Jedną z największych zalet pracy w nowym miejscu jest dla mnie jego lokalizacja, bo kompleks Business Garden stał się domem dla wielu firm i korporacji. Można powiedzieć, że to taki wrocławski odpowiednik warszawskiego Mordoru, z tą drobną, ale istotną różnicą – tutaj da się dojechać bez większego problemu , a po pracy równie sprawnie wrócić do domu.
Taka koncentracja biurowców ma jeszcze jedną, zupełnie nieoczywistą zaletę. Nagle okazuje się, że dawni znajomi pracują dosłownie kilka budynków dalej, wystarczy jedna wiadomość i już można umówić się na lunch. Lubię te spotkania. To zawsze dobra wymówka, żeby na godzinę oderwać się od własnej biurowej rzeczywistości, zjeść porządny obiad i przy kotlecie z mizerą posłuchać, jak inni narzekają na swoje korporacyjne życie. Co ciekawe, po takich rozmowach człowiek zwykle wraca do swojego biurka z przekonaniem, że jednak nie ma tak źle.
Moja ulubiona ekipa biurowych spiskowców również na tym korzysta. Czasem wystarczy, że napiszę, wsiądę do pociągu, a po czterech minutach wysiadam przy Wroclavii, gdzie czekają już na mnie przy stoliku w Marche. Zwłaszcza teraz, w okresie wakacyjnym, kiedy każdy ma zaplanowany urlop, coraz trudniej znaleźć wieczór, który wszystkim pasuje. Tym bardziej doceniam takie spontaniczne lunche. Godzina rozmów, trochę śmiechu, wymiana wrażeń i można po 4 minutach wracać do biura, żeby spokojnie dokończyć swoje osiem godzin.
Na piątek miałem kupione bilety do teatru. Nie uśmiechało mi się siedzenie na widowni w pojedynkę, napisałem więc do N., pytając, czy miałaby ochotę wybrać się ze mną. Co prawda spektakl zaczynał się już o 17:30, więc trudno mówić o typowym wieczornym wyjściu, ale przyjęła zaproszenie bez chwili wahania.
Pomyślałem wtedy, że mimo upływu lat wciąż mam opinię człowieka, z którym warto gdzieś wyjść. Takiej gwarancji udanego wieczoru – bez porannego kaca czy moralniaka. Potrafię rozbawić, zadbać o dobrą atmosferę, powiedzieć kilka miłych słów, odwieźć do domu, a wszystkie rozmowy, nawet te najbardziej pikantne, zostają między mną a osobą, z którą spędzam czas. Chyba właśnie za to cenią mnie znajomi.
Żeby dopełnić ten wieczór, obiecałem N. znaleźć jakieś nietypowe miejsce na kolację. Humor mi dopisywał, pogoda również, więc postanowiłem zaszaleć odrobinę i zaprosiłem N. do restauracji na dachu hotelu Monopol. To jedno z tych miejsc, do których nie trafia się przypadkiem. Idzie się tam po widok na dachy Starego Miasta, atmosferę i rozmowę, która nigdzie się nie spieszy.
Wieczór był ciepły, choć wiatr dawał o sobie znać. Po wyjściu z teatru nie musieliśmy zastanawiać się, dokąd pójść. Po prostu skierowaliśmy się w dobrze znanym nam kierunku.
Miłym zaskoczeniem okazał się kelner, który nas obsługiwał, rozpoznaliśmy się niemal od razu. Znałem go jeszcze z czasów, kiedy bywałem w Radissonie, w latach jego jak imojej największej świetności. Takie przypadkowe spotkania zawsze wywołują uśmiech. Kilka minut rozmowy wystarczyło, żeby wróciły wspomnienia i wrażenie, jakby od naszego ostatniego spotkania wcale nie minęło tyle lat.
Zamówiliśmy kilka rzeczy, które już samymi nazwami brzmiały jak mała kulinarna opowieść: hamachi ceviche z agrestem, ogórkiem i limonką, tatar wołowy z aioli, szczypiorkiem i chipsami ziemniaczanymi, do tego grillowany antrykot z ziemniakami dauphine i sałatą rzymską z grilla, glazurowana pierś z kaczki z brokułem, czereśniami i chipsami z polenty a na deser pistacjowe mille-feuille z sorbetem malinowym.
Już same nazwy robiły wrażenie, bo niby wiadomo, czego się spodziewać, ale gdzieś z tyłu głowy pojawiało się pytanie, jaką dokładnie wariację tych dań zobaczymy na talerzu. Trzeba przyznać wyglądało to naprawdę pięknie, każde danie podane z dbałością o szczegóły, jakby ktoś chciał, żeby najpierw zadziałały oczy, a dopiero potem smak, do tego dobrze dobrana lampka wina, która tylko dopełniała całość.
Było spokojnie, smacznie i po prostu dobrze. Wiem, że dla paru osób takie miejsca są symbolem snobizmu albo zwykłym wyrzucaniem pieniędzy w błoto i w pewnym sensie nawet to rozumiem. Przecież można zjeść równie sycący obiad za ułamek tej ceny, tyle tylko że nie zawsze chodzi wyłącznie o jedzenie.
Czasem płaci się za atmosferę, za widok, za spokojną rozmowę, za kilka godzin, podczas których nikt się nigdzie nie spieszy. Za możliwość oderwania się od codzienności i zrobienia czegoś po prostu dla siebie. Nie jest to coś, na co miałbym ochotę co tydzień, ale od czasu do czasu dlaczego nie? Są takie wieczory, które zostają w pamięci znacznie dłużej niż kwota widniejąca na wyciągu z karty..
Lubię takie dni, gdy niczego wielkiego nie planujesz, a wszystko układa się samo. Kilka przypadkowych spotkań, dobra rozmowa, teatr, kolacja z widokiem na miasto i świadomość, że czasem najlepsze wieczory to właśnie te, które rodzą się całkiem spontanicznie.





































Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.