Bukareszt

Długi weekend spędzam w stolicy Rumunii. Planowałem polecieć kilka tygodni temu, ale wypadek wymusił na mnie zmianę planów. Żeby zupełnie nie przepadł mi bilet i hotel zmieniłem rezerwacje na połowę sierpnia. Samolot wyleciał o zabójcze wczesnej porze 5 rano, kilka godzin przemęczyłem się w Warszawie by w południe wylądować na lotnisku Otopeni. Mój stary kierowca ucieszył się widząc mnie tutaj znowu, od lat wysyła mi życzenia na święta, śmiejąc się że ciagle zmieniam numer telefonu i już nie nadąża który jest aktualny. Miasto się zmieniło, niektóre znane miejsca przestały istnieć inne zmieniły właścicieli, charakterystyczna architektura kamienic wciąż cieszy oko tak samo jak widok młodych Katarczyków wystających przed kasynem i prowadzącymi się z prostytutkami.

Gdzieś kiedyś usłyszałem że stolica Rumunii to laboratorium architektonicznych zbrodni. Przewodnicy oprowadzający zagranicznych gości po Bukareszcie zawsze mają ten dylemat: pokazać Lipscănię czy nie? To w końcu ichniejsza starówka, ale czy ruina może mieć jakąkolwiek wartość turystyczną? Stan większości międzywojennych budynków jest zatrważający. Wielu nie da się oglądać, gdyż służą za stelaże ogromnych billboardów. Większość interesujących obiektów oznaczono czerwonymi tabliczkami informującymi o pierwszym stopniu zagrożenia sejsmicznego. Nasuwa się pytanie czy cokolwiek wartościowego tu jeszcze pozostanie? Bukareszt to taka hybryda złożona z porozrzucanych fragmentów kilku różnych miast. Zawieszony kulturowo pomiędzy Stambułem, szczyptą Paryża i głęboką komuną Bukareszt ma cechy zarówno zachodnioeuropejskiej metropolii, jak i chaotycznego tureckiego miasta.

Nie zapomnę kiedy pierwszy raz zobaczyłem co się tutaj wyprawia, kiedy grupa młodych Arabów przylatuje z Kataru na weekend. Wszedłem któregoś dnia do hotelu gdzie w lobby tłoczyła się cała grupa młodych mężczyzn, dziwnie przaśnie ubranych za to w same markowe ciuchy, głośno się zachowywali żeby nie powiedzieć, że jak jakieś bydło przyjechało. Nagle do lobby weszła piękna, bardzo atrakcyjna blondynka, elegancko ubrana, pachnąca, pokiwała porozumiewawczo a panowie jak jeden mąż rzucili się w jej stronę. Rozdawała im jakieś karteczki, pomyślałem że to ktoś sławny oferuje fanom autografy.

Pani z recepcji odwróciła się do mnie, przeprosiła za zamieszanie, skomentowałem, że rozumiem fanów, czasem każdy wariuje jak spotyka swojego idola znaną aktorkę albo celebrytę. Pani uśmiechnęła się, puściła mi oczko i skomentowała: – tak, to nasza „lokalna” celebrytka…

Agencje towarzyskie mają się bardzo dobrze w Bukareszcie, zwłaszcza gdy pojawiają się naiwni wygłodniali bliskości za to bardzo bogaci młodzi panowie z Bliskiego Wschodu.

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

praca

Wielkie korporacje, na których z jednej strony wiesza się wszystkie wyzwiska, odmawiając humanizmu albo krytykuje się za twory niezdolne do wykorzystania ludzkiego potencjału i kreatywności. Mocno zhierarchizowane, bezduszne, z rozbudowanymi procedurami, zasadami i regulaminem na wszystko, wykorzystujące kapitał ludzki do cna.

Wiele osób ucieka z tego systemu w poczuciu bezsilności, sfrustrowania, zmęczenia, zagubienia i wyssania energii. Odchodzą szukając autonomii, pragnąc przestrzeni dla własnej indywidualności jak najbardziej optymalnej dla siebie.

Korporacje tworzą ludzie, oni w nich pracują. Z korporacji pochodzą dobre rozwiązania i praktyki, które stają się trendem i wzorem. To korporacje mogą eksperymentować z nowymi ideami, bo mają do tego zasoby: ludzi i pieniądze. Mniejszych organizacje nie stać na ponoszenie ryzyka. Łatwiej jest im zawsze naśladować sprawdzone rozwiązania.

Sam jestem człowiekiem korpo. Czytam o bezdusznych korporacyjnych o stereotypach i zwykle to po mnie spływa. Male firmy nieustannie dążą, by do korporacji wbić się ze współpracą. Jasne, że tak bo korporacje są wypłacalne i mogą dużo zapłacić. Kontrakty zawsze są tłuste.

Szkoły zarządzania uczą biznesu opisując praktyki korporacyjne. Sprawdzone w boju. Odwrotnie to nie działa. Nikt na uczelniach nie wymyśla zarabiania. Nie tam powstają firmy.

Istnieje druga strona wielkich firm: praktyki dobrego działania, skuteczności, ryzyka w innowacjach, stabilności finansowe i całej rzeszy super mądrych fantastycznych ludzi, którzy spełniają się, mają frajdę z pracy w takiej strukturze. To oni tworzą mikrospołeczności w ramach całej skomplikowanej struktury. Hierarchia struktury ma wady, jest upierdliwa, ale zapewnia przewidywalność i stabilność, eliminując błędy. Od każdego człowieka zależy ile życzliwości wniesie w swoją pracę. I bardzo często wnosi. Bo żaden system nie wymaga wprost, aby być bezwzględnym i nieludzkim.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Się pracuje

W pracy kolejne zmiany. Szefostwo programu postanowiło przyjrzeć się zespołom i ludziom które w nich pracują i na początku lipca ogłosiło że niedługo zaproponują zmiany. Tak się i stało, wywalili mojego turbana z Indii, który od początku uprzykrzał mi życie telefonami o dziwnych porach i jeszcze dwóch innych Hindusów. Turban od razu po ogłoszeniu zmian zadzwonił do mnie, żalił się, próbując wybadać jak się czuję i co my teraz zrobimy. My? No u mnie nic się nie zmienia, dostałem nową rolę i dodatkowe obowiązki. Widząc że nie trafił na podatny grunt do wylewania gorzkich żali szybko zakończył naszą rozmowę i się rozłączył. Z Hindusami nikt nie chce u nas w programie pracować, komunikacja z nimi nigdy nie należy do prostych i lekkich, bo człowiek zawsze musi główkować co Rawindra Kumar czy inny Radżundrip chce powiedzieć bo oni nie potrafią normalnie zapytać albo poprosić zawsze musi to być okraszone przedziwnym słownictwem i wyrażeniami: revert back, prepone, it’s raining outside, doing the needful, what time do you close your shop today? – ile razy słyszę lub czytam podobne wyrażenia wiem że nadawca pochodzi z Indii. Dziwnie rozumieją opisywane problemy, jakoś tak interpretują inaczej. Że ja o jednym, oni niby o tym samym, ale jednak obok i ich rozwiązania są na zasadzie obchodzenia problemu, co jednak nie jest rozwiązaniem

Regularnie pojawiam się w biurze, bo praca w upały najlepiej wychodzi mi w pomieszczeniu klimatyzowanym. Dziś ostatni dzień przed weekendem. Byle do 16.30…

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Anegdotki

Dwa tygodnie po wypadku na twarzy praktycznie nie ma śladu zadrapań, to co zostało udaje mi się ukryć więc na ulice tudzież do ludzi, śmiało mogę wychodzić. Lekko zacząłem utyskiwać na lewą stopę, coś tam spuchło w kostce dlatego umówiłem się na wizytę u ortopedy. W tygodniu albo nie było wolnych miejsc albo byłem mocno zajęty, dlatego bezpiecznie wybrałem termin na sobotę rano. Wizytę umówiłem i potwierdziłem przez aplikację, dlatego sobota punkt 9:45 zjawiłem się w wybranej placówce. Miła pani w rejestracji spoglądając na mój dowód tożsamości nagle oznajmiła, że wizyta jednak się nie odbędzie: – Pan doktor nie będzie mógł Pana dziś przyjąć, przepraszam, nie zdążyłam do Pana zadzwonić ani wysłać maila. Przepraszam to stało się tak nagle… Obruszyłem się trochę, bo specjalnie fatygowałem się na drugi koniec miasta podporządkowując sobotni poranek właśnie tej wizycie. – Pan doktor źle się poczuł, odwołał wizyty – kontynuowała. – A nie ma innego ortopedy, który ma dziś dyżur? – próbowałem znaleźć rozwiązanie. W tym czasie podeszła jej koleżanka, z równie zafrapowana miną. – Przepraszamy, naprawdę to wyszło tak niespodziewanie, nie zdążyliśmy, nie ma nikogo innego kto mógłby przejąć pacjentów pana doktora. Możemy umówić Pana na inny termin? Obie panie zaczęły wić się jak węgorz na zmianę przepraszając i próbując przekonać mnie do innego terminu wizyty. – Nie ma dziś innego ortopedy, nawet w innej placówce? – nie dawałem za wygraną. – Pan doktor zasłabł dziś w czasie dyżuru, leży w ambulatorium, przepraszamy, naprawdę mamy związane ręce, nie ma nikogo kto mógłby go zastąpić… Poddałem się, na koniec próbowałem załagodzić całą sytuację. – …ok rozumiem, zdarza się, złośliwość rzeczy martwych… – i w tym momencie zobaczyłem bardzo zdziwioną minę recepcjonistki, kopara jej opadła. Złapałem się w myślach co palnąłem. – To ja już lepiej się zamknę i nic nie będę mówił – skwitowałem. Pani próbowała obrócić to w żart: – Ja wiem co Pan ma myśli. Wyszedłem z budynku śmiejąc się z siebie jaki z człowieka czasami jest debil.…

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

37/75

Na fali chęci bycia nie tylko zabawnym, przystojnym i szlachetnym mężczyzną, ale także ambitnym w nieustannym podnoszeniu własnych zawodowych kwalifikacji tudzież chęci powrotu do szkolnej ławy, spowodowanych głównie przedłużająca się pandemią i koniecznością pracowania z domu, podjąłem się studiów podyplomowych. W tzw. międzyczasie wykładów na uczelni wyższej w Sopocie i dodatkowo wziąłem się jeszcze za szkolenia kończące się otrzymaniem międzynarodowych eksperckich certyfikatów. Po co angażować się w jedną rzecz, jak można przecież dokoptować sobie kilka naraz i mieć z tego na koniec cudowną masakrę…

Ten, kto kiedykolwiek interesował tematem certyfikatów wie, że certyfikowanie się to cała szopka, wymaga kursów, studiowania, a na koniec zdania akredytowanego egzaminu i dodatkowo wyzbycia się sporych pieniędzy, żeby taki papier otrzymać. Mój poprzedni pracodawca, choć bardzo niezorganizowany, na doszkalanie akurat nigdy funduszy nie żałował. Zanim od niego odszedłem wycisnąłem z niego połowę czesnego na studia MBA oraz dwa akredytowane szkolenia po kilka tysięcy złotych każde. W zeszłym roku skończyłem studia, zdałem Prince‘a a na fali entuzjazmu, że tak dobrze sobie poradziłem na dokładkę rozpocząłem kurs z zarządzania ryzkiem. Kurs ten ukończyłem, gorzej było z przystąpieniem do egzaminu, bo niespodziewanie skończył mi się zapał, ale na zdanie jego miałem całe dwanaście miesięcy. Przed nowym rokiem na lodówce, wielkimi literami zapisałem sobie MoR i codziennie popijając poranną kawę patrzyłem i planowałem w głowie, od którego tygodnia przysiądę, aby podejść do egzaminu. I tak w błogim stanie planowania zeszło mi całe 51 tygodni. 20 lipca mijał ostatni dzień, kiedy mogłem przystąpić do egzaminu, inaczej musiałbym rozpocząć cały kurs od początku i tym razem już z własnej kieszeni wyłożyć kolejnych parę tysięcy. W zeszły piątek zapisałem się na egzamin, termin wtorek wieczór, akurat na dzień przed utratą ważności kursu. Przez weekend przysiadłem do materiałów, notatek i zamiast wyjść na rower, czytać ciekawsze książki albo eksplorować Netflixa przez kilka dnia raczyłem się specjalistyczną terminologią skutecznego zarzadzania ryzkiem, tolerancją na ryzyko, pryncypiami, metodologią, diagramami przyczynowo skutkowymi w kroku Identyfikuj Ryzyko a na deser modelami probabilistycznymi i drzewkami prawdopodobieństwa. Dwa dni wyciągnięte z życia na zgłębianie straszliwych nikomu niepotrzebnych i mało interesujących pierdół.

Wczoraj, kilka minut przed 19. zalogowałem się na portal egzaminacyjny. Cała administracja egzaminu odbywała się w języku angielskim, należało potwierdzić tożsamość oraz spełnić podstawowe wymagania techniczne pt. sieć, kamera i mikrofon. Miły pan egzaminator oznajmił mi, że ma za słaby streaming w kamerze, więc niestety nie będę mógł jednak przystąpić do testu. Próbowaliśmy jeszcze sprawdzić dostęp przez inne urządzania, ale dupa blada nic nie działało. Wykurzyłam się, ale później stwierdziłem, że chyba sobie jednak odpuszczę, w końcu miałem na to cały rok i tak mi się szczerze nie chciało, że na grzyba mi kolejna laurka, lepiej będzie jak się zrelaksuję. Próbowałem nawet skombinować inny laptop od kogoś ze znajomych, ale jak na złość wszyscy na wyjazdach albo nie mają. Poddałem się i na chwilę zapomniałem o wszystkim.

Przed pójściem spać jednak coś mnie tknęło, zacząłem grzebać w ustawieniach swojego laptopa, usuwać niektóre programy zabezpieczające, reinstalować sterowniki kamerki internetowej, suma summarum naprawiłem. Było grubo po północy jak zapisałem się na egzamin o 6 rano. Spałem krótko, obudził mnie przeraźliwy dźwięk budzika, zwlokłem się z lóżka przypominając zombie, zrobiłem sobie kawy, włożyłem byle jaki ciuch i punktualnie 5:50 zalogowałem się do portalu egzaminacyjnego. Pani już na mnie czekała, wyjaśniła mi reguły: egzamin testowy, złożony z 75 pytań w tym 5 pytań niewpływających na wynik egzaminu, czas trwania godzina, próg zaliczenia 35 poprawnych odpowiedzi, no i rzecz jasna brak pomocy dydaktycznych. Zrobiłem wcześniej 2 inne testy, wiedziałem jak skonstruowane są pytania i mniej więcej czego się spodziewać. Zaskoczyli mnie. Po 30 minutach byłem na 22. pytaniu i naszło mnie zwątpienie, czy aby na pewno to był dobry pomysł, żeby się tego podejmować. Zaczęły mi się mieszać pojęcia, po kilka razy musiałem czytać pytania, bo ich konstrukcja zdawała się niejednoznaczna, parę razy złapałem się za głowę pukając się w czoło ”ale o co chodzi?”. Na 10 minut przed końcem czasu byłem raptem na 50 pytaniu. Przejrzałem tylko na szybko ostatnie 25 pytań i zacząłem zgadywać odpowiedzi. Czas upłynął. Egzamin dobiegł końca. Wyniki pojawiły się po krótkiej chwili. 37/75

Opublikowano Uncategorized | 20 Komentarzy

ciało czyli pojazd, którym podróżuję przez życie

Wydarzenia ostatnich tygodni dają mi do wiwatu i regularnie spędzają sen z powiek. W całej sytuacji pozytywne jest to, że w końcu nadeszła refleksja jak bardzo chciałbym by moje ciało, mówiąc metaforycznie, dopasowane było do tych wszystkich widoków jak na wakacyjnej pocztówce. Zaniedbałem się. Większość życia spędziłem w nie do końca dobrej komitywie z samym sobą, teraz mam wrażenie jestem bardziej kompatybilny, wyżej zawiesiłem sobie poprzeczkę, a raczej z pewnością wyżej niż kiedyś. Dieta zawsze była dla mnie pewnego rodzaju utrapieniem, teraz robienie czegoś dobrego dla siebie na dobre funkcjonuje w mojej głowie. Zawsze dbałem głównie o głowę, bo tam snują się plany i marzenia, w myślach ochrzaniam siebie, rozmawiam ze sobą. Do tej pory ciało tylko omiatałem wzrokiem. Muszę przyznać, że i tak moje umęczone ciało dało radę przez te wszystkie lata, funkcjonowało dobrze po mimo tego czemu było poddawane przez ponad 35 lat. Nie katuję się jednak i nie żyłuję.

Okrutnie spadła mi odporność, często czułem się zmęczony, chory i rozbity, notorycznie łapałem jakieś wirusy, źle sypiałem, przybrało mi się na wadze, twarz zrobiła się ulana i opuchnięta. Od maja regularnie chodzę po lekarzach specjalistach, robię badania. Widoczne efekty dwuletniego okresu pracy z domu zmusiły mnie, aby zmienić nawyki żywieniowe, ograniczyć napoje wyskokowe i więcej się ruszać.

Pechowo, ostatnie urodziny w efekcie wypadku zamiast w Estonii, spędziłem na SORze, a zaplanowany urlop zamieniłem na L4. Dziś wróciłem do pracy, ale niespodziewanie odezwała się kontuzja stopy i znowu muszę do lekarza. Dziadzieje i zaczynam się sypać – jakąś masakrę zaliczam ogólnie.

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

Anegdotki ostatnich dni

Z sąsiadami z zasady żyję w zgodzie, jednakże nie fratelizuję się, nie odwiedzam i nie wpadam pożyczać soli, jajek, zapałek czy przysłowiowej szklanki cukru. Zawsze mówię tudzież odpowiadam na dzień dobry. Czasami odbieramy za siebie paczki od kuriera, ale to bardzo rzadki wyjątek. Ci bardziej charakterystyczni zawsze mają u mnie jakieś przezwiska: pani Burkowa – bo ma psa Burka, Baryłkowie – bo cała rodzina jest w rozmiarze xxl, Ciapciusie – bo są niegramotni, Denis Penis – bo rym sam ciska się na myśl, pan Jebadełko – bo wiecznie nachodzi żonę w łazience. Mam też sąsiada, mieszka z żoną oraz dzieckiem piętro nade mną. Wysoki, atrakcyjny z wyglądu, wysportowana sylwetka, lekko cichociemny, nie wiem czy kala się jakąkolwiek pracą, bo nigdy nie widziałem, aby gdzieś rano wychodził, lubi styl sportowy, spodenki, t-shirty, słoneczne okulary i klapki. W tych klapakach widuje go nieustannie od wiosny do jesieni, nic więc dziwnego, że nazwałem go pieszczotliwe Pan Klapek. Ostatnio na inspekcje wpadła do mnie rodzicielka. Niespodziewanie ktoś zadzwonił do drzwi, bylem zajęty, poprosiłem ją żeby otworzyła drzwi: „Piotruniu, Pan sąsiad Pan Klapek do ciebie”. Musiałem się tłumaczyć, że matka pomyliła go z kimś innym.

Opublikowano Uncategorized | 9 Komentarzy

Z wizytą w kościele

W niedzielę rano odbyło się bierzmowanie młodej. Wśród wszystkich równolatków przystępujących do tego kościelnego sakramentu siostrzenica M. odznaczała się dojrzałością, strojem, wzrostem no i bezsprzecznie wagą. Pomimo nieznośnej temperatury panującej na zewnątrz wbiłem się tego dnia w spodnie i koszulę. Pod kościół podjechaliśmy lekko spóźnieni, bo trudno było znaleźć nam miejsce do parkowania. Mama M. dotarła dużo przed nami i święta kobieta była już po spowiedzi, koronkach i różańcu, zapewne wymodliła zbawienie na kilka pokoleń naprzód. Pierwszy raz miałem okazję uczestniczyć we mszy w kościele we Włoszech. Parę rzeczy rzuciło mi się w oczy. Na ławkach przed  uczestnikami mszy leżały porozkładane klucze, komórki i papierosy. Jeden osobnik nawet stał dumnie w drzwiach do kościoła i swobodnie zaciągał dymka a papierosowy opar roznosił się po zgromadzonych wiernych. Poza tym, najbardziej rzucające się w oczy – czarnoskóry ksiądz. W kościele nie klęczało się na początku modlitwy kiedy prosi się, aby chleb i wino stały się ciałem i krwią. Podobnie w czasie śpiewu „o baranku”. Osoby starsze owszem klęczały, ale większość zgromadzonych nie. Rozmawiałem później o tym ze szwagierką, odpowiedziała mi osobliwie, że młodsze pokolenie nie klęczy, bo nie są fanatykami religii. Uroczysty obiad nie odbiegał za to od podobnych wydarzeń w polskich rodzinach: przegrom jedzenia i długie przesiadywanie przy stole. B. z wrodzonym i bardzo przewidywalnym wdziękiem otwierała kolejne prezenty: kręciła nosem na widok medalika, bransoletki i książek o poszukiwaniu drogi i wiary a oczka zapalały jej się tylko na widok kasy i modnych gadżetów.

Opublikowano podroze | Otagowano , | 13 Komentarzy

rodzinne przepychanki

Tydzień we Włoszech i poczułem się jak na widokówce ze słonecznej Italii. Zapomniałem o blogu…

Urodziny M. obchodziliśmy w tym roku z lekkim poślizgiem, M. uparł się że wyprawi je jednak we Włoszech. Nie protestowałem wszak to jego urodziny, cieszyłem się, że na kolację pójdziemy gdzieś w Lecce, bo kuchnia włoska smakuje najlepiej we Włoszech. La Dogana we Lecce stanie się naszym stałym punktem odwiedzin podczas każdego naszego pobytu na południu. Odkąd M. poznał właścicieli, bardzo się polubili, miejscówka jest fantastyczna a jakość serwowanych dań nie ma sobie równych. Poza tym właściciel od lat zaopatruje lokalne restauracje w świeży towar, jadając u niego oszczędzamy na marży, którą naliczają sobie inne, podobne miejsca w okolicy. Na kolacji były ostrygi, małże, krewetki, przegrzebki, omułki, kałamarnice i ośmiornice, jeżowce i inne skorupiaki, mięczaki oraz głowonogi, których po polsku nazwać nie potrafię. M. pokusił się nawet o biały kawior na spróbowanie, co sprawiło że jeszcze bardziej się rozpłynąłem, ale prawda jest taka, że pod względem kulinarnych smaczków zawsze mogę liczyć właśnie na niego.

Cała rodzina chciała wybrać się z nami na plażę. Nie protestowałem, niechcąco zasugerowałem żeby wzięli swoje leżaki i parasol, bo ceny w każdym lido są obecnie mocno wygórowane, mieszkając nad morzem na pewno dysponują własnym sprzętem. Początkowo kręcili nosem, że leżaki upchali gdzieś na strychu, że trudno się do nich dostać. Nie przekonywałem i nie zniechęcałem. Zostawiłem im wolny wybór, podkreślając, że mnie osobiście szkoda byłoby 60 eur na zwykły wypad na plażę. Zobowiązaliśmy się odebrać ich rano i razem spędzić upalny dzień nad morzem. M. przejrzał mój podstęp, ale zapewnił mnie, że to nie zadziała. Rano przyszedł sms, że jednak się nie zabiorą z nami i życzą nam udanego dnia. Cudownie! Wieczorem z radości zaprosiłem ich na lody, co suma summarum i tak wyszło o niebo taniej.

Opublikowano podroze | Otagowano , | 7 Komentarzy

Nareszcie spokój

Pół dnia trwała moja podróż do Lecce. Najpierw samolotem o zabójczej 5.30 do Monachium, tam czekanie na lot do Bari, z lotniska pociągiem do Bari Centrale a stamtąd dopiero do Lecce. M. przyleciał bezpośrednio do Brindisi a ja tego luksusu nie mialem, bo po mimo sezonu nic bezpośrednio z Wrocławia do Brindisi nie lata. M. zdążył wcześniej odebrać nasz samochód i dotrzeć na stację akurat gdy mój pociąg wjeżdżał na peron. We włoskich pociągach jak i niemieckiej Lufthansie wciąż obowiązują maseczki, byłem świadkiem jak jedna pochodząca z Polaki parka kłóciła wykłócała się o niego z ochroną. Przez chwilę chciałem nawet pomóc, spróbować załagodzić sytuację, ale słysząc kokofonię słów zaczynających się na k, ch, p, j wycofałem się pomysłu. Głupota musi czasem boleć albo kosztować…

Przyjechałem głodny jak wilk, odkąd nie jem kanapek, pizzy, makaronów, mięsa, cukru, produktów smażonych moje menu mocno się ograniczyło. Wystarczyło tylko hasło, krótkie spojrzenie i po kwadransie siedzieliśmy już w La Dogana przy olbrzymich talerzach antipasti składających się ze świeżych surowych ostryg, ricci, krewetek, ośmiornic, małż i kałamarnic. Tak, w takich momentach kocham Salento miłością największą, najszczerszą i prawdziwie bezkresną..

Brat M dzwonił do nas jeszcze dwa razy, za każdym razem pytając, gdzie się spotykamy. Akurat to myślałem że mamy ustalone, sam wybrał rano miejsce, ale chyba zapomniał, bo rezerwacji dla 7 osób nigdzie nie zrobił. Do Uemé dotarliśmy praktycznie w tym samym momencie, zdążyłem położyć się na moment w hotelu bo do 22.30 bym nie dotrwał. Dużo było uścisków, buziaków i obejmowania się, wymiany uprzejmości. Uskuteczniałem rodzinne, sielankowe pogaduchy: „Pietro nareszcie, ile to już minęło? 2 lata? Dzwoniłam, ale chyba mam zły numer?!” – naprawdę?! No co ty, serio, nie, no pudło, zmieniłem numer a dodatkowo cie zablokowałem i zagroziłem M. że jeśli poda wam mój nowy numer to się z nim rozwiodę – ale powiedzieć oficjalnie tego nie mogłem. Grzecznie za to wyjaśniłem że pewnie dzwoniąc do mnie nie używali prefiksu +48.

B. znowu urosła, poszła zarówno w górę jak i w szerz z tym że w szerz bardziej, wciąż jestem od niej kilka centymetrów wyższy, dla potrzeb bierzmowania zgoliła też wąsy charakterek i temperamentność za to pozostały niezmienne. Każdy zamówił po pizzy, my z M wzięliśmy jedną na pół do tego po piwie, reszta się nie ograniczała jakby nie jedli co najmniej przez tydzień. Usłyszeliśmy o nowych restauracjach, które otworzyły się w mieście i że moglibyśmy tam wpaść na jakiś obiad albo kolację, naturalnie padła też propozycja żebyśmy wybrali się tam wszyscy bez precyzowania kto kogo zaprasza. W Uemé nie siedzieliśmy na szczęście długo, po północy zaczęły zamykać mi się oczy a jaszcze trzeba było odwieźć mamę. Wtedy nastąpił punkt kulminacyjny wieczoru – płacenie. Kelner przyniósł rachunek, położył na środku stolika, bo nikt nie wyciągnął po niego ręki. W tej rodzinie pasuje niepisana reguła: wyciągasz pierwszy rękę po rachunek, znaczy że go regulujesz w całości. Rachunek leżał sobie dobry kwadrans, M raz tylko prawie po niego sięgnął, ale się zreflektował jak sprzedałem mu kopa pod stołem. W końcu sięgnąłem po niego ja, zgromadzeni wokół jakby odetchnęli z wyraźną ulgą. Popatrzyłem na rachunek opiewający na ponad 200 eur. Wyciągnąłem z portfela 50 eur i włożyłem do etui. – Tutaj jest za nas, za mamę płacimy my – ogłosiłem. Nastąpiła chwila konsternacji. Tylko B. ośmieliła się głośno zapytać kto zapłaci za nią. – Jak skończysz 80 lat jak twoja babcia, też będziesz jadła za darmo.

Brat M. uregulował resztę rachunku. Myślałem że przyjął to z godnością. Dziś od rana wydzwania do M., myślimy że czeka na odpowiedni moment zapytać kto jutro płaci za obiad w restauracji po bierzmowaniu. Biedak zaprosił ponad dwadzieścia osób a w tej sytuacji może będzie musiał rozważyć sprzedaż auta albo nerki…

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze