Moja firma nie przestaje mnie zaskakiwać. Czasami naprawdę zastanawiam się, za co niektórzy ludzie na najwyższych stanowiskach dostają wynagrodzenie. Jak ta firma funkcjonowała do tej pory? Dlaczego jedni potrafią głośno mówić o problemach, a inni zadowalają się ogólnikami i bezrefleksyjnie jak pelikany, połykają kolejne komunikaty, karmione pustymi hasłami.
Wczorajsze spotkanie z ważnymi osobami z kilkunastu krajów było dla mnie prawdziwym szokiem. Informacja zwrotna, którą usłyszałem, dosłownie mnie zamurowała, przez resztę dnia bolała mnie głowa, a w głowie wciąż kotłowały się pytania. Nie mogłem uwierzyć, że coś takiego w ogóle mogło się wydarzyć.
Być może reaguję na takie sytuacje aż tak mocno dlatego, że przez lata nieustannie inwestowałem w swój rozwój, szkoleni, certyfikaty, ukończone szkoły, niezliczone scenariusze i ciągłe podnoszenie kwalifikacji sprawiły, że pewne standardy stały się dla mnie czymś oczywistym. Kiedy więc widzę, jak bardzo rzeczywistość potrafi od nich odbiegać, trudno mi przejść nad tym do porządku dziennego.
Wczoraj przez cały dzień mierzyłem się z lawiną informacji, skarg i problemów, wieczorem, a nawet w nocy, wciąż wracałem do tego myślami. Nie mogłem uwierzyć, że sytuacja zaszła tak daleko, choć nie powinna była się wydarzyć.
Dziś rano wstałem z zupełnie innym nastawieniem. Zamiast rozpamiętywać, zakasałem rękawy i zabrałem się do pracy, rozmawiałem z niezliczoną liczbą osób, próbując uporządkować sprawy, które od dawna powinny być jasne i dobrze zorganizowane. Mówiąc wprost – wdepnąłem w niezły bałagan.
Z jednej strony ręce naprawdę opadają, ale z drugiej jednak widzę w tym ogromną szansę. Mam przestrzeń, żeby coś zmienić, uporządkować i zostawić po sobie coś lepszego. Wierzę też, że to doświadczenie będzie dla mnie bardzo cenne podczas następnych rozmów rekrutacyjnych, bo jeśli ktoś zapyta mnie, jak poradziłem sobie z wyjątkowo trudną sytuacją, będę miał historię, której nie da się nauczyć z żadnego podręcznika.
Są takie wieczory, których nie da się zaplanować. Można ustalić godzinę, miejsce, kupić prezent, przynieść butelkę wina, ale najważniejszego elementu nie da się zamówić ani przygotować. Nie da się zaplanować atmosfery. Nie da się przewidzieć, że zwykłe spotkanie znajomych zamieni się w jedno z tych wspomnień, które zostają z człowiekiem na długo.
Tak właśnie było z marokańskim wieczorem u A. z naszej grupy biurowych spiskowców.
Do dziś nie wiem, co sprawiło, że postanowił zaprosić znajomych do swojego domu. Może chciał po prostu podzielić się kawałkiem swojego świata. Może brakowało mu smaku rodzinnego domu, zapachu kuchni, przy której dorastał, albo zwyczajnie chciał pokazać nam, że gościnność to coś więcej niż postawienie na stole kilku przekąsek.
Jedno było pewne – potraktował to bardzo poważnie. Zapowiedział, że ugotuje dla nas swoje lokalne specjały i ugości nas po marokańsku. My mieliśmy tylko przyjść i pozwolić mu zrobić resztę.
Zaproszenia wysłał z dużym wyprzedzeniem, licząc na to, że pojawią się dokładnie te osoby, które chciał zaprosić. Jak to jednak w życiu bywa, nie każdy miał czas, nie każdy mógł przyjść, część osób była na urlopach, więc skład gości trochę się zmieniał. Jedyną ekipą, na którą można było liczyć od samego początku, była nasza grupa biurowych spiskowców. Gdy tylko pojawiła się informacja, że A organizuje imprezę, wszyscy niemal od razu zadeklarowaliśmy swoją obecność.
W sobotni wieczór, chwilę po osiemnastej, pojawiłem się pod jego blokiem. Po wejściu do mieszkania od razu było wiadomo, że to nie będzie zwykłe spotkanie. Byli tam nie tylko moi biurowi spiskowcy, ale również ludzie, których znałem jeszcze z dawnej pracy. Przy jednym stole spotkali się ludzie z różnych momentów mojego życia zawodowego.
A stół sam w sobie był osobną historią. Ilość jedzenia była wręcz niewiarygodna. Marokańskie specjały, dania mięsne, wegetariańskie, słone, słodkie, smażone, pieczone, gotowane. Wszystko przygotowane z ogromną starannością.
Patrzyłem na to i pomyślałem sobie, że jedzenie często mówi więcej o człowieku niż tysiąc słów, bo kiedy ktoś gotuje dla innych przez wiele godzin, kiedy przygotowuje tyle różnych potraw, to nie chodzi już tylko o jedzenie. To jest sposób powiedzenia: „Cieszę się, że jesteście”.
Oczywiście nikt długo nie wytrzymał z podziwianiem stołu. Ludzie zaczęli nakładać sobie kolejne porcje, próbować nowych smaków i zachwycać się tym, co przygotował nasz gospodarz.
Wieczór płynął niezwykle przyjemnie, było dużo śmiechu, w telewizji trwał mecz Maroko–Kanada. Była też niespodzianka, którą przygotowaliśmy dla naszego kolegi obchodzącego tego dnia urodziny.
W pewnym momencie odkryliśmy też, że u mojego marokańskiego kolegi można wyjść na dach. I właśnie ten dach okazał się jednym z najpiękniejszych elementów całego wieczoru.
Z góry rozciągał się niesamowity widok na Wrocław, a przede wszystkim na Sky Tower. Miasto nocą wyglądało zupełnie inaczej. Każdy, kto wychodził zapalić papierosa, trafiał właśnie tam, ale szybko okazało się, że nie trzeba palić, żeby chcieć tam być. Bo czasami człowiek po prostu chce zatrzymać się na chwilę i popatrzeć.
Nasza impreza zaczęła więc żyć między mieszkaniem a dachem, między rozmowami przy stole a chwilami ciszy z widokiem na miasto.
Kiedy pojawił się solenizant, kilka osób niby przypadkiem wyszło z nim na dach. Kilku z nas przebrało się wcześniej w marokańskie stroje, które A miał w domu. I wtedy wydarzyło się coś prostego, ale wyjątkowego. Zaśpiewaliśmy mu „Sto lat”. Na dachu. W nocy. Z panoramą Wrocławia w tle.
Są momenty, które nie potrzebują wielkiej oprawy, wystarczy odpowiednie miejsce, właściwi ludzie i chwila, która po prostu się wydarza.
Wręczyłem mu upominek butelkę szampana będącą ciekawostką — wyprodukowanego w Wielkiej Brytanii metodą szampańską. Nie z Francji, nie z Włoch, ale właśnie stamtąd. Prawdziwy biały kruk, znaleziony tego samego dnia w specjalistycznym sklepie u zaprzyjaźnionego dostawcy win.
Było w tym spotkaniu coś niezwykle rzadkiego, coś, czego nie da się wymusić. Ludzie, którzy kiedyś po prostu pracowali razem w jednym biurze, nagle okazali się grupą osób, które lubią przebywać w swoim towarzystwie, bez udawania, bez obowiązku, bez służbowych masek.
Rok temu, podczas wyjazdu do Polanicy, oglądaliśmy razem „Magię na gości”. Tym razem padło na inny, równie absurdalny program – „Kobiety giganty i mężczyźni karły”. Był to jakiś amerykański format, momentami wręcz niewiarygodnie głupi, ale właśnie przez tę absurdalność nie mogliśmy oderwać wzroku. Śmialiśmy się z tego, jak dziwne rzeczy potrafią powstawać i trafiać do telewizji. Z drugiej strony – skoro takie programy są emitowane, to znaczy, że ktoś je jednak ogląda.
Za kilka lat prawdopodobnie nie będziemy pamiętać dokładnie, co było w telewizji, ale będziemy pamiętać, że siedzieliśmy razem i że śmialiśmy się do późna, że ktoś ugotował dla nas kolację, że staliśmy na dachu i patrzyliśmy na Wrocław.
Na koniec dostałem jeszcze od A jedzenie, którego nie udało się wszystkim zjeść i dzięki temu niedzielny obiad miałem właściwie załatwiony.
Czasami brakuje mi starej firmy, brakuje mi tamtych ludzi i tamtego czasu, ale jednocześnie cieszę się, że nasze drogi nie rozeszły się całkowicie.
Z moją ekipą biurowych spiskowców nadal się spotykamy, rozmawiamy, nadal potrafimy razem spędzać czas, zdarza mi się nawet wyjeżdżać na weekendy. Nie idealizuję tego, może po prostu czasami dopada mnie sentymentalna refleksja. Chyba dopiero z perspektywy czasu człowiek zaczyna rozumieć wartość takich znajomości, bo każdy z nas jest inny. Mamy różne charaktery, różne historie, różne spojrzenia na świat, jesteśmy na różnych etapach życia a jednak coś nas połączyło. Może właśnie dlatego, że nie jesteśmy tacy sami.
Najfajniejsze rzeczy często dzieją się przypadkiem. Przypadkowi ludzie spotykają się w przypadkowym miejscu i nagle okazuje się, że między nimi pojawia się coś wyjątkowego. Nie zawsze trzeba mieć wspólne pochodzenie, podobny charakter czy takie same poglądy. Czasami wystarczy odrobina otwartości, trochę śmiechu i chęć bycia razem. A potem pewnego dnia człowiek stoi na dachu starego bloku, patrzy na światła miasta i myśli sobie: „Dobrze, że ich spotkałem”.
Jedną z największych zalet pracy w nowym miejscu jest dla mnie jego lokalizacja, bo kompleks Business Garden stał się domem dla wielu firm i korporacji. Można powiedzieć, że to taki wrocławski odpowiednik warszawskiego Mordoru, z tą drobną, ale istotną różnicą – tutaj da się dojechać bez większego problemu , a po pracy równie sprawnie wrócić do domu.
Taka koncentracja biurowców ma jeszcze jedną, zupełnie nieoczywistą zaletę. Nagle okazuje się, że dawni znajomi pracują dosłownie kilka budynków dalej, wystarczy jedna wiadomość i już można umówić się na lunch. Lubię te spotkania. To zawsze dobra wymówka, żeby na godzinę oderwać się od własnej biurowej rzeczywistości, zjeść porządny obiad i przy kotlecie z mizerą posłuchać, jak inni narzekają na swoje korporacyjne życie. Co ciekawe, po takich rozmowach człowiek zwykle wraca do swojego biurka z przekonaniem, że jednak nie ma tak źle.
Moja ulubiona ekipa biurowych spiskowców również na tym korzysta. Czasem wystarczy, że napiszę, wsiądę do pociągu, a po czterech minutach wysiadam przy Wroclavii, gdzie czekają już na mnie przy stoliku w Marche. Zwłaszcza teraz, w okresie wakacyjnym, kiedy każdy ma zaplanowany urlop, coraz trudniej znaleźć wieczór, który wszystkim pasuje. Tym bardziej doceniam takie spontaniczne lunche. Godzina rozmów, trochę śmiechu, wymiana wrażeń i można po 4 minutach wracać do biura, żeby spokojnie dokończyć swoje osiem godzin.
Na piątek miałem kupione bilety do teatru. Nie uśmiechało mi się siedzenie na widowni w pojedynkę, napisałem więc do N., pytając, czy miałaby ochotę wybrać się ze mną. Co prawda spektakl zaczynał się już o 17:30, więc trudno mówić o typowym wieczornym wyjściu, ale przyjęła zaproszenie bez chwili wahania.
Pomyślałem wtedy, że mimo upływu lat wciąż mam opinię człowieka, z którym warto gdzieś wyjść. Takiej gwarancji udanego wieczoru – bez porannego kaca czy moralniaka. Potrafię rozbawić, zadbać o dobrą atmosferę, powiedzieć kilka miłych słów, odwieźć do domu, a wszystkie rozmowy, nawet te najbardziej pikantne, zostają między mną a osobą, z którą spędzam czas. Chyba właśnie za to cenią mnie znajomi.
Żeby dopełnić ten wieczór, obiecałem N. znaleźć jakieś nietypowe miejsce na kolację. Humor mi dopisywał, pogoda również, więc postanowiłem zaszaleć odrobinę i zaprosiłem N. do restauracji na dachu hotelu Monopol. To jedno z tych miejsc, do których nie trafia się przypadkiem. Idzie się tam po widok na dachy Starego Miasta, atmosferę i rozmowę, która nigdzie się nie spieszy.
Wieczór był ciepły, choć wiatr dawał o sobie znać. Po wyjściu z teatru nie musieliśmy zastanawiać się, dokąd pójść. Po prostu skierowaliśmy się w dobrze znanym nam kierunku.
Miłym zaskoczeniem okazał się kelner, który nas obsługiwał, rozpoznaliśmy się niemal od razu. Znałem go jeszcze z czasów, kiedy bywałem w Radissonie, w latach jego jak imojej największej świetności. Takie przypadkowe spotkania zawsze wywołują uśmiech. Kilka minut rozmowy wystarczyło, żeby wróciły wspomnienia i wrażenie, jakby od naszego ostatniego spotkania wcale nie minęło tyle lat.
Zamówiliśmy kilka rzeczy, które już samymi nazwami brzmiały jak mała kulinarna opowieść: hamachi ceviche z agrestem, ogórkiem i limonką, tatar wołowy z aioli, szczypiorkiem i chipsami ziemniaczanymi, do tego grillowany antrykot z ziemniakami dauphine i sałatą rzymską z grilla, glazurowana pierś z kaczki z brokułem, czereśniami i chipsami z polenty a na deser pistacjowe mille-feuille z sorbetem malinowym.
Już same nazwy robiły wrażenie, bo niby wiadomo, czego się spodziewać, ale gdzieś z tyłu głowy pojawiało się pytanie, jaką dokładnie wariację tych dań zobaczymy na talerzu. Trzeba przyznać wyglądało to naprawdę pięknie, każde danie podane z dbałością o szczegóły, jakby ktoś chciał, żeby najpierw zadziałały oczy, a dopiero potem smak, do tego dobrze dobrana lampka wina, która tylko dopełniała całość.
Było spokojnie, smacznie i po prostu dobrze. Wiem, że dla paru osób takie miejsca są symbolem snobizmu albo zwykłym wyrzucaniem pieniędzy w błoto i w pewnym sensie nawet to rozumiem. Przecież można zjeść równie sycący obiad za ułamek tej ceny, tyle tylko że nie zawsze chodzi wyłącznie o jedzenie. Czasem płaci się za atmosferę, za widok, za spokojną rozmowę, za kilka godzin, podczas których nikt się nigdzie nie spieszy. Za możliwość oderwania się od codzienności i zrobienia czegoś po prostu dla siebie. Nie jest to coś, na co miałbym ochotę co tydzień, ale od czasu do czasu dlaczego nie? Są takie wieczory, które zostają w pamięci znacznie dłużej niż kwota widniejąca na wyciągu z karty..
Lubię takie dni, gdy niczego wielkiego nie planujesz, a wszystko układa się samo. Kilka przypadkowych spotkań, dobra rozmowa, teatr, kolacja z widokiem na miasto i świadomość, że czasem najlepsze wieczory to właśnie te, które rodzą się całkiem spontanicznie.
Mam wrażenie, że kwiaty na balkonie są trochę jak ludzie – kiedy mają odpowiednie warunki, odwdzięczają się pięknym wyglądem. Wystarczy jednak chwila nieuwagi, kilka dni skwaru i odrobina pecha, a ich humor zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni.
Moje jeszcze niedawno wyglądały naprawdę imponująco, codziennie cieszyły oko, rosły jak szalone i dawały mi poczucie, że jednak potrafię się czymś zaopiekować. Potem przyszły upały, nie pomogło też moje dość swobodne podejście do podlewania, a kiedy do kompletu dołożyły się burze przechodzące niemal dzień po dniu, balkon zaczął przypominać pobojowisko.
Przypomniało mi się wtedy powiedzenie, że nie chwali się kwiatów, bo zaraz zaczną więdnąć. Brzmi jak jeden z tych przesądów, z których zwykle się śmiejemy – aż do momentu, kiedy zaczynają dziwnie pasować do rzeczywistości. Jeszcze kilka tygodni temu wszystko zapowiadało się pięknie, a dziś patrzę na moje doniczki i zastanawiam się, czy nie wypadałoby urządzić im symbolicznego pożegnania.
Jakby tego było mało, życie postanowiło dorzucić mi jeszcze jedną atrakcję.
Pewnego ranka, spiesząc się do pracy, wskoczyłem pod prysznic. Wszystko odbywało się w tempie ekspresowym, więc nawet nie wiem, kiedy do ucha nalała mi się woda. Niby drobiazg, każdemu mogło się zdarzyć. Problem w tym, że woda najwyraźniej uznała, że znalazła idealne miejsce na dłuższy pobyt. Na początku próbowałem udawać, że nic się nie dzieje, trochę szumiało, trochę gorzej słyszałem, ale przecież człowiek ma ważniejsze rzeczy na głowie. Z każdą godziną przekonywałem się jednak, że brak słuchu potrafi być zaskakująco uciążliwy. Ktoś coś mówi, wszyscy kiwają głowami, a ja próbuję zorientować się z wyrazu twarzy, czy właśnie padł świetny pomysł, czy może termin został przesunięty.
Szybko wypracowałem nową technikę prowadzenia rozmów. Delikatny obrót głowy i obowiązkowo lepsze ucho skierowane w stronę rozmówcy. Wyglądało to pewnie tak, jakbym z ogromnym zainteresowaniem wsłuchiwał się w każde słowo. Prawda była znacznie mniej romantyczna – po prostu próbowałem cokolwiek usłyszeć.
Najgorzej wypadały spotkania, bo jeśli ktoś siedział po niewłaściwej stronie stołu, praktycznie przestawał dla mnie istnieć. Nie dlatego, że go ignorowałem, po prostu jego głos gdzieś znikał, zanim zdążył dotrzeć do mojego mózgu. Kilka razy zorientowałem się, że wszyscy patrzą na mnie, czekając na odpowiedź, a ja nie miałem najmniejszego pojęcia, o czym przed chwilą była mowa.
W piątek miałem iść do teatru i wtedy uznałem, że żarty się skończyły. Ostatnią rzeczą, jakiej chciałem, było siedzenie przez dwa godziny na spektaklu i domyślanie się dialogów z ruchu ust aktorów. To już nie byłaby kultura….
Przez moment przemknęła mi też przez głowę pewna myśl. Może właśnie tak niepostrzeżenie człowiek zaczyna się starzeć? Nie wtedy, kiedy znajdujesz pierwszy siwy włos, ale wtedy, gdy podczas rozmowy odruchowo nadstawiasz jedno ucho i z powagą prosisz: „Mógłbyś powtórzyć?”. Na szczęście rozsądek szybko wrócił, to jeszcze nie starość, tylko woda, która wyjątkowo uparcie postanowiła pokrzyżować mi plany.
W zeszłym tygodniu kilka razy złapałem się na tym, że atmosfera w pracy gęstnieje i zaczyna robić się naprawdę gorąca. Kilka osób z zespołu poszło na urlopy, a ja zostałem „ożeniony” z kilkoma nowymi projektami. Już na początku wiedziałem, że łatwo nie będzie. Świadomie podjąłem się tych zadań, ale obiecałem sobie jedno – jeśli w pewnym momencie poczuję, że to wszystko zaczyna mnie przygniatać, zatrzymam się i zastanowię, czy nie lepiej oddać część tematów komuś innemu. Nie chcę doprowadzić się do momentu, w którym zwyczajnie się zajadę.
Jednego ranka, jadąc do pracy, miałem dziwne wrażenie, jakbym na chwilę znów wrócił do Kataru. Tamten stan napięcia, gonitwa myśli i wewnętrzny niepokój wróciły do mnie z zaskakującą siłą. Sama perspektywa konfrontacji z biurową rzeczywistością potrafiła wytrącić mnie z równowagi. Paradoksalnie nie wydarzyło się nic złego. Po prostu pracowałem bardzo intensywnie, każdy dzień oznaczał kolejne zadania do przygotowania i dowiezienia. Terminy goniły jeden za drugim, a ja nie miałem przestrzeni, żeby spokojnie usiąść i pomyśleć nad lepszą koncepcją czy dopracować każdy szczegół. Działałem jak dobrze naoliwiona maszyna – szybko analizowałem problemy, równie szybko znajdowałem rozwiązania i przechodziłem do kolejnych wyzwań. Było to mega wyczerpujące, zwłaszcza intelektualnie, ale jednocześnie dawało poczucie, że mimo wszystko pcham wszystko do przodu. Jest jednak również druga strona tej historii. Coraz lepiej układa mi się współpraca z nową szefową. Mam wrażenie, że znaleźliśmy wspólny język i wypracowaliśmy sposób komunikacji, który działa dla nas obojga. Owszem, czasami nadal drażni mnie ton jej głosu, ale przestało to mieć większe znaczenie. Najważniejsze, że udało mi się usłyszeć jej zapewnienie, iż moja umowa zostanie przedłużona. To zdjęło ze mnie ogromny ciężar, bo szczerze mówiąc, nie miałem najmniejszej ochoty ponownie szukać pracy, więc świadomość, że ten rozdział jest na razie zamknięty, pozwoliła mi odetchnąć. Nowe projekty, które dostałem, są naprawdę ciekawe. W innych okolicznościach pewnie cieszyłbym się z nich bez żadnych wątpliwości. Problem polega na tym, że jest ich po prostu dużo za dużo. To duże, odpowiedzialne tematy i wiem, że doprowadzenie ich wszystkich do końca w pojedynkę będzie ogromnym wyzwaniem.
Kiedy pojawiają się chwile zwątpienia, staram się szybko odsuwać od siebie te myśli. Mam poczucie, że jeśli nie teraz, to kiedy? Pewnie nigdy nie nadejdzie moment, w którym poczuję się w stu procentach gotowy na taką odpowiedzialność. Wiem, że potrafię temu sprostać, wiem też, że dam radę. Muszę jednak pamiętać o sobie i rozsądnie gospodarować własną energii, nie chcę udowadniać nikomu niczego kosztem własnego zdrowia.
Czasami zastanawiam się, co będzie dalej i w jakim kierunku to wszystko się potoczy. Na szczęście w mojej firmie sytuacja potrafi zmieniać się bardzo dynamicznie. To, co dziś wydaje się przytłaczające, za kilka tygodni może wyglądać zupełnie inaczej. Być może część obowiązków zniknie, pojawią się nowe priorytety, a ja będę mógł skupić się na tym, w czym naprawdę jestem dobry i co jestem w stanie dowieźć bez przekraczania granic własnego czasu i energii. Na razie pozostaje mi robić swoje, krok po kroku, nie próbować wygrać wszystkiego naraz, tylko każdego dnia przesuwać się odrobinę do przodu. Może właśnie na tym polega dojrzałość i spryt – nie na udowadnianiu, że można wszystko, ale na umiejętności rozpoznania, ile naprawdę jest się w stanie unieść.
No i nadeszło prawdziwe lato. Nad Polską przetacza się fala upałów, temperatury wystrzeliły w górę, a ten weekend od kilku dni zapowiadano jako najgorętszy w roku. Moje surfinie na balkonie, jak na razie, radzą sobie całkiem dobrze, podlewam je sam albo wyręczają mnie letnie burze z porządnymi opadami deszczu. Różnica między tym, jak wyglądały jeszcze kilka tygodni temu, a tym, co dzieje się z nimi teraz, jest ogromna. Rosną jak szalone, obsypują się kwiatami i powoli zaczynają wylewać się za barierkę balkonu. Przed nimi jeszcze całe trzy miesiące lata, więc liczę na to, że stworzą bosko piekną, kaskadową kompozycję z białych kwiatów ku zazdrosci sąsiadów i przechodniów…
Nie wiem tylko, jak zniesie to mój sąsiad. Już teraz przeszkadzają mu płatki, które czasem spadają na jego balkon, a o kilku kroplach wody z doniczek nawet nie wspomnę…
Moi rodzice wyjechali na całe lato do domu nad jeziorem w zachodniopomorskim, a mama – jak niegdyś – „ożeniła” mnie z obowiązkiem podlewania kwiatów w ich mieszkaniu. Sąsiadka, która robiła to przez ostatnich kilka lat, niestety podupadła na zdrowiu. Po ostatnim wyjeździe rodzice wrócili do domu i zastali prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy: suche liście, uschnięte badyle i bałagan na parapetach oraz podłodze mówiły same za siebie. Mimo że sąsiadka zapewniała, iż regularnie podlewała kwiaty, zdjęcia, które wysłała mi matka, nie pozostawiały złudzeń. Wyglądało jakby przez pięć tygodni rośliny nie zobaczyły ani kropli wody.
Mama, jak to mama, stwierdziła, że ludzka bezczelność nie zna granic. Śmiertelnie obraziła się na sąsiadkę i zapowiedziała, że od tej pory nie kiwnie już dla niej palcem. Tym samym cały obowiązek spadł na pierworodnego czyli mnie. Szczerze mówiąc, jeżdżenie 11 kilometrów w jedną stronę tylko po to, żeby podlać kwiaty, jest dla mnie tylko przykrym obowiązkiem niż przyjemnością. Dlatego za każdym razem, kiedy dostaję sms-a, a już szczególnie telefon z pytaniem: „Czy kwiatki podlane?”, czuję, jak zaczyna mi pulsować skroń i pękać żyłka. Nikt nie potrafi mnie tak skutecznie wyprowadzić z równowagi jak moja rodzicielka…
Wczoraj i dziś temperatury dochodzą niemal do 40 stopni, dlatego na rower wsiadam bardzo wcześnie. Budzik dzwoni o piątej rano, robię swoje 50 kilometrów i jeszcze przed dziewiątą wracam do domu, zmęczony, spocony, brudny ale zadowolony. Potem pozostaje już tylko odpoczynek w przyjemnym chłodzie, który zapewnia mi produkt marki Haier.
Na obiad planuję dziś lekką pastę na zimno z mozzarellą, pomidorami i oliwkami. Przy takich upałach to właściwie jedyna rzecz, na którą mam ochotę i którą jestem w stanie zjeść.
Szedłem dziś do biura z lekkim ciężarem na sercu. Mimo weekendu, który przecież miał być czasem odpoczynku i złapania oddechu, myślami co chwilę wracałem do spraw zawodowych. Po tylu latach pracy w różnych firmach nadal nie potrafię całkowicie odciąć się od obowiązków i zostawić ich za drzwiami na dwa dni i nawet w wolnym czasie gdzieś z tyłu głowy przewijają się tematy, które czekają na mnie w poniedziałek. Szczerze mówiąc, coraz bardziej wątpię, czy kiedykolwiek osiągnę ten mityczny poziom równowagi między pracą a życiem prywatnym. Ale kto wie, może sztuczna inteligencja rozwinie się kiedyś do tego stopnia, że przejmie większość moich zawodowych trosk i pozwoli mi naprawdę odpoczywać.
Dziś wydarzyło się też coś, czego wcześniej bym po sobie nie podejrzewał. Po raz pierwszy w nowej firmie, podczas spotkania z szefową i zespołem, po prostu wstałem i wyszedłem, tłumacząc się dużo pilniejszymi sprawami. Nie będę udawał – sprawiło mi to sporą satysfakcję, przez chwilę miałem wrażenie, jakbym wysłał światu komunikat: „poradźcie sobie misiaczki tutaj sami, a ja zajmę się czymś, co naprawdę jest ważne”.
Nie obyło się też bez korporacyjnych atrakcji, jeden z panów z procurementu dość bezceremonialnie spuścił mnie dziś na drzewo. Nie zrobił tego ani miło, ani szczególnie elegancko, ale ku mojemu własnemu zdziwieniu spłynęło to po mnie jak po kaczce. Uznałem, że poradzę sobie bez jego pomocy. W myślach nawet próbowałem go usprawiedliwiać – pewnie ma na głowie tysiąc innych spraw, przecież nie będzie tłumaczył mi każdej swojej decyzj, bo zalożyl, że posiadam kryształową kulę, czytam w myślach i od razu rozumiem wszystko, co komunikuje między wierszami.
Najciekawszym punktem dnia była jednak rozmowa telefoniczna z CFO. Dla osób spoza korporacyjnego świata – to człowiek, który pilnuje firmowych pieniędzy, współtworzy strategię organizacji i decyduje o tym, na co firmę stać, a na co nie. W hierarchii jest drugi po bogu, zwykle ustępuje miejsca tylko CEO. Ku mojemu zaskoczeniu usłyszałem od niego, że jeśli kiedyś znowu utknę w mailowym ping-pongu albo będę bezskutecznie odbijał się od kolejnych ścian, mogę zadzwonić do niego bezpośrednio, tak po prostu, na komórkę. Z pominięciem całego korporacyjnego łańcucha dowodzenia, przelożonych, dyrektorów i strażników, broniących dostępu do najwyższych pięter organizacji przed takimi szeregowymi pracownikami jak ja.
Na koniec dnia szefowa po raz kolejny udowodniła, że zasługuje na honorowy tytuł pionierki pierwszego dnia na planecie Ziemia. Zalała mnie falą nowych decyzji, pomysłów, fanaberii i „dobrych rad”, które koniecznie powinienem wdrożyć jeszcze przed jej urlopem rozpoczynającym się 1. lipca. W związku z tym rozpocząłem własną, cichą operację delikatnego sabotażu, kontrolowanego opóźnienia i podtrzymywania błogiego stanu jej nieświadomości – wszystko po to, by dotrwać do momentu, kiedy zniknie mi z mojego horyzontu choć na kilka tygodni.
Upały nie odpuszczają. Patrzę na prognozy i wszystko wskazuje na to, że ten stan szybko się nie zmieni. Najbliższy tydzień zapowiada się więc podobnie – codzienne pielgrzymki do biura w temperaturach, które bardziej kojarzą się z południem Europy niż z polskim latem.
Przez lata w mieszkaniu ratowałem się zwykłym wiatrakiem, z czasem nawet sprawiłem sobie nieco bardziej elegancki model – drewniany, stylowy, można by powiedzieć z nutą glamour. Mimo to za każdym razem przypominał mi się wentylator stojący w kuchni mojej babci. Miał poprzyczepiane do osłony kolorowe lepkie tasiemki, które z czasem zamieniały się w kolekcję kurzu, much i innych latających stworzeń. Do dziś mam ten obraz przed oczami. Minęły ponad cztery dekady, a moja wyobraźnia wciąż nie potrafi go skutecznie wymazać, tym bardziej że babcia uparcie trzymała ten wynalazek właśnie w kuchni nad talerzami…
Dwa lata temu postanowiłem zakończyć tę walkę z upałem i zamontowałem klimatyzację. Od tamtej pory nie muszę już chodzić po mieszkaniu w samej bieliźnie, czując jak pot spływa mi po skroniach, a ciało nagrzewa się niczym w solarium. W biurze na szczęście klimatyzacja również działa bez zarzutu, więc jakoś przetrwam.
Najbliższe tygodnie będą wyglądały dość przewidywalnie: praca i codzienna trasa dom – biuro – dom. Urlop zaplanowałem dopiero na koniec października, więc do tego czasu pozostaje klasyczna orka na ugorze.
Na razie nie zaprzątam sobie głowy tym, co będzie dalej z pracą. Nie mam poczucia, że umowa może nagle nie zostać przedłużona, ale też nie zamierzam tracić czujności, wolę trzymać rękę na pulsie, niż pewnego dnia obudzić się z ręką w nocniku.
Gdyby ktoś dziś zapytał mnie o plan na najbliższe miesiące, odpowiedziałbym bez większego zastanowienia: pracować intensywnie do października, potem wykorzystać urlop, wrócić do pracy, a w lutym zniknąć na kolejne trzy tygodnie kolorowego, technikolorowego odpoczynku, po powrocie zgarnąć bonus i rozejrzeć się za nowym pracodawcą.
Nie palę się do zmiany pracy. Rynek jest obecnie wyjątkowo wymagający, a ja powoli zbliżam się do wieku, w którym człowiek przestaje być oczywistym wyborem dla rekruterów. Leśnym dziadkiem jeszcze nie jestem, nie choruję, stale się uczę, rozwijam i w pracy jestem lubiany. Z drugiej strony nie mogę też pracować za miskę ryżu, bo przyzwyczaiłem się do pewnego poziomu życia, do komfortu, podróży i małych przyjemności. Rezygnacja z tego wszystkiego nie przyszłaby mi łatwo.
Z tyłu głowy mam jednak świadomość, że przyszłość potrafi pisać własne scenariusze. Los nieraz sprowadzał mnie na ziemię, serwując mniejsze i większe porażki. Bolały, czasem bardzo, ale każda z nich zmuszała do refleksji i przewartościowania wielu spraw.
Dziś rano wstałem wyjątkowo wcześnie. Po śniadaniu szybko wskoczyłem na rower, chcąc wykorzystać kilka chłodniejszych godzin przed nadejściem żaru. Wrocław ma fantastyczną sieć tras rowerowych, można godzinami krążyć między parkami, nadrzecznymi wałami i zielonymi zakątkami miasta, od lat właśnie te trasy lubię najbardziej. Nie potrzebuję licznika, żeby wiedzieć, ile kilometrów przejadę, doskonale znam dystans z domu do Jazu Opatowieckiego czy na lotnisko. Wystarczy dojechać tam i wrócić, a na koncie pojawia się 30 kilometrów. Zwykle dorzucam jeszcze kilka nowych odcinków albo jakąś nieznaną wcześniej ścieżkę, a kiedy wracam do domu, czuję się jak młody bóg – zmęczony, spocony, zgrzany, ale zwyczajnie szczęśliwy.
Potworny dziś upał. Co prawda wczoraj wieczorem przeszła burza, ale niewiele z tego wyniknęło, powietrze nadal jest ciężkie, a z nieba znowu leje się żar.
O rowerze nawet nie myślę. Wyjazd w takim skwarze byłby bardziej karą niż przyjemnością. Liczę, że wieczorem temperatura trochę odpuści i uda się wskoczyć na rower, bo te moje 40 km wciąż czeka.
Wczoraj odbyła się impreza w mojej poprzedniej firmie. Nie mogłem na niej być, ale miło było usłyszeć, że kilka osób pytało o mnie i że podobno mnie brakowało.
Dla porównania – w mojej obecnej pracy impreza odbyła się tydzień temu, podczas wyjazdu ze znajomymi. Kilka przekąsek typu finger food, jakieś smutne kiełbaski z grilla i właściwie tyle, więc chyba nic takiego wielkiego mnie nie ominęło.
Dzisiejszy poranek był wyjątkowo leniwy, poleżałem trochę dłużej w łóżku, obejrzałem film, zjadłem spokojnie śniadanie, a teraz to trzeba złapać za szmatę i ogarnąć mieszkanie. Jak zwykle zacznę od sedesu, bo z tym po prostu najlepiej mieć „atrakcję” z głowy. I tak właśnie wygląda moja sobota, bez fajerwerków, ale też bez pośpiechu.
Pracuję w cudownie rozpieprzonej firmie. Miejscu, w którym priorytety istnieją chyba tylko w teorii, gdzie nie ma uporządkowanych struktur, sensownych standardów ani aktualnych instrukcji. Zamiast tego człowiek jest atakowany rozpraszającymi tematami, nieustannie zasypywany kolejnymi zadaniami, które odciągają uwagę od tego, co ważne. Procesy są dawno nieaktualne, kierunku brak, a z jednego absurdu wpada się prosto w następny – istny chaos.
A pośrodku tego wszystkiego jestem ja. Widziałem już podobne środowiska, więc niewiele jest w stanie mnie zaskoczyć. Przychodzę do pracy, przerzucam kolejne zadania, a stos rzeczy do zrobienia i tak rośnie szybciej, niż jestem w stanie zrobić. Robię tyle, ile mogę a o 15.00 zamykam komputer i wracam do domu. Mam wrażenie, że każdego dnia pcham swoją kulkę gówna niczym żuk gnojarz, popycham ją uparcie, a ona i tak za chwilę znowu stacza się na dół.
Dziś w drodze do pracy Wrocław zafundował mi mały bonus. Kilka osób najwyraźniej uznało, że poranny prysznic to aktywność opcjonalna. W efekcie jeszcze przed rozpoczęciem pracy w komunikacji miejskiej musiałem zmierzyć się z intensywnym aromatem zapachów spod pachy. Droga do pracy to czasami po prostu survival.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.