Wolne

Miałem mieć luźny tydzień w pracy, dlatego poleciałem do M, niestety od poniedziałku trwają gwiezdne wojny. S. nie chce wypuścić mnie z projektu, bo kolega rzucił papierami, moja szefowa ożeniła mnie z nowym projektem do którego wdrożyć mam się na już, jeszcze szkolenie, na które zapisałem się dobrowolnie, żeby wykorzystać przestój w pracy. W konsekwencji biegam jak kot z pęcherzem, przełączam się z jednego spotkania na drugie, w przerwach piszę maile, robię prezentacje. Jem byle jak, byle szybko, M donosi mi tylko napoje a ja jak postrzelony wpatruję się tylko w monitor, bo wszystko jest na wczoraj. Mój były klient działa mi na nerwy, jego nierozgarnięcie wywołuje u mnie wyłącznie frustracje do tego stopnia, że z jeszcze większą chęcią ignoruje jego prośby i zadania. Na zaczepki p.t. let’s align reaguję wyłączeniem okienka w komunikatorze a w myślach wysyłam go na daleki Madagaskar. Nie rozumiem jak ktoś taki może mieć dyr przed nazwiskiem. Palant ogłosił w zeszłym tygodniu, że nie będzie mnie potrzebował, ludzi powysyłałem na urlop a teraz obudził się z ręką w nocniku i rzeźbi, bo okazuje się, że nie ma komu pracować. Typowa stylówka korpo.

Opublikowano Uncategorized | 8 Komentarzy

Spontan

Od wczoraj jestem w Szwajcarii. Odkąd anulowano wszystkie obostrzenia, green passy, maseczki i testy o wiele przyjemniej podróżuje się samolotem i o wiele łatwiej przychodzi mi bycie spontanicznym w wyjazdach. I tak w tym tygodniu będę pracował zdalnie z Berna, w pracy też jest jakoś luźniej, dlatego kilka dni temu odruchowo kupiłem bilet ku wielkiej uciesze M.

Pojechałem dziś na spacer do Kirchenfeld, sprawdzić stare śmieci i zobaczyć dawne niewidziane widoki. Gdzieniegdzie trwają remonty, stare miasto pełne jest dźwigów, rusztowań i żelaznych konstrukcji, kilka znanych sklepów zniknęło z mapy miasta, zbankrutowały albo zmieniły właścicieli. Poszedłem w kierunku parku Dählhölzli, gdzie kiedyś z lubością przechadzałem się w przerwie na lunch. Spacerując przypominałem sobie nazwy mijanych budynków ambasad i konsulatów których jest tutaj multum. Park zoo mocno się rozbudował, wybudowano nowe drewniane kładki, spod których można obserwować przechadzające się tam zwierzęta i ptaki. Z innych nowości to, że park pełen jest świrniętych starszych kobiet nawołujących zwierzęta i wydających przy tym bardzo dziwne dźwięki.

Odwiedziłem dom, w którym właścicielka hodowała świnki, które niegdyś dokarmiałem resztkami swojego lunchu albo owocami wynoszonymi z biura.

Śmieszna historia mi się przypomniała. To miejsce pokazała mi koleżanka z biura – Ushi zaraz po tym jak się tutaj sprowadziłem i często zabierała mnie tutaj aby dokarmić te świnki. Zdarzało się, że w czasie pracy wymykaliśmy się na krótki spacer po okolicy, zabieraliśmy jabłka, rzucaliśmy je zawsze głodnym zwierzętom a potem szliśmy na spacer albo wspólny lunch. Od taki niewinny i nieznaczący rytuał każdego tygodnia.

Któregoś dnia umówiliśmy się na takie wspólne wyjście, wyszedłem z biura czekając na Ushi przed wejściem. Coś długo trwało to jej schodzenie z drugiego piętra, więc sięgnąłem po komórkę i wysłałem krótką wiadomość „idziesz Ushi nakarmić ze mną świnie – czekam na dole, będzie super”.

Poszliśmy na spacer, obowiązkowo zajrzeliśmy do świnek a w drodze powrotnej zahaczyliśmy o ulubioną bäckerei gdzie kupowaliśmy nasz ulubiony lunch pt. precel z pastą z tuńczyka.

Kilka dni później moja dyrektorka niespodziewanie na spotkaniu zagadnęła mnie co to za dziwne propozycje jej wysyłam z tym dokarmianiem świń. Pech chciał, miała na imię tak samo jak moja koleżanka a przypadkowo wysłana do niej wiadomość nieźle ją rozbawiła.

Opublikowano podroze, Szwajcaria | Otagowano , | 9 Komentarzy

wakacje c.d.

Rzadko piszę, bo nie potrafię zebrać myśli i spisać je w sposób składny. Dopadła mnie chwilowa niemoc twórcza, potrzebuje bodźca żeby usiąść i ogarnąć to co kotłuje się w mojej głowie. Urlop minął bezpowrotnie, zrelaksowałem się i wyciszyłem, powiedziałbym że nawet rozleniwił, bo pierwszego dnia po powrocie do pracy policzyłem ile dni brakuje do świąt i kolejnych wolnych dni. Z tęsknotą wspominałem beztroskie poranki, wstawanie bez pośpiechu, byle jakie ubieranie się, leniwie śniadania i trywialne dylematy: kawa czy herbata, spacer, plaża czy nurkowanie, na jaki zabieg w spa powinienem się zdecydować. Codziennie przez kilka godzin wylegiwaliśmy się bezczynnie na leżakach wystawiając się leniwe na ciepło słonecznych promieni. To był jeden z najlepszych wypoczynków ostatnich lat, podobało nam się do tego stopnia, że po powrocie zarezerwowaliśmy kolejny wyjazd, tym razem na koniec września. Tak bardzo ulegliśmy błogiej atmosferze spokoju całkowitego nic nierobienia, że nie pojechaliśmy zwiedzić niczego w okolicy, Luksor i Abu Simbel przełożyliśmy na bliższej nieokreśloną przyszłość. Nawet nie zdawałem sobie sprawy jak bardzo tego potrzebowałem.

Jedyną rysą na całym wyjeździe pozostała informacja, którą usłyszałem w 3 dni po powrocie. W Egipcie doszło do wypadku autokaru z polskimi turystami, na miejscu zginęły trzy osoby.

Do zdarzenia miało dojść około południa, kiedy autokar, przewożący polskich turystów z hoteli w Marsa Alam na lotnisko w Hurghadzie, przewrócił się. Portal opublikował również oświadczenie biura podróży, z którym podróżowaliśmy kilka dni wcześniej. Dreszcz mnie przeszedł jak o tym czytałem.

Opublikowano podroze | Otagowano , | 7 Komentarzy

wakacje

W planach na koniec marca mieliśmy jakieś szybkie wakacje. M. chciał do Grecji, ale wyjątkowo długo zwlekał z potwierdzeniem urlopu, ja w sumie też zawalony byłem pracą i jak przyszło do rezerwowania biletów to okazało się, że za same bilety lotnicze zapłacimy jakieś chore pieniądze co skutecznie odwiodło nas od pomysłu greckich wakacji i musieliśmy improwizować. Istniejące jeszcze wtedy wszystkie ograniczenia pandemiczne trochę ograniczały nam wybór kraju gdzie moglibyśmy pojechać. Obaj dobrze wiedzieliśmy, że potrzebujemy wakacji i było nam zupełnie obojętnie dokąd polecimy, byleby było ciepło, nie za daleko, bo zupełnie nie uśmiechało się nam tarabanić kilkanaście godzin na jakąś egzotyczną wyspę. Jak dla mnie moglibyśmy pojechać nawet do Pcimia byleby tylko było ciepło i mieli tam plażę.  W ruch poszła strona z ofertami last minute i w ten oto sposób trafiliśmy do Egiptu. Zarezerwowałem nam hotel dla dorosłych i pokój z widokiem na morze, co by odgrodzić się od hałasu i spędzić ten czas w nieco jakby komfortowych warunkach.

Wylot mieliśmy w niedzielę rano, z Warszawy, dlatego już dzień wcześniej M. przyleciał do stolicy a że na dniach były jego urodziny, zarezerwowałem nam pobyt w eleganckim H15 na Poznańskiej. Wieczorem zaplanowaliśmy spotkanie z K. na Woli w Le Cedre, akurat fajnie się złożyło, bo była akurat w tym czasie w Warszawie. Przylot samolotu M. pechowo zbiegł się z wizytą Prezydenta Bidena w Polsce, co trochę utrudniło nam sprawy logistyczne, bo najpierw samolot M nie mógł wylądować, a potem on nie mógł dojechać do Śródmieścia, bo cała trasa z lotniska było zablokowana. Szczęśliwie ja wybrałem pociąg i nie miałem tylu problemów choć przejście z Centralnego na Poznańską okazało się lekką akrobacją, bo nie można było spokojnie przejść przez Aleje wszędzie pełno było policji, straży miejskiej i ochrony. M. przyjechał z lotniska kolejką SKM, błądził trochę w przejęciu podziemnym szukając właściwego wyjścia, ale w końcu szczęśliwie dotarł do hotelu.

Szczerze miałem trochę wątpliwości czy to aby na pewno dobry pomysł jechać na urlop do Egiptu, kierunek mało popularny, żeby nie powiedzieć przereklamowany, bo cieszący się popularnością głównie wśród rodzin z dziećmi albo wiecznie naprutych Januszy szukających tanich wczasów all-inclusive. Nikt z nas wcześniej tam jednak nie był. M. też początkowo kręcił nosem, ale ostatecznie wszystkie inne możliwe wyjazdy w tym terminie wiązały się z bardzo długim lotem przez Atlantyk. W samolocie nałożyliśmy słuchawki na uszy, włączyliśmy iPady i jakoś nam te trudy podróży minęły. Większość współpasażerów zostawała w Hurghadzie, podczas gdy my z paroma innymi rodzinami jechaliśmy dalej do Marsa Alam. Jak to bywa w krajach trzeciego świata certyfikatów i testów nikt nam specjalnie nie sprawdzał, a za wizę zapłaciliśmy po dwa dolary extra. Gdy siedzieliśmy już w busie, który miał nas zawieźć do hotelu, niespodziewanie pojawił się ktoś z obsługi biura szukając M… Okazało się że, M. po przylocie odebrał z karuzeli z bagażami nie swoją walizkę. Przypadek chciał, że swoją kupował w polskiej galerii tak jak jedna z podróżujących z nami kobiet, popatrzył tylko na kolor i markę i wyszedł z nią z hali przylotów. Mało brakowało a po przyjeździe do hotelu odkryłby, że ma ze sobą same sukienki, topy i damski strój kąpielowy.

Przejazd do Marsa Alam zajął nam prawie 3 godziny, gdy dojechaliśmy było już ciemno. Steigenberger Coraya przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania: pięknie położony kompleks hotelowy, zadbany, blisko rafy koralowej, z bardzo miłą życzliwą, obsługą, pełen kwitnących kwiatów, niesamowicie czysty no i najważniejsze bez rozdartych bachorów. Wśród hotelowych gości przeważali głównie emerytowani Niemcy i Szwajcarzy, co było nam bardzo na rękę, bo chodzili wcześnie spać a nam najbardziej zależało na spokoju, relaksie i względnym luksusie.

Pokój 1904 z tarasem i widokiem na morze był naszą oazą przez następne siedem dni.

Opublikowano podroze | Otagowano , | 3 Komentarze

Kondycja świata

Praca bardzo mnie wyczerpuje, w ciągu tygodnia na niewiele starcza mi czasu. Tymczasowo zaakceptowałem ten stan, minęły już 4 miesiące, mam umowę na czas nieokreślony, nie mam też najmniejszej ochoty na szukanie nowego zajęcia. Niczym filmowa Scarlett O’Hara postanowiłem zastanowić się nad tym dopiero jutro…

Od tygodni byłem w regularnym kontakcie z K. Jej rodzice uwięzieni byli w ostrzeliwanym Mariupolu, nie było z nimi żadnego kontaktu przez prawie dwa tygodnie. Odcięcie od choćby strzępów informacji spowodowało, że wzięła w pracy wolne, nie była wstanie skoncentrować się na zawodowych obowiązkach, wspierała się farmakologicznie. K. pracuje w dużej międzynarodowej firmie doradczej w Bazylei. Opowiedziała mi, że dzwonił do niej imienny partner oferując pomoc i zrozumienie. Zgłosił się do niej też ktoś inny z firmy, z nowo powstałej wspólnoty zrzeszających pracowników chcących wspierać wszelakie inicjatywy pomocowe dla Ukrainy. Miły, niezobowiązujący gest, z drugiej strony typowe corpo. Jakiś zbłąkany stażysta zadzwonił do niej prosząc czy mogłaby wgrać się na jedne z zorganizowanych przez nich spotkań. Odmówiła. Po tym, jak poprosił ją o przygotowanie kilku slajdów i zrobienie prezentacji straciła resztki zapału dla tego pomysłu.

Dwa tygodnie bez jakichkolwiek informacji o tym co dzieje się z jej najbliższymi. W akcie desperacji założyła konta na każdym możliwym portalu społecznościowym, próbowała przypomnieć sobie nazwiska wszystkich osób, których znała z dzieciństwa czy okresu studiów, sąsiadów, znajomych rodziców, kogokolwiek. Pisała wiadomości w nieznane, byleby ktokolwiek był może w stanie potwierdzić, że jej rodzice żyją. Odpisał jej kolega z podstawówki, którego nie widziała trzy dekady. Był w mieszkaniu jej matki, widział się nią i rozmawiał.

Informacje o „korytarzach humanitarnych”, które pojawiały się w środkach masowego przekazu miały się nijak do tego, co działo się w rzeczywistości. Matce K. udało się wyjechać z miasta autem, na własne ryzyko, benzyny w baku nie starczyło by dojechać do Zaporoża. Na stacjach benzynowych brakowało paliwa. Jechała bardzo powoli, często zatrzymywana była do kontroli, sprawdzano jej telefon czy nie ma zdjęć pokazujących wojsko albo przedstawiających zniszczenia wojenne, dodatkowo po godzinie 17. wprowadzono absolutny zakaz poruszania się pojazdów cywilnych.

Kilkadziesiąt godzin po otrzymaniu tej informacji nieznajoma para Niemców podróżująca do Berlina, przywiozła ją do mnie do domu. Niemal natychmiast ze Szwajcarii wyruszyła autem kuzynka K. z mężem. Chciałem zostawić kobiecie do dyspozycji całe swoje mieszkanie, ale K. poprosiła mnie żebym nie zostawiał jej matki samej. Ostatnie kilkanaście dni spędziła sama w mieszkaniu, w okupowanym mieście bez wody, prądu, ogrzewania i kanalizacji.

W wiadomościach wciąż mówią o oblężonym mieście prawie 2000km stąd, kwitnie propaganda, kopiowana przez dziennikarzy, a świadek tych wydarzeń dotknięty bezpośrednio, siedział koło mnie w salonie, pił gorzką kawę a potem umył mi naczynia. Poczucie skrajnej bezradności wobec okrucieństwa świata przytłacza, banalność otoczenia ryje banie. Miałem ochotę wyciągnąć i wręczyć jej całą kasę którą miałem w portfelu. Trudno było mi później wyjść z domu, zrobić zwykłe zakupy i kupić sobie kurczaka na obiad, pójść na spacer do parku i odnaleźć się w zwyklej rzeczywistości. Wszystko wydaje się tak idiotyczne. Szerokim kątem coś pokazane z bliska jest o wiele bardziej przejmujące niż coś pokazane z daleka.

Ktoś może zapytać dlaczego nie wsadzę jej do pierwszego samolotu lecącego do Szwajcarii? Wydaje mi się, że w jednej z plastikowych toreb matka K. wiozła…pieniądze.

Ojcu K. też udało się uciec z miasta, w kawalkadzie trzech aut przejechali raptem 30km. Na razie nie wiemy, w stronę której granicy zmierzają, bo nie ma z nimi kontaktu.

Kondycja świata jest porażająca. Mam takie przekonanie, że trzeba lepiej zadbać o siebie, zbudować jakoś pancerz nieczucia niczego. Nie wiem jak daleko zajdzie sytuacja na Ukrainie, ale nie chcę oglądać ani słuchać rzeczy, o których wiem, że nie będę wstanie w swojej głowie przerobić i dostosować do swojej wrażliwości.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano | 6 Komentarzy

Sen

Niespodziewanie odezwała się do mnie koleżanka z dawnej pracy. Napisała, że śniłem się jej w nocy. Nie był to sen erotyczny, dlatego ochoczo postanowiła się nim ze mną podzielić…

Hmm zaprosiłeś mnie i O.K. do domu rodzinnego..w Albani. Ja dojechalam autem a O. dopłynęła promem z Faro.. padał deszcz i się zgubiłam na jakimś rynku gdy dotarłam pod Twój dom byla tam kartka „złamałaś mi serce, które krwawi i jest już pomarańczowe” „jesteś winna mi 50 PLN🤨 o 5 się obudziłam ze śmiechu…

Poplułem się ze śmiechu jedząc śniadanie.

Opublikowano Uncategorized | 14 Komentarzy

niby zupełnie zwykły dzień

Dziś był zupełnie zwykły dzień, ale na swój sposób bardzo udany. Obudziłem się bardzo wcześnie rano, wyspany, wstałem z łóżka od razu. Wypiłem poranna kawę i popatrzyłem na bałagan w domu… Najpierw podlałem kwiatki, zmieniłem żarówkę w lampie, pościeliłem łóżko, poodkurzałem mieszkanie, wymieniłem deskę w WC, poskładałem pranie, wyciągnąłem naczynia ze zmywarki, wyniosłem śmieci, naprawiłem drzwi od szafy, wyszorowałem łazienkę, zrobiłem porządki na półkach, ogoliłem się a na koniec wskoczyłem do łóżka na pół godziny, bo pracę zaczynałem dopiero o 9. Ogarnąłem wszystkie sprawy w niecałe 2 godziny co przy codziennym braku energii zajęłoby mi tydzień.

Koleżanka wyciągnęła mnie na weekend do Krakowa obiecując miłe towarzystwo, zmianę otoczenia, wysypianie się i czas spędzany na pełnym relaksie.

Na Ukrainie trwa wojna. Wiem o tym bo nieustannie trąbią o tym w telewizji i na internetowych portalach. Na dworcu w stolicy Małopolski po raz pierwszy bezpośrednio zetknąłem się z uchodźcami, o których tyle trąbią w wiadomościach.

Rzeka ludzi, same kobiety i dzieci, przebywający bez celu, bez planów, bardzo dobrze ubranych, nie odstający praktycznie niczym od tłumu przechadzających się obok Polaków. Przyczepieni ładowarkami od telefonów do filarów, nielicznych gniazdek darmowego źródła prądu, siedzący na kartonowych siedziskach, śpiworach albo na karimatach świadczących o smutnym fakcie, że śpią oni w tym samym miejscu, korzystający z dworcowej gar kuchni i posiłków organizowanych przez wolontariuszy. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem takiego widoku, tylu przygnebiających scen. Widok przyprawiających o depresje. Smutny pejzaż uświadamiający, że kilkaset kilometrów w stronę wschodniej granicy trwa wojna.

W pociągu do Wrocławia podróżowałem z koleżanką z pracy. Ja, ona, dwie kobiety z czwórką małych dzieci, jakaś leciwa staruszka.

Gdybym podróżował w pojedynkę, pewnie siedziałbym sam, z miejscówką, w wagonie pierwszej klasy, zabarykadowany w wygodnym przedziale ze słuchawkami na uszach, odgrodzony od całej tej smutnej rzeczywistości i ignorujący wszystko co dzieje się wokół.

A. nieśmiało zaczęła rozmawiać z pasażerami naszego przedziału – skąd przyjechali, dokąd zmierzają..

Starsza pani lat 76 od kilkunastu godzin podróżowała do swojego syna, mieszkającego gdzieś pod granicą z Niemcami. Miała jego adres zapisany długopisem na dłoni. Jej bagaż stanowiła niewielka torba na kółkach, nieporęczna, bo bez rączek czy uchwytów, taki kilkunastokilogramowy kloc, który ktoś życzliwy pomógł jej wnieść do naszego wagonu. Zadzwoniliśmy do jej syna, na szczęście mówił po polsku, twierdził że nie ma jak odebrać matki z Wrocławia. Poprosił nas o pomoc, aby jego matkę wsadzić w najbliższy pociąg do Zgorzelca co wydawało się niezrozumiałe, bo o tej porze brakowało połączeń bezpośrednich. Zobowiązałem się mu pomóc. Po przyjeździe do Wrocławia nie mogłem liczyć na pomoc wolontariuszy, choć było ich pełno, ale wydawali się niezorganizowani, ba wydawali się bardziej zagubieni ode mnie, żaden napotkany nie mówił po polsku, odsyłali nas do kas biletowych, przy których wiły się niesamowite kolejki. Nie wiem jak taka starsza kobieta poradziłaby sobie z walizką i całym tym zamieszaniem. Kupiłem dla niej bilet w biletomacie, zostałem z nią na stacji, zająłem się bagażem, zaoferowałem herbatę i kanapkę, postawiłem sobie za punkt honoru, że choćby nie wiem co wsadzę ją w bezpośredni pociąg do Zgorzelca, dam znać synowi, w którym wagonie siedzi jego matka i zmuszę żeby ją odebrał, gdy dojedzie do celu. Poprosiłem nawet o pomoc konduktorkę, aby dała kobiecie znać, kiedy nadejdzie właściwa stacja. Starsza, obca mi kobieta uściskała mnie na pożegnanie, kiedy zostawiałem ją samą w wagonie. Do oczu napłynęły mi łzy a ja przecież nigdy nie płaczę. Starsza pani dojechała, około 1. w nocy, zadzwoniła do mnie jej synowa, potwierdziła, że teściowa dotarła cała i zdrowa, podziękowała za pomoc.

Moja koleżanka zajęła się 6 osobową rodziną podróżującą do Düsseldorfu. Rozdzieliliśmy się na stacji kolejowej. Ja zająłem się starszą panią a ona dwoma kobietami podróżującymi z czwórką małych dzieci. Nigdy nie zapomnę tego widoku: dwie kobiety z czwórką maluchów, spakowanych w trzy szkolne plecaki, gdzie mieściło się wszystko co miały najważniejszego. Tylko dzięki temu, że wszyscy posiadali paszporty udało nam się im pomóc kupić bilety autobusowe na następny dzień. Nie mam w sobie nic z wolontariusza, brakuje mi empatii, ogólnie mam w dupie czy gdzieś, ktoś ma źle czy gdzieś trwa wojna, ale w tym momencie nie potrafiłem przejść obojętnie obok tamtego widoku. A. okazała się bardziej dzielna ode mnie. Niezmiennie i bez przerwy czułem w gardle jakby ucisk, jak gdyby gulę, nieustająco walczyłem, żeby nie było po mnie widać jak bardzo jestem przejęty widokiem i sytuacją, w której się znaleźliśmy.

Do domu dotarłem grubo po 1. w nocy. O wojnie do tej pory tylko czytałem, głównie lektury szkolne, oglądałem też filmy o tej tematyce, nie zastanawiałem się nigdy czy będę pokoleniem które wojny w jakikolwiek sposób doświadczy. Zrobiłem sobie drinka a łzy poleciały mi jak grochy.

Opublikowano Uncategorized | 11 Komentarzy

Póki co sam nie wiem co o tym wszystkim myśleć…

…bo komentarze są mocno bardzo podzielone. Czytam doniesienia prasowe z Polski, Włoch, Wielkiej Brytanii i USA. Dużym łukiem omijam portale społecznościowe, bo dla mnie to śmietnik informacyjny. Drażni mnie PR, wyciąganie Wołynia, żółto niebieskie flagi wpięte w klapy marynarek dziennikarzy polskich serwisów informacyjnych. Mam za złe politykom krajów zachodnich indolencji, tych płomiennych przemówień bez żadnych akcji, że byli bardzo zachowawczy choć teraz coś się w tym zmienia.

Może nie tankujmy na rosyjskich stacjach, nie kupujmy rosyjskich produktów. Zerwijmy współpracę z rosyjskimi firmami. Trzeba ten bandycki kraj izolować. Czas zakończyć spory z naszymi sojusznikami, złagodzić spory wewnętrzne, zamknąć pola konfliktu, które nie służą interesom naszego kraju. Musimy zacieśnić więzi z Europą, z USA. Wpłacajmy pieniądze dla organizacji wspierających Ukrainę, oni tych pieniędzy będą bardzo potrzebować. Na co dzień dawajmy odczuć Ukraińcom, którzy mieszkają i pracują w Polsce, że są tu miłe widziani: dostawcom, kurierom, sprzedawcom, wszystkim, oni potrzebują nie tylko naszego wsparcia, ale też zwykłych wyrazów życzliwości. Kontaktujmy się z naszymi znajomymi na Zachodzie Europy, piszmy do nich, kształtujmy ich opinię. Przekonanie każdego jednego człowieka do tego, żeby wyrażał sprzeciw i gotowość poniesienia kosztów sankcji, jest bezcenne.

K. ma rodziców w Mariupolu. Chciała ścignąć ich do Szwajcarii, ale najpierw nie dostali wiz a potem nie chcieli wylecieć ani do Dubaju czy Egiptu. Teraz jest już za późno, nie mają szans wydostać się z objętym wojną kraju ani pociągiem, ani statkiem ani samolotem.

Otagowano | 6 Komentarzy

Gołą dupą w pysk dostałem…

… jak mawiała moja babcia. Dobrze zapowiadają się rozmowa o pracę z amerykańskim koncernem przeszła bez echa. Biorąc pod uwagę dynamikę rozmów kwalifikacyjnych, które odbywały się jedna po drugiej, lekką ręką obiecywałem sobie „złote góry” i żywot „pączka w maśle”, ale powód odmowy okazał się prozaiczny – jestem za drogi. Tak więc nici z ciepłej posadki, kokosów i nic nierobienia przez kilka lat. Na pamiątkę został mi jedynie automatyczny mail w beznamiętnym stylu: dziękujemy za udział w rekrutacji, twoje kwalifikacje i umiejętności są imponujące, ale….dupa.

Inaczej potoczyła się rozmowa z szefową w aktualnej pracy. Po tym jak oświadczyłem jej, żeby zdjęła mnie z projektu, bo klient jest nieogarnięty, pracuję po nocach, ogólnie nie chcę mieć z nim już nic wspólnego, bo ja tu szans na porozumienie nie widzę żadnych a pracować 12/24 nie będę, to szefowa jak na szefową przystało – wysłuchała gorzkich żali, zarzuciła korpo nowomową, kazała uzbroić się w cierpliwość, obiecała interweniować i do mnie wrócić. Na jakikolwiek kompromis z klientem nie ochoty nie miałem, ale jak to bywa w dużych organizacjach moja firma sama wie, co jest dla mnie najlepsze…

Klient zadzwonił, zaskoczony informacją że chcę odejść, przyznał że początek współpracy był niefortunny, dodał że jest bardzo zadowolony z mojej pracy, nie ma zastrzeżeń, wyartykułował że chciałby abym został, obiecał nawet ciekawsze zadania. Tak więc moje plany diabli wzięli, muszę ogarnąć to co mam, bo innych opcji chwilowo nie mam.

W tym tygodniu pracuję z Berna. M. śmieje się widząc mnie ze wzrokiem wlepionym od świtu do nocy w komputer, bo przez 15 lat nigdy nie widział mnie tak pochłoniętego pracą. Przyznam szczerze ja siebie też nie, ale nie mam na razie czasu głębiej się nad tym zastanowić, bo zaiwaniam.

Przeleciałem na tydzień do Szwajcarii. We wrocławskim mieszkaniu nie dałem rady samodzielnie ogarniać zakupów, prania, sprzątania czy zwykłych codziennych spraw. Łóżko wiecznie nieposłane, stos prania, syf i kurz wszędzie, w lodówce światło, byle jakie jedzenie, piętrzące się worki ze śmieciami, zakupy robione pośpiechem o 22.30 w osiedlowej Żabce przypominały mi tylko jak denna jest moja codzienność. M. ogarnia wszystko tysiąc razy lepiej i na dodatek robi to uśmiechem na twarzy, do moich obowiązków należą tylko odkurzanie, prasowanie i przynoszenie do łóżka poranej kawy. Jak za dotknięciem magicznej różdżki mamy czas na wieczorne rozmowy, regularne, smaczne posiłki, wspólne oglądanie filmów przy lampce wina, wyjścia do restauracji, spacery i przyjmowanie gości.

Opublikowano praca, Szwajcaria | Otagowano , | 5 Komentarzy

Życie jest tym, co cię zaskakuje, gdy masz inne plany…

Weekend minął mi na pełnym relaksie, bez stresu, przymusowych robót, zakupów, sprzątania, mycia garów, czy jakichkolwiek obowiązków, długo spałem i godzinami wylegiwałem się w łóżku oglądając zalegle filmy i seriale, bo nigdzie nie musiałem się śpieszyć. W piątek wpadły do mnie do domu dziewczyny z dawnej pracy, było wino, zestaw sushi oraz porcja korporacyjnych plotek. Jeśli w zeszłym tygodniu miałem jeszcze jakieś wątpliwości czy nie zadzwonić do byłego szefa, uderzyć w wysokie tony, położyć uszy po sobie, skomleć i zapytać się czy mógłbym wrócić, to po tym co usłyszałem chyba wolę mój przymusowy obóz pracy, przynajmniej więcej płacą. Tam wciąż traktują człowieka trochę lepiej ale tylko trochę niż niewolnika na polu bawełny w Alabamie. Na samą jednak myśl o zbliżającym się poniedziałku i następnych pięciu bardzo długich dniach, dostaję białej gorączki i chce mi się rzygać. Będę słuchał lukrowanej korpo papki ukrywającej zgniliznę, pan Niemiec będzie mnie wbijał w jakąś klatkę, w której jako pracownik czuję, że zdycham a ja całą swoją energię będę tracił jak tę swoistą klatkę rozwalić. Na dodatek z nowym pracodawcą zupełnie nie widzę możliwości rozwoju dla mnie ani dla moich kompetencji ani dla mnie ani dla „budowania lepszego świata pracy”. Wpakowałem się w zawodowy kanał podobnie jak kilka lat temu przyjmując ofertę pracy w szwajcarskim banku o szumnym motto „czyny a nie słowa”.

Dwa tygodnie temu aplikowałem o pracę do międzynarodowej organizacji z branży służby zdrowia. Jestem już po dwóch, całkiem obiecujących rozmowach i teraz czekam na finalny wynik tych spotkań. Szczerze, innych opcji zbytnio na razie nie mam, dodatkowy stres paraliżuje mi codzienne życie, bo nie wiem w jakiej sytuacji będę na koniec lutego. A ja już bardzo szeroko pojechałem, bo sobie expo w Dubaju na marzec zaplanowałem, weekend i zakupy w Londynie, wakacje na Wyspach Owczych, safari w Parku Krugera, kupno większego mieszkania i mini morrisa z opuszczanym dachem a tu jebudu banalna rzeczywistość z impetem skutecznie sprowadziła mnie na ziemię, że zacząłem liczyć swoje oszczędności.

Opublikowano Uncategorized | 4 Komentarze