Gdy nie masz nic i gdy masz wszystko

Przeglądałem dziś swoje stare notki, te napisane po powrocie z Australii, kiedy to moja ówczesna szefowa zrobiła mnie w jajo, a mnie opadły klapki z oczu.

Notatki… Ile ich się nazbierało przez lata – moje słowa, cudze słowa, takie, które kiedyś były ważne i takie, które wciąż coś znaczą. A gdzieś pomiędzy nimi kryją się te najmądrzejsze – te, o których człowiek czasem zapomina. Proste zdanie: „… i to przeminie…”.

Kiedy nagle wracają do mnie takie wspomnienia, robi się jakoś cieplej. Na krótką chwilę cały ten zwariowany świat jakby się zatrzymuje. Mam wtedy wrażenie, że czas gwałtownie zwalnia, aż niemal staje w miejscu. Tylko na ułamek sekundy – ale właśnie w tym ułamku mieści się wszystko: to ciepło, to wspomnienie, ta cicha chwila, która nagle wraca.

Są dwa momenty w życiu, które cicho pokazują, kim naprawdę jesteś. Pierwszy pojawia się wtedy, gdy nie masz nic, gdy wszystko zwalnia, przyszłość jest niepewna, a jedyne, na czym możesz się oprzeć, to cierpliwość i wiara, że coś się w końcu zmieni. Drugi przychodzi wtedy, gdy masz już wszystko, o czym kiedyś marzyłeś. Właśnie wtedy twoja postawa mówi najwięcej. W trudnych chwilach kształtuje cię cierpliwość, ale to charakter pokazuje się naprawdę w tym, jak potrafisz unieść sukces.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 4 Komentarze

Prawie dwa tygodnie później

Jestem już prawie dwa tygodnie w nowym miejscu i muszę przyznać, że naprawdę bardzo mi się tu podoba. Jednocześnie mam wrażenie, że mój mózg pracuje na najwyższych obrotach. Tyle nowych twarzy, imion, systemów i tematów pojawia się naraz, że momentami trudno to wszystko ogarnąć. Czasami wszystko trochę miesza mi się w głowie, ale w sumie to chyba całkiem normalne – poprzednia praca przyzwyczaiła mnie do bardzo szybkiego tempa.

Tym razem jednak obiecałem sobie coś innego. Postanowiłem, że nie będę już wpadać w ten stary tryb nieustannego pośpiechu i pracy ponad siły. Chciałem pracować spokojniej, po prostu robić swoje w wyznaczonych godzinach i nie zamieniać wszystkiego w wyścig. No cóż… powiedzmy, że na razie średnio mi to wychodzi. Ambicja i stare przyzwyczajenia dają o sobie znać, często łapię się na tym, że robię rzeczy szybko i sprawnie, chociaż wiem, że spokojnie mógłbym je rozłożyć w czasie i skończyć dokładnie na ustalony termin.

Kilka osób w biurze zwróciło mi już uwagę, że nie powiedziałem im „cześć” albo „dzień dobry”. Prawda jest taka, że przy tylu nowych twarzach i imionach po prostu nie jestem w stanie wszystkiego od razu zapamiętać. A chociaż zazwyczaj uchodzę za osobę otwartą i przyjazną, tego akurat nie przeskoczę z dnia na dzień.

Za to nieustannie śmieję się z jednej rzeczy. Za każdym razem, gdy wchodzę na telekonferencję na Microsoft Teams, w tle zaczynają przelatywać najróżniejsze wypieki: hot dogi, croissanty, cebulaki, rogale… W takich momentach czuję się dosłownie jak jakiś Pan Kanapka i za każdym razem wywołuje to u mnie uśmiech.

Opublikowano praca | Otagowano | 2 Komentarze

2 dzień – z dala od niepokoju

Mam takie zaległości w pisaniu notek na bloga i dobieraniu do nich zdjęć, że co bardziej czujni czytelnicy bez trudu wyłapują, że kompletnie nie trzymam się chronologii. Czasem sama notatka pojawia się długo po wydarzeniach, do których się odnosi, przez co może sprawiać wrażenie wyrwanej z kontekstu. No cóż, aktualnie moje życie pędzi szybciej niż ja nadążam je opisywać.

Jedno wiem na pewno – cieszę się, że nie jestem już w Katarze. Ten rozdział naprawdę się zamknął i dobrze mi z tym. Nie muszę do niego wracać myślami, choć kiedy oglądam wiadomości i widzę, co się tam dzieje, przechodzi mnie dreszcz. W dzielnicy, w której mieszkałem, spadają drony i nie jest ten rodzaj „atrakcji”, który chciałbym przeżywać. Nie zazdroszczę kolegom z Dohy – niezależnie od tego, jak różne relacje nas łączyły – że są teraz tam, w samym środku tej niepewności, sytuacja jest bardzo napięta i po prostu niepokojąca.

Tym bardziej doceniam to, gdzie jestem dziś, bezpieczny kraj, własny dom, nowa, może trochę nudna praca, ale i spokój. Moi najbliżsi są blisko i są bezpieczni, to naprawdę zmienia perspektywę.

Kolejny dzień szkoleń minął zaskakująco spokojnie i co ciekawe wciąż nie opadła mi ekscytacja nową pracą. To nie jest żadne ekstremum, żadna spektakularna zmiana świata, ale świadomie cieszę się z tego miejsca, w którym wylądowałem. Podoba mi się ten spokój, to środowisko, tempo, które nie wyrywa serca z klatki piersiowej.

Poznałem kilka naprawdę fajnych, uśmiechniętych osób i zwyczajnie mnie to ucieszyło. Wiem, że jeśli przyjdzie nam razem pracować, to zaczynamy z dobrą energią. Od rana podchodziły do mnie kolejne osoby, przedstawiały się, ściskały dłoń, tyle twarzy przewinęło się przez te kilka godzin, że aż zakręciło mi się w głowie. I wyszło z tego coś zabawnego, bo po 14., kiedy w końcu usiadłem przy swoim biurku, podeszła do mnie dziewczyna z jakąś sprawą. Spojrzałem na nią i zapytałem zupełnie szczerze: „czy my się znamy?”. Okazało się, że rano piliśmy razem kawę, a ja po prostu nie zapamiętałem ani twarzy, ani imienia.

Miałem też okazję poznać swój zespół – ten, z którym będę spędzał najwięcej czasu i muszę przyznać, że mam dobre przeczucia. Moja nowa szefowa zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Jedna z koleżanek podczas spotkania chyba z dziesięć razy powtórzyła, jak bardzo się cieszy, że będę z nimi pracować. Nie wiem, czy to zapowiedź jakiejś intensywnej jazdy bez trzymanki, czy po prostu szczery komplement ale po ludzku było mi bardzo miło.

Nie jestem naiwny, swoje już przeżyłem i zawodowo, i życiowo, ale takie małe gesty i słowa naprawdę mają znaczenie, w głowie wszystko układa się wtedy inaczej. Łatwiej podejść do nowych tematów bez napięcia, z ciekawością zamiast z rezerwą.

Dziś właściwie domknąłem etap wdrożenia, wszystkie dokumenty podpisane, dostępy zamówione, formalności ogarnięte, od jutra mogę w końcu skupić się na pracy. Nowy rozdział tym razem spokojniejszy i chyba właśnie tego teraz najbardziej potrzebuję.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

1 dzień w nowej pracy

Więc tak stawiłem się pierwszego dnia w biurze i od razu poczułem powiew młodości – wokół mnie kilkanaście nowych osób, a ja oczywiście statystycznie zawyżałem średnią wieku. Większość to juniorzy na pierwszym roku magisterki, dla części to pierwsza praca, dla innych druga z imponującym, dwuletnim doświadczeniem.

Po szkoleniu BHP przyszedł czas na rozdanie sprzętu. Laptop i telefon trafiły do mnie – wszystko pachnące nowością. Chwilę później okazało się, że jedna z dziewczyn dostała egzemplarz z historią… i to dosłownie, bo na klawiaturze wciąż były ślady po dżemie o nieznanym smaku. Poczułem, że los jednak ma do mnie słabość.

A potem nastąpił moment przełomowy dwie panie prowadzące spojrzały na mnie uważniej i oznajmiły, że przecież my się znamy, bo pracowaliśmy razem jakieś 20 lat temu. Czar młodzieńczego incognito prysł w sekundę. Od tej chwili przestałem być „jednym z nowych”, a zacząłem być „proszę pana”. Tak więc integracja przebiegła szybko i skutecznie.

13.03 wysyłają mnie do naszej fabryki 50 km za Wrocławiem. Będą pokazywali mi jak robią bułki, bajgle, rogaliki, precle, ciabaty, croissanty, pity, pampuszki, podpłomyki, suchary i tortille.

Mam piękny widok za oknem. Będę miał z tyłu głowy skąd mogę się rzucić jakby co.

Opublikowano Brak kategorii | 7 Komentarzy

Weekend przed skokiem w nieznane

Weekend minął mi spokojnie, trochę jak złapanie oddechu przed czymś nowym. Dużo odpoczywałem, pobyłem sam ze sobą. Wieczorem wybrałem się z M. na spacer wokół toru wyścigów konnych, powietrze było ciepłe, a zachodzące słońce barwiło niebo na złoto, szkoda byłoby zmarnować taką pogodę, zwłaszcza że przez cały dzień niebo było bez jednej chmurki. W niedzielę wpadłem też do miasta, tak po prostu, żeby poczuć jego rytm i nacieszyć się światłem.

W sobotę rano zerwałem się z łóżka z myślą, że może to dobry moment, żeby sprawić sobie coś nowego na start w nowej firmie, taki drobny symbol świeżego początku. Poza tym chciałbym w poniedziałek zrobić pierwsze dobre wrażenie. Przeszedłem kilka sklepów, przymierzyłem parę rzeczy, ale ostatecznie wróciłem z pustymi rękami. Nic mnie nie zachwyciło i może to i lepiej – nowy rozdział nie zaczyna się od koszuli, tylko od nastawienia.

To dziwne uczucie, kiedy wiesz, że jutro nie pójdziesz już do swojego starego biura. Że nie zobaczysz tych samych twarzy, nie usłyszysz znajomego „cześć” przy porannej kawie. Z jednej strony jest w tym nuta nostalgii, a z drugiej też ekscytacja, ciekawość, co przyniesie zmiana, jak się odnajdę, jak sobie poradzę, kogo spotkam, jakie wyzwania na mnie czekają?

Wyobraźnia moja nie próżnuje i podsuwa mi różne scenariusze. Od takich mało optymistycznych, że już po pierwszym dniu będę żałował decyzji, że trafię do jakiegoś korporacyjnego średniowiecza, gdzie nic nie działa, systemy są tylko z nazwy, a dokumenty krążą w papierowych teczkach, że będzie cicho, szaro, bez energii i pomysłu. W najgorszej wersji pojawia się nawet wizja spotkania kogoś, z kim za żadne skarby nie chciałbym pracować, a kto – jak na złość – też postanowił zmienić firmę i trafił dokładnie tam, gdzie ja. Przyznaję, to naprawdę byłby mocno czarny scenariusz.

Ale prawda jest taka, że nie wiem nic i dopóki nie przekroczę progu nowego biura, wszystko pozostanie tylko domysłami. Praca w konsultingu nauczyła mnie jednego – elastyczności. Zmieniałem środowiska, kraje, jak kameleon, wchodziłem w różne role, uczyłem się w biegu, czasem dosłownie z minuty na minutę, bo tego wymagali klienci. Szybkie zbieranie informacji, adaptacja, działanie to był mój chleb powszedni. Dlatego nawet jeśli wszystko będzie nowe i na początku trochę obce, potraktuję to jak kolejny projekt u nowego klienta, z ciekawością, otwartą głową i gotowością do nauki a reszta napisze się sama.

Opublikowano praca | Otagowano | 1 komentarz

Kiedy kończy się rozdział, a zostają ludzie

Ostatnie dni upłynęły pod znakiem celebrowania naszych małych, biurowych rytuałów – tych wszystkich nawyków, które przez lata wypracowaliśmy z moją ulubioną ekipą „biurowych spiskowców”. W poniedziałek i wtorek niektórzy specjalnie zwlekali się z łóżek trochę wcześniej, tylko po to, żeby zdążyć na wspólną kawę w kantynie, ktoś przynosił croissanta „na pół”, ktoś inny rzucał hasło: „Idziemy do korytka?” – i już było wiadomo, że lunch spędzimy razem, jak zawsze a potem będą obowiązkowe polish lody.

Gdzieś między jednym łykiem kawy a drugim zacząłem po cichu żegnać się z tym miejscem, z ludźmi, z którymi przeżyłem naprawdę sporo, bo przez te kilka lat wydarzyło się tu więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Praca w pandemii, projekty, sukcesy, narzekania, imprezy, potknięcia, śmiech do łez i te rozmowy, które ciągnęły się długo po godzinach pracy.

W takich momentach atmosfera robi się dziwna. Nagle coraz więcej osób zaczyna rozglądać się za czymś nowym, jakby przeczuwając, że nic już nie będzie takie samo, że kończy się jakiś rozdział.

W czwartek, dzień przed moim ostatnim dniem w biurze, zaprosiłem kilka osób na pożegnalnego drinka. Myślałem, że przyjdzie garstka a przyszli prawie wszyscy. I to był dopiero początek wzruszeń, bo nagle zaczęli wręczać mi prezenty, nie jeden – kilka. Osobne od zespołu, osobne od „spiskowców”, do tego kartki z życzeniami. Wtedy pierwszy raz naprawdę zakręciła mi się łza w oku, uderzyło mnie, że stworzyliśmy zgraną ekipę, taką, której będzie mi po prostu brakować.

Kiedy cztery lata temu dołączałem do firmy, tej, która podobno „kształtuje przyszłość z pewnością”, w głowie miałem słowa koleżanki, która odchodziła przede mną. Powiedziała wtedy, że najbardziej będzie jej brakowało ludzi. Wtedy nie do końca to rozumiałem, dziś już wiem, że miała rację.

Po barze pod nasypem przenieśliśmy się jeszcze do Papa, śmiechom nie było końca, a na sam koniec kolega rozwiózł nas wszystkich po domach, żeby część z nas zdążyła się jeszcze wyspać przed piątkiem w pracy. Taki trochę symboliczny finał – wspólnie, do samego końca.

Cieszę się, że odchodzę. To dobry moment. Gdyby nie wyjazd do Kataru w zeszłym roku, pewnie dziś byłbym dużo bardziej sfrustrowany. Ostatnie dwanaście miesięcy w firmie to była równia pochyła, nie jakaś spektakularna katastrofa, raczej powolne osuwanie się w dół. Coraz więcej osób zaczęło dostrzegać, że możliwości rozwoju się kurczą, a poprawa sytuacji finansowej pozostaje gdzieś w sferze marzeń.

Mimo to odchodzę z wdzięcznością, bo niezależnie od tego, jak potoczyły się sprawy zawodowe, ludzie – ci wszyscy „biurowi spiskowcy” – zostaną ze mną na długo i to właśnie ich będzie mi brakowało najbardziej.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Kiedy drzwi zamykają się same

I nagle okazało się, że nie tylko ja postanowiłem w styczniu zamknąć za sobą stare drzwi, oprócz mnie wypowiedzenie złożyły inne osoby. W tym momencie zaczął materializować się ten niewygodny scenariusz, o którym od miesięcy mówiło się półgłosem: że to nie może trwać wiecznie, że w końcu coś pęknie, że zaczną się odejścia.

W biurze nie było ani mojej bezpośredniej przełożonego, ani jej następczyni a ja coraz wyraźniej czułem, że wizja spędzenia tu kolejnych trzech miesięcy na „biciu piany” i pompowaniu powietrza zupełnie mi się nie uśmiecha. Delikatnie więc podpytałem, czy w ogóle wiedzą, że złożyłem wypowiedzenie, i czy mają wobec mnie jakiś plan do kwietnia.

I wtedy sprawy potoczyły się szybciej, niż się spodziewałem, nagle pojawiło się spotkanie a na nim – propozycja elastycznego rozwiązania: mogę pracować tylko do końca miesiąca, jeśli chcę zacząć w nowej firmie już od 1 marca. Nie zastanawiałem się długo, szczerze mówiąc, bardziej opłaca mi się ruszyć dalej niż tkwić tu jeszcze trzy miesiące. Tak więc zostały mi niecałe trzy tygodnie a potem – nowe miejsce, nowy rozdział.

W międzyczasie ogarniam formalności: medycyna pracy, dokumenty, podpisanie umowy, ale podchodzę do tego spokojnie, mam czas i nie czuję presji.

W pracy pierwsze reakcje są różne, niektórzy są w szoku, inni przeczuwali, że coś się święci. Formalnie wypowiedzenie w moim imieniu złożył mój kumpel, więc dla części osób to dodatkowa niespodzianka.

Przede mną jeszcze kilka miłych momentów, w sobotę śniadanie z moją bandą szalonych znajomych, w niedzielę walentynkowa kolacja. Muszę też zaplanować jakieś pożegnalne spotkanie, ale nie zamierzam zapraszać wszystkich – chcę, żeby to było kameralne i prawdziwe. A tym, których nie zaproszę, dam jasno do zrozumienia, że to nie kwestia przypadku, tylko wyboru, w końcu zamykam pewien etap i chcę zrobić to po swojemu.

Opublikowano praca | Otagowano | 4 Komentarze

Bangkok – dzień 2

Spałem dziś wyjątkowo głęboko, ani razu nie obudziłem się w nocy, ale trochę sobie w tym pomogłem.. Dopiero nad ranem wyrwały mnie ze snu pierwsze promienie słońca – zapomniałem zasunąć kotary. Przez krótką chwilę, jeszcze na granicy snu i jawy, byłem przekonany, że jestem w Katarze. Ogromne hotelowe łóżko, okno na całą ścianę z widokiem na wieżowce, błękitne niebo, sterylna czystość i idealny porządek dookoła. Ten dziwny stan zawieszenia, taka słodka nieświadomość, trwał jeszcze moment, aż w końcu dotarło do mnie, gdzie naprawdę jestem. Westchnąłem, przeciągnąłem się i leniwie zwlokłem się z łóżka.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Dzień 9 – Rangun na pożegnanie, Bangkok na horyzoncie

Wczoraj wróciłem do Rangunu i po popołudniowym zwiedzaniu marzyłem już tylko o jednym – usiąść i nic nie robić. Totalne nieróbstwo. Po kilku dniach nieustannego maratonu: zwiedzania, ciągłego przemieszczania się, godzin spędzonych w samochodzie, lotnisk, przelotów, odpraw i kontroli bezpieczeństwa, zniknął mój entuzjazm a organizm po prostu powiedział „dość”.

Nie chodzi nawet o zmęczenie fizyczne. Bardziej dopadło mnie znużenie powtarzalnością tych dni i presją, żeby zobaczyć jak najwięcej, zdążyć wszędzie i niczego nie przegapić. Do tego zupełnie przejadło mi się już lokalne jedzenie, na sam widok ryżu, ryżowego makaronu, oleju palmowego i piekielnie ostrych dodatków robi mi się słabo. Najchętniej wciągnąłbym teraz porządnego, polskiego schabowego albo mielonego… ale tutaj takich rarytasów próżno szukać.

Wieczór spędziłem więc w hotelu, nigdzie nie wychodziłem. Na kolację zamówiłem kraba w tempurze, do tego lampka czerwonego, cierpkiego lokalnego wina i tak minęła mi reszta wieczoru na spokojnych rozmyślaniach, co będę robił przez najbliższe dni w Bangkoku. Samolot miałem dopiero rano, bez pośpiechu mogłem więc spokojnie zjeść śniadanie, spakować się i dopiero potem ruszyć na lotnisko.

Przez okna auta po raz ostatni patrzyłem na zielone ulice Rangunu, podziwiałem piękne wille, w których mieszkają emerytowani generałowie i zastanawiałem się, czy jeszcze kiedyś tu wrócę. A chciałbym. Bo mimo przejechanych setek kilometrów Birma wciąż ma ogromnie dużo do zaoferowania, a do tego wciąż nie została zadeptana przez masową turystykę. Bardzo mi się tutaj podobało.

Przed wejściem na terminal z moim lokalnym przewodnikiem wymieniliśmy uprzejmości, numery telefonów i obiecaliśmy sobie kontakt. Kto wie, może kiedyś jeszcze skorzystam z jego usług, jeśli znów zawitam do Mjanmy.

Na lotnisku czekał dziki tłum. Dobrze, że przyjechaliśmy trzy godziny przed wylotem, bo kolejka ciągnęła się jeszcze przed samym wejściem. Sprawdzanie paszportów, biletów, skanowanie bagażu… dopiero potem odprawa, karta pokładowa, kolejne bramki bezpieczeństwa i kontrola paszportowa. Summa summarum – na lotnisku wcale nie było czasu na błogie nicnierobienie, zdążyłem tylko wypić szybką mrożoną kawę i już wsiadaliśmy do samolotu.

Do Bangkoku leciałem sam, a właściwie miałem dla siebie całe trzy miejsca. Jedyny minus – siedziałem na samym końcu samolotu, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Nigdzie się nie spieszyłem, a za to nikt obok nie chrumkał, nie mlaskał, nie kaszlał, nie siorbał, nie gadał nad uchem ani nie spał mi na ramieniu. Same plusy.

Wydostanie się z lotniska w Bangkoku poszło błyskawicznie. Gorzej było później, bo wpadliśmy w potężne korki. Tym razem spałem w hotelu w samym centrum i zanim tam dotarliśmy, minęła prawie godzina. Uprzejmy, starszy kierowca próbował mi coś tłumaczyć o płatnej autostradzie, ale ledwo go rozumiałem. Na szczęście dowiózł mnie dokładnie tam, gdzie chciałem. Gdy tylko odebrałem klucze do pokoju, po prostu runąłem na łóżko.

Wreszcie odzyskałem normalny dostęp do internetu i połączeń telefonicznych. Przez prawie dwa tygodnie byłem praktycznie odcięty od świata, a korzystanie z VPN-u dawało mi solidnie w kość. Efekt? Zablokowana bankowość elektroniczna, karta kredytowa, skrzynka mailowa… nawet nie wiem, co jeszcze.

Późny lunch zjadłem w hotelowej restauracji, a potem przejrzałem wycieczki do miejsc w Bangkoku, których jeszcze nie widziałem. Postanowiłem, że jutro pojadę zobaczyć pływający targ i słynny targ na torach.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 4 Komentarze

Dzień 8 – Chinatown, zapachy bazaru i Nowy Rok pod znakiem konia

Przyleciałem tak potwornie głodny, że gdy tylko spotkałem przewodnika, który miał mnie odebrać z lotniska, od razu postawiłem sprawę jasno: zanim zaczniemy cokolwiek zwiedzać, muszę coś zjeść, bo inaczej zjem jego. Na szczęście podszedł do tego z humorem.

W hotelu zostawiłem tylko bagaż i niemal od razu ruszyliśmy do jakiejś niewielkiej jadłodajni, która okazała się całkiem przyjemna. Wrzuciłem coś na ruszt, zjadłem w tempie, które pewnie nie przystoi turyście na wakacjach, ale za to błyskawicznie postawiło mnie na nogi. Dopiero wtedy byłem gotowy ruszyć dalej – do Chinatown.

Miasto tonęło w korkach, ale pogoda nieustannie dopisała. Najpierw pojechaliśmy w stronę portu, gdzie kolorowe statki i łodzie kołysały się na wodzie, tworząc naprawdę malowniczy widok. Niestety obok tego piękna trudno było nie zauważyć biedy, która momentami aż biła po oczach.

Chińska społeczność właśnie przygotowywała się do obchodów Chińskiego Nowego Roku – tym razem pod znakiem konia. Widać to było dosłownie wszędzie, na straganach, w sklepikach, na ulicach – pełno było figurek, obrazków i wszelkich ozdób z motywem konia.

Bazar, jak to bazar, żył własnym rytmem. Pełen był egzotycznych smaków i zapachów, na stoiskach można było znaleźć rzeczy, które dla Europejczyka wyglądają jak kulinarna przygoda z pogranicza odwagi i szaleństwa – robaki, chrząszcze, koniki polne, prażone jedwabniki. Do tego nieskończona liczba dziur w chodnikach, przez które trzeba było uważnie stawiać każdy krok.

A jednak wszystko miało swój niepowtarzalny urok. Spacerowaliśmy powoli między straganami, przeciskając się przez tłum. Mój przewodnik opowiadał o tej części miasta, o jej historii i mieszkańcach. Nie było gorąco tylko raczej tłoczno. Co chwilę docierały do mnie nowe zapachy: jedne kuszące a inne zdecydowanie mniej.


Opublikowano podróże | Otagowano , | 5 Komentarzy