Manila i do domu

Namówiłem M. na bardzo krótką przejażdżkę po Manili. Pomyślałem że przy okazji krótkiej pobytu tutaj mógł zobaczyć przynajmniej Intra Muros, poza tym – moim zdaniem – miasto nie oferuje i tak niczego więcej. Wieczorem poszliśmy do Sunset Baru na kurczakowe satay i frytki, bo już od paru dni miałem olbrzymią ochotę zjeść coś niezdrowego, pikantnego i słonego. Tego wieczoru w Sofitelu trwał jakiś bal, cały hotel wypełniony był wystrojoną młodzieżą w pięknych, eleganckich wieczorowych strojach, dziewczyny przechadzały się stylowo ubrane, wytwornie umalowane, szykownie uczesane a zabawa trwała do białego rana, bo opuszczając pokój o 3 rano na imprezowe niedobitki natrafialiśmy jeszcze w holu, windzie i przy recepcji.

O tak wczesnej porze nie spodziewaliśmy się korków, jadąc na lotnisko zastanawialiśmy się nawet czy dobrze zrobiliśmy wyjeżdżając tam tak wcześnie. Przed Terminalem 1 tłoczył się tłum podróżnych. Aby wejść na teren lotniska należało okazać paszport i bilet. Przed wejściem do głównego holu wisiały olbrzymie monitory informujące pasażerów o statusie lotu i stanowisku odprawy biletowo-bagażowej. W pewnym momencie na ułamek sekundy zatrzymało mi się serce, bo przy naszym numerze lotu do Pekinu świecił się czerwony komunikat „closed”, tak jakby odprawa na nasz samolot była już zakończona. Nie widziałem co to mogło oznaczać, przez chwilę dosłownie zgłupiałem, nie rozumiejąc o co w tym wszystkim chodzi. Jak przedostaliśmy się przez kordon punktów bezpieczeństwa, na którym nota bene zatrzymali M. bo nie spodobał im się jego pojemnik od pianki do golenia w bagażu głównym, pobiegliśmy w kierunku stanowisk odpraw. Okazało się, że odprawa dopiero się zaczynała a całkiem uprzejma pani nie potrafiła wytłumaczyć co znaczy status „closed” migający na wszystkich wyświetlaczach.

M. podczas tego wyjazdu zrobił się lekko cięty na Chińczyków, po tym jak potraktowali go na lotnisku w Pekinie krzycząc na niego w niezrozumiałym języku i rzucając jego bagażami. Nie wspominając już o naszej wizycie w chińskiej restauracji na Times Square w Hongkongu, gdzie leciwa kobieta obsługująca nasz stolik dosłownie rzucała sztućcami, talerzami a zamaszyście nalewając herbaty rozlewała wodę po całej szerokości stołu.

Powrotna podróż samolotem ciągnęła się w nieskończoność. Najpierw ponad 4 godziny lotu z Manili do Pekinu, potem 3 godziny postoju i znowu 11 godzin do Zurychu.

Do Szwajcarii mieliśmy przylecieć wieczorem dlatego staraliśmy się nie przesypiać tej podróży, inaczej ryzykowalibyśmy brakiem snu po przylocie. Tyle tylko, że ile można oglądać głupich filmów, seriali i grać w gry komputerowe.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Dodaj komentarz

Boracay – dzień za dniem

Każdy dzień wygląda tutaj podobnie, upadamy się słodkim nieróbstwem wlewając w siebie litry piwa i wklepując w ciało nie mniejszą ilość kremu do opalania. Zwiedzać tu nie ma co, prócz uprawiania sportów wodnych skazani jesteśmy na czytanie książek, surfowanie po internecie i ładne eksponowanie się na przyhotelowym basenie.

M. spalił się już na mahoń i powoli zaczyna schodzić mu skóra, ja jakoś się trzymam, ale jak w poniedziałek pojawię się w nowej pracy na pewno moja opalenizna nie pozostanie niezauważona.

Pobudka o 7.45, poranna kawa na tarasie, śniadanie, basen albo plaża, jeden i drugi spacer wzdłuż morza, wieczorem kolacja i znowu spacer. Na dłuższą metę mogłoby się to człowiekowi znudzić, ale zachody słońca na Boracay są jedyne i wyjątkowe, nigdy czegoś takiego nie widziałem, może za wyjątkiem Hawajów. Spektakularne show zaczyna się po 18, niebo przybiera wszystkie odcienie czerwieni i żółci i trwa aż słońce całkowicie nie zniknie za horyzontem. Potem bardzo szybko robi się ciemno ale temperatura powietrza pozostaje wciąż wysoka.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Dodaj komentarz

Boracay

Pierwszego wieczoru po pojechaliśmy do centrum zobaczyć jak prezentuje się centrum Boracay nocą. Pierwsze wrażenie było takie, że zobaczyłem korki, syf, kiłę i mogiłę, straszną tandetę i komercje, jak na jakimś odpuście, poza tym dzikie tłumy, rozwrzeszczane dzieciaki, pijana młodzież, aż zacząłem żałować że przyjdzie spędzić nam tutaj aż cały tydzień. Przechadzaliśmy się wśród tych wszystkich straganów, co krok nagabywani przez ulicznych sprzedawców i próbowaliśmy znaleźć miejsce które oferowałoby coś innego niż pizze, rozmemłane owoce morza i panierowane mięso, niestety takich miejsc było tutaj jak na lekarstwo.

Hotel, który nam znalazłem okazał się za to przepięknym resortem, też pełnym bachorków i ciamciających głośno Chińczyków ale pokój, taras, widok na morze i przepiękne położenie obiektu rekompensowały wszystko. Śniadania serwowano w formie wystawnego bufetu, na bogato i praktycznie codziennie wytyczaliśmy się stamtąd obiecując sobie że od jutra dieta.

Piasek na plaży bielusieńkie, wejście dl morza gładkie i piaszczysta, wszędzie czysto, ładnie, schludnie jak w katalogu biura podróży. Ochrona naszego obiektu dbała by plażowi naciągacze nie nękali nas zakupami okularów, kapeluszy czy możliwością uprawiania sportów wodnych, obsługa baru nieustannie serwowała kolorowe drinki z palemką, piwo, wodę, przekąski że łatwo było poczuć się jak w raju.

Z czasem odkrywaliśmy, że do centrum Boracay możemy spokojnie dotrzeć pieszo wzdłuż plaży zamiast zdawać się na hotelowy shuttle który kursował tylko co godzinę. Codziennie pokonywaliśmy tę trasę parokrotnie, najpierw spacerując po plaży w ciągu dnia, potem podziwiając zachody słońca a wieczorem na kolacje i spowrotem.

 

Opublikowano podroze | Otagowano , | 1 komentarz

Lantau

Radość, szczęście i dziecięcy zachwyt malują się głównie na twarzy M. Ile razy spacerujemy po ulicach Tsim Sha Tsui, otoczony wysokościowcami, niezliczoną przytłoczony niezliczoną ilością neonów reklam, kolorowych wystaw sklepów i odurzony zapachami wydobywającym się z lokalnych restauracji chodzi jak w transie zapominając o robieniu zdjęć. Tutejsze drapacze chmur są jakieś inne: w dzień mienią się w słońcu, a w nocy otulone są kolorowymi neonami i grą świateł potęgujących ich urok.

Wyszliśmy na krótki spacer w kierunku Avenue of Stars, bo pomimo późnej pory wciąż było ciepło i tylko czasem czuć było chłodnawy powiew wiatru. Chcieliśmy zmęczyć się nim pójściem spać i o ile M. całkiem dobrze się to udało, to niestety ja nie mogłem tego powiedzieć o sobie. W nocy wierciłem się przekładając z boku na bok próbując choć na chwilę zmrużyć oczy. Z jednej strony był to jet-lag, z drugiej naoglądałem się przed zaśnięciem widoków biegających po elewacji naszego budynku szczurów wielkości kotów i ciągle wydawało mi się że jakiś osobnik delikatnie skrobie i stuka w nasze mikrookienko próbując wedrzeć się do środka naszego mikropokoju.

W końcu udało mi się zasnąć, ale było to dopiero wcześnie nad ranem kiedy to praktycznie musieliśmy wstawać. Zawsze niezawodny M. zabrał z domu naszą elektryczną mokkę stąd o 7 obudził mnie zapach świeżo zaparzonej kawy. Poranny rytuał mycia i ubierania się zajął nam raptem kilka minut, bo łazienka była tak mała by ktokolwiek chciałby w niej dłużej przesiadywać.

Przed 9 pojawiliśmy się w holu niedaleko położonego hotelu Holiday Inn skąd nasz przewodnik zabrał nas na wycieczkę na wyspę Lantau.

W grupie nie brakowało lekko ułomnych Amerykanów, którzy albo zadawali osobliwe pytania albo zastanawiająco się zachowywali wzbudzając naszą litość. W uskuteczniania pogawędek o niczym są doskonali, a teksty w stylu „jasne że byliśmy we Włoszech, tam jest taki jeden ładny kościół” po prostu nas rozczulały.

Wielu odwiedzających Hongkong doświadcza wyspy Lantau w drodze z międzynarodowego lotniska w Hongkongu, zbudowanego na zrekultywowanej ziemi tuż przy północnym wybrzeżu wyspy, przed wskoczeniem do taksówki lub lini metra drodze do Hongkongu i Kowloon. Lantau jest często nazywane „płucami miasta” dzięki miejscowemu lasowi pokrywającemu jego górzysty teren. Ponad połowa Lantau jest uznawana za chroniony park wiejski, a w niektórych obszarach dostępnych tylko pieszo, stanowi schronienie dla dzikich zwierząt i roślin. W przeciwieństwie do klaustrofobicznych obszarów mieszkalnych na wyspie Hong Kong i Kowloon, stosunkowo niewiele osób mieszka w małych miasteczkach i wioskach rozsianych po całej wyspie.

Na przeciwległym wybrzeżu wyspy, leży wioska rybacka Tai O słynąca z domów na palach, zbudowanych nad gęstą siecią dróg wodnych. Domy rybaków stoją obecnie w większości puste, a obszar zachowuje spokojne, zaniedbane wrażenia. W centrum wioski mieszkańcy zarabiają na życie sprzedając tradycyjną soloną rybę i pastę z krewetek lub zabierając turystów na morze lub wzdłuż rzeki w swoich łodziach. Tai O był także kiedyś w centrum produkcji soli w tym regionie, ale branża uległa zmniejszeniu.

Przez cały dzień praktycznie niczego treściwego nie jedliśmy, nie licząc może jakiś lodów więc po powrocie wieczorem byliśmy głodni jak wilki. Długo nie musieliśmy szukać, W portowym terminalu weszliśmy do pierwszej lepszej restauracji i zamówiliśmy całą górę wietnamskiego papu.

Opublikowano podroze | Otagowano , | 1 komentarz

Hongkong – Manila

Nasz samolot do Manili odlatywał po 22, wymyśleśmy sobie, że na lotnisko dotrzemy tak jak wcześniej, zwykłym miejskim autobusem i za śmieszne małe pieniądze. Z pokoju wyszliśmy przed 19 i trochę nam zeszło wymeldowanie się z hotelu. Nasza rezerwacja trwała jeszcze do następnego dnia a młoda i chyba mało doświadczona recepcjonistka, nie potrafiła zrozumieć dlaczego chcemy opuścić pokój wcześniej. Upewniwszy się z trzy razy, że jednak chcemy się wymeldować już teraz, kazała mi jeszcze coś podpisywać, coś tam sobie podbijała, stemplowała a na koniec usłyszeliśmy jeszcze, że nie będziemy mogli już wrócić do pokoju, bo o zgrozo – zabierze nam kartę. Za sprawą  nadgorliwej panny trochę nam się tam przedłużyło, ale na szczęście autobus podjechał nam w tym samym momencie, gdy tylko dotarliśmy do przystanku. Dojazd na Lantau zajął nam grubo ponad godzinę, odprawa bagażowa poszła nam już sprawniej, przejście z jednego terminalu na drugi równie szybko, gdy okazało się że nasz samolot ma prawie godzinę opóźnienia. I tak oto w oczekiwaniu na dalszą podróż przesiedzieliśmy sobie prawie godzinę w restauracji i wyszukując miejsce do spania przy lotnisku w Manili. Następny samolot mieliśmy dopiero po 11 rano więc woleliśmy przespać się gdzieś normalnie i blisko terminalu,niż koczować na hali odlotów na niewygodnych plastikowych krzesłach. 

Pech chciał, że wcześniej upatrzony i najbliżej położony hotel Belmont był już pełen, znalazłem coś podobnego. W moim mniemaniu miało być 10 minut piechotą od wyjścia z lotniska a okazało się 60 minutowym spacerkiem albo 20 minutową podróżą shuttle busem. Biorąc pod uwagę 30 stopniowy upał o 1 nad ranem wybraliśmy opcję z dowozem, tyle że bus nie przyjeżdżał a w budce gdzie miał ktoś na nas czekać było głucho i ciemno.

Jak już zacząłem szczerze wątpić, że w ogóle dotrzemy dziś do hotelu Savoy, bo w końcu padł mi internet, nie działała aplikacja do zamawiania taksówek a lokalna mafia taksówkarska coraz śmielej zaczęła ostrzyć sobie na nas zęby zdarzył się cud i podjechał nasz autobus! 

Teraz jeszcze 4 godziny snu a jutro możemy lecieć dalej.

Opublikowano podroze | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Na pierwszy ogień Hongkong

Do Hongkongu przylecieliśmy grubo po 19, nim przeszliśmy przez kontrolę paszportową i odebraliśmy nasze bagaże była już prawie godzina 21. Aby otworzyć się na przygody, zamiast wziąć z lotniska taksówkę, zdecydowaliśmy się na opcję pt. tradycyjny miejski autobus A21. Znalezienie właściwej kasy zajęło nam dobry kwadrans, potem okazało się, że okienko jest zamknięte. Gdy w końcu pani wróciła z przerwy i sprzedała nam dwa bilety na przejazd, zaczęło się szukanie właściwego przystanku, bo z terminalu na lotnisku odjeżdżała ich cała masa. Wreszcie gdy udało się nam do niego wsiąść zaczęło się zgadywanie gdzie powinniśmy tak w ogóle wysiąść żebyśmy dojechali tam gdzie chcemy… 

Dla M. była to pierwsza wizyta w tym niesamowitym miejscu, tutaj też miał obchodzić swoje urodziny. Chciałem, żeby doświadczył magii tego państwa-miasta, jak jak 12 lat temu. Moglibyśmy od razu zatrzymać  się w The Peninsula, W czy w innym Sheratonie, ale na pierwsze dwie noce zarezerwowałem nam nocleg w kultowym Chungking Mansions. Chunking Mansions to budynek zlokalizowany na początku Nathan Road w dzielnicy Tsim Sha Tsui, w Kowloon. Budynek jest znany jako chyba najtańsze zakwaterowanie w Hongkongu. Chociaż miał być budynkiem mieszkalnym, stał się olbrzymim centrum drobnego oraz hurtowego handlu przeważnie dobrami elektronicznymi, ale również akcesoriami do telefonów komórkowych, biżuterią, butami, ubraniami. Całość składa się z wielu niezależnych tanich hoteli, pensjonatów, restauracji curry, afrykańskich bistro, sklepów odzieżowych, sklepów sari, kantorów i innych usług. Niezwykła atmosfera i charyzmatyczny klimat budynku sprawia, że wielu backpackersów decyduje się tutaj zatrzymać.

To miejsce wciąga, bo jest to jedno z najbardziej zglobalizowanych miejsc na ziemi. Jest miejscem przebywania setek tysięcy imigrantów z całego świata. Ktoś oszacował, że jednego roku przewijają się tutaj ludzie ponad 120 narodowości. Mieszka tutaj ze sobą ponad 4000 osób głównie Indian, Nepalczyków, Pakistańczyków, Tamili i połowa Afryki.

Z jednej strony miejsce kusi i fascynuje a z drugiej przygnębia i odstrasza. 

Budynek jest stary, a niewyobrażalna liczba przewijających się przez niego mieszkańców sprawia, że istnieje ogromne zapotrzebowanie na energię i wodę. Kable wiją się dosłownie wszędzie. Widząc ich ilość dziwię się, że to miejsce do tej pory nie poszło z dymem. Tak samo wygląda sprawa z systemem kanalizacyjnym, pod którego podłącza się zbyt wiele toalet, czego nie wytrzymują rury kanalizacyjne. Nieczystości i ich zapach jest nieodzowną cechą tego miejsca. Większość ludzi dzieli mieszkania na co raz to mniejsze jednostki, by pomieścić jeszcze więcej osób. Tak jest praktykowane wszędzie w Hongkongu…

Opublikowano podroze | Otagowano , | 1 komentarz

Nasze wspólne wakacje

Już w zeszłym roku wybłagałem na M. żeby zgodził się polecieć ze mną na urlop do Azji. Może tak, zgodzić się to zawsze zgadza, ale przepchnąć w pracy swój zaplanowany urlop to już inna para kaloszy. Za dużo tam zależności, zawisłości, związków przyczynowo skutkowych, niesamodzielnych pracowników i notorycznego braku zastępstwa, dlatego gdy M obiecał mi że się postara, to długo nie czekałem tylko od razu kupiłem nam bilety. Znowu miało być jak za dawnych czasów czyli daleko, egzotycznie, kolorowo i bardzo wygodnie. Samolot do Piekinu odlatywał dopiero wieczorem przez co mieliśmy cały dzień na pakowanie i przygotowanie się do podróży. Poszliśmy nawet na bardzo długi  spacer, bo pakowanie zupełnie nie było nam w głowie.

Trochę zastanawiam się jak będzie wyglądał nasz lot Air China, bilet w obie strony był śmiesznie tani dlatego obawiałem się trochę, że komfort będzie jakiś wybrakowany, że może przyczepią się do limitu bagażu albo samolot będzie zdezelowany i wypełniony charkającymi dookoła Chińczykami. Obyło się bez zaskoczeń: obaj dostaliśmy zaproszenie do loungu, nic nie było nigdzie wybrakowane, siedzenie rozkładały się na płasko, jedzenie było do wyboru, w samolocie znośny pokładowy program rozrywkowy a obsługa mówiła całkiem zrozumiale po angielsku i było czysto, ładnie i bezpiecznie. 11godzinny lot do Pekinu nie dłużył się tak jak czekanie na połączenie z Pekinu do Hongkongu. Najpierw musieliśmy na nowo przejść przez całą kontrolę bezpieczeństwa: wybebeszyli mi teczkę, wywalili całą jej niedbale spakowaną zawartość, zabrali zapalniczkę i zmusili do przejrzenia swoich „skarbów” w męskiej torebce. Przez następne trzy godziny siedzieliśmy w loungu Air China popijając wodę, bo sprytni Chińczycy zorganizowali lounge tak, że dojście do bufetu i baru wymagało pokonia chyba z kilometra pieszo…

Opublikowano podroze | Otagowano , | Dodaj komentarz