedziałem.

Przez cały dzień nie wydarzyło się nic szczególnego. Nie było żadnego znaku, żadnego nagłego olśnienia, żadnego niezwykłego dobra, które ktoś miałby mi okazać, nawet pogoda była zupełnie przeciętna. Zwyczajny, powszedni dzień.

Mój świat wcale nie ucichł, wręcz przeciwnie – większość ludzi próbowała się do mnie dobić, a ja nie miałem w sobie siły, żeby kogokolwiek wpuścić.

Pomyślałem o M. i nabrałem ochoty na pizzę, ale pizzeria obok była akurat zamknięta, więc w domu zrobiłem sobie tortellini z warzywami i parmezanem.

Liczba nieodebranych wiadomości rosła a ja nadal nie przeczytałem ani jednej.

To był zwyczajny dzień.

48 lat, 1 miesiąc i 16 dni.

Opublikowano Brak kategorii | 3 Komentarze

Byleby zagłuszyć myśli

Weekend spędziłem miło, w gronie paru osób z mojej ulubionej ekipy biurowych spiskowców. Wybraliśmy się na śniadanie do Bistro Giselle. Było słonecznie, choć wcale nie ciepło, śmialiśmy się z A., że obaj zupełnie przypadkiem ubraliśmy białe spodnie i wyglądaliśmy co najmniej jak para.

A. pochwalił się, że 26 września będzie zdawał egzamin z języka polskiego, który pozwoli mu ubiegać się o kartę stałego pobytu w Polsce i w całej Unii Europejskiej, do tego zdaje jeszcze egzamin z francuskiego. Zaproponowałem reszcie, żeby tego dnia wybrać się pod gmach Uniwersytetu i trzymać za niego kciuki i bez względu na wynik egzaminu pójdziemy potem razem z nim świętować ten dzień.

Wszyscy wtłaczają teraz w A. nowe słówka, niektórzy ćwiczą z nim „Inwokację”, inni teksty z kultowych polskich filmów, inni tłumaczą, kim był Fredro albo Słowacki – biedny A. jest ostatnio bombardowany polskością i poprawną polszczyzną, ale dzielnie daje radę. Mocno trzymam za niego kciuki.

Do Wrocławia, na dwa tygodnie, zjechali rodzice, więc pojechałem się z nimi zobaczyć. Trafiłem też na brata i miło spędziliśmy razem trochę czasu.

W pracy bez zmian. Bezzmiennie koncentrujemy się na moich tak zwanych błędach. Jestem bombardowany komunikatami, że oczekuje się ode mnie więcej, lepiej, bardziej profesjonalnie, bezbłędnie. Na koniec dnia rozmawiam z dyrektorami w Szwajcarii i totalnie daję ciała – popełniam kardynalny błąd, do którego od razu się przyznaję. Ostatecznie chyba nie poniosę żadnych konsekwencji, ale niesmak pozostaje.

Po powrocie do domu łapie mnie dół. Głowa pęka mi od natłoku myśli i nic nie jest w stanie tego zatrzymać. Do łóżka idę zmęczony, smutny, zalany łzami, chcę zamknąć oczy, zasnąć, zniknąć na chwilę i po prostu zapomnieć.

Opublikowano Brak kategorii | 4 Komentarze

Nie wielkie rzeczy

Wstaję wcześnie rano i jadę do biura z lekko skwaszoną miną, którą mniej lub bardziej nieudolnie próbuję ukryć przed światem zewnętrznym. Niby nic wielkiego się nie dzieje, a jednak od samego rana noszę w sobie trudne do nazwania niezadowolenie.

Rozmowy z szefową ciągna się niemiłosiernie. Pomijając już nawet całą toksyczność tej relacji, próbuję ją wytłumaczyć, że zwyczajnie nie ma dla mnie miejsca w jej układance. Nie pasuję do jej koncepcji zespołu, do jego nowego kształtu, do tego bliżej nieokreślonego „formatu”, który ona próbuje poukładać. W pewnym momencie aż ciśnie mi się na usta pytanie, jaki właściwie zamysł stoi za tymi wszystkimi nowymi ramami. Ostatecznie jednak przemilczam, bo przecież sam w obecnym miejscu mieszczę się w „ramach własnego szczęścia”.

Jej wszystkie zmiany i nowe ramy współpracy sprowadzają się w gruncie rzeczy do detali, stylu i sposobu układania rzeczy, które przecież istnieją, bez zadnej wielkiej rewolucji – raczej przesuwanie przedmiotów i udawanie, że zmieniło się całe pomieszczenie.

Wracam do domu zmęczony, z myślą o tym aby po prostu odpocząć i zebrać siły przed kolejnym dniem. Wtedy na grupie odzywa się jedna z osób z mojej ulubionej ekipy biurowych spiskowców i pisze, że będzie przejeżdżał rowerem w moich okolicach i jeśli mam ochotę zejść na dół i chwilę pogadać, to już czeka. I wtedy dzień robi się odrobinę lżejszy.

Może jestem miękki, może zbyt sentymentalny a może z wiekiem człowiek zaczyna po prostu bardziej zauważać rzeczy, które kiedyś wydawały mu się zupełnie zwyczajne. Oto mój kumpel – dzieciaty, żonaty, mający swoje życie, obowiązki i całą masę rzeczy ważniejszych niż rozmowa ze mną, znajduje gdzieś pomiędzy jednym a drugim zadaniem kawałek czasu dla mnie. W środku tygodnia wsiada na rower i jedzie przez pół miasta tylko po to, żeby na chwilę się zatrzymać i pogadać w sumie o niczym szczególnym: o pracy, życiu, ludziach, drobiazgach, o tych wszystkich zwyczajnych sprawach.

Takie chwile zostają ze mną najdłużej, nie wielkie deklaracje, nie przełomowe decyzje, nie kolejne „nowe ramy współpracy”. Tylko człowiek na rowerze, który w środku tygodnia jedzie przez pół miasta, żeby przez chwilę posiedzieć ze starym kumplem. Czasami cos takiego naprawdę wystarczy, by przypomnieć sobie, że mimo całego życiowego chaosu po drodze, niektóre rzeczy udało się jednak zachować.

Opublikowano praca | Otagowano , | Możliwość komentowania Nie wielkie rzeczy została wyłączona

Jeszcze gram w zielone

Lubię czasem poczytać swoje stare notki, bo to trochę jak przeglądanie starych zdjęć, tylko zamiast zdjęć mam na talerzu własne myśli sprzed kilku czy kilkunastu lat i o dziwo, kiedy człowiek wraca do takich zapisków, okazuje się, że pewne problemy wcale nie znikają – zmieniają się tylko okoliczności, ludzie i sposób, w jaki człowiek próbuje sobie z nimi poradzić.

Ostatnio myślę właściwie o jednym i dlatego znowu zaglądam do tych starych historii, szukam w nich trochę podpowiedzi dla samego siebie, nie żeby jakiejś wielkiej życiowej mądrości, tylko zwykłego przypomnienia: już kiedyś było źle i jakoś z tego wyszedłem.

Patrząc na przeszłość, widzę przede wszystkim, jak często uciekałem, kiedy robiło się źle, trzeba było wyjechać i to najlepiej daleko. Im większy był bałagan, tym większa musiała być odległość, nowe miejsce miało przykryć stare problemy, nowa praca miała zastąpić poprzednią. Kilka dni albo tygodni gdzieś na końcu świata pozwalało przez chwilę udawać, że wszystko można zacząć od początku.

Byli toksyczni szefowie, beznadziejne sytuacje, niepewność i to charakterystyczne poczucie, że człowiek utknął w czymś, z czego nie bardzo wie, jak się wydostać, wtedy wyjazd wydawał się całkiem sensownym rozwiązaniem. Dzisiaj, kilkanaście lat później, nie tylko trudniej byłoby finansowo wyjechać na drugi koniec świata. Przede wszystkim wiem już, że sama zmiana miejsca niewiele załatwia, można zmienić kraj, mieszkanie i pracę, a następnego ranka obudzić się z dokładnie tym samym problemem we własnej głowie, więc chyba pozostaje mi nauczyć się trochę inaczej reagować. Założyć tę swoją metaforyczną zbroję, ale bez przesady, po prostu przestać przejmować się rzeczami, na które nie mam wpływu, nie wszystko da się naprawić, nie każdego człowieka da się zmienić i nie każdą sytuację można przyspieszyć. Czasami trzeba po prostu przeczekać.

To akurat zawsze było dla mnie trudne, bo chciałbym wiedzieć, kiedy coś się skończy, kiedy zmieni się sytuacja, kiedy znikną ludzie, którzy dzisiaj są źródłem problemów, tyle że życie nie podaje takich terminów w kalendarzu ani horoskopach, można tylko mieć nadzieję, że za jakiś czas będzie inaczej i trochę naiwnie nadal wierzę, że w końcu będzie.

Teraz jest mi trudno, ale przynajmniej trudność wygląda trochę inaczej niż kiedyś – nie pracuję już do późna, mogę się wyspać, a mimo to chodzę wiecznie struty. Zabawne, że człowiek może mieć więcej czasu na odpoczynek i jednocześnie wcale nie czuć się bardziej wypoczęty.

Nie mam też już tej łatwości w rzucaniu wszystkiego. Kiedyś można było po prostu powiedzieć „mam dość”, rzucić papierami, wziąć L4 i zniknąć gdzieś na jakiś czas, ale dzisiaj mój zestaw takich awaryjnych rozwiązań jest znacznie mniejszy i nie wiem, czy to dobrze, czy źle – po prostu życie zrobiło się trochę bardziej skomplikowane.

Człowiek z czasem zbiera różne błędy, nietrafione decyzje, niewykorzystane okazje, nieudane plany, dochodzi do tego zmęczenie i poczucie, że tych wszystkich doświadczeń zrobiło się już trochę za dużo. Zdarza mi się patrzeć na siebie i myśleć, że jestem zwyczajnie starym, zmęczonym człowiekiem po kilku niezbyt udanych rundach. Z drugiej strony – skoro tyle rzeczy już się wydarzyło, to dlaczego kolejna miałaby mnie całkowicie rozłożyć? Dlatego wracam do moich starych notek, czytam je po kilka razy, i nie dlatego, że są szczególnie mądre, po prostu przypominają mi człowieka, którym kiedyś byłem, i pokazują, że problemy, które wtedy wydawały się końcem świata, po jakimś czasie stały się tylko kolejnymi historiami do opowiedzenia.

Może z tym będzie podobnie, bo nie mam dzisiaj żadnego wielkiego planu. Nie wiem, kiedy coś się zmieni ani co dokładnie powinienem zrobić. Wiem tylko, że nie chcę po raz kolejny uznać trudnego momentu za ostateczny wyrok.

Mam za sobą parę złych decyzji, kilka rozczarowań i parę planów, które kompletnie nie wyszły, jestem zmęczony i pewnie trochę bardziej ostrożny niż kiedyś, ale jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa.

Na razie tyle musi wystarczyć.

Opublikowano Brak kategorii, praca | Otagowano , | Możliwość komentowania Jeszcze gram w zielone została wyłączona

Weekend na pełnych obrotach

Piątek był dniem wolnym od pracy, dzięki czemu roboczy tydzień trwał tylko cztery dni. Z tyłu głowy miałem świadomość, że jako dobry syn zadeklarowałem się swojej rodzicielce podlewać kwiatki. Miałem zrobić to w czwartek wieczorem, ale lenistwo wygrało, więc zadanie przełożyłem na piątkowy poranek.

Jedna z osób z mojej ulubionej ekipy biurowych spiskowców mieszka akurat niedaleko. Przeszło mi przez myśl, że może wproszę się do niej na niezapowiedzianą kawę. Wieczorem nie chciałem pisać, a wiadomość o 8 rano w stylu „co robisz, bo chcę wpaść na kawę?” też wydawała mi się trochę nie na miejscu, i właśnie wtedy, kiedy biłem się z myślami, przyszła wiadomość: „Co robisz? Pomyślałam, żebyśmy spotkali się dzisiaj na kawę”. To sie nazywa telepatia! Na odpowiedź długo nie musiała czekać: „Jestem w drodze, będę za mniej niż 45 minut”. Chabazie podlałem, dom przewietrzyłem, przeszedłem przez ulicę i przed 10. byłem już u N. Załapałem się nie tylko na kawę, ale również na tartaletkę z malinami i babeczkę z jagodami, przy okazji obgadaliśmy bieżące sprawy, moją sytuację zawodową, jej awans, kolejne wyjazdy w naszym ulubionym gronie i plany podróżnicze.

Piątkowy poranek uznałem za bardzo udany, wróciłem do domu, a wieczorem wpadł do mnie, zgodnie z planem i dużo wcześniej zapowiedzianą wizytą, kolega i wtedy zaczęła się druga część dnia.

***Miejsce na te wszystkie robaczywe, złośliwe myśli, które potrafią wywołać chwilowy objaw hormonalnego niezrównoważenia…

Sobota była leniwa. Przynajmniej jej początek. Wstałem wcześnie, zjadłem śniadanie, włączyłem jakiś film i… oczywiście podczas oglądania znowu zasnąłem. Było już po 13, kiedy dotarło do mnie, że najwyższa pora się ruszyć z łóżka, bo inaczej prześpię cały dzień. Zwlokłem się więc z wyra, na zewnątrz 33 stopnie, ale kask, strój, pieluchomajtki, spray z filtrem i ruszyłem na rower. Postanowiłem w dwie godziny zrobić dobrze znaną mi trasę i udało się. 40km przejechane, po drodze zahaczyłem nawet o stadion, gdzie kibice oglądali mecz AC Milan – Manchester United, policji było całe mnóstwo, ambulansów jeszcze więcej, do tego ochrona, ale jakoś się przedarłem i ostatecznie wróciłem do domu.

Na miejscu zdjąłem tylko spocone gatki, wziąłem zimny prysznic, złapałem taksówkę i pojechałem spotkać się z koleżanką, której mąż i dzieci wyjechali na urlop, a ona zapragnęła miło spędzić wieczór z kims gwarantujacym towarzystwo i radosc. A że do takich zadań jak najbardziej się nadaję, zaczęliśmy od właściwej kolacji w romantycznym miejscu, były małże, wino, a później spacer po przybytkach Wrocławia i kilka koktajl barów, było dużo śmiechu, rozmów i zdjęć, które niestety pozostaną już tylko w mojej pamięci. O czwartej nad ranem, kiedy wychodziliśmy z Papa Baru, upewniłem się, że wsiadła do taksówki, a sam wróciłem do domu a tam, zupełnie niespodziewanie, odwiedził mnie kolega.

***Miejsce na te wszystkie robaczywe, złośliwe myśli, które potrafią wywołać chwilowy objaw hormonalnego niezrównoważenia…

Kiedy poszedłem spać, to sen nie trwał długo. Przed 10. zadzwonił brat. Powiedział, że z córką jadą w moje rejony i zapytał, czy nie miałbym ochoty dołączyć do nich na spacer po parku. Pierwsza odpowiedź brzmiała kategorycznie: „Nie dzisiaj, nie ma szans”. Ale że zdążyłem się już obudzić, głowa nie bolała, a ja o dziwo, czułem się całkiem fit, zadzwoniłem po chwili i powiedziałem, że jednak dam radę. Dalej nie wiem, jak to zrobiłem, ale zanim dotarli na miejsce, ja już na czekałem na nich w parku. Było karmienie kaczek, rzucanie piłką, hulajnoga, huśtanie, lody Oreo, kolejny park, zapiekanki i frytki. Kiedy po wróciłem do domu, sam byłem zaskoczony, że funkcjonuję tak sprawnie. Zrobiłem nawet pranie i zdrzemnąłem się na chwilę, bo miałem później trochę popracować, ale że upał nieco odpuścił, rower znowu wygrał. Pojechałem za Wrocław, zrobiłem kolejne 40 kilometrów, nawdychałem się świeżego powietrza i przewietrzyłem głowę a kiedy wróciłem do domu, pomyślałem tylko jedno: No takie weekendy to ja lubię i zdecydowanie chcę ich więcej.

Opublikowano Brak kategorii | Możliwość komentowania Weekend na pełnych obrotach została wyłączona

Rok później, znowu gdzieś pomiędzy

Żyję ostatnio w jakimś totalnym rozpizdrzeniu. Praca niepewna, szefowa głupsza ode mnie, niczego nowego się nie uczę, za to bez przerwy gonią mnie terminy i rzeczy do dowiezienia. Chronię się przed upałami, w międzyczasie podlewam rodzicom kwiatki i przemieszczam się między dwoma przeciwległymi krańcami miasta, żeby ze wszystkim jakoś zdążyć. Na horyzoncie żadnej konkretnej pracy, ale za to mam zaplanowany urlop. Dostałem wizę do Bhutanu – za dwa miesiące lecę i z jednej strony ogromnie się cieszę, bo przecież to było moje marzenie, a z drugiej coraz częściej zastanawiam się, jak właściwie ułożyć sobie życie, bo wrócę i co wtedy – zęby w ścianę?

Równo rok temu tkwiłem w podobnym zawieszeniu. Wyjeżdżałem do Kataru, na bliżej nieokreślony czas, miała być przygoda na kilka kolejnych miesięcy. Było dużo planowania, stresu, załatwiania, szmatłogłowa, która regularnie wyprowadzała mnie z równowagi, i ja, śmigający między kolejnymi niewygodnymi sytuacjami, byle tylko nie oberwać rykoszetem.

Rok później znowu jestem w czarnej dupie. Pracę zmieniłem, bo zachciało mi się przygód, więc teraz mam za swoje, tylko że znowu mam to znajome wrażenie, że jestem w jakimś nie swoim miejscu, ze muszę coś zmienić, bo inaczej oszaleję od tego poczucia niepewności i braku sprawczości.

Uaktualniłem CV, ale ofert pracy jak na lekarstwo, nie bardzo mam gdzie je wysyłać, a najchętniej już teraz, zaraz, wszedłbym w jakiś proces rekrutacyjny, cokolwiek, byle zobaczyć gdzieś przed sobą choćby małe światełko w tunelu, zobaczyć, że istnieje jakaś szansa, żeby wyrwać się z tego dziwnego stanu zawieszenia.

Koleżanka wysłała mi zdjęcie kartek pocztowych, które przez lata wysyłałem jej, pracując w eB – rochę się tego nazbierało. Patrzę na te kartki i tamta rzeczywistość, tamten styl życia, wydają mi się dziś tak odległe, jakby właściwie nigdy się nie wydarzyły. Konto w banku uszczuplone, nie ma M., nie ma wyjazdów do Włoch, za to mam wygodne mieszkanie, balkon i kwiatki, które mogę podlewać – no i jestem wolnym człowiekiem. Mogę robić, co chcę.

I chyba właśnie między tym „mogę robić, co chcę” a „nie wiem, co dalej” utknąłem najbardziej.

Opublikowano Brak kategorii | 8 Komentarzy

Nie wszystko trzeba wygrać

Nieustająco uczę się dystansu i pokory, że lepiej zachować elastyczność i nie przywiązywać się kurczowo do jednego planu i że los czy tzw. siła wyższa w jednej chwili potrafią zmienić każdy scenariusz. Dzięki temu schodzi ze mnie złość i poczucie niesprawiedliwości.

Jedną z trudniejszych rzeczy, których ostatnio uczę się na nowo, jest pokora, która pozwala zrozumieć, że nie nad wszystkim mam kontrolę, że mogę mieć plan, mogę być przekonany, że wiem, dokąd zmierzam, a życie i tak potrafi w jednej chwili przesunąć wszystkie pionki na planszy i nie ma co kurczowo trzymać się własnych scenariuszy.

Zawsze mocno potrzebowałem, aby rzeczy miały sens, żeby niesprawiedliwość została zauważona, aby ktoś nazwał rzeczy po imieniu, aby jeśli zrobiłem wszystko, jak należy, świat odpowiedział na to w równie bardzo logiczny sposób. Kilka dni temu było we mnie sporo złości i poczucia krzywdy, wynikających z prostego przekonania: przecież to nie powinno tak wyglądać.

Dzisiaj tej złości jest dużo mniej, zostało pytanie dlaczego właściwie spodziewałem się, że będzie inaczej?

Zacząłem szukać, czytać, rozmawiać, przyglądać się temu, co dzieje się w organizacjach, kiedy pojedynczy człowiek próbuje ominąć swojego menedżera i pójść wyżej, kiedy przychodzi do dyrektora i mówi: „Moja szefowa jest problemem”. Wydaje się to logiczne, jeśli człowiek na niższym szczeblu nie potrafi rozwiązać problemu, idzie do kogoś wyżej – proste.

Tyle że corpo nie jest rodziną, w której starszy brat wysłucha obu stron i sprawiedliwie rozsądzi spór. Corpo jest systemem, a system przede wszystkim próbuje przetrwać.

Kiedy więc siadam naprzeciwko dyrektora i opowiadam mu o swojej przełożonej, on niekoniecznie myśli o sprawiedliwości, on zaczyna liczyć. Jeśli uzna, że problem leży po mojej stronie to jestem przewrażliwiony, zbyt wymagający, trudny, może po prostu nie pasuję do zespołu i sytuacja robi się dla dyrektora wygodna. Jestem dwa poziomy niżej, jeśli odejdę, problem prawdopodobnie zniknie razem ze mną. Nie trzeba nikogo zwalniać, nie trzeba nikogo szukać, nie trzeba tłumaczyć się zarządowi, nie trzeba nikomu przyznawać, że przez długi czas ktoś niewłaściwy był na niewłaściwym miejscu. Jedna osoba odchodzi i corpo-system może znowu spokojnie funkcjonować.

Ale zakładając, że dyrektor mi uwierzy, że spojrzy na sytuację i pomyśli: cholera, rzeczywiście jest problem, to wtedy dopiero zaczyna się prawdziwy kłopot, bo trzeba coś zrobić z felernym menedżerem, trzeba znaleźć kogoś na jego miejsce, wdrożyć nową osobę, ułożyć zespół od nowa, posprzątać to, co przez ten czas było zaniedbane. A na końcu przyjdzie jeszcze najtrudniejsze wyzwanie, pójść wytłumaczyć dlaczego nikt nie zareagował wcześniej?

I tak właśnie nagle okazuje się, że decyzja o tym, czy uwierzyć jednej osobie, nie jest już tylko decyzją o tym, kto ma rację, staje się decyzją o tym, ile problemów trzeba będzie uruchomić, żeby tę rację udowodnić. A korpo nie działa po to, żeby było sprawiedliwie, działa po to, żeby działać, chronić swoją strukturę, swoje decyzje, swoich ludzi, swoją historię i własne błędy.

Dlatego zastanawiam się czy każdą bitwę muszę stoczyć do końca, czy każdą niesprawiedliwość muszę naprawiać własnymi rękami, może racja nie zawsze jest warta kolejnych miesięcy życia?

Nadal nie wiem, co przyniosą następne tygodnie i chyba nie czuję potrzeby, żeby to wiedzieć. Uczę się zostawiać trochę miejsca na to, czego nie da się zaplanować, by życie miało przestrzeń na własny scenariusz.

Opublikowano praca | Otagowano | 3 Komentarze

Kiedy trzeba zacząć szukać wyjścia

Kolejny tydzień za mną i chyba gdyby nie rower i aktywność fizyczna, naprawdę bym oszalał. Myśli krążyły mi po głowie niemal bez przerwy, na usta cisnęły się wulgarne słowa, a kolejne, szybkie pomysły na rozwiązanie problemów pojawiały się jeden po drugim – wiedziałem, że jeśli nic z tym nie zrobię, wieczorem nie zasnę.

Zaskoczyła mnie decyzja przełożonej, głównie dlatego, że wcześniej rozmawialiśmy o możliwości przejścia na umowę na czas nieokreślony po pierwszych sześciu miesiącach. Miało to dla mnie duże znaczenie, bo od tej decyzji zależą moje prywatne plany. Niestety po naszej rozmowie musiałem potraktować decyzję firmy jako nowy punkt odniesienia i zacząć inaczej patrzeć na dalszą współpracę. Odświeżyłem kontakt z poprzedniej pracy. Odpowiedź dostałem po kilku dniach, ale niestety sama oferta nie porwała mnie na tyle, żeby od razu uznać ją za rozwiązanie całej sytuacji.

Odbyłem też rozmowę z dyrektorem, przedstawiłem mu swój punkt widzenia, powiedziałem o planach zmiany zawodowej i o powodach, które mnie do tego skłaniają. Nie poprawiło to jednak mojej sytuacji, choć muszę przyznać, że widziałem w jego oczach pewne przerażenie. Mam wrażenie, że sam dyrektor nie jest szczególnie zainteresowany dalszą współpracą albo po prostu zrzuca odpowiedzialność na innych, tłumacząc, że nie chce podważać decyzji pozostałych managerów. Nie wiem, jak jest naprawdę i chyba po raz pierwszy od jakiegoś czasu przestałem to wszystko rozkminiać.

Robię swoje. Na szybko szukam nowego zajęcia, próbuję poukładać sobie wszystko w głowie i po prostu modlę się, żeby udało mi się wyjść z tej dziwnej sytuacji. Może wlasnie tak wygląda moment, w którym jedno życie zawodowe zaczyna się kończyć, a drugie jeszcze nie zdążyło się rozpocząć. Nudno nie bedzie.

Opublikowano praca | Otagowano | 5 Komentarzy

Oszukać przeznaczenie

Minione 72 godziny sprawiły, że zacząłem zastanawiać się, czy przypadkiem nie żyję w filmie z serii Oszukać przeznaczenie.

W weekend, kiedy upał był wręcz nie do wytrzymania, siedziałem głównie w domu z włączoną non stop klimatyzacją. Nagle usłyszałem potężny huk dochodzący z tarasu, pierwsza myśl to taka, że pewnie coś spadło od sąsiada z góry, może doniczka albo jakiś inny ciężki przedmiot roztrzaskał się na moim balkonie. Nie otwierając drzwi, zajrzałem przez szybę i nic zupełnie nic – uznałem więc, że pewnie mi się przesłyszało.

Dopiero następnego dnia wszystko nabrało sensu. W niedzielę, kiedy wychodziłem na rower, na sofie z kompletu wypoczynkowego, między poduszkami, znalazłem martwego gołąbka. Biedaczek najprawdopodobniej uderzył w (za czystą) szybę albo w ścianę a może po prostu nie wytrzymał tego potwornego upału i popełnił samobójstwo – tego już się nie dowiem.

Na rowerze objechałem pół Wrocławia i wydawało mi się, że to będzie już koniec dziwnych wydarzeń, ale myliłem się. Wracając do domu, omal nie zostałem potrącony przez taksówkę. Kierowca mnie wyprzedził, zatrzymał samochód, a po chwili zaczął cofać prosto na mnie. Krzyczałem, próbowałem odskakiwać razem z rowerem dosłownie o kilka centymetrów. Miałem wrażenie, że zaraz mnie przejedzie, najgorsze było to, że kierowca w ogóle nie patrzył w lusterka, po prostu cofał, jakby kompletnie nie zdawał sobie sprawy, że ktoś znajduje się za jego autem. Na szczęście udało mi się uciec, choć zderzak kilka razy uderzył mnie i rower. Skończyło się tylko na ogromnym strachu i kilku siniakach. Pomyślałem wtedy, że limit pecha został już wyczerpany, ale nie.

W poniedziałek, wracając z pracy, przechodziłem przez przejście dla pieszych, zauważyłem śmieciarkę skręcającą w moim kierunku. Byłem przekonany, że kierowca zwolni albo się zatrzyma. Zamiast tego, gdy byłem już mniej więcej w połowie pasów, samochód przyspieszył, nie miałem wyjścia, zacząłem biec, żeby zdążyć uciec z przejścia.

Wierzę, że to tylko wyjątkowo pechowy zbieg okoliczności, ale dawno nie miałem wrażenia, że śmierć zagląda mi przez ramię tak często.

Opublikowano Brak kategorii | 8 Komentarzy

Kiedy wybierasz siebie, wszystko zaczyna się zmieniać i nagle przestajesz walczyć ze wszystkim

Mój myślowy kołowrotek nie odpuszczał, kręcił się w głowie przez kilka dni, nie dając mi chwili spokoju. Podzieliłem się tą niewygodną wiadomością z moją ulubioną ekipą biurowych spiskowców, zupełnie spontanicznie umówiliśmy się na wspólny lunch. Tak się akurat złożyło, że wszyscy byli tego dnia w naszym starym biurze, ktoś wrócił z urlopu, ktoś musiał pojawić się na miejscu, a ja też czułem, że przyda mi się chwila wytchnienia. Początkowo mieli przyjechać do mnie, plan był prosty – Misa Hindusa i trochę pogaduch na ławkach pod parasolami. Ostatecznie stwierdziliśmy, że to ja wyjdę z biura i podjadę do nich.

Może faktycznie „dojrzewam”, może robię się sentymentalny, ale cholernie dobrze było znowu na nich wszystkich popatrzeć, zobaczyć te znajome, uśmiechnięte mordy, pożartować, posłuchać historii z rodzinnych wakacji w Portugalii i anegdot o dzieciach, których większość z nas sama nie ma, pośmiać się z problemów o poobcieranych udach od upałów, usłyszeć o treningach na brazylijskie pośladki, potem zjeść razem lody w Polish Lody i po prostu pobyć ze sobą. Najbardziej doceniłem to, że każdy spojrzał na moją opowiedzianą sytuację z zupełnie innej perspektywy, bez rad na siłę, bez przekonywania, co powinienem – po prostu wysłuchali, powiedzieli, co myślą, a na koniec usłyszałem: „a jak będzie ci ciężko, to dawaj znać”. To mi wystarczyło, na chwilę zrobiło mi się lżej, serio, śmiałem się, wszyscy się śmialiśmy. A jak wróciłem do domu i pierwszy raz od kilku godzin przestałem gorączkowo szukać szybkich rozwiązań, uznałem, że zacisnę zęby, będę przez jakiś czas robił swoje i nie będę uciekał ani desperacko szukał nowego pracodawcy.

W weekend N. zaprosiła nas do siebie na śniadanie. Od czasu przeprowadzki, przy której wszyscy pomagaliśmy i parapetówki nikt z nas nie był w tym mieszkaniu. Mieszkanie robiło na mnie ogromne wrażenie, wszystko było przemyślane, ciepłe i bardzo „jej”, piękne dodatki, odrestaurowany drewniany stół z czasów wojny, osobiste drobiazgi, białe firanki zawieszone we framugach drzwi, pudrowa garderoba, która naprawdę robiła efekt. Fajnie było zobaczyć, jak bardzo to miejsce zdążyło się zmienić i nabrać osobistego charakteru.

N. mieszka dosłownie rzut beretem od moich rodziców, u których miałem misję podlewania kwiatków i początkowo planowałem zostać tam na noc, żeby rano mieć bliżej na wspólne śniadanie. Tyle że poprzedniego wieczoru przeszła burza, a w mieszkaniu rodziców panowała sauna, więc tylko podlałem kwiatki, zamknąłem drzwi i stwierdziłem, że deszcz, błyskawice i cała reszta mogą sobie szaleć. Wróciłem do siebie, bo własne łóżko i klimatyzacja wygrały.

Rano napisałem do N, że jeśli czegoś jej brakuje, to mogę po drodze przywieźć. Odpisała, żebym jeszcze nie przychodził, bo nic nie jest gotowe, chyba założyła, że śpię u rodziców, skoro mieszkają po drugiej stronie ulicy.

O dziesiątej byliśmy już w komplecie. Był też P – nasz wspólny kolega, mąż i ojciec. Do dziś szczerze podziwiam, jakich argumentów musi używać, żeby dostać przepustkę na sobotni poranek i zniknąć z domu na śniadanie z koleżankami i kumplem z pracy. Serio, wyobrażamy sobie: „Kochanie, wychodzę na 10:00 do koleżanki z pracy, biorę szampana, tak, wrócę później.” Szczerze nie znam wielu osób, którym taki plan przeszedłby bez pytań. A jednak P. zawsze się wybroni, zjawia się uśmiechnięty, spokojny, rozsądny jak mało kto, jest trochę naszym głosem rozsądku, trochę starszym bratem i chyba wszyscy zgodnie uwielbiamy jego towarzystwo. Mimo to regularnie zastanawiamy się, co on właściwie mówi żonie, że ta historia za każdym razem brzmi tak wiarygodnie.

W mieszkaniu N. było parno i duszno, ale śniadanie wynagrodziło wszystko. N. stanęła na wysokości zadania, upiekła drożdżówki, przygotowała świeże bułeczki, mrożoną kawę i całą masę pyszności. P. przyniósł butelkę szampana, którą w lipcu sami mu podarowaliśmy na urodziny, a nawet ja zupełnie niespodziewanie dostałem swój zaległy prezent urodzinowy.

Jedliśmy, śmialiśmy się i rozmawialiśmy o wszystkim, o ludziach, swoich planach, marzeniach i problemach. Najbardziej zaskakuje mnie to, jak bardzo się ze sobą zżyliśmy, bo jesteśmy kompletnie różni, a jednak autentycznie się lubimy, wspieramy się, rozmawiamy bez filtrów i bez tematów tabu. Ten komfort nie jest czymś oczywistym i chyba właśnie dlatego tak bardzo go doceniam.

P. zrobił prawo jazdy na motocykl tylko dlatego, że marzy mu się Kawasaki i kompletnie nie obchodzi go, co myślą inni. N oznajmiła nam, że pisze książkę, a przy okazji wyznała, że od dzieciństwa kręcą ją starsi faceci. J. powoli przymierza się do kupna mieszkania, choć kompletnie nie wie, od czego zacząć. A ja? Ja wciąż próbuję poukładać sobie zawodowy bałagan i pogodzić się z tym, że szefowa potrafi mnie doprowadzić do białej gorączki.

Chyba właśnie na tym polega przyjaźń, każdy przynosi na stół swój własny kawałek życia, jedni marzenia, inni wątpliwości, ktoś problemy, ktoś sukcesy. A potem siadamy razem przy śniadaniu, śmiejemy się z głupot, otwieramy szampana i nagle okazuje się, że wszystko wydaje się ciut łatwiejsze.

Opublikowano Brak kategorii | 4 Komentarze