Nie jestem doskonały i nigdy nie próbowałem nawet udawać, że jest inaczej. Kiedy miałem 19 lat, podszedłem do egzaminu na prawo jazdy, z całkiem sporą dawką pewności siebie, która bardzo szybko została zweryfikowana. Teorię zdałem dopiero za trzecim razem, a praktyka, cóż, to zupełnie inna historia.
Pierwszy egzamin wyglądał jak scena z kiepskiego filmu akcji tylko bez efektów specjalnych. Zamiast hamować, wciskałem gaz, zakręty pokonywałem tak, jakbym był jedynym uczestnikiem ruchu a droga pozbawiona byla barier. Egzaminator był wyraźnie przerażony, a ja kompletnie nie ogarniałem, co się dzieje, co skończyło się oczywiście oblanym egzaminem i to nie jedynym. Podchodziłem do niego paręnaście razy i wszystkie kończyły się tak samo. Albo poległem na którymś parkowaniu (jakby nie można bylo parkować przez porzucenie), albo na górce, albo na czymś jeszcze innym. Suma summarum do etapu jazdy po mieście nawet nie dochodziłem.
W końcu, trochę z braku sił, trochę z presji, a trochę z pomocą „znajomego znajomego policjanta znajomego rodziców”, udało się ten egzamin zaliczyć, za metaforyczne jednorazowe czesne. Pamiętam ten dzień – jedenasta próba i szczerze nie był to powód do dumy. Bardziej do ulgi, bo instruktor pomagał mi bardziej, niż powinien, a ja sam czułem, że to wszystko jest na kredyt. Z drugiej strony ile można było ciągnąć rodziców na kolejne opłaty za egzaminy, byłem młody, bez pracy, a oni mieli już serdecznie dość takiej pierdoły i beztalencia.
Efekt był taki, że nigdy nie kupili mi auta – trochę ze strachu, trochę z rozsądku, a ja też jakoś nie czułem, że tego potrzebuję. Jazda autem wydawała mi się przytłaczająca, za dużo rzeczy naraz: gaz, hamulec, parująca szyba, jakieś pasy na drodze, lusterka, wielokolorowe znaki, nieogarnięci ludzie, wszystko w ruchu, kompletny chaos. Czułem, że to mnie przerasta, tak jakby mój mózg nie był do tego stworzony.
Z czasem trochę inaczej zacząłem patrzeć na siebie i swoje ograniczenia. Coraz częściej analizuję, czego chcę, co mnie blokuje, od czego uciekam i gdzieś po drodze pojawiła się myśl: a może spróbować jeszcze raz, tak bez presji, bez udowadniania czegokolwiek komukolwiek.
Zawsze marzyło mi się cabrio taki samochód z otwieranym dachem, bardziej dla przyjemności niż dla potrzeby. Pomyślałem, że jeśli kiedyś miałbym wrócić za kierownicę, to właśnie w takim stylu. Dziś stać mnie na takie auto, tylko że to nie jest już kwestia pieniędzy, a odpowiedzialności. Nie chcę robić nikomu krzywdy, wiem, że jeśli mam spróbować, to tylko na swoich warunkach spokojnie, krok po kroku, może z kimś, kto potrafi uczyć bez krzyku i oceniania. Może uda mi się to jeszcze poukładać w głowie. Świat nadrobił zaległości, są automaty i funkcja samoparkowania. Nie wiem, ale sama myśl, że mogę spróbować jeszcze raz jest już jakimś małym krokiem do przodu.

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.