Helsinki – Turku

Rano czułem się jak zombie, ale na prom zdążyliśmy. Na szczęście z hotelu do terminalu odprawy promowej mieliśmy niecały kwadrans pieszo. Prom był prawie pusty, nie licząc załogi i paru zagubionych turystów jak my. Nie jadłem śniadania w obawie, że będzie mocno kołysało, ale i te obawy okazały się nieuzasadnione, bo morze było spokojne niczym tafla jeziora. Dla relaksu i zabicia czasu oglądałem film o zatonięciu promu Estonia…

Kiedy dotrze się do Helsinek uderza … cisza. W porcie, na lotnisku niewiele jest ludzi. Około 9 przechadzałem się przez centrum, galerię handlową i było potwornie cicho, spokojnie, prawie nikogo na ulicach, w autobusach też pojedyncze osoby. Czułem się jakby to była strefa wyludniona. Rzadko spotyka się kogoś na ulicy. Najczęściej są to biegacze i rowerzyści – jest ich chyba więcej niż osób spacerujących.

Na zewnątrz ziąb i padało. Byłem jednak w stanie cieszyć się taką pogodą, bo byłem odpowiednio ubrany. Jak to mówią Finowie: nie ma złej pogody, jest tylko złe ubranie.

Opublikowano podroze | Otagowano , , | 8 Komentarzy

Paldiski c.d.

Zwykle gdy dokądś podróżuję mam w głowie mniej więcej ułożony jakiś plan, co chciałbym zobaczyć, kiedy, w jakiej kolejności, co gdzie się znajduje, gdzie się zatrzymać, co warte jest zobaczenia, jak tam dojechać, co mogę pominąć…

Do 17. praktycznie uwinęliśmy się ze zwiedzaniem starego miasta, dlatego kiedy B. spontanicznie zaproponował, aby pojechać gdzieś za miasto przystałem ochoczo. Wspólnie zachciało nam się morza, na google szybko wypatrzyliśmy postsowiecki Paldiski i tamtejszą latarnię z obiecującą trasą widokową ciągnącą się wzdłuż klifów parku krajobrazowego. Zapakowaliśmy się sprawnie w pociąg, bilet nabyliśmy u konduktora, a po nie całej godzinie byliśmy już w zupełnie innym miejscu. Miasto samo w sobie nienachalne z urody, typowo postradziecka architektura, stare budynki, beton, wielka płyta i krzywe chodniki, szaro, buro i pstrokato. Uciekliśmy na turystyczny szlak a tam było już zupełnie inaczej…

Do zabytkowej latarni Pakri, dotarliśmy po zachodzie słońca, byliśmy jedynymi turystami, którzy zawędrowali tutaj pieszo pokonując ponad 5 kilometrową trasę z centrum Paldiski. Prócz faktu że latarnię ufundował sam car – czyli mój imiennik – budynku domu latarnika, sauny, jakiś piwnic, nie było czego tam podziwiać. Widoki za to po drodze były zacne, znaczy zniewalające. B. oświadczył mi, że za trzy kwadranse mamy pociąg powrotny do Tallina. Google wskazywał, że powrót zajmie nam dokładnie 53 minuty na co B. stwierdził, że musimy nadać tempa, iść szybciej, czasem trochę biec, ale ostatecznie zdążymy. Jetem prawie królową, a wiadomo królowe nie biegają, płuca sobie wyplułem, odcisków sobie narobiłem zwłaszcza w małym palcu, spociłem się jak świnia, zgrzałem, w życiu nie miałem takiego tempa spacerując cały dzień 20 km, by pod koniec na tzw. końcówce musieć przebiec ostatnie 5 km. Oczywiście na pociąg nie zdążyliśmy, zabrakło nam 3 minut a następny był dopiero za 2 godziny.

Byłem wypruty, zmęczony, niewyjściowy, nic mi się już nie chciało prócz siedzenia, ale że zimno było, B zaaprobował, by nie siedzieć tylko pójść ogrzać się w jakiejś knajpie niedaleko. Przystałem na pomysł, jakoś powłóczyłem nogami, 500 metrów zamieniło się w 1,5 km a na koniec okazało się, że knajpę zamykają, więc dupa blada, nici z piwa czy innego drinka i znowu trzeba było drałować z powrotem na dworzec. Około północy dotarliśmy do Tallina, skąd w pierwszej kolejności udaliśmy się do Burger Kinga na zasłużone bardzo niezdrowe jedzenie a potem do hotelu. Poszedłem spać po 1. w nocy, a o 5 mieliśmy pobudkę, bo przecież Finlandia w planach…

Opublikowano podroze | Otagowano , | 1 komentarz

Paldiski

Od rana łaziliśmy po starym mieście, najpierw szukając odpowiedniej śniadaniowni a potem żeby zobaczyć to i owo w tym pięknym mieście. To moja czwarta albo piąta wizyta w Tallinie i na pewno nie ostatnia, bo bardzo lubię tu wracać. Miasto jest imponujące, ludzie uprzejmi, ceny nie straszą, nie ma dzikich tłumów, transport publiczny jest megaprosty i w ogóle jest tak bardzo skandynawsko. Tallin jest niewątpliwie najbardziej imponującą ze stolic państw nadbałtyckich. Piękna, średniowieczna starówka to miejsce, w którym można zabłądzić na wiele godzin, a jeśli naszym zwiedzaniem chcemy objąć dalsze okolice, to nagle okazuje się, że na to miasto na pewno nie starczy nam weekendu.

Zrobiliśmy sobie pieszą wycieczkę do morskiego muzeum podziwiając przy okazji ile nowych apartamentowców powstało wzdłuż lini brzegowej morza. Kilka lat temu była tu pustka a teraz jak grzyby po deszczu wyrastają nowe budynki z przeszklonymi balkonami i tarasami i z niewiarygodnie pięknym widokiem na zatokę. Każdy kto mnie zna, wie jakie mam podejście do standardowych muzeów. Nie to, żebym omijał je szerokim łukiem, ale klasyczne budynki pełne gablot i specjalistycznych wytłumaczeń raczej mnie zniechęcają i spędzam w nich tylko tyle czasu, żeby nie wyjść na całkowitego ignorantów, wypić kawę bądź piwo i skorzystać z darmowej toalety.

Muzeum Morskie w Tallinie to ogromna instytucja, mieszcząca się w ogromnym hangarze, będącym niegdyś bazą dla hydroplanów, Punktem odniesienia jest tu łódź podwodna Lembit będąca niegdyś dumą estońskiej floty. Poziom, na którym wisi Lembit jest poziomem wody, a wszystko to, co znajduje się pod nim lub nad nim dotyczy odpowiednio tematyki podwodnej lub powietrznej. Do samej łodzi podwodnej można wchodzić co w czasach pandemii jest wyjątkiem bo jej wnętrze należy do ciasnych. Na atrakcyjność zwiedzania tak niestandardowego eksponatu wpływa ponadto fakt, że w środku można dotykać wszystkiego, włącznie z działającym peryskopem. Pod Lembitem, w sekcji podwodnej, znajduje się wystawa wszelkiego rodzaju min, torped i innych narzędzi względnie cichego mordu, ale również dodatkowe, interaktywne atrakcje: można przebrać się w jeden z kilku marynarskich strojów, przetestować na sobie siłę huraganowego wiatru, wypłynąć w rejs żółtą łodzią podwodną albo wziąć udział w symulacji bitwy morskiej czy powietrznej. Wszystkie te instalacje skierowane są raczej do młodszych odbiorców, ale umówmy się, że strzelanie do wrogich samolotów czy ganianie się modelami łodzi po niewielkim zbiorniku wodnym ubawi faceta w każdym wieku.

Opublikowano podroze | Otagowano , | 1 komentarz

Tallin – Paldiski

Odkąd ogarnąłem temat szczepionki podróżowanie znów stało się prostsze. Na lotnisku muszę nosić maskę, ale odpadły mi wszystkie formalności związane z robieniem testów, szukaniem laboratoriów, płacenia czasem horrendalnych sum za papierek, którego i tak nikt nie sprawdza.

Na lotnisku spotkałem swojego byłego szefa. Zdziwił się widząc mnie w nieformalnym stroju, w trekkingowych spodniach i polo zamiast koszuli, za to z dwoma lampkami białego wina o 11 rano…

Tallin przetarł nas chmurami, choć to dopiero połowa września wcześnie robi się tutaj chłodno. Na zewnątrz 7-10 stopni, mocno wieje, pierwszego dnia po przyjeździe sprawiłem sobie szalik i rękawiczki, bo inaczej byłoby ze mną kiepsko. Na starym mieście wszystkie restauracje zostały wyposażone w pledy i ogrzewacze ogrodowe, bez nich chyba żaden turysta nie zdecydowałby się na siedzenie wieczorami na zewnątrz.

Sierota przypadkiem wysadziłem korki w pokoju. W konsekwencji najpierw nie mieliśmy światła w całym lokum, a wezwany elektryk który pojawił się u nas w grubo po północy naprawił tylko światło w częściej głównej pomieszczenia, za to w łazience pozostała zupełna ciemność. Odkryłem to dopiero po jego wyjściu, tak więc przez weekend nauczyłem się brać prysznic, golić, myć zęby, kremować, zakładać i ściągać soczewki w zupełnym półmroku.

Opublikowano podroze | Otagowano , | 3 Komentarze

Znowu robię sobie wolne

Mój misternie uknuty plan spalił na panewce, oferty pracy nie dostałem, więc po powrocie z urlopu wrócę grzecznie do biura i wezmę się za nadrabianie zaległości oraz za nowy projekt na Filipinach, niestety tylko zdalny, bo o dalekich podróżach do Azji na razie muszę zapomnieć. Choć ogarnąłem temat covidovego paszportu, granice do większości dalekich destynacji pozostają zamknięte.

Przekonałem B na wyjazd do Estonii i dziś wylatuję zostawiając za sobą pracę kręcidołek, syf, stres i nieludzkie terminy. Wczoraj pracowałem jeszcze do późna, w poczuciu odpowiedzialności dziś rano zerwałem się przed 5. byleby powysyłać ostatnie maile. Laptoka nie biorę, firma nie padnie, a nie chcę być wodzony na pokuszenie żeby sprawdzać służbową skrzynkę mailową. Ogarnianiem bałaganu zajmę się po powrocie.

Mam ambitny plan zjechania z plecakiem całej Estonii wzdłuż i wszerz, odwiedzenia Helsinek i Turku, żadnych zbędnych luksusów, o ile można tak to nazwać podróżując z kartą kredytową w portfelu. Potrzebuję twardego resetu by mieć siłę na walkę z wiatrakami po powrocie.

Opublikowano podroze | Otagowano , , | 5 Komentarzy

Zwątpienie

…mnie dopadło. Moja rozmowa o pracę okaże się jak randka z transwestytą: najpierw wymiana komplementów i grzeczności, potem nosio-nosio-eskimosio, fiku-miku, kiziu-miziu i niby wszystko cacy a tu nagle ch..j.

Pomimo dużej pewności siebie, świadomości jak działa każde corpo i że każda zmiana z natury jest dobra (choć wciąż dobrze pamiętam przygodę pt. praca w banku) zaczynam mieć różnego rodzaju wątpliwości.

Z jednej strony, że jak zmienię ją teraz, to może okazać się że na gorsze, że nie podołam, że za wcześnie rzucam się na głęboką wodę, że mam teraz u siebie tak miło, ciepło i spokojnie więc po co i na co mi taka rewolucja. Niepokój przed nowymi obowiązkami i brakiem doświadczenia narasta.

Oczekiwanie na wyniki rozmowy kwalifikacyjnej jest stresujące. Chodzę skwaszony, zgasły, przejęty, czuję jednocześnie jakby ucisk i przestrach, jakby za moment miała mi pęknąć jakaś żyłka na czole a ja detonować.

Co chwilę zerkam na ekran komórki, sprawdzam czy nie dostałem maila, czy telefon nie jest czasem wyciszony. O tyle dobrze, że nikogo z bliskich nie wtajemniczyłem w swój plan, bo ewentualną porażkę zawsze łatwiej jest znieść w samotności.

Snuję czarne myśli, choć wiem, że klęska nie będzie przecież żadną katastrofą, nie mam noża na gardle, mam pracę, zwyczajnie mi się nie uda, bo przestrzeliłem się z oczekiwaniami. Wewnętrzny głos nieustannie przypomina mi, że jestem bardzo dobry w tym co robię, że jak nie teraz, to później, że nie ma presji.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano | 5 Komentarzy

sielanka

Ostatnie dni upłynęły mi pod znakiem imprez, kolacyjek i spotkań.

Najpierw K. stwierdziła, że jedno spotkanie to za mało, dlatego kolejny raz zaprosiła mnie do siebie do Wabern. Do późna uskutecznialiśmy rozmowy przy ginie z tonikiem i było tak przyjemnie, że prawie zapomnieliśmy, że następnego dnia musieliśmy pracować.

W środę wieczór razem z M. wybraliśmy się na kolację do Azzurro. Wypadało, bo nie było mnie tam rok a odkąd przyjechałem do Berna wszyscy dopytywali się kiedy wreszcie przyjedziemy. Nie mogliśmy postąpić, więc inaczej jak tylko zaplanować jeden wieczór na wizytę w restauracji. Specjalnie przez cały dzień się głodziłem, pamiętając że z Azzurro głodnym na pewno nie wyjdę i tak było. Najpierw Lucy przywitała nas Franciacortą, potem na stół wjechało czekadełko w rozmiarze xxl od szefa kuchni, potem foccacia, a dopiero później nasza przystawka i moje ulubione antipasto – talerz świeżych owoców morza a na główne danie małże i pasta ravioli z okoniem. Po takiej obfitej kolacji nie zostało nam nic innego jak wracać do domu pieszo na co obaj przystaliśmy z ochotą.

Azzurro ma się dobrze, klientów nie brakowało choć wszyscy siedzieli głównie na tarasie. Kryzys ostatnich miesięcy wydał się już tylko odległym wspomnieniem choć o kolejnej fali zaczyna mówić się też i tam. F nie planuje zamknąć interesu, finansowo widać że mu się powodzi.

W piątek spotkaliśmy się ze znajomymi na kolacji w Brasserie przy Bärengraben. Było dużo wina i foie gras, rösti, tatar i łosoś a na koniec wizyta w Rosengarten i znowu późny powrót do domu. Sobota miała być tylko dla nas, dlatego postawiłem zabrać M na wycieczkę statkiem po jeziorze z Lucerny do Flüelen i spowrotem. Akurat było bardzo przyjemnie, mieliśmy wygodne miejsca na górnym pokładzie, skąd rozciągały się piękne widoki na kolorowe miasteczka, wille i pałace położone wzdłuż lini brzegowej Jeziora Czterech Kantonów.

Opublikowano podroze, Szwajcaria | Otagowano | 11 Komentarzy

Bazylea

W tym tygodniu każdy dzień rozpoczynam nie wcześniej niż przed 10. Wyjątkowo dobrze mi się tutaj śpi, czuję się jak w domu, wokoło jest bardzo cicho a na dodatek od środy M. ma wolne, więc nawet nie silimy się nastawiać budzików. Trochę się przez to rozleniwiam, wypadam z rytmu, ale z drugiej strony są wakacje, sezon urlopowy w pełni, co będę ludzi stresował. W mojej pracy wszystko jakby utknęło, większość na urlopach albo zaraz przed, moje sprawy też nie posuwają się zbytnio do przodu, bo szef uskutecznia mikromenadżment i blokuje niektóre decyzje. Za to na wspólnych cotygodniowych naradach snuje wizje nowych projektów, o których słyszymy od początku roku, ale prócz wielkich obietnic nic się z tym nie wiąże, prócz może jednego, że kolejni ludzie tracą cierpliwość i odchodzą. Nie przeszkadza mi taki stan, bynajmniej, odkąd sam zostałem zaproszony na kolejny etap rozmowy o pracę. Miało być dziś, ale przeniosłem na poniedziałek, żeby nie burzyć sobie planów w związanych z pobytem w Szwajcarii. Nie orgazmuję jeszcze, w ogóle staram się nie myśleć o takim scenariuszu, ale jeśli przyjdzie mi złożyć wypowiedzenie pod koniec sierpnia, to będę musiał przygotować się na gorzkie żale, korpo-szopkę i zgrzytanie zębami.

Wczoraj uwinięcie się ze wszystkimi sprawami zawodowymi poszło mi dość sprawnie, dlatego po południu wybraliśmy się z M. na spacer nad Aarę. Pogoda była w sam raz, nie było upału, z chęcią przystałem na ten pomysł, byleby nie tkwić bezczynnie w czterech ścianach. Dobrze znana mi trasa nie straciła nic ze swojego dawnego uroku, rzeka wciąż jaskrawo zielona i krystalicznie czysta, u lokalnych gospodarzy te same krowy i świnki, ludzie pływający w rzece, te same zadbane kamienice i malownicze landszafty. Szwajcarska sielanka. Z rozpędu dotarliśmy do Bärengraben, ale zaglądanie do misiów sobie podarowaliśmy. Na wieczór umówiliśmy się z P. i F. na kolację. Do Bazylei dotarliśmy pociągiem, spod stacji ruszyliśmy w stronę Muzeum Zabawek gdzie ustaliliśmy nasze miejsce spotkania. Radości nie było końca, bo nie wiedzieliśmy się ponad 2 lata, ostatni raz na moich urodzinach we Wrocławiu. Nie dało się ukryć, że izolacja, praca zdalna albo jej brak trochę odbił się na wyglądzie kolegów. Postawiliśmy całkowicie na spontan, żeby bardziej zgłodnieć poszliśmy najpierw na spacer wzdłuż Renu, nadrabiając zaległe historie z naszego życia. We Francji obostrzenia weszły na nowy poziom odkąd Macron ogłosił obowiązek posiadania certyfikatu sanitarnego dotyczącego osób wybierających się do kin, kawiarni, restauracji, centrów handlowych lub planujących podróż pociągiem. P. dramatyzował z tego powodu, bo ani mu się śni się zaszczepić. Artigianocafe z prawdziwą neapolitańską kuchnią wybrali chłopaki, potem pojechaliśmy jeszcze na lody do Gelateria di Berna.

Coś się wczoraj działo pod dworcem SBB, bo kiedy wracaliśmy złapać ostatni pociąg do Berna, przed wejściem powitał nas cały kordon uzbrojonej policji. Przed moment myśleliśmy już, że nie będzie nam dane wrócić na noc do domu, ale choć przegoniono nas spod głównego wejścia, udało nam się dotrzeć na peron bokiem.

Opublikowano Szwajcaria | Otagowano , | 7 Komentarzy

Berno

Berno stolica, miasto ambasad i konsulatów, porozumieć się tutaj po angielsku na ulicy czasami bywa utrapieniem. W sklepach mówić nie chcą, na ulicy tez różnie z tym bywa, najłatwiej w hotelu albo restauracji.

Wiem ze Szwajcarzy mówią po angielsku, z jakiegoś powodu niechęć do tego języka jest większa w Bernie, bo nigdy nie miałem tego problemu w Bazylei, Zurychu czy Genewie.

Pracując zdalnie nie musiałem nawet prosić o urlop, by móc tutaj przyjechać. To jedna z niewielu zalet sytuacji epidemicznej. Wstaję rano, robię nam kawę, po czym siadam do komputera. Dookoła wszystko zdaje się być inne, od tego do czego zdążyłem przyzwyczaić się pracując w domu w Polsce. Za oknem słońce, w oddali ośnieżone szczyty Alp, na niebie raz po raz widać balony. Przy takiej pogodzie sezon na latanie balonem ma się bardzo dobrze.

Po 14 z pracy wraca M, robię sobie przerwę, by potem wrócić do zawodowych obowiązków. Wieczorem wraz z zamknięciem klapy od laptopa wychodzę z domu spotkać się z dawno niewidzianymi znajomymi. Odwiedzamy dobrze znane mi bary i kawiarnie, a jedyne co burzy mój dobry nastrój to widok rachunku na koniec biesiady.

K. zaprosiła mnie do siebie do domu, przygotowała obiad, siedzieliśmy na tarasie sącząc gin z tonikiem wspominając dawne czasy. Nie byłaby sobą gdyby znowu nie zaczęła namawiać mnie na wspólny wyjazd do Dubaju. Od października rusza EXPO i jestem prawie przekonany, by już teraz kupić bilet na luty.

Upały zelżały, jest słonecznie, ale z nieba nie leje się żar. Jest tak jak lubię.

Opublikowano podroze, Szwajcaria | Otagowano , | Dodaj komentarz

Smacznego

Przeglądając stare pendrive’y znalazłem folder ze zdjęciami i filmami, które myślałem, że w zamieszaniu przeprowadzek, pakowania kartonów bezpowrotnie straciłem.

Mój kolega, który od kilku lat mieszka w Melbourne wprosił się kiedyś, żeby przylecieć do mnie do Seulu. W podobny nieplanowy sposób spotkaliśmy się też wcześniej na Fidżi i w Perth i było tak fajnie, że ucieszyłem się, gdy rzucił ten pomysł na tapet. Byłem przyzwyczajony do podróżowania solo, całkiem dobrze odnajduję się w najbardziej egzotycznych miejscach świata, łatwo zapoznając nowych znajomych czy nawet kompanów dalszych podróży. Do tej pory nie spotkało mnie z tego powodu nic nieprzyjemnego, chociaż może kilku freaków by się znalazło, gdyby tak się głębiej zastanowić…. Wracając jednak do kolegi, drewna do lasu wozić nie potrzebuję, ale że J. widuję raz na ruski rok, podobnie jak jak pochodzi z Wrocławia, a towarzyszem podróży jest w punkt, radości nie było końca. Pamiętam, że przyleciał kilkanaście godzin przede mną, zameldował nas w hotelu, dzięki czemu lądując w Seulu o 9 rano nie musiałem czekać na pokój, wieczór wcześniej obczaił dla nas restauracje i bary w okolicy, ogarnął nawet transport publiczny i pobliskie atrakcje turystyczne więc pomoc okazał niezmierną.

Pierwszego wieczoru poszliśmy do malej knajpy niedaleko naszego hotelu w Myeongdong. Na zewnątrz obskurna, kilka plastikowych krzeseł i stołów rozłożonych przypadkiem jakby przez wiatr. Menu całe po koreańsku, za to z obrazkami więc nie musieliśmy się gimnastykować próbując złożyć zamówienie. Prócz typowo wyglądających dań wypatrzyłem zupę z jedwabników.

Na początku się wahałem, ale suma summarum wygrała ciekawość i pół godziny później wylądowała przede mną olbrzymia miska oryginalnej strawy. J. lekko mdliło na widok gdy moja łyżka nieśmiało mieszała i przelewała robaczki w tej dziwnej strawie, ale dzielnie powstrzymywał się od obrzydliwych komentarzy. Smak nie był zły, czułem jakbym jadł coś co przypomina wątróbkę, wióry drewna i papier, nie przeszkadzał mi odgłos chrupiących odwłoków ani widok małych główek. Od co po prostu coś innego. Podobno nie można ich zamówić na każdym rogu, później kolega Koreańczyk mówił mi, że głównie zamawia je starsze pokolenie i miałem szczęście, że znalazłem miejscówkę oferujące to danie.

Opublikowano podroze | Otagowano | 8 Komentarzy