Integracja nie jedno ma imię

Ledwo z Niemiec wróciłem a zaraz w piątek jechałem na firmową imprezę integracyjną. Dla tych których to dziwi, że w pracy tylko się integruję zamiast pracować, przyznaję się mam te same spostrzeżenia. Tak się podobno przypadkiem złożyło, że mój dział miał imprezę po imprezie, ale nie będę z tego powodu przecież płakał. Jak się każą bawić, to ja nie będę wyskakiwał przed szereg i dyskutował z decyzją samej najwyższą dyrekcji.

Na piątek i sobotę wysyłali nas hotelu SPA w Niemczy, kilkadziesiąt kilometrów od Wrocławia. Wcześniej robili zapisy, a na kilka dni przed wyjazdem dostaliśmy mail z informacją, że mamy dobrać się w pary, bo pokoje są dwu lub trzyosobowe.
Świeżak jestem, poza tym trochę wygodny i spoza typowego kręgu młodych, gniewnych korpoludków dlatego pomyślałem pewnie znajdą dla mnie jakąś wygodną jedyneczkę, nie będę przecież dzielił pokoju z jakimś wystraszonym pryszczatym niedoświadczonym młodym narybkiem, który będzie mi opowiadał jak to mu się w korpo podoba, że dostał bon na siłownię i że mleko sojowe jest w lodówce i że ma laptop, mieszka z bratem w wynajmowanym mieszkaniu w najbardziej odległej części Wrocławia i że za rok liczy na awans, 300 % podwyżki, za które kupi eleganckie mieszkanie na kredyt, gdzie wprowadzi się z przyszłą żoną, którą wyrwał w potupajce i zaczną uskuteczniać masową produkcję dzieci.
Kolega, który organizował nam wyjazd rozczarował mnie, przekazując mi smutną wiadomość, że sorry ale jedynek brak, muszę sobie kogoś poszukać. Wpisałem się więc na listę, do dwójki z adnotacją: „szukam niechrapiącego, nielunatykującego niegadającego przez sen współwspacza. Ja typowy Rysio z Klanu. Cel wiadomy”.
Prawie do dnia wyjazdu nikt się do mnie nie dopisał, wszystkich prawie skutecznie zniechęciła wizja dzielenia ze mną pokoju, ale w piątek rano wchodzę na sharepoint i dupa blada, jakiś Bartek ma dzielić ze mną pokój. W ruch poszedł google, linkedin, facebook i firmowe strony, chciałem obadać co to za istota będzie dzielić ze mną intymne chwile snu.
Bartek okazał się bardzo świeżym świeżaczkiem, pełnym entuzjazmu i nieskalanym doświadczeniem pracy w dużej organizacji, zaczął pracę dopiero w poniedziałek, cieszył się jak głupi z bateryjki, że od razu załapał się na darmowy wyjazd integracyjny z noclegiem! Blady strach padł na niego jak dowiedział się, że w pokoju będzie z menadżerem, bo dla niego takie stanowisko to abstrakcja i szary dym.
Poznaliśmy się po przyjeździe do hotelu. Wysoki, postawny, atletyczny, studiujący sztuki walki, trenujący na siłowni 5 razy w tygodniu, z twarzy niebrzydki, silna szczęka, zdrowe włosy, czyste paznokcie, kilkudniowy zarost, prawie superciacho. Zeza miał trochę takiego dziwnego, spojrzenie jak z obrazu papieża na ścianie, gdziekolwiek bym stał miałem wrażenie że zawsze na mnie spoziera. Poza tym cztery czy pięć razy pytał mnie jak mam na imię, bo ciągle zapominał – to chyba efekt setek ciosów w głowę na tych jego treningach.
Wchodzimy do pokoju, mamy pół godziny, nim zaczną się gry integracyjne. Bartek spytał się czy może wziąć szybki prysznic, bo po treningu na sali nie zdążył, śpiesząc się zapewne na odjazd naszego autokaru. Kiwnąłem porozumiewawczo głową, sam walnąłem się na łóżko, otworzyłem sobie butelkę białego wina i tak sobie leżę, sączę dobre winko, za oknem świeci słoneczko, w tle słychać ptaszki ćwierkające, rozkoszuję się błogim relaksem, czuję jak odpływam w błogostanie…. Bartek wyłazi z łazienki, cały mokry, bez gaci, bez ręcznika, nawet bez listka laurowego czy strzępu czegokolwiek czym mógłby zakryć swojego fafika i w progu opowiada mi, że z bratem i jego żoną mieszka, że kupił sobie nowe wypasione buty, nie jakieś palestyńskie pomykacze, że zarobki ma teraz spoko, ale ja pewnie mam większe, że chciałby kiedyś zdobyć takie doświadczenie jak ja, mieć takie stanowisko i czy mógłbym mu pomóc i doradzić, co powinien zrobić w tym kierunku, że chętnie posłucha rad starszego kolegi. Mowę mi odjęło…

W ramach zabawy integracyjnej budowaliśmy auto z kartonu i drewna, myślałem że kazać mi będą zająć się dekoracjami, doborem koloru i przystrajaniem maski eleganckimi dodatkami z kokard, brokatu i bibuły, potem że może każą wycinać dziwne kształty w tekturze, ale nie – dostałem za zadanie przykręcić koła co wydawało się czynnością banalną. Klucz francuski widziałem głównie w horrorach jak się nim wali kogoś po głowie albo w twarz, ale że coś najpierw ręcznie, prawidłowo rolowanie po gwincie z wyczuciem, że system naprzemienny, po drugiej stronie otworu centrującego felgi, że felga ma równo ułożyć się na piaście to było zupełnie nie na moje nerwy. Jakiś miły człowiek z obsługi eventu przykręcił mi pierwsze koło, potem zademonstrował jak przykręcić drugie, oczywiście nie zrozumiałem instrukcji więc pomógł mi przy trzecim a czwarte zrobił mi już w gratisie, z litości bo poharatałem sobie opuszki palców od trzymania tego żeliwnego złomu.
Po wszystkich tych szrankach i konkurach nadszedł czas na zasłużoną kolację, grilla i duże ilości wina, piwa i pląsów na parkiecie. Dziewczyny jak sobie popiły, to zrobiły się bardziej wylewne, zaczęły obgadywać nowo zatrudniony narybek rodzaju męskiego i wszystkim jak jeden mąż wpadł w oko Bartek. Zaczęły prześcigać się w fantazjach, sprośnych komentarzach i pomysłach, która co i jak by mu robiła. Jak zorientowałem się o kim mówią wygadałem się, że śpię z nim w pokoju, ba, że widziałem nawet atrybuty, które one mogą sobie tylko wizualizować. Nie czekając długo jak rozwinie się sytuacja przygarnąłem go do naszego stolika.
Wróciłem do pokoju przed 3 nad ranem, kolegi nie było i nawet nie wiem gdzie spał. Wrócił zmęczony około 6 i jak długi walną się w ubraniu na łóżko. Wychodząc o 8 z pokoju, zostawiłem mu 50 zł na stoliku, żeby zapłacił za butelkę wina, którą napocząłem po przyjeździe. Dopiero wsiadając do auto zajarzyłem, jak dziwnie musiało to dla niego potem wszystko wyglądać.

Opublikowano praca | Otagowano | 1 komentarz

Zderzenie z ciężarówką

W moim nowym dziale przyszło mi pracować z pewną dziewczyną. Już przy pierwszym spotkaniu wyczułem, że raczej nie będzie między nami chemii, ale starałem się nie uprzedzać faktów w końcu początki zawsze i wszędzie są trudne. Małomówna, introwertyczna, jakby przestraszona, niepytana nigdy się nie odezwała. Taka blond dziunia z doklejanymi rzęsami, świeża po studiach, to chyba jej pierwsza praca – podsłuchałem gdzieś, kiedyś od kogoś.

Ile razy próbowałem podpytać ją o rzeczy z pracy, przewracała najpierw swoimi dużymi sarnimi oczami a potem, niejako od niechcenia odpowiadała półsłówkami albo tylko potakiwała głową, jakby tylko czekała by dać jej upragniony święty spokój. Nie będę czarował, zupełnie nie przypadła mi do gustu i miałem wrażenie, że ja jej też nie.
Jakby nie patrzeć, jestem już dużym chłopcem, nie z takimi musiałem dogadywać się w korpo-piaskownicy, założyłem że lubić się przecież nie mamy obowiązku, nie musimy też chodzić razem na lunche, spijać sobie z dziubków, możemy ograniczyć nasze kontakty do absolutnego minimum byleby moja robota szła do przodu.

Kilka razy spytałem ją o to i owo i szybko wydedukowałem, że o projekcie w który została zaangażowana wie niewiele, robi tylko to co jej każą, zero własnej inwencji czy samodzielnego myślenia.
Przed jednym ze spotkań, które prowadziła, przyuważyłem jak okleiła cały swój stół żółtymi karteczkami post-it a podczas prezentacji czytała z nich, najprawdopodobniej bojąc się, że się zatnie albo zabraknie jej słów. No cóż, też tak można, też tak robiłem, nie oceniam. Tyle tylko, że nie można wynotować sobie wszystkich odpowiedzi na każde potencjalne pytanie, które może paść, ale ona jak widać próbowała bawić się we wróżkę.
Poprosiłem ją, aby zorganizowała telekonferencję dla kilku osób i oświeciła mnie wtedy, że nie ma jeszcze własnego loginu a pracuje tutaj prawie rok.

Jednego dnia potrzebowałem od niej informacji. Zbywała mnie cały dzień, twierdząc że skupiona jest na przygotowywaniu bardzo ważnej prezentacji. Nota bene tej samej, którą od miesięcy tłuczemy w każdym kolejnym kraju zmieniając tylko niektóre dane, daty, tytuł i nazwiska osób odpowiedzialnych. Efekt? 16 slajdów i praktycznie na każdym błąd bo czegoś nie dopatrzyła. Telekonferencja z finansami z Belgii a w stopce Holandia i tak przez bite kolejnych 16 stron. 8 godzin ślęczała ponoć nad prezentacją i tego nie wyłapała. Słabe to i smutne – zżymałem się.

Na spotkaniach z krajami, które same ogarniała prosiłem, żeby wprowadziła mnie do tematów o których rozmawiali, a które mogłyby mieć wpływ na nasz projekt. W odpowiedzi usłyszałem, że nie robiła notatek, ale według niej niczego istotnego tam nie poruszano.
Godzina gadania o niczym? Dziwne. Po co w ogóle organizować te spotkania skoro wszystko idzie im tak gładko – zachodziłem w głowę.

Wiedziony wrodzoną ciekawością skorzystałem z jednego z takich zaproszeń i okazało się, że tematów i problemów było tam co niemiara, tylko panna zupełnie nie kontaktowała. Nie była wstanie sporządzić notatki, bo nie ogarniała tematu, najgorsze, że nawet nie próbowała go zrozumieć.

Przy następnej okazji poprosiłem ją o spisanie notatki ze spotkania i wypisaniu kolejnych kroków, które uzgodnimy i znowu nic nie zapisywała. Zapytałem najgrzeczniej jak potrafię czy może pożyczyć jej długopisu i kartki, czy może ma tak dobrą pamięć, iż będzie później wstanie streścić całą naszą rozmowę? Wywołana zaczęła notować, ale gdyby można by kogoś zabić wzrokiem, leżałbym zapewne zakrwawiony, poćwiartowany pośrodku salki konferencyjnej.
Telekonferencje skończyliśmy kwadrans przed czasem, z trzaskiem zamknęła klapę od laptopa wyrywając się do wyjścia.
– Mamy jeszcze 15 minut, zdążymy akurat wysłać minutki nieprawdaż? – skwitowałem. Zaczęła nerwowo przeglądać swoje bazgroły, kartkować strony w zeszycie, mącić coś że jutro to zrobi…
Spojrzeniem powiedziałem dość. Siadaj i pisz. Dear all przecinek, thank you very much for joining today’s call… Kropka. Nowe zdanie, z wielkiej litery. Please find below summary of our discussion d-i-s-c-u-s-s-i-o-n and the next steps… Kropka.
Potraktowałem ją jak uczniaka dyktując całego maila i wszystkie action items. Pisała pod moje dyktando jak w szkole. Bąknęła coś, że jednego podpunktu chyba nie jest pewna, że nie rozumie, że chciałaby jeszcze raz zorganizować spotkanie z Belgami i dopytać o szczegóły… Kochana – pomyślałem – wprawdzie mogę ci to wytłumaczyć, ale nie sprawię że zrozumiesz.
Kiedy mail był gotowy poprosiłem by rozesłała go do wszystkich. Znowu usłyszałem jakieś ale: wolałabym…. A ja wolałbym, żebyś wcisnęła wyślij – urwałem w pół słowa. Wreszcie mail poszedł.

Wyrobienie sobie o niej opinii przyszło mi bardzo szybko, panna ewidentnie nie rokowała, nie wiem co ona w ogóle robiła w zespole PMO, zaszufladkowałem ją jako typ laski, którą zaskoczysz obierając banana.

Przez kilka dni było spokojnie, nasze kontakty ograniczały się do absolutnego minimum i wcale za nią nie tęskniłem. Dopiero podczas jednej przypadkowej, niewinnej rozmowy, kiedy wszyscy w zespole luźno ustalaliśmy szczegóły wyjazdu integracyjnego do Niemczy, nieoczekiwanie wykrzyczała mi w twarz, żebym się zamknął, bo wie co ma robić.
W zespole zapanowała konsternacja, nikt nie spodziewał się takiego wybuchu. Reakcja zupełnie nieadekwatna do sytuacji, tematu i mojego komentarza. W pokoju nagle zrobiło się cicho i zapanowała grobowa atmosfera. Każdy wrócił do swoich zajęć, czyli patrzenia w monitor, ktoś niespodziewanie napisał do mnie na komunikatorze próbując dociec co to w ogóle było?

O tym co się stało porozmawialiśmy dopiero na drugi dzień wieczorem, w barze przy szklance ginu z tonikiem. Przyznałem się, że mam autorytarne i nauczycielskie fiksacje, ale jeśli chce, przestanę się wtrącać do jej pracy o ile uzgodnimy ramy naszej współpracy i wspólne oczekiwania co do oczekiwanych rezultatów. Jeśli tylko będzie chciała, może prosić mnie o pomoc, jeśli nie, to ja się nie wtrącam i nie komentuję, ale jednocześnie oznacza to, że bierze pełną odpowiedzialność za swoje decyzje i wyniki swojej samodzielnej pracy. Przystała na taką propozycję. Wyznała, że sama czuje się źle, że przeholowała ze swoją reakcją, po czym szybko wyciągnęła rękę na zgodę co ostatecznie potwierdził brzdęk szkła naszych drinków.

Z ulgą wreszcie miałem okazję pogadać z nią bez spiny, zapytać skąd w ogóle jest, kiedy skończyła studia, skąd pomysł na pracę w naszym zespole. Okazało się, że dziewczyna skończyła dwie filologie: fińską i angielską i ma 7 lat doświadczenia w zarządzaniu projektem w wielkim międzynarodowym koncernie. Jak usłyszałem, że jest po anglistyce i przypomniałem sobie jak literowałem jej angielskie słowa zrobiłem wielkie oczy. Popatrzyła na mnie rozbawiona i przyznała się, że w tamtej chwili miała przeogromną ochotę przyłożyć mi z liścia.

Od tamtego pamiętnego wieczoru minęły już kilka tygodni, praca układa nam się bardzo dobrze, uśmiechamy się, żartujemy, zagadujemy do siebie odwiedzając nasze biurka, ba chodzimy nawet razem na lunche i na wspólną kawę do firmowej kuchni a wszyscy nie mogą się z nas po prostu nadziwić.

Opublikowano praca | Otagowano | 8 Komentarzy

działo się przez ostatnie 2 tygodnie

Działo się przez ostatnie dwa tygodnie, oj sporo się działo. Napisać tylko o tym nie mogłem się zebrać, bo od kilku dni prycham, smarkam i odczuwam okropny ból gardła oraz głowy, a od zawsze wiadomo że ból głowy u mężczyzny można porównać jedynie do bólów porodowych u kobiety.

Po powrocie ze Szwajcarii, zaraz tego samego dnia polecialem do Frankfurtu na firmowy team event. Przez to, że dzień wcześniej zgubiono mi bagaż całe poranne pakowanie odbywało się na wariackich papierach. Skoro świt musiałem wynaleźć zapasową walizkę a potem zrobić zakupy, bo okazało się, że potrzebuję zapasowych kosmetyków i wszystkich przyborów toaletowych.
Gdy wreszcie dojechałem na lotnisko moje „towarzystwo” na dobre zdażyło rozgościć się już w loungu, zabawa trwała w najlepsze co potwierdzała niezliczona ilość skonsumowanych lampek wina. Nie byłoby w tym nic niestosownego, gdyby nie fakt że po dotarciu do hotelu panowie poszli po kolejne zapasy wyskokowych trunków, które następnie umieścili w moim pokoju, bo jako jedyny dysponowałem największym pokojem typu suit. Nim wyszliśmy na wieczorną imprezę „towarzystwo” uzupełniło jeszcze poziom płynów w organizmie, po czym spacerkiem udaliśmy się do baru gdzie czekała na nas reszta znajomych z pracy. Nasz dyro zamówił kilka butelek białego wina, zajęliśmy sobie wygodne stoły ulokowane niedaleko sceny i miejsca, gdzie odbywał się uliczny koncert. Muzyka była przednia, nieznany zespół naprawdę dawał rady a ponadprogramowe ilości wina sprawiły, że wszyscy szybko wczuli się w rytm znanych przebojów, zapomnieli, że dziś dopiero poniedziałek i zaczęła się huczna zabawa okraszona tańcami i śpiewem. Skończyliśmy około północy, impreza na moje nieszczęście przeniosła się do mojego pokoju i nie mogłem nic zrobić, bo wielki pan szef zaszczycił mnie swoją wizytą, siedząc na moim łóżku pił wino… prosto z butelki. Od lat nie jest to mój klimat imprezowania, ale wysokiej dyrekcji się przecież nie odmawia. Nie dziwi mnie teraz wcześniejsze zachowanie niektórych moich młodszych kolegów, ale w końcu przykład idzie z góry, mogłem jedynie więc tylko pogodzić się z tym co zobaczyłem.
Na śniadanie wstałem lekko niewyspany, ale i tak w lepszej formie niż moi koledzy, którzy tego dnia robiąc prezentację mówili przepitym glosem, waląc na kilometr niestrawionym alkiem ani na moment nie rozstając sie z butelką zimnej coli albo redbula w ręce.
Ogłoszono zmiany w strukturze naszej firmy, mój dyro stracił rolę, przenieśli go do innego działu a mnie czekały zmiany. Nie wiedziałem wtedy jeszcze dokladnie jakie, ale do śmiechu mi nie było, bo w końcu wciąż jestem tutaj na okresie próbnym. Po pracy poszliśmy do chińczyka na kolacje a potem od początku – impreza w moim pokoju. Byłem przezorny i uprzedziłem szanowne towarzystwo, że dzis bawimy się tylko do północy a potem sayonara, zamykam drzwi na klucz a oni moga bawić się gdzie indziej, na korytarzu, w parku, przy barze, albo gdziekolwiek tam sobie chcą.

***

Najszybciej w całej organizacji dowiedzieliśmy się jakie czekają nas zmiany, kto przechodzi pod kogo albo kogo przenoszą gdzie indziej, siłą…
Zakumplowałem się z asystentką dyra roztaczając przed nią swój niebywały urok i zdradziła mi, że jak dowiedział się że odbierają mu rolę i przenoszą gdzie indziej minę miał nie tęgą. Ponoć wyszedł blady jak ściana, milczał, nie odpowiadał na żadne pytania, spakował się tylko i wyszedł z biura. Z jednej strony było mi go szkoda bo przystojny był z niego facet, zadbany, lekki psychol, ale z poczuciem humoru, gumowe ucho i wszędobylski, lubujący się we władzy i irytująco zawsze wszystkowiedzący ale przystojny ciastek przez którego ponoć wiele osób płakało i odchodzili z firmy. Tak, przystojny był więc obiektywny chyba nie jestem ale w sumie teraz to nieważne.
Jako że jestem korporacyjną prostytutką już pierwszego dnia zacząłem interakcje ze swoim nowym szefem o wdzięcznym imieniu Sven. Na pierwszym spotkaniu usiadłem obok niego, przyniosłem mu wody, pożyczyłem długopis i skomplementowałem jakąś jego wypowiedź którą coś tam co wydukał, udając że nie wiem nawet kim jest. A dzięki życzliwym mi osobom czytaj dziewczynom miałem obcykane którą ma żonę, jak ma na imię, ile dzieci, ich wiek, imiona, gdzie był na wakacjach i jakie ma hobby i oczywiście wszystko niby przypadkiem wplotłem to w nasze niewinne pogawędki dwóch nieznajomych zaskarbiając sobie przychylność przyszłego szefa. Efekt był taki że na koniec dnia mówił już do mnie po imieniu i potrafił przeliterować moje arcytrudne nazwisko więc odniosłem spektakularny sukces. Wazeliniarz ze mnie wiem…

Opublikowano podroze, praca | Otagowano , , | 14 Komentarzy

Powtórka z rozrywki

Wróciłem do domu, bez walizki. W związku z obchodami 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej lotnisko w Warszawie dziś oszalało. Samolot z Zurychu miał ponad 40 minutowe opóźnienie, w Warszawie nie mogliśmy wylądować a później biegłem by zdążyć na połączenie do Wrocławia. Mnie się udało, za to walizka ostała się w stolicy. Czekając przy taśmie we Wrocławiu przeszło mi przez myśl, że pewnie nie zdążyli przeładować walizek, ale do końca łudziłam się, bo prócz mnie w podobnej sytuacji było kilkunastu innych pasażerów. Grubo po północy ustawiłem się grzecznie w kolejce do stanowiska zaginionego bagażu, odczekałem swoje by w końcu ze świstkiem papieru wrócić do domu. Trochę jestem zmęczony, rano przecież lecę do Frankfurtu, ale humor mi dopisuje. Przypomniały mi się stare dobre czasy i zamiast kląć, że zgubili mi bagaż cieszę się jak debil, że znowu linie lotnicze podziały moją torbę. Z dziwnym sentymentem patrzę na całą tą sytuację.
Przyprawiony w bojach mam w domu drugą walizkę, gotowy zestaw ubrań, kosmetyczkę i cały arsenał awaryjnych gadżetów. Nie straszny mi wiec zaginiony bagaż, rano spakuję inny i polecę dalej.
Nie wiem ile razy zgubiono mi bagaż, z 10, może 20 razy, nauczyłem się sobie z tym radzić.
Na szczęście nie jestem w jakimś gorącym tropikalnym kraju i nie muszę biegać w zimowej kurtce i butach szukając sklepu by dokupić bardziej odpowiednie do klimatu odzienie.
Nie mam tylko ładowarki do laptopa i jednej pary spodni, ale co mi tam, najwyżej nie będę mógł rano pracować.

Opublikowano podroze, praca | Otagowano , | 9 Komentarzy

Weekendowo

Poszliśmy wczoraj na całkiem długi spacer wzdłuż Aary. Pogoda zachęcała wręcz do kąpieli, ale akurat nie miałem stroju, bo wszystkie swoje rzeczy wywiozłem już dawno do Wrocławia. Na widok gromady ludzi w pontonie, spływających zielono-krystaliczną rwącą rzeką, ogarnęło mnie uczucie zazdrości, chętnie sam wybrałbym się na taki spływ rzeką, ale w tym sezonie mogę już niestety o tym zapomnieć. Niedaleko naszego domu, w lesie jest takie trochę dzikie zejście, którym schodzi się wprost do rzeki. Wiele osób chodzi nim by pobiegać a my korzystamy z niego głównie by najkrótszą drogą dotrzeć do rzeki. Nie pamiętam nawet ile razy chodziłem tędy w górę i w dół, ile razy pokonywałam trasę Tiefenau – CasinoPlatz, o każdej porze roku, rano, w południe a nawet w nocy, bo raz czy dwa zdarzyło mi się po nocy wracać do domu z nocnej balangi. Że nic mi się wtedy nie stało, bo droga jest w ogóle nie oświetlona, to był jakiś cud, ale kto by się wtedy tym przejmował. Znam tę trasę na pamięć.
Po drodze M. zaprosił mnie na lody, do pysznej lodziarni niedaleko Bärengraben, zajrzeliśmy też do Globusa na małe zakupy a potem pociągiem wróciliśmy do domu. Było ładnie, smacznie, leniwie, sielankowo i bez pośpiechu – bardzo podobają mi się takie nasze wspólne soboty.

Późnym popołudniem pojechałem do B. Czuła się już o wiele lepiej niż dwa dni temu, dlatego z otwartymi rękami przyjęła mnie u siebie w domu. Siedzieliśmy na tarasie, otulały nas ostatnie ciepłe promienia sierpniowego zachodzącego słońca, wszędzie było wciąż zielono i próbowałem uchwycić ten obraz w pamięci wiedząc że następnym razem kiedy przyjadę, panować będzie już jesienna szaruga. W październiku B. leci do Johanesburga, więc pewnie zobaczymy się dopiero w listopadzie.
Gdyby nie to, że po raz trzeci w ciagu 12 miesięcy zmieniłem pracę planowaliśmy pojechać z plecakami do Namibii, miało być maksymalnie tanio, bez luksusów, intensywnie, hardcorowo i naturalnie… krótko, bo przecież 3 dni bez prysznica to już jest nie lada wyczyn.

Opublikowano podroze | Otagowano , | 2 Komentarze

Weekend w Szwajcarii

Afrykańskie upały wróciły i znowu się męczę. W piątek do Szwajcarii leciałem o 5 rano wyletniony prawie jakbym po przelocie miał odrazu iść na plażę.
W czwartek podopinałem wszystkie sprawy tak żeby w piątek mieć w miarę święty spokój od pracy. Nie wszystko poszło gładko tak jakbym tego sobie życzył, ale prócz paru odebranych telefonów i kilku telekonferencji dzień był w miarę spokojny.
W nowej firmie reorganizacja. Mam to szczęście, że gdzie nie pójdę tam albo ktoś jest w ciąży albo ogłaszają restrukturyzację. Tym razem mam dwa w jednym: ciąża koleżanki która z końcem września odchodzi na macierzyński i wielkie zmiany które ogłosili w piątek. Mój szef nie będzie już najprawdopodobniej moim szefem, mój dział nie nazywa się tak jak się nazywał, może przestanę latać do Niemiec tylko moja rola pozostała niezmieniona – pewnie do czasu.
Mało się tym przejmuję, bo gdybym miał myśleć o tym co się może wydarzyć za następne kilka miesięcy, pewnie bym oszalał a tak kładę na to brzydko mówiąc laskę.
W piątek K zaprosiła mnie na swoje urodziny, standardowo spotkaliśmy się w Rialto i w stałym gronie. Było sympatycznie, a atmosferze pięknego berneńskiego starego miasta do późno lało się wino i piwo a rozmowom nie było końca. Do domu wracałem przed północą i znowu poczułem, że bardziej jestem u siebie tutaj niż będąc we Wrocławiu.

Z M. spędziliśmy cały weekend, pracował tylko w sobotę wieczorem co skrzętnie wykorzystałem na spotkanie z B. w Ittigen.

Ostatecznie wybraliśmy z M dokąd pojedziemy na najbliższe wakacje w marcu. Były Myanmar, Jawa, Uzbekistan, Hiszpania i Chorwacja a ostatecznie padło na Bordoux i region Cognac. Na dniach będziemy rezerwować bilety na samolot i auto i hotele, żeby potem już tylko odliczać dni do upragnionego urlopu.
W międzyczasie na pewno zaliczymy jakieś szybkie wypady do Londynu czy Warszawy ale plaża i koktajle z parasolką na razie się nie zapowiadają.

Opublikowano podroze | Otagowano , | 3 Komentarze

Z życia corpo

Miałem dziś telekonferencję, z ludźmi z Dżakarty, w sumie z 10 osób nas było. Koleżanka która przewodziła spotkaniu przygotowała sobie na kartkach wszystko co miała mówić. Nie jestem zwolennikiem takiego nieprzygotowania, ale to dopiero mój czwarty tydzień w nowej pracy, nie wypada zaczynać od zrażania do siebie kolegów i współpracowników. Ale nie powiem, korciło mnie żeby jej coś dosadnie powiedzieć gdzie mam te jej świstki papierów i co myślę o takim przygotowaniu do pracy. Z miejsca umieściłem ją na swojej prywatnej czarnej liście z adnotacją „na odstrzał”.

Okrutny jestem, ale nie toleruję braku profesjonalizmu w pracy a tym bardziej w swoim zespole. Miała miesiąc żeby się przygotować, mogła nauczyć wszystkiego choćby na pamięć, wyryć na blaszkę w końcu tego uczą na naszych uczelniach.

Punktualnie o 10 wszyscy zaczęli wydzwaniać się na videokonferencję: z biura, z domu, z samochodu, z sal konferencyjnych używając do tego laptopów, telefonów stacjonarnych, komórek i bóg wie czego jeszcze. Moja M. włączyła się poprzez komórkę każąc 3 osobom zgromadzonych w sali mówić do komórki, której mikrofon pozostawiał wiele do życzenia. Zaczęło się przekrzykiwanie, walka z hałasem w tle, miałem wrażenie że właśnie na wrocławskie ulice wyjechały wszystkie wozy strażackie i karetki pogotowia, w Indonezji świergotały ptaki a w Niemczech ktoś jadł jabłko do telefonu, gdzieś było słychać rozmowy innych jak w call center. Hałas zagłuszał wszystkich. 30 minut zajęło nam okiełznanie tego rumoru. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię, potem rzucić telefonem o ścianę a koleżance wysyłałem setki gromów samym spojrzeniem.

Ale i tak lubię swoją pracę.

 

Opublikowano praca | Otagowano | 17 Komentarzy