Rangun na pożegnanie, Bangkok na horyzoncie

Wczoraj wróciłem do Rangunu i po popołudniowym zwiedzaniu marzyłem już tylko o jednym – usiąść i nic nie robić. Totalne nieróbstwo. Po kilku dniach nieustannego maratonu: zwiedzania, ciągłego przemieszczania się, godzin spędzonych w samochodzie, lotnisk, przelotów, odpraw i kontroli bezpieczeństwa, zniknął mój entuzjazm a organizm po prostu powiedział „dość”.

Nie chodzi nawet o zmęczenie fizyczne. Bardziej dopadło mnie znużenie powtarzalnością tych dni i presją, żeby zobaczyć jak najwięcej, zdążyć wszędzie i niczego nie przegapić. Do tego zupełnie przejadło mi się już lokalne jedzenie, na sam widok ryżu, ryżowego makaronu, oleju palmowego i piekielnie ostrych dodatków robi mi się słabo. Najchętniej wciągnąłbym teraz porządnego, polskiego schabowego albo mielonego… ale tutaj takich rarytasów próżno szukać.

Wieczór spędziłem więc w hotelu, nigdzie nie wychodziłem. Na kolację zamówiłem kraba w tempurze, do tego lampka czerwonego, cierpkiego lokalnego wina i tak minęła mi reszta wieczoru na spokojnych rozmyślaniach, co będę robił przez najbliższe dni w Bangkoku. Samolot miałem dopiero rano, bez pośpiechu mogłem więc spokojnie zjeść śniadanie, spakować się i dopiero potem ruszyć na lotnisko.

Przez okna auta po raz ostatni patrzyłem na zielone ulice Rangunu, podziwiałem piękne wille, w których mieszkają emerytowani generałowie i zastanawiałem się, czy jeszcze kiedyś tu wrócę. A chciałbym. Bo mimo przejechanych setek kilometrów Birma wciąż ma ogromnie dużo do zaoferowania, a do tego wciąż nie została zadeptana przez masową turystykę. Bardzo mi się tutaj podobało.

Przed wejściem na terminal z moim lokalnym przewodnikiem wymieniliśmy uprzejmości, numery telefonów i obiecaliśmy sobie kontakt. Kto wie, może kiedyś jeszcze skorzystam z jego usług, jeśli znów zawitam do Mjanmy.

Na lotnisku czekał dziki tłum. Dobrze, że przyjechaliśmy trzy godziny przed wylotem, bo kolejka ciągnęła się jeszcze przed samym wejściem. Sprawdzanie paszportów, biletów, skanowanie bagażu… dopiero potem odprawa, karta pokładowa, kolejne bramki bezpieczeństwa i kontrola paszportowa. Summa summarum – na lotnisku wcale nie było czasu na błogie nicnierobienie, zdążyłem tylko wypić szybką mrożoną kawę i już wsiadaliśmy do samolotu.

Do Bangkoku leciałem sam, a właściwie miałem dla siebie całe trzy miejsca. Jedyny minus – siedziałem na samym końcu samolotu, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Nigdzie się nie spieszyłem, a za to nikt obok nie chrumkał, nie mlaskał, nie kaszlał, nie siorbał, nie gadał nad uchem ani nie spał mi na ramieniu. Same plusy.

Wydostanie się z lotniska w Bangkoku poszło błyskawicznie. Gorzej było później, bo wpadliśmy w potężne korki. Tym razem spałem w hotelu w samym centrum i zanim tam dotarliśmy, minęła prawie godzina. Uprzejmy, starszy kierowca próbował mi coś tłumaczyć o płatnej autostradzie, ale ledwo go rozumiałem. Na szczęście dowiózł mnie dokładnie tam, gdzie chciałem. Gdy tylko odebrałem klucze do pokoju, po prostu runąłem na łóżko.

Wreszcie odzyskałem normalny dostęp do internetu i połączeń telefonicznych. Przez prawie dwa tygodnie byłem praktycznie odcięty od świata, a korzystanie z VPN-u dawało mi solidnie w kość. Efekt? Zablokowana bankowość elektroniczna, karta kredytowa, skrzynka mailowa… nawet nie wiem, co jeszcze.

Późny lunch zjadłem w hotelowej restauracji, a potem przejrzałem wycieczki do miejsc w Bangkoku, których jeszcze nie widziałem. Postanowiłem, że jutro pojadę zobaczyć pływający targ i słynny targ na torach.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Kolacja zakończona biegiem

Restauracje hotelowe świecą pustkami, nie dlatego że brakuje gości, ale dlatego, że Mjanmar dusi się w kryzysie. Wszyscy narzekają na rosnące koszty życia, a kraj od lat krąży w tym samym, ponurym rytmie: zamachy stanu, wojna domowa, niegospodarność i brutalne represje. Każda próba wprowadzenia demokracji była systematycznie sabotowana przez wojsko, którego przetrwanie od dekad opiera się na korupcji, przymusie i kontroli nad gospodarką. Ten kryzys widać na każdym kroku: zamykanych restauracjach, pustych hotelach, zaniedbanych sklepach. Ludzie żyją w ubóstwie, a nadzieja na zmianę wydaje się dziś bardzo odległa.

Moja przewodniczka Khin Khin pokazała mi ulicę niedaleko hotelu, dokąd wieczorem mogłem wybrać się na kolację. Zapamiętałem drogę, charakterystyczne punkty orientacyjne i obiecałem sobie, że po południu ruszę tam w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Trafiłem bezbłędnie, zaglądałem po kolei do różnych jadłodajni, ale żadna nie budziła mojego szczerego entuzjazmu. Wiele z nich wyglądało dość smutno, a w środku serwowano głównie wafle, pizzę, frytki, burgery albo azjatyckie „specjały”, które leżały w przeszklonych gablotach i nie wyglądały ani świeżo, ani apetycznie.

Przypadkiem natknąłem się na willę, w ogrodzie siedziała rodzina, wspólnie jedli kolację, grillując owoce morza. Zatrzymałem się na chwilę przy bramie i poczułem ukłucie zazdrości, bo sam nagle nabrałem ogromnej ochoty na coś podobnego. Po chwili zauważyłem kolejną rodzinę, siedzącą na prowizorycznych krzesłach przy małym stoliku, również zajadającą się owocami morza. Patrzyłem na nich z zaciekawieniem, kiedy nagle z z domu wyszedł mężczyzna i łamaną angielszczyzną zaprosił mnie do środka.

Okazało się, że to niewielka restauracja bufetowa, specjalizująca się w mookacie. Mookata to taka popularna w Tajlandii forma biesiadowania, coś pomiędzy grillem a hot potem. Na specjalnej, kopułowej patelni grilluje się mięso, a w rowku wokół niej bulgocze aromatyczny bulion, w którym gotują się warzywa, makaron i owoce morza. Wypukły środek służy do smażenia mięs np. boczku, marynowanej wieprzowiny a tłuszcz spływa do bulionu, nadając mu głębi smaku. Do wyboru było wszystko: cienko krojona wieprzowina, kurczak, wołowina, krewetki, ośmiorniczki, kalmary, kapusta, warzywa i różne rodzaje makaronu.

Zrobiłem trzy podejścia do bufetu! Za każdym razem nakładałem sobie górę owoców morza, warzyw i makaronu, a potem z dziecięcą radością grillowałem swoją kolację. Na koniec podziękowałem właścicielowi za ten wyborny posiłek i ruszyłem w drogę powrotną do hotelu.

Drogę pamiętałem, ale problem polegał na tym, że zapadła już zupełna ciemność, a ulice nie miały żadnego oświetlenia. Szedłem niemal po omacku, aż nagle przypomniałem sobie, że Mjanma słynie z jadowitych węży – żmij, kobr, pytonów birmańskich, a nawet tzw. węży latających. Podobno żyje tu około 150 gatunków węży, z czego blisko 40 jest jadowitych. Wyobraźnia natychmiast przyśpieszyła, ogólnie galop myśli, a każdy kolejny krok w ciemność wydawał się coraz bardziej ryzykowny.

Oświetlałem sobie drogę latarką w telefonie, chodnika nie było, bałem się, że wpadnę do jakiegoś rynsztoka. Liczyłem kolejne zakręty i pagody, wiedząc, że po trzecim skręcie muszę odbić w lewo i wtedy usłyszałem szczekanie. Całą sforę psów. Przypomniałem sobie, że wcześniej widziałem tu bezpańskie psy, wylegujące się w ostatnich promieniach zachodzącego słońca a teraz gdzieś tu biegały i czekały…

Im bliżej podchodziłem, tym głośniejsze było warczenie. Bałem się nawet skierować w ich stronę światło latarki, żeby ich nie sprowokować. W pewnym momencie zatrzymałem się kompletnie i pomyślałem, że chyba nie pójdę dalej, chciałem wrócić i poprosić kogoś, żeby podwiózł mnie do hotelu. Strach był prawdziwy, wróciły wspomnienia z Zanzibaru, gdzie kiedyś nocą na plaży goniły mnie psy i bałem się, że skończy się to dla mnie bardzo źle. Tamto doświadczenie pozostawiło trwały ślad.

Stałem tak kilka długich minut, sparaliżowany, gdy nagle usłyszałem nadjeżdżający motor. Jadący nim mężczyzna nieświadomie odciągnął uwagę psów, cała zgraja pobiegła za nim, ujadając wniebogłosy. Wykorzystałem ten moment, ruszyłem biegiem w stronę hotelu i dopiero tam, bezpieczny, poczułem, jak schodzi ze mnie całe napięcie.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 4 Komentarze

Tam gdzie czas płynie wolniej

Do Birmy chciałem przyjechać od dziecka. Odkąd przypadkiem trafiłem na program podróżniczy: Azjatycka Magistrala. Jeden odcinek poświęcony był właśnie Birmie i pamiętam obejrzałem go jak zahipnotyzowany.

Niegdyś zapomniane i omijane szerokim łukiem, dziś Mjanma – dawniej Birma – powoli, lecz z niezwykłą siłą wraca na mapę marzeń podróżników. To kraj, który potrafi oczarować od pierwszego spojrzenia: złote stupy sięgające nieba niczym drapacze chmur, pradawne ruiny skąpane w porannym świetle, tajemnicze plemiona górskie, dzikie dżungle wciąż kryjące swoje sekrety, spokojne nadmorskie kurorty, sznury mnichów w bordowych szatach i miasta o hipnotyzującej atmosferze – te same, które rozpalały wyobraźnię Kiplinga i Orwella.

Przez długie dekady Birma była krajem zamkniętym, rządzonym przez wojskową juntę i odciętym od świata. Gdy wreszcie uchyliła swoje drzwi, podróżnicy mogli zajrzeć jedynie do kilku wybranych miejsc: zachwycających świątyń Baganu, pływających wiosek na jeziorze Inle, klasztorów Mandalaj oraz Rangunu – dawnej stolicy, pełnej kolonialnych śladów i strzelistych, złotych pagód.

Ale to już przeszłość. Po zniesieniu bojkotu turystycznego ogłoszonego przez Aung San Suu Kyi, Mjanma znów zaczęła przyciągać ciekawskich z całego świata. Przyjeżdżają tu w poszukiwaniu Azji, jakiej już prawie nie ma – autentycznej, niespiesznej, wciąż zanurzonej w rytmie tradycji. Jednocześnie kraj pozostaje pełen sprzeczności: władze nadal kontrolują ruch turystyczny, a wielu odwiedzających zadaje sobie pytanie, czy pieniądze zostawione w podróży nie trafiają do armii oskarżanej o liczne nadużycia.

Ci jednak, którzy zdecydują się tu przyjechać, odkrywają miejsce niezwykle poruszające – kulturę słynącą z życzliwości, zawieszoną pomiędzy dawnym światem a nieuchronną nowoczesnością. Klasztory są sercem birmańskiego życia, a buddyjskie rytuały wyznaczają codzienny rytm nawet w tętniącym zmianami Rangunie. To kraj, który nie krzyczy – on szepcze. I właśnie dlatego zostaje w pamięci na długo.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

W drogę – zanim zdążę się rozmyślić czyli czas na siebie.

W piątek, do samego końca dnia w biurze, krążyła mi po głowie jedna myśl: czy nie powinienem wysłać wypowiedzenia jeszcze przed urlopem. Po rozmowach z kilkoma zaufanymi osobami doszedłem do wniosku, że zrobię to jednak już w trakcie wyjazdu. Mail był przygotowany, papierowa wersja pisma wylądowała w szufladzie – na wszelki wypadek. Nie czuję z tego powodu szczególnej dumy, nie chcę nikomu niczego udowadniać ani triumfalnie trzaskać drzwiami, ale są momenty, w których trzeba pomyśleć o sobie, a nie o elegancji gestu. Pracodawca nie wahałby się ani chwili, nie pytając, czy właśnie nie burzy mi jakiś prywatnych planów. Nie zobaczę więc kilku min w piątek bo zamiast tego stanę przed innym, znacznie przyjemniejszym dylematem: kolorowy drink z parasolką czy bez?

Spakowałem się sprawnie, na rano zamówiłem taksówkę, zapowiadany powrót zimy nie nadszedł, więc i do Warszawy dotarłem bez większych przeszkód. Na locie z Wiednia do Bangkoku wykupiłem miejsce z dodatkową przestrzenią na nogi, licząc na komfort i sen przez całą noc. Tuż przed wejściem na pokład okazało się jednak, że przeniesiono mnie do klasy premium i faktycznie fotel rozkładał się głębiej, jedzenie było lepsze, wino lało się bez skrępowania. Jedyny minus – miejsce w środku. Gdy w nocy wszyscy rozłożyli swoje siedzenia, miałem momenty najczystszej frustracji. Ale w końcu dotarłem – ja i mój bagaż jesteśmy w komplecie.

Jutro rano lecę dalej, do Rangunu. Bangkok przywitał mnie piękną pogodą – gorąco, ale przyjemnie. Hotel wybrałem blisko lotniska, żeby o świcie nie przedzierać się przez zakorkowane serce metropolii. Reszta dnia jest już tylko dla mnie: niespieszny relaks i smakowanie lokalnej kuchni, z książką, bez planu i pośpiechu. Dokładnie tak, jak być powinno na urlopie.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | 3 Komentarze

Kiedy nic się nie dzieje, a wszystko się zmienia

Odkąd po świąteczno-noworocznej przerwie wróciłem do biura, niewiele się działo. Czekając na nowy projekt, przeklikiwałem zaległe szkolenia, wpadałem do biura głównie po to, by zobaczyć znajome twarze, zjeść lunch z ludźmi, których lubię i znów wrócić do domu. Towarzyszył mi ten osobliwy stan zawieszenia – błogi na powierzchni, ale w środku coraz bardziej niepokojący. Nuda potrafi być głośna, kiedy ma się za dużo czasu na przemyślenia. Nikt nie angażował mnie w nowe rzeczy – wszyscy wiedzieli, że za chwilę zaczynam urlop, tkwiłem w dziwnym stanie zawieszenia, który z każdym kolejnym dniem coraz gorzej wpływał na moje samopoczucie.

Wracałem myślami do K. i jej nagłej śmierci, jak łatwo coś się kończy, nawet jeśli nikt nie jest na to gotowy. 

Pogrzeb K., 9 stycznia, przypomniał mi też inną datę – dokładnie dwa lata wcześniej się rozwiodłem. Wysłałem bukiet kwiatów, kilka razy rozmawiałem z V. To, przez co będą przechodzić najbliżsi K. przez najbliższe kilkanaście lat, jest niemal niewyobrażalne. Rodzeństwo najprawdopodobniej zostanie rozdzielone – każde z niepełnoletnich dzieci trafi do swojego ojca, do innego kraju. Najmłodszy syn, jeśli nie wyjedzie do ojca do Irlandii, może zostać decyzją sądu umieszczony w placówce. Dom obciążony kredytem zostanie sprzedany przez bank, a rodzice K. – ukraińscy uchodźcy, bez znajomości języka, uregulowanego pobytu i środków do życia staną przed koniecznością opuszczenia Szwajcarii albo powrotu do Ukrainy – kraju, do którego wciąż trudno wracać.

Na początku stycznia, jakby zupełnie z innego świata, odezwał się do mnie rekruter. Zaprosił mnie do udziału w procesie rekrutacyjnym do szwajcarskiej firmy z branży piekarniczej. Wysłałem cv i podałem zaporowe oczekiwania finansowe. Po pierwszej rozmowie, tydzień później, zaproszono mnie na drugi etap. Okazało się, że znam trzy osoby pracujące w tej firmie, ze wszystkimi miałem okazję porozmawiać podczas interview. Każda rozmowa była jak mały znak na drodze, potwierdzenie, że może jednak idę w dobrą stronę.

Wczoraj był mój ostatni dzień w biurze przed wylotem do Bangkoku. Jeszcze przed dziesiątą rano znalazłem maila w prywatnej skrzynce. Przez chwilę byłem pewien, że to standardowe podziękowanie za udział w rekrutacji. Okazało się jednak, że jest dokładnie odwrotnie…

Nowy rok, nowy ja, nowa praca. Ciekaw jestem jak się w tym wszystkim odnajdę i czy będę zadowolony z drogi, którą właśnie zaczynam.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 5 Komentarzy

Kiedyś mnie to spotkało a dziś patrzę na to inaczej

Wczoraj wieczorem zadzwoniła do mnie koleżanka. Odezwała się w ciągu dnia, z góry założyłem że będzie chciała skorzystać ze sposobności zostanie u mnie na noc, bo będzie odwiedzała Wrocław. Rozmowa szybko zeszła na pracę i wtedy powiedziała mi, że po 21 latach w mojej dawnej firmie zostanie zwolniona. Bez wielkich emocji w głosie, raczej spokojnie, ale było widać, że to jeszcze do niej nie do końca dotarło. Słuchałem jej i miałem wrażenie, że słyszę samego siebie sprzed dziesięciu lat. Dwadzieścia jeden lat w jednym miejscu to kawał życia. Człowiek przyzwyczaja się do rytmu dnia, ludzi, zasad i nagle to wszystko znika i zostaje pustka. Moja koleżanka mówiła o dezorientacji, o tym, że nie wie, od czego zacząć i czy w ogóle pasuje jeszcze do obecnego rynku pracy. To nie były wielkie dramaty, raczej zwykłe, ciche obawy, które pojawiają się same, nawet jeśli próbujemy je odsunąć.
Dokładnie to samo pamiętam u siebie. Po odejściu miałem wrażenie, że ktoś nagle przestawił mi życie na tryb „pauza – pustka”. Dni zrobiły się dziwnie długie, a myśli zaczęły krążyć wokół co dalej? Trzeba było na nowo nauczyć się mówić o sobie, wysyłać cv, umawiać się na rozmowy i choć z zewnątrz wszystko wyglądało w porządku, w środku z tygodnia na tydzień było coraz więcej niepewności.
Powiedziałem jej, że to normalne, bo po tylu latach zmiana nie jest czymś, co da się ogarnąć w tydzień, potrzeba czasu, żeby poukładać myśli, odzyskać pewność siebie i przyzwyczaić się do nowej sytuacji i nie ma w tym nic dziwnego ani wstydliwego.
Dziś, z perspektywy tych dziesięciu lat, mogę powiedzieć, że tamta zmiana wyszła mi na dobre, choć wtedy absolutnie tak tego nie widziałem. Znalazłem inną pracę, nauczyłem się nowych rzeczy i przede wszystkim zrozumiałem, że jedna firma nie definiuje człowieka na zawsze. Doświadczenie zostaje, nawet jeśli zmienia się miejsce.
Koleżanka jest dopiero na początku tej drogi, ma prawo czuć się zagubiona i zmęczona całą sytuacją, ja wiem jednak, że z czasem wszystko zacznie się układać, może inaczej, niż planowała, ale niekoniecznie gorzej. Skoro mnie się wtedy udało stanąć na nogi, jej też się uda.

Opublikowano Brak kategorii | 3 Komentarze

Inny odcień pracy w korporacji

W consultingowym świecie przychodzi czasem dziwny moment, kiedy to tempo codziennych spotkań, prezentacji i deadline’ów nagle zwalnia. Zegar tyka wolniej, skrzynka mailowa milczy, a ty zamiast pędzić z kolejnym projektem, siedzisz na tzw. „ławce”. Z jednej strony brzmi to jak urlop, z drugiej – trochę jak zawieszenie w próżni. To całkiem normalne, choć potrafi człowieka lekko zdemotywować. Oczywiście, w tle zawsze czai się ta ciemniejsza myśl: co, jeśli nowy projekt nie nadejdzie, ale bez paniki – takie okresy zdarzają się każdemu. Czasem rynek zwalnia, czasem projekty się kurczą, a my – konsultanci w stanie spoczynku – uczymy się cierpliwości i tego, że nawet stojąc w miejscu, można wciąż się rozwijać – choć może trochę wolniej i z kubkiem kawy w ręku.

Chodzę do biura, bo muszę – dwa razy w tygodniu, ale prawda jest taka, że właściwie nic tam nie robię. Każdego dnia próbuję nadrabiać zaległe szkolenia, choć w praktyce tylko przeklikuję kolejne prezentacje, szukając choćby złudnego poczucia, że zrobiłem cokolwiek.

W biurze pojawiam się zwykle przed dziesiątą, dzień zaczynam od cappuccino z automatu i obowiązkowych pogawędek z kolegami i koleżankami. Komputer jest włączony, ale maili brak – poza spamem. Nikt mnie nie szuka, nikt niczego ode mnie nie chce, ja też nikogo nie potrzebuję, czy siedzę przy biurku, czy w kuchni, w gruncie rzeczy nie ma to żadnego znaczenia.

Mam sporo czasu na lunch – często naprawdę długi. Czasem przejdę się po galerii, zajrzę do ulubionych sklepów, odwiedzę jakąś wystawę, gdy dopada mnie zmęczenie, wracam do biura, sprawdzam pocztę i zazwyczaj kończy się to kolejną kawą.

Dziś miałem pecha – około czternastej szukała mnie szefowa, chciała czegoś, za co i tak dostałem opieprz, bo nie odpisałem jej natychmiast. Szczerze mówiąc, kompletnie mnie to nie obeszło. Nie spodziewałem się telefonu, a sprawa, z którą przyszła, okazała się kolejną bezsensowną głupotą. Jedyne, czego musiałem wysłuchać, to jej niezadowolenia, że nie odebrałem telefonu za pierwszym razem, bo ona oczekuje reakcji od razu. Na takie podejście szefostwa mam już alergię i coraz mniej mnie to rusza.

Coraz wyraźniej dociera do mnie, że muszę zmienić pracę, bo jeśli nic się nie zmieni, ta bezczynność doprowadzi mnie do szału – jest straszna i działa na mnie bardzo negatywnie.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Zawodowy bezruch miejskiego dżunglera

Zawodowo utknąłem. Tak po prostu. Nie ma dramatu, nieopłaconych rachunków, raty kredytu, syren alarmowych ani szefowej stojącej nad głową z batem. Jest raczej cisza, posucha. Taki moment, w którym wszystko trwa, ale nic się nie wydarza, rozwój – raczej w trybie jałowym. Wyniki i zawodowe sukcesy brzmią jak legenda poprzednich lat.

Projekt, który dostałem w listopadzie, odbił mi się solidną czkawką. Na szczęście zareagowałem szybciej, różowe okulary spadły, a ja poczułem nosem, że coś tu nie gra, walnięta pani dyrektor z Wielkiej Bretfanii, jej nieosiągalne oczekiwania i atmosfera jak przed burzą. Nie trzeba było kryształowej kuli – wystarczyła intuicja i to uczucie, że „coś wisi w powietrzu”.

Zanim doszło do publicznego linczu, zniknąłem z biura na kilka dni. Taktyczny odwrót a po powrocie, spokojnie i bez krzyków, zasugerowałem zmianę roli. Na moje miejsce weszła ona – Grażyna z Grudziądza. Postać barwna, przaśna, mało lotna, za to bezpośrednia, kłótliwa i ewidentnie na wylocie. Dla niej przejęcie moje upierdliwego klienta z całym workiem oczekiwań było jak rzut kością o wszystko. Jej być albo nie być. Ja natomiast nie miałem ochoty kopać się z koniem, udowadniać za wszelka cenę, że klient jest trudny, a pani dyrektor oczekuje czytania w myślach i zgadywania niewypowiedzianych życzeń. Zupełnie nie mój klimat, dlatego pozamiatałem temat, oddałem sprawy Grażynie, zamknąłem drzwi i dla mnie upierdliwy klient przestał istnieć. Grażyna wciąż, od czasu do czasu pyta, co ma robić i odpowiadam jej grzecznie i dyplomatycznie, po czym spuszczam ją na drzewo. Nie moje małpy, nie mój cyrk.

Na zawodowym horyzoncie cisza, chociaż brałem udział w rekrutacji na zewnątrz i był entuzjazm, dwie rozmowy, uśmiechy, magiczne „odezwiemy się” i nastąpiła radiowa cisza czyli klasyk.

I tak na razie odliczam dni do wyjazdu do ciepłych krajów, słońce, luz, nic nierobienie. Po powrocie przyjdzie moment prawdy konfrontacja z zawodową rzeczywistością i decyzja, co dalej, ale to dopiero po powrocie. Na razie w myślach pakuję plecak.

Opublikowano praca | 1 komentarz

Weekend w Krakowie

Od kilku miesięcy razem z bratem planowaliśmy, aby 70. urodziny naszej mamy spędzić inaczej niż zwykle. Chcieliśmy uniknąć scenariusza, w którym spotykamy się we domu przy kotlecie i mizerii albo idziemy do tej jednej, „bezpiecznej” restauracji, akceptowanej przez wszystkich. Marzyło nam się coś bardziej wyjątkowego – dzień, który naprawdę zostanie w pamięci.

Kiedy okazało się, że mogę zorganizować wyjazd do Krakowa, weekend w fajnym hotelu, w innym miejscu i przede wszystkim bycie razem przez trzy dni non stop, pomyślałem: czemu nie? To mogą być naprawdę piękne urodziny dla mamy. Chcieliśmy po prostu spędzić ten czas razem, bez stresu, spiny i odświętnie.

Planowanie zaczęliśmy dużo wcześniej – ja zarezerwowałem hotel, brat zajął się organizacją podróży do Krakowa. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie opóźnienia spowodowane śniegiem i uszkodzeniami trakcji kolejowych. Mimo tych przeszkód w końcu spotkaliśmy się w piątkowy wieczór, na mamę czekał w hotelu piękny bukiet kwiatów, a w prezencie butelka szampana.

W sobotę wybraliśmy się na długi, bardzo przyjemny spacer, zwiedziliśmy podziemny Kraków i po prostu byliśmy ze sobą cały dzień. Wieczorem poszliśmy do naprawdę świetnej restauracji na uroczystą kolację, było bardzo sympatycznie, ciepło i pysznie, jedzenie było znakomite, dokładnie takie, jakie sobie wymarzyliśmy. Właśnie o to najbardziej nam chodziło: wspólny czas, miłe rozmowy i poczucie, że te urodziny są naprawdę wyjątkowe.

Te trzy dni zaskoczyły mnie bardziej niż prognoza pogody. I to nie dlatego, że w Krakowie było zdecydowanie zimniej niż we Wrocławiu, ale dlatego, że ani razu się nie pokłóciliśmy. Zero niesnasek, żadnych słownych przepychanek, nikt na nikogo nie warczał ani dziwnie nie patrzył. Co więcej nie miałem nawet potrzeby ewakuowania się w trybie awaryjnym „byle dalej od rodziny, byle mieć trochę świętego spokoju”.

Kraków przywitał nas mrozem i białymi akcentami, podczas gdy we Wrocławiu śnieg zdążył już przejść do historii. Spacerując po chłodnych ulicach, miałam wrażenie, że to taki mały powrót do prawdziwej zimy – tej z czerwonym nosem i gorącą herbatą w dłoni. To był mój ostatni zimny weekend przed urlopem. Ostatnie czapki, szaliki, ostatnie zmarznięte palce i ostatnie „ale dziś piździ”. Został już tylko tydzień a potem znikam do ciepłych krajów.

Opublikowano Brak kategorii | 9 Komentarzy

Koniec roku 2025

Ostatniego dnia roku zacząłem układać swoje roczne podsumowanie. Z głową pełną wspomnień i z tym charakterystycznym uczuciem niepokoju i ekscytacji. Szczere spisywanie historii i wydarzeń z własnego życia ułatwia mi samopoznanie, wzrost samooceny i dopinguje mnie do zmian. Taka pisemna ekspresja to dla mnie prywatna mapa skarbów, bywa wielce przydana podczas przemiany, bo ułatwia zmianę narracji, daje kopniaka motywacyjnego i pomaga w podbijaniu samooceny. Mogę wracać do myśli zapisanych po dniu, pięciu, miesiącach i dokonać korekty jakiegoś etapu w życiu. Sprawdzać kim wtedy byłem, co mnie bolało a co już dawno przestało.

Dzięki pisaniu mogę śledzić swoje postępy i dostrzegać schematy w swoim zachowaniu i szukać sensownej dalszej drogi życiowej.

Nauczyłem się cieszyć, gdy przyjaciele odwołują spotkanie, zwalniając obie strony z obowiązku życia towarzyskiego. Cieszę się, że zostawiają mnie w spokoju. Gdy słyszę od bliskich, traktujących o mężach i dzieciach, łapię się na tym, że zamiast odczuwać jakiś brak, porażkę, ukłucie „gorszości”, czuję ulgę.

Gdy słucham o wychowaniu lub pracy z neuroaktywną nową generacją z: dysleksją, dyskalkulią, dysortografią czy dysprakcją łeb mi pęka i trudno wynaleźć mi sposób żeby o wszystkim zapomnieć i się zrelaksować.

Im jestem starszy, tym bardziej nabieram przekonania, że jestem jedną z tych osób, którym lepiej jest w pojedynkę. Co więcej potrzebuję bycia samym, żeby rozwijać najlepszą, świeżą zaktualizowaną, wersję samego siebie. Przez wiele lat uporczywie wmawiano mi „normalnie”  to znaczy w parze, według instrukcji i oczekiwań społecznych. Dociera do mnie że marnowanie czasu na żal nie przynosi rezultatów.

Nadal lubię poznawać nowe osoby i nauczyłem się rozumieć, że nie przeszkadza mi czyjeś duże ego o ile dana osoba nie karmi się wykonywanym zawodem, na ten sygnał uczulony jestem jak na pyłki w maju, natychmiast znika zainteresowanie poznawaną osobą.

Szczęście przynosi mnie uczenie się czegoś nowego, obiecałem sobie że co roku będę starał się przyswoić albo nauczyć choćby jednej nowej umiejętności – nie do wszystkiego mam predyspozycje i kompetencje, ale będę próbował zrealizować swój cel…

Tak ostatniego dnia roku zacząłem układać to podsumowanie…

Tuż przed 17.00 w środę, w trakcie szykowania się do wyjścia na sylwestrową domówkę zadzwoniła V. ze Szwajcarii. W drugim zdaniu powiedziała, że przed momentem zmarła K. Trzecia osoba z naszej dawnej szwajcarskiej biurowej ekipy spiskowców. Po tej informacji cały świat zwolnił, sylwester przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Myśli zaczęły krążyć tylko wokół wspomnień, wydarzeń, rozmów, śmiechu sprzed lat i nie byłem wstanie myśleć już o niczym innym.

Opublikowano Brak kategorii | Możliwość komentowania Koniec roku 2025 została wyłączona