Po trzech tygodniach w nowej pracy opadły mi trochę klapki z oczu. Zaczynam widzieć rzeczy, których wcześniej, w tym pierwszym entuzjazmie, po prostu się nie dostrzega. Problemy, napięcia, niedopowiedzenia i co ciekawe wcale mnie to nie zaskakuje, ani nie rozczarowuje, ani nie złości, bo tak po prostu jest. Każda firma ma swoje wyzwania a przecież właśnie po to zatrudnia się ludzi, żeby pomogli je ogarniać.
Trochę symboliczne jest to, że kobieta, która mnie zatrudniała, była w biurze tylko do trzeciego dnia mojej pracy, a potem zniknęła. Najpierw na jeden dzień, potem na tydzień, a teraz już wiem, że nie będzie jej co najmniej do końca świąt Wielkanocnych a i to wcale nie daje pewności, że wróci. Z rozmów z innymi wynika, że takie przedłużane L4 to tutaj dość powszechny sposób radzenia sobie ze stresem i oczekiwaniami, jakie stawia pracodawca.
Na szczęście ludzie wokół naprawdę robią robotę: dziewczyny są świetne, atmosfera jest luźna, dużo życzliwości i otwartości, z dyrektorem da się normalnie pogadać – tym bardziej, że już się wcześniej znaliśmy. Nie czuję na sobie jakiejś ogromnej presji czy nierealnych wymagań, ale jednocześnie mam świadomość, że pracy jest sporo i pewnie będą momenty, kiedy będzie jej po prostu za dużo.
Jest też coś, co bardzo doceniam – rytm dnia. Zaczynam przed ósmą, ale o 15:20 zamykam laptopa, wychodzę, wsiadam w pociąg i po piętnastu minutach jestem w domu. Dawno nie kończyłem pracy tak wcześnie i nie wiem, jak długo to potrwa, ale na razie naprawdę się tym cieszę.
Zadania? Niektóre robię w tempie ekspresowym, ale nauczyłem się jednego – nie wychylać się za bardzo. Nawet jeśli coś skończę szybko, daję temu chwilę, zanim zgłoszę wykonanie, bo wiem, jak to działa: pokażesz, że możesz więcej, to zaraz dostaniesz jeszcze więcej.
Duży plus tej pracy to też to, że to nie jest turbo korporacja. Wszystko ma tu swój rytm, czasem trochę chaotyczny, ale jednak bardziej ludzki, poprzeczka bywa zawieszona wysoko, ale jest w zasięgu ręki i da się ją przeskoczyć, tylko trzeba znaleźć swój sposób.
Postanowiłem też zrobić coś dla siebie – zapisałem się na kurs i egzamin z zarządzania zmianą, zakończony międzynarodowym certyfikatem Prosci. Zawsze brakowało mi czasu albo pieniędzy, żeby się za to zabrać i teraz pomyślałem że jeśli nie teraz, to kiedy?
Na najbliższe trzy miesiące mam jeden plan: obserwować, bez gwałtownych ruchów, bez pochopnych decyzji, przyglądać się ludziom, sprawdzać, czy to środowisko jest dla mnie, czy chcę tu zostać na dłużej.
A poza pracą? Z moją ulubioną ekipą „biurowych spiskowców” nadal trzymamy kontakt. Odkryliśmy nowy sposób na wspólne chwile – weekendowe śniadania i to nie byle gdzie. Zamiast przepłacać w popularnych wrocławskich śniadaniowniach, spotykamy się w hotelach. Stała cena, bufet, nielimitowana kawa, herbata, soki, czasem nawet bąbelki, do tego można zamówić coś na ciepło: omlet, jajka po benedyktyńsku, w koszulce po prostu co kto lubi. Najlepsze jest to, że spotykamy się rano, więc każdy jeszcze ma pół dnia dla siebie.
Nie żałuję zmiany pracy, to była dobra decyzja, ale łapię się czasem na tym, że tęsknię za ludźmi, z którymi przez ostatnie cztery lata widywałem się niemal codziennie i chyba to jest w tym wszystkim najtrudniejsze.




























Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.