Przed urlopem

Od wczoraj trwała gorąca linia z M : nie zapomnij paszportu, pieniędzy, aparatu, zasilacza do komórki, tabletek od bólu głowy, spodni trekkingowych, butów, szalika, płynu do soczewek, zrób check-in, sprawdź czy nie zmieniła się godzina wylotu, kup wino, czekoladki, zabierz kartę kredytową i szalik, parasol bo może padać… istne wariactwo. M. śmiał się tylko, bo wydawało mu się jakbym nigdy nie wyjechał z Berna. Tak samo jak ja, cieszył się z naszych wspólnie zaplanowanych wakacji.

Po pracy zamiast się pakować, walnąłem się na sofę, obejrzałem kolejny odcinek Ameryki Express, która wywołała u mnie sentymentalne wspomnienia a potem pojechałem do chłopaków na Krzycką, znieczulić się lekko przed rozpoczynającym się nazajutrz urlopem.

Chłopaki zaprosili znajomych, co akurat wcale mnie nie zdziwiło, ale ich poziom pozostawiał wiele do życzenia. Zauważyłem, że coraz mniej jestem wyrozumiały i tolerancyjny dla ludzi, z trudem przyszło mi nie nazwać na głos jednego z ich znajomych totalnym debilem.

Budzik nastawiłem sobie na 6. ale obudziłem się przed czasem. Przejrzałem szybko maile, zrobiłem sobie kawy i wyciągnąłem z szafy walizkę do spakowania. Pakowanie szło mi opornie, ale im bliżej było 8, tym bardziej mobilizowałem się żeby ze wszystkim się wyrobić. Uberem dojechałem na dworzec PKP skąd punktualnie 9.17 wyruszyłem do Warszawy.

Pociągi w Polsce nie umywają się może na pierwszy rzut oka do tych w Szwajcarii, ale obsługa, serwis i standard są w miarę podobne. Dostałem swoje wygodne miejsce, mogłem rozprostować nogi, ściągnąć buty, doładować komórkę. Jedynie tylko trochę zmarzłem, bo klimatyzacja działała jak oszalała i za nic nie dała się samodzielnie wyregulować. Z Centralnego na lotnisko dotarłem pociągiem i to nawet za darmo choć nie wiem z jakiej okazji, bo pani w kasie biletowej nie raczyła podzielić się ze mną tą informacją.

Na Okęciu, ponad dwie godziny czekałem na odprawę BA, która ku mojemu zaskoczeniu rozpoczęła się dopiero 120 minut przed planowanym wylotem. Wygwizdało mnie za to porządnie, jechałem w samej koszuli więcej po wyjściu na zewnątrz było mi najzwyklej w świecie za zimno. Trzęsłem się jak osika dopóki nie wyciągnąłem z walizki kurtki.

British Airways lekko zaskoczyło mnie swoim podejściem do obsługi klienta, okazało się że na 15 osób w biznes klasie, jedzenia mieli raptem dla 10, co oznaczało, że 5 osób nie dostało dosłownie nic prócz słownych przeprosin… Ponoć upgrade zrobili w ostatnim momencie co i tak nie wydawało mi się dobrym usprawiedliwieniem. Miły pan steward roznosząc posiłki i napoje obrał niezrozumiały dla mnie klucz, pytając najpierw pasażera w rzędzie pierwszym, potem w trzecim, piątym a potem niespodziewanie drugim. Moja współpasażerka choć podróżowała biznes klasą nie załapała się ani na przystawkę ani na jakiekolwiek danie główne, bo wszystko się ponoć skończyło.

Na weekend zostajemy w Londynie, by w poniedziałek rozpocząć naszą podróż po Irlandii. Szczerze ro nie mogę się już doczekać M. a reszta to tylko zbędny dodatek.

Opublikowano podroze | Dodaj komentarz

Wieczór na Młyńskiej

K. namówiła mnie na kolację na Młyńskiej 12.
Kamienica z wyglądu przypominała pieczołowicie odnowione warszawskie kamienice przy Poznańskiej czy Hożej, piękne, odnowione eleganckie fasady i elewacje, klimatyczne oświetlenie, piękne bramy wejściowe. W środku przestronna recepcja, połyskujące marmury, kryształowe żyrandole, wszędzie dominująca czerń i biel i sterylna czystość. Restauracja The Time całkiem spora i po brzegi wypełniona gośćmi, jedzenie dobre, nie odstające od tego co wyobrażaliśmy sobie o tym miejscu.
Kelnerka zaproponowała nam, żeby przed wyjściem zajrzeć jeszcze do mieszczącego się na 4 pietrze budynku cocktail baru „12 coctails”.
Ledwo tam weszliśmy, wystarczyło nam jednego spojrzenie na bar, potem na siebie i od razu wiedzieliśmy że trafiliśmy do raju! Barman podał nam karty na widok, których tylko się uśmiechnęliśmy: my kart nie potrzebujemy proszę pana – spojrzeliśmy ma siebie porozumiewawczo.

Oba autorskie koktajle bardzo dobre, zarówno te na whiskey, jak i na ginie. Dostałem nawet do spróbowania 15-letniego irlandzkiego Redbreasta. Ktoś mógłby zarzucić nam, że to przesada balować na dzień przed weselem, ale akurat to wyjście miało walor edukacyjno-poznawczy. W pewnym momencie barman zapytał K. czy miałaby ochotę spróbować koktail z miechunką. My tacy obyci – światowo i barowo a zupełnie nie wiedzieliśmy o czym on mówi. Myślałem nawet, że robi sobie z nas jaja, bo o takim owocu nigdy nie słyszałem, dopóki nie pokazał nam żółtej wisienki, która smakiem przypomina ni to agrest, ni to gorzką pomarańcze, ni to kiwi. Oczywiście, że znam tę jagodę peruwiańską zwaną, złotą jagodę Inków, ale że po naszemu to miechunka nigdy bym się nie domyślił.
Barman widząc naszą konsternację a potem rozbawienie zaproponował kolejny koktajl z … męczennicą jadalną. Oboje z K. zaczęliśmy rechotać, potem pojawiły się łzy i smarki, bo przecież nie ma czegoś takiego no i znowu wpadka, bo to polska nazwa marakui.

Poznań to miasto doznań.

Opublikowano podroze | Otagowano | Dodaj komentarz

Poznań miasto doznań?

Chciałbym napisać że siedzę dziś w biurze i ostro pracuję – ale wczoraj wieczorem padł mi komp, tak poraz kolejny, że przestałem nawet już liczyć który to był raz –  ale widać chyba nie jest mi dane przemęczyć się pracą. Planowałem popracować dziś rano z domu, nim wyjadę do Poznania, zamiast tego mogłem wylegiwać się w łóżku do 9.

Razem z M. myślimy już głównie o urlopie i o tym, jak spędzimy nasz tydzień w Irlandii. Obaj słońca i afrykańskich upałów mamy dość, stąd pomysł Zielonej Wyspy a plaże i opalanie zostawiamy sobie na kwiecień przyszłego roku.

K. zaprosiła mnie na wesele swojego kuzyna więc jadę na weekend do Poznania. Jak mówią Poznań miasto doznań więc wziąłem sobie hotel w centrum i zamierzam wrócić do domu zrelaksowany i spełniony.

Na początek pociąg miał 40 minut opóźnienia, nim dojechaliśmy do Poznania było już 90. Wyjście z dworca nie było rzeczą najprostszą, dworzec w remoncie, miasto rozkopane, pobłądziłem trochę nim udało mi się znaleźć wyjście którego szukałem.
Na szczescie nie padało, do Andersii poszedłem pieszo robiąc sobie miły spacer.

Z K. umówiliśmy się w The Time na jedzenie więc do 20. mam fajrant.

Opublikowano podroze | Dodaj komentarz

urodziny K.

Dziewczyny sprawiły mi nie małą niespodziankę przylatując ze Szwajcarii na moje urodziny.
Kiedy było już po wszystkim, poczułem się trochę zobligowany ich gestem, bo teraz wypadałoby spróbować odwdzięczyć się tym samym lub chociaż czymś w miarę porównywalnym.
V. szybko postawiła sprawę jasno, że nie da rady spotkać się w Amsterdamie, bo dom, bo dzieci, bo mąż na wyjeździe, bo zmęczenie i po mimo wielu próśb nie dała się przekonać do żadnego szalonego pomysłu.
K. zareagowała za to bardziej spontanicznie i z nieukrywaną radością przyjęła wiadomość, że będę w Szwajcarii. W rozmowach przebąkiwała coś o kolacji w Rialto albo w Allegro, ale nic konkretnego nie pojawiało się w jej planach. Kilka dnia przed jej urodzinami zjechałem pół Wrocławia, żeby sprawić jej jakiś właściwy prezent co nie było łatwe – trudno wybiera się prezent komuś, kto ma już wszystko. Dzięki temu jednak zrobiłem prawdziwy maraton po wrocławskich centrach handlowych i galeriach, wiem co gdzie kupię więc wysiłek się opłacił, na przyszłość będzie jak znalazł.
M. pracował przez cały mój pobyt w Bernie, zostawały nam tylko wspólne poranki, popołudnia kiedy miał przerwę oraz wieczory, kiedy późno w nocy wracał zmęczony do domu. Jak na razie dzielnie znosi tę naszą rozłąkę, choć zaskoczył mnie trochę pytaniem co by było gdyby sprowadził się za mną do Polski.
W dniu przylotu, jeszcze tego samego wieczora spotkałem się w nowo przerobionym NordSud na drinku z K. Przez telefon opowiedziała mi o swoich problemach z hipoteką na dom i tym jak bardzo przejmuje się faktem że D. nadal nie pracuje. Gadaliśmy wcześniej przez telefon prawie godzinę, próbowałem ją pocieszyć, ale nie bardzo mi to wychodziło. Zapewniałem ją tylko o jednym, że odkąd ją znam przy jej szczęściu z każdej opresji zawsze wychodzi obronną ręką i nieustająco ląduje bezpiecznie na czterech łapach.
W piątek rano zadzwoniła, że ma pomysł a kiedy z jej ust pada słowo „pomysł” należy się bać. Wymyśliła że swoje 40. urodziny chce spędzić w Aquabasilea, z dziećmi, narzeczonym i gronem znajomych. Pomysł wydał mi sie lekko absurdalny, ale z drugiej strony to były jej 40. urodziny i nawet jeśli chciałaby tego dnia skakać na bungee albo pływać w lodowatej Aarze nic mi do tego. Przeklinałem ten jej pomysł pod nosem kiedy godziłem się dojechać do Bazylei, przez cały czas robiąc dobrą minę do złej gry. Na szczęście z pomocą przyszli niezastąpieni w takich sytuacjach Szwajcarzy i ich cudowna mentalność: najpierw ochoczo zapowiedzieli się na urodzinach, ale gdy wyszło co się tak naprawdę szykuje, szybko odwołali swoją obecność. K. nie miała wyboru, musiała skapitulować i zaprosiła wszystkich do siebie do domu do Wabern. Pod koniec wieczoru przyznała mi rację, że przy takich okazjach nie zawsze chodzi przecież o to, żeby było glamour, ważne by tego dnia nie być samemu i spędzić dzien w gronie najbliższych nam osób.

W niedzielę spotkałem się w Kornahauskeller z M. Tradycji stało się zadość, wypiliśmy kilka piw, przy okazji opowiedział mi co słychać w eB i co nowego im się szykuje. Nie wiadomo tylko czemu pozwoliłem mu dać się zaciągnąć do następnego baru, po wyjściu z którego zmuszony byłem wracać do domu pieszo, bo czułem się naprawdę źle. Mój M. popukał się tylko w czoło, kiedy dowiedział się, że wracałem do domu wzdłuż Aary, praktycznie po ciemku i że nie wpadłem po drodze do rzeki.
Samolot do Warszawy miał prawie 3 godziny opoznienia, spoźniłem się na połączenie do Wrocławia przez co musiałem zostać przez noc w Warszawie i nocować w hotelu na lotnisku. Po 1. położyłem się do łóżka na kilka godzin, żeby zdarzyć na pierwszy samolot o 7. Przez cały dzień wyglądałem w biurze jak zombie.

***
K. zadzwoniła dzisiaj wieczorem, że problem hipoteki i brakujących 300tys franków właśnie się rozwiązał. Zawsze powtarzałem, że przecież ona jest w czepku urodzona.

Opublikowano emigracja, podroze, Szwajcaria | Dodaj komentarz

Weekend w Bernie

Lubię wracać tam gdzie byłem i zawsze czuję się tutaj jak w domu, choć sama Szwajcaria działa mi raczej na nerwy. W sumie M. uświadomił mi dlaczego tak jest, przecież mieszkałem tutaj 10 lat, to więcej niż w swoim mieszkaniu we Wrocławiu.
Mam swoje ulubione miejsce na sofie w salonie, trochę już wygniecione od siedzenia w tej samej pozycji, swój ulubiony pled, którym przykrywam się w chłodne wieczory, miejsce w szafie z równo poukładanymi rzeczami, moje ulubione przedmioty, obrazy, fotografie, wiem gdzie w szufladach znajdują się talerze, kieliszki, miski, otwieracz do butelek albo worki na śmieci. Ten dom pachnie nami: M, jedzeniem, owocami, poranną kawą, często deszczem i zapachem lasu. Brzmi hałasem bachorów dochodzącego z placu zabaw położonego niedaleko przedszkola, porannym odgłosem piania kur i ryczenia osła, bzyczenie os, porannej śmieciarki i dzieci sąsiadów odwiedzających ojca w każdy weekend. Mam tutaj swoją ulubioną stronę łóżka i kubek w którym piję poranną kawę, balkon sąsiadów których podglądam gdy krzątają się po mieszkaniu.

Opublikowano podroze, Szwajcaria | Otagowano , | Dodaj komentarz

Jeszcze goście

Ostatni goście przylecieli teraz, J. zawsze dotrzymywała słowa poza tym zarezerwowała bilet na samolot do Wrocławia dokładnie następnego wieczoru po naszym spotkaniu w Bernie. Obiecałem odebrać ich z lotniska i tak zrobiłem. Postarałem się, żeby bezpiecznie dotarli do hotelu, nie padli ofiarą nieuczciwego taksówkarza czy innych nieprzyjemności. Szczerze to myślałem, że wsadzę ich do taksówki i tyle, ale odwiozłem ich donośnego hotelu a oni w rewanżu zaproponowali drinka. Poszliśmy do MaxBaru na jednego a potem do następnego, w końcu zachciało nam się wina a potem jeść więc wieczór skończył się wspólną kolacją. A. opowiedział mi, jak wyglądają redukcje i szukanie oszczędności w Intelu. Odkąd firma postanowiła pozbyć się biura z dnia na dzień wszyscy wylądowali na home-office – włącznie z nim – ale zachowali przy tym swoje pensje.
Zniechęciło mnie to do chęci powrotu do Szwajcarii.

Opublikowano podroze | 2 Komentarze

Weekend w Szwajcarii

Nie było mnie w Bernie raptem półtora miesiąca a zgubiłem się na dworcu. Nie potrafiłem dojechać do B. W związku z remontem ulic zmienili trasę autobusu nr 10, wpadłem w lekką panikę, bo nie potrafiłem znaleźć przystanku komunikacji miejskiej by dojechać do Ostermundigen. Poszedłem pieszo w kierunku Zytglogge, szybko się zgrzałem, dał o sobie znać upał o którym wspominał M. W autobusie tłum, 3 niepełnosprawnych na wózkach, dwie kobiety z dziećmi w wózkach, ciągle ktoś musiał wysiadać próbując zrobić miejsce dla kolejnych wsiadających. W Polsce niepełnosprawni nie wychodzą z domów, bo krawężniki są odpowiednio wysokie, przy schodach brakuje ramp podjazdowych, wszystko wydaję się być skonstruowane aby utrudnić im życie. Byłem zły na siebie o tak okrutne myśli, ale rzuciłem to na karby wysokiej temperatury która panowała wewnątrz pojazdu.
B. opowiedziała mi co dzieje się w biurze, po latach centralizacji stanowisk i procesów przyszła nowa dyrektywa z San Jose, ludzie zaczęli tracić stołki w Szwajcarii i nakazano im powrót do macierzy. Jedni wrócili do Stanów, inni wyjechali do Seulu czy innego Puerto Rico albo zgarnęli pakiet i na razie zupełnie zrezygnowali z jakiejkolwiek pracy. Nawet D. odeszła, postanowiła się przebranżowić i zajęła się modnym ostatnio coachingiem i szkoleniami. Trochę to śmieszne, bo nie pracuje tam już od tylu lat a wciąż żywo interesuje mnie co słychać na starych śmieciach.

Udało mi się spotkać z V. i W. Z pierwszą poszliśmy na kawę do Loeb, z drugą na lunch do Molino. Temperatury panowały zabójcze, na dodatek w związku z remontem torów nie jeździły pociągi w kierunku Tiefenau, stąd trasę dom centrum pokonywałem pieszo albo zastępczym busem. Plus dla Szwajcarów, że autobus był za darmo więc przez kilka dni poruszając się na trasie dom-centrum zaoszczędziłem sporo kasy.
Spotkaliśmy się z M. u notariusza, poczciwy pan jako jedyny odpowiedział na mojego maila. Zorganizowałem spotkanie przez jego sekretariat, podpisaliśmy wszystkie dokumenty, stało się zadość szwajcarskim wymaganiom, żeby móc wypłacić oszczędności z banku.

W czwartek M. odesłał wszystkie dokumenty, a w piątek po południu pieniądze znalazły się już na moim koncie czyniąc mnie bardzo szczęśliwym człowiekiem.

Opublikowano podroze, Szwajcaria | Otagowano , , | Dodaj komentarz