Dzień 5 – Żegnaj, Bangladeszu!

Ostatniego wieczoru w Dhace wybraliśmy się całą grupą na kolację. Tym razem bez dalekich wypraw i kombinowania z transportem, po prostu poszliśmy do restauracji oddalonej o kilka przecznic od naszego hotelu. Tylko pod jednym względem nic się nie zmieniło, menu było do bólu przewidywalne: ryż, kurczak i butelka wody. Szczerze mówiąc, to ciągłe jedzenie ryżu z kurczakiem zaczyna mi już wychodzić bokiem, z drugiej strony trudno tutaj znaleźć jakąś ciekawszą alternatywę i żeby się nie zatruć.

Po kolacji nikt nie miał już ochoty na dalsze wieczorne eskapady, więc wróciłem do hotelu.

Jeśli mam być szczery, to za Bangladeszem raczej tęsknić nie będę. Nie była to podróż, która skradła moje serce, dlatego perspektywa wyjazdu stąd sprawiała mi nieukrywaną radość.

Na lotnisko dotarliśmy stosunkowo szybko. Potem standardowa procedura: sprawdzanie biletów na wejściu, odprawa i wszystkie te lotniskowe formalności, które zawsze zajmują trochę czasu. Kontrolę bezpieczeństwa przeszliśmy bez żadnych problemów. Zanim skierowałem się do loungu, postanowiłem zajrzeć jeszcze do sklepu wolnocłowego. Kupiłem butelkę whisky – tak na wszelki wypadek, gdyby podczas dalszej podróży pojawiły się u mnie jakieś problemy żołądkowe.

I właśnie tam czekała mnie jedna z bardziej osobliwych scen tego dnia.

Chłopak obsługujący sklep był akurat w trakcie jedzenia obiadu tzn. jedną ręką nabierał ryż z jakimś mięsnym sosem, a kiedy postawiłem przed nim butelkę, próbował jednocześnie obsłużyć mnie drugą ręką. Ta pierwsza, umazana jedzeniem, pozostawała w powietrzu, podczas gdy on usiłował zapakować butelkę do plastikowej torby i wystawić rachunek.

Widok był mało apetyczny. Zapytałem nawet, czy może chciałby najpierw umyć ręce, ale jedyną reakcją było wzruszenie ramionami. W efekcie całą transakcję przeprowadził jedną ręką, konsekwentnie unikając użycia tej drugiej, która najwyraźniej była zarezerwowana dla obiadu.

Nie wiem, co bardziej mnie zaskoczyło – sam obrzydliwy widok czy całkowity brak skrępowania z jego strony.

Saloniki lotniskowe kojarzą mi się zazwyczaj z odrobiną spokoju, wygodnymi fotelami i możliwością odpoczynku przed podróżą. Tymczasem ten w Dhace przypominał raczej zatłoczoną stołówkę. Ludzi było mnóstwo, wszystkie stoliki zajęte, albo upaprane krzesła również. Miałem wrażenie, że wszyscy przyszli tam jak do jadłodajni, żeby solidnie się najeść.

W końcu udało mi się znaleźć miejsce przy barze. Niestety, nie nacieszyłem się nim długo, bo chwilę później obok usiadło dwóch panów, którzy z ogromnym apetytem pochłaniali ryż z mięsem, oczywiście palcami. Do tego nie do końca czyste szklanki, intensywne zapachy jedzenia, unosząca się w powietrzu woń gotowanych potraw i inne, mniej przyjemne zapachy ludzkie. Krótko mówiąc atmosfera daleka od tego, czego oczekiwałem.

Zamówiłem lampkę wina, czego zresztą bardzo szybko pożałowałem, kiedy zobaczyłem rachunek – cena była po prostu horrendalna. Alkohol w Bangladeszu jest bardzo drogi, a na lotnisku ceny potrafią przyprawić o zawrót głowy.

Na około pół godziny przed odlotem poszedłem pod bramkę. Poinformowano mnie jednak, że muszę jeszcze chwilę poczekać, ponieważ w pierwszej kolejności na pokład wpuszczani są pasażerowie klasy ekonomicznej. Po chwili pojawił się pracownik lotniska i poprosił, żebym poszedł za nim. Ku mojemu zaskoczeniu nie skierował mnie do samolotu pieszo, ale zaprowadził do samochodu, którym mieliśmy zostać przewiezieni na pokład. W środku siedziała już pewna Holenderka. Zaczęliśmy rozmawiać i okazało się, że to bardzo sympatyczna kobieta, która podobnie jak ja, wybiera się do Bhutanu na kilka pobyt.

Sam lot był już zupełnie inną historią. Właściwie wszystko wyglądało tak, jak powinno wyglądać podróżowanie klasą biznes. Miła obsługa, bezpłatny posiłek, który prezentował się naprawdę apetycznie, herbata i oczywiście coś do picia. Napiłem się wina, później whisky, a za oknem rozpościerały się przepiękne widoki.

Niecałą godzinę później byliśmy już w Paro.

Zaszufladkowano do kategorii Brak kategorii, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Dzień 4 – refleksja

Podczas picia bardzo niedobrej kawy z moim przewodnikiem, dowiedziałem się czegoś, co pozwoliło mi spojrzeć na tę podróż z nieco innej perspektywy. Okazało się, że biuro podróży nie bez powodu połączyło wyjazd do Bangladeszu z wizytą w Bhutanie. Bangladesz jest głośny, intensywny, chaotyczny i angażuje wszystkie zmysły, potrafi zmęczyć, zaskoczyć, a czasem wręcz przytłoczyć. A Bhutan ma być jego zupełnym przeciwieństwem – oazą spokoju, ciszy i harmonii.

Chyba właśnie wtedy zrozumiałem dlaczego to połączenie ma sens. Najpierw trzeba zanurzyć się w tym całym chaosie, poczuć go na własnej skórze, a dopiero później docenić ciszę i spokój. Tak czy owak zostały mi jeszcze tylko dwa dni w tym zapyziałym kraju.

Zaszufladkowano do kategorii podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Dzień 5 – zejście z promu

Ostatecznie noc na promie nie okazała się ponad moje siły, czego początkowo lekko się obawiałem. Kiedy wreszcie rozłożyłem się w łóżku, poczułem przede wszystkim ulgę, pomimo twardego jak skała materaca. Byłem zmęczony, upocony, upaprany, pokryty kurzem i miejskim brudem, ale w tamtej chwili zupełnie mi to nie przeszkadzało. Najważniejsze, że mogłem sobie poleżeć i odpocząć i nie obchodziło mnie nawet, jak zaiwania moje ciało, a właściwie – jak bardzo już nie pachnie.

Późnym wieczorem wyszedłem sobie jeszcze na pokład, licząc na to, że uda mi się zrobić kilka zdjęć. Szybko jednak okazało się, że nie będzie to takie proste. Wszędzie kłębił się tłum pasażerów, Banglijczycy rozkładali się do snu dosłownie w każdym wolnym miejscu, dorośli i dzieci spali na podłodze, zajmując niemal całą dostępną przestrzeń. Przeciskanie się między nimi wymagało sporej ostrożności, a robienie zdjęć w tych warunkach nie miało większego sensu, było ciemno, niewiele dało się zobaczyć, prócz brudnego brązowego koloru rzeki, wokół latały całe chmary komarów i innego robactwa.

Umyłem więc tylko zęby i wróciłem do swojej kajuty. Nie miałem najmniejszej ochoty spać bezpośrednio w pościeli, którą dla mnie przygotowano. Na szczęście przezornie zabrałem ze sobą cienki śpiwór, który posłużył mi jako warstwa oddzielająca mnie od pościeli i poduszki. Może nie były to warunki rodem z pięciogwiazdkowego hotelu, ale przynajmniej było czysto.

Nad ranem obudziłem się z zamiarem wyjścia na pokład, otworzyłem drzwi i… zatrzymałem się w pół kroku. Tuż przed moją kajutą spali ludzie. Właściwie wszędzie leżeli pasażerowie, a wolnej przestrzeni było tak niewiele, że nawet wyjście do toalety stawało się małą misją.

Przez jakiś czas odkładałem moment wyjścia, licząc, że może sytuacja trochę się zmieni, w końcu jednak natura wygrała i musiałem ruszyć w tę drogę. Ostrożnie stawiałem kroki między śpiącymi ludźmi, starając się nikogo nie obudzić ani przypadkiem nie potrącić i jakoś się udało.

Na dodatek przydarzyła mi się zabawna sytuacja… W kajucie próbowałem założyć soczewki kontaktowe, ale zapomniałem wyłączyć wiatrak zamontowany w suficie. Kiedy wyjąłem soczewkę i próbowałem umieścić ją w oku, podmuch powietrza dosłownie wyrwał mi ją z ręki i porwał gdzieś w nieznane. Tego dnia dowiedziałem się, że przed zakładaniem soczewek należy wyłączyć wiatrak.

Do Dhaki dopłynęliśmy z niewielkim opóźnieniem. Ze spakowanym bagażem zeszliśmy z pokładu i udaliśmy się na śniadanie. Przyznam, że apetyt miałem raczej niewielki, bo sama myśl o ewentualnej konieczności skorzystania z toalety, która była zwykłą dziurą w podłodze, skutecznie odbierała mi ochotę na jedzenie. Wiedziałem, że wieczorem dotrzemy do hotelu, w którym wreszcie będę mógł poczuć się jak człowiek i dlatego na śniadanie zjadłem tylko symbolicznie.

A Dhaka już od samego rana przywitała nas temperaturą, która szybko stawała się trudna do zniesienia. Było duszno, gorąco, a powietrze ciężkie i zanieczyszczone. Pot przyklejał mi ubrania do ciała i miałem wrażenie, że cały jestem oblepiony miejskim brudem.

Ruszyliśmy do stoczni remontowo złomowej, gdzie znajdowało się tzw. cmentarzysko statków. Na drugi brzeg rzeki przeprawiliśmy się niewielką łódką, która dość wyraźnie kołysała się na wodzie. Mimo że poranek był jeszcze stosunkowo wczesny, wszyscy byliśmy już nieźle upoceni. Temperatura rosła w zastraszającym tempie, a ja coraz częściej marzyłem o klimatyzowanym pomieszczeniu.

Stamtąd ruszyliśmy w stronę Starej Dhaki. W programie mieliśmy m.in. kościół armeński, meczet i uniwersytet. Początkowo byłem autentycznie ciekawy tego, co zobaczę, ale z każdą kolejną brudną ulicą, moje zainteresowanie miastem stopniowo malało.

Muszę przyznać, że Dhaka coraz mniej mi się podobała. Im dłużej po niej chodziłem, tym mocniej utwierdzałem się w przekonaniu, że raczej nie będę chciał wracać do Bangladeszu. Nie potrafiłem odnaleźć się w tym wszechobecnym chaosie, brudzie i hałasie – samo tylko spacerowanie po mieście nie sprawiało mi przyjemności. Nie możesz nawet spokojnie zatrzymać, żeby zrobić zdjęcie, wokół nieustannie rozlegały się klaksony ryksz, tuk-tuków i ryk samochodów, ktoś przechodził tuż obok, ktoś inny cię potrącał, a jeszcze ktoś próbował zwrócić na siebie uwagę głośnym nawoływaniem. Na dodatek dziurawe chodniki, ścieki, leżące psy, trzeba było mieć oczy dookoła głowy i nieustannie kontrolować to, co dzieje się wokół.

Po pewnym czasie miałem już zwyczajnie dość, bo zamiast cieszyć się zwiedzaniem, skupiałem się na tym, żeby bezpiecznie przejść przez ulicę i znaleźć choć odrobinę przestrzeni, w której można byłoby spokojnie odetchnąć.

Niektórzy uczestnicy mojej grupy szybko doszli do podobnego wniosku. Postanowili skrócić sobie mękę i już około 11. zorganizowali transport do hotelu. Sam również zastanawiałem się, czy nie zrobić tego samego – ostatecznie uznałem jednak, że skoro został nam już tylko jeden punkt programu, to spróbuję jeszcze trochę wytrzymać.

Na koniec pojechaliśmy na lunch i nawet tutaj czekała mnie kolejna odsłona kulinarnej monotonii. Po raz kolejny na talerzu wylądował kurczak z ryżem. Mam wrażenie, że w Bangladeszu można zamówić kurczaka z ryżem, ryż z kurczakiem albo biryani z kurczakiem, które w gruncie rzeczy jest kolejną wariacją tego samego zestawu. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że niektóre potrawy są tak delikatnie przyprawione, że smakują niemal identycznie. Nie narzekam, bo głodny nie chodzę, ale przyznam, że zaczynam tęsknić za czymś innym.

W hotelu niemal od razu dostałem klucz do pokoju. Podczas gdy pozostali uczestnicy wyjazdu czekali na zameldowanie, ja skierowałem się do hotelowej kawiarni, zamówiłem podwójne espresso i wziąłem pierwszy łyk. Nie przesadzę, jeśli powiem, że była to jedna z najprzyjemniejszych chwil tego pobytu. W tamtym momencie przestało mieć znaczenie, że jestem zmęczony, spocony i pokryty kurzem ulicznym. Siedziałem sobie spokojnie, a przede mną stała filiżanka naprawdę doskonale zaparzonej kawy. Po tych wszystkich godzinach spędzonych w hałasie, upale i miejskim zgiełku taka prosta przyjemność smakowała niemal jak luksus.

W końcu poszedłem do pokoju. Nie traciłem czasu, wziąłem długo wyczekiwany prysznic, przez kilka minut zmywałem z siebie cały brud, ogoliłem się i wreszcie poczułem, że wracam do żywych. Na koniec założyłem wygodne spodenki i ruszyłem na basen. Kilka długości w wodzie wystarczyło, żeby poczuć prawdziwą ulgę, potem wróciłem do pokoju, uciąłem sobie drzemkę i właściwie tak minęła mi reszta dnia.

Nie miałem już ochoty nigdzie się spieszyć ani zwiedzać kolejnych miejsc. To był mój ostatni dzień w Bangladeszu i postanowiłem po prostu odpocząć.

Zrezygnowałem nawet z wyjazdu do Różowego Pałacu, który mieliśmy jeszcze zobaczyć, ale jakoś nie czułem potrzeby, żeby tam jechać. Po kilku intensywnych dniach miałem już wystarczająco dużo wrażeń. Zresztą podczas tego wyjazdu zauważyłem pewną prawidłowość: mase zabytków-atrakcji, które odwiedzaliśmy, można było podziwiać przede wszystkim z zewnątrz, w środku często nie było właściwie niczego szczególnego do zobaczenia. Oczywiście sama architektura potrafiła robić wrażenie, ale po kilku takich wizytach człowiek zaczyna się zastanawiać, czy kolejny punkt programu rzeczywiście jest wart następnej godziny spędzonej w smogu, upale i korkach. I chyba właśnie tak zapamiętam swój ostatni dzień w Bangladeszu. Z jednej strony jako kolejne doświadczenie, które pozwoliło mi zobaczyć, jak wygląda codzienne życie w tym kraju. Z drugiej – jako dzień, w którym bardziej niż kolejnych zabytków potrzebowałem ciszy, czystego pokoju, zimnej wody i dobrej kawy.

Czasami podróżowanie polega na odkrywaniu nowych miejsc, innym razem na przekraczaniu własnych granic i uświadamianiu sobie, co naprawdę sprawia nam przyjemność.

Bangladesz dał mi mnóstwo intensywnych wrażeń. Nie wszystkie były pozytywne, nie wszystkie chciałbym powtórzyć, ale z pewnością nie mogę powiedzieć, że była to podróż, która pozostawiła mnie obojętnym.

Zaszufladkowano do kategorii podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Dzień 4 – Promem przez Bangladesz

Tego dnia istniała jedna rzecz, z którą trudno było mi się pogodzić: perspektywa wieczoru bez prysznica. Po całym dniu spędzonym w upale, kiedy człowiek jest spocony, zmęczony i przegrzany, prysznic wydaje się czymś absolutnie niezbędnym. Zresztą nie tylko ja miałem takie odczucia, wszyscy byliśmy wykończeni i marzyliśmy o tym, żeby zmyć z siebie cały ten dzień. Niestety, na promie nie było takiej możliwości.

Sam prom był słusznej wielkości, nie mam pojęcia, ile osób mógł pomieścić, ale robił naprawdę imponujące wrażenie. Przy terminalu stało kilka podobnych jednostek, więc od razu było widać, jak ważnym środkiem transportu są tutaj połączenia rzeczne.

Dostałem jedynkę, czyli niewielki pokój jednoosobowy. Wyposażenie było bardzo skromne: żadnych luksusów, żadnej klimatyzacji, tylko wiatrak. Ale po tym, co zobaczyłem chwilę później, przestałem narzekać. Na najniższym pokładzie znajdowała się ogromna sala, w której większość pasażerów miała spędzić noc, śpiąc na podłodze, obok siebie, w dużym tłumie i ścisku. Wtedy naprawdę doceniłem to, że stać mnie było na miejsce w wyższej klasie. Mój brat oglądając zdjęcia na Instagramie, skomentował bardziej dobitnie: „przynajmniej zrobili segregację pigmento-pozytywnych i normalnych”

Mój pokoik był maleńki, skazany na Shawshank miał do dyspozycji większą celę i wygodniejszą pryczę, ale nie chodziło o to, żeby narzekać. Ważne że miałem własną przestrzeń, drzwi, które można było zamknąć i odrobinę prywatności, w takich warunkach człowiek zaczyna doceniać rzeczy, na które w codziennym życiu nawet nie zwraca uwagi.

Łazienka była tylko jedna, na cały pokład, przeznaczona dla dziesiątek, a być może nawet setki osób. Do tego toalety, nie zachęcały do korzystania z nich bo były to po prostu otwory w podłodze. Tak to właśnie trzeba było zaakceptować warunki takimi, jakie były i jakoś sobie z nimi poradzić.

Jak tylko odebrałem klucze od kajuty 342, zamknąłem się i marzyłem tylko o tym, żeby przez chwilę poleżeć i odpocząć. Przemieszczanie się po Bangladeszu potrafi być prawdziwym wyzwaniem dla zmysłów. Na ulicach panuje niewyobrażalny hałas, wszyscy trąbią, krzyczą, nawołują się nawzajem, a między samochodami, rikszami i tuk-tukami trzeba mieć oczy dookoła głowy. Do tego wszechobecny brud, smog i psy leżące na ulicach, które nawet nie reagują na przejeżdżające tuż obok pojazdy. Ten zgiełk jest nieustanny, intensywny i momentami wręcz przytłaczający.

Zaszufladkowano do kategorii podróże | Otagowano , | 2 komentarze

Dzień 4 – Bangladesz na pełnych obrotach.

Ten dzień zaczął się dla wszystkich naprawdę wcześnie – musieliśmy dotrzeć do portu, więc pobudka wypadła o świcie. Co ciekawe, mimo że spałem niecałe trzy godziny, czułem się całkiem rześko. Choć hotel przygotował dla nas lunchboxy na drogę, to śniadania nie zjadłem. Zajrzałem do środka, zobaczyłem jakieś mazie wylewające się z mokrego chleba tostowego, coś pomiędzy jajkiem i czymś warzywnym i mnie odrzuciło i straciłem apetyt.

Sama podróż do portu była przygodą, choć niekoniecznie taką, jakiej człowiek sobie życzy. Podróżowaliśmy w szóstkę, siedziałem na tylnym siedzeniu minibusa, tuż nad kołem, a kierowca pędził po wyboistych drogach, jakby brał udział w co najmniej rajdzie. Pajac co chwilę gwałtownie hamował albo z impetem pokonywał progi zwalniające, w efekcie kilka razy naprawdę porządnie uderzyłem głową w sufit. Bangladeskie drogi i lokalny styl jazdy to osobna kategoria atrakcji w tym kraju i naprawdę trzeba mieć oczy dokoła głowy, żeby sobie czegoś tutaj nie zrobić.

Do portu dotarliśmy krótko po szóstej rano. Przesiedliśmy się do dwóch dużych łodzi i przez kolejną godzinę płynęliśmy wzdłuż rzeki, w kierunku, który pozostawał dla mnie trochę tajemnicą. Ta część wyprawy okazała się zaskakująco przyjemna, nie było jeszcze nieznośnego upału, a od wody wiał rześki wiatr, dzięki któremu można było przez chwilę odetchnąć i po prostu cieszyć się podróżą.

Naszym celem był Floating Market, czyli pływający targ. Nie wszystko jednak poszło zgodnie z planem, w pewnym momencie okazało się, że lilie wodne unoszące się na rzece utrudniają dalszą przeprawę w górę jej biegu. Na pewnym etapie musieliśmy więc przesiąść się na tuk-tuki. Nasz lokalny przewodnik rozpoczął intensywne negocjacje z właścicielami pojazdów, próbując znaleźć kogoś, kto zgodzi się zawieźć nas do kolejnego punktu, co nie było sprawą prostą. W pewnym momencie w negocjacjach brał udział on i nastu rozdartych facetów biegających boso, jaka była ich rola nie wiem, ale trzymali nas na tyle długo, że zaczęliśmy się już niecierpliwić, że tyle to trwa.

W międzyczasie temperatura zaczęła szybko rosnąć, o jakimkolwiek spacerze nie było nawet mowy. Na szczęście w końcu udało nam się dotrzeć do miejsca, w którym ponownie przesiedliśmy się na łódź, siedzieliśmy ściśnięci pod pokładem, ja w bliskiej odległości od silnika spalinowego, którego wyziewy były dodatkową atrakcją. Na szczęście stamtąd już tylko krótka chwila dzieliła nas od kolejnej wioski, tylko że tam zaczęło się prawdziwe piekło pogodowe.

Temperatura przekraczała 35 stopni, a upał stawał się coraz trudniejszy do zniesienia. Stróżki potu lały się ze mnie równo i z pozostałych uczestników wyprawy tak samo, ale mimo wszystko dzielnie ruszyliśmy na eksplorację lokalnych lichych domków, byle jakich chatek, straganów i wąskich alejek targowiska.

Jak to na bazarze, można było znaleźć niemal wszystko: ryby, warzywa, liście betelu, ptactwo, mydło i powidło. Życie toczyło się swoim codziennym rytmem, a my szybko staliśmy się jedną z lokalnych atrakcji, wzbudzając spore zainteresowanie mieszkańców. Wiele osób podchodziło do nas z prośbą o wspólne zdjęcie, zresztą trudno się dziwić. W naszej grupie jest dwóch panów wytatuowanych od stóp do głów, z imponującą muskulaturą – taki widok musiał działać na wyobraźnię niejednego mieszkańca. Do tego nasz przewodnik mierzy około dwóch metrów wzrostu, więc szczególnie dzieci chętnie podchodziły do niego, pytając, czy mogą zrobić sobie zdjęcie z takim wielkoludem.

Gdy zatrzymaliśmy się w czymś, co można było nazwać piekarnią, niektórzy panowie z postanowili spróbować lokalnych specjałów, choć moim zdaniem, samo miejsce nie zachęcało specjalnie do kosztowania czegokolwiek. Ja odpuściłem, ale kilku śmiałków zdecydowało się na degustację i niestety, w okolicach lunchu niektórzy zaczęli żałować swojej decyzji i musieli spędzić trochę czasu w toalecie w pozycji na Małysza.

Im bliżej było południa, tym trudniej było wytrzymać na zewnątrz. Kiedy w końcu wróciliśmy do portu, wszyscy byliśmy przekonani, że minęło już znacznie więcej czasu. Tymczasem okazało się, że jest dopiero 12., a do odpłynięcia promu do Dhaki pozostało jeszcze ponad osiem godzin!

Osiem godzin, w upale, po intensywnym poranku – nie brzmiało to jak wymarzony scenariusz dnia podróży.

Pojechaliśmy ponownie do centrum Barisal, gdzie nasz przewodnik zaprowadził nas na… lokalny bazar. I w tym momencie, muszę przyznać, że miałem już powoli dość tych wszystkich atrakcji: wypatroszone śmierdzące ryby, intensywny rybi zapach, krew spływająca z rybich głów, łuski i śliska nawierzchnia, na której łatwo było stracić równowagę, chmary owadów i much. Wszystko to w temperaturze, która zdawała się nie mieć żadnej litości.

Większość z nas marzyła już tylko o jednym: znaleźć kawałek cienia, usiąść i choć na chwilę zamknąć oczy. Niestety na odpoczynek nie było czasu, bo musiliśmy zdążyć na lunch.

Jeśli chodzi o jedzenie w Bangladeszu, nasz codzienny jadłospis stał się już dość przewidywalny: kurczak z ryżem albo ryż z kurczakiem, do tego ostra papryka, kilka kawałków pokornego zielonego ogórka, kawałek cytryny i do tego daal – sos z soczewicy i konsystencji gęstej zupy. Obiad i kolacja praktycznie niczym się od siebie nie różnią, zamiast ryżu czasami serwowano chlebek nam. Nie narzekam, bo jedzenie mi nie przeszkadza, wiedziałem czego się spodziewać, ale przyznam szczerze, że cieszę się na myśl, że ta monotonia nie potrwa wiecznie.

Po lunchu pojechaliśmy do centrum, zajrzeć do kilku sklepów. Samo oglądanie towarów nie było jednak najważniejsze, bo w sklepach właściwie niewiele przyciągało uwagę – chodziło przede wszystkim o klimatyzację, tego dnia chłodne powietrze było niemal luksusem.

Na ostatnim piętrze jednego z budynków odkryłem Sky Lounge Bar, gdzie zamówiłem sobie kawę i lody, a niedługo później dołączyła do mnie reszta ekipy. W ten sposób, trochę przypadkiem, znaleźliśmy sobie idealne miejsce na przeczekanie najgorętszej części dnia, zostaliśmy tam praktycznie do kolacji, delektując się chwilą wytchnienia, zanim w końcu ruszyliśmy w stronę portu.

Zaszufladkowano do kategorii podróże | Otagowano , | 2 komentarze

Dzień 3 – Bangladesz na własnej skórze

Pewien znajomy, który nie jest obywatelem Bangladeszu, powiedział mi kiedyś, że to jego ulubiony kraj na świecie. Nie miał jednak na myśli Dhaki, lecz przede wszystkim tereny wiejskie. Z kolei od innych słyszałem, że Dhaka to jedno z najgorszych zapyziałych miejsc, w jakich można się znaleźć. No cóż, przez najbliższe kilka dni mam okazję przekonać się na własnej skórze, jak jest naprawdę. Tydzień w Bangladeszu nie zrobi ze mnie eksperta, ale przecież nie muszę nim być, żeby podzielić się swoimi wrażeniami.

Na początek – jest gorąco, naprawdę gorąco, a do tego lepko, brudno, głośno i chaotycznie. Klaksony rozbrzmiewają niemal bez przerwy, a po pewnym czasie człowiek ma ochotę zatkać sobie uszy. Od tego nieustannego trąbienia aż napina mi się żyłka w skroni i pomyśleć, że ja dopiero zaczynam!

Na szczęście grupa, z którą podróżuję, jest naprawdę fajna, ludzie ze Stanów Zjednoczonych, Wysp Bahama, Wielkiej Brytanii i Australii. Z jednej strony to świetnie, bo można poznać różne spojrzenia na świat i wymienić się doświadczeniami, z drugiej strony czasami trudno nadążyć za rozmową, zwłaszcza kiedy przy stole spotyka się dwóch Brytyjczyków z Manchesteru i zaczynają rozmawiać swoim lokalnym dialektem.

Jedną z rzeczy, za którymi naprawdę tęsknię jest kawa. W Bangladeszu króluje raczej herbata, a to, co można dostać w przydrożnych kawiarenkach, często przypomina bardziej brudną wodę z rozpuszczonym proszkiem Nescafé niż prawdziwą kawę. Na szczęście dzisiaj dokonałem małego odkrycia: w naszym hotelu stoi prawdziwy ekspres do kawy! Nie zastanawiałem się długo, skorzystałem z okazji i sprawiłem sobie odrobinę przyjemności.

Dzisiaj wsiedliśmy do rozklekotanego, podskakującego na każdej nierówności autokaru i ruszyliśmy zwiedzać okoliczne atrakcje. W drodze do Barisalu miałem okazję przyjrzeć się temu, jak wygląda lokalny ruch drogowy. Powiedzmy sobie szczerze: obowiązują tu zasady, które z europejskiej perspektywy mogą wydawać się co najmniej zaskakujące. W pewnym momencie nasz autokar wyprzedził karetkę jadącą na sygnale i patrzyłem na ten manewr z niedowierzaniem. W Europie taki widok byłby dla mnie czymś nie do pomyślenia, a tutaj najwyraźniej trzeba przyzwyczaić się do zupełnie innej drogowej rzeczywistości.

Jednym z ciekawszych punktów naszej wycieczki były ruiny dawnej osady w Panam City. Dziś oglądamy tam pozostałości minionej świetności, ale niegdyś było to tętniące życiem centrum handlowe. W okresie brytyjskich rządów kolonialnych miejsce przeżyło swój renesans za sprawą zamożnych hinduskich kupców, którzy przebudowali je i przywrócili mu znaczenie jako ośrodkowi handlu tkaninami bawełnianymi.

A współczesny Bangladesz? Cóż, na ulicach syf, kiła i mogiła, wszechobecny bałagan, kurz, hałas i wrażenie, że wszystko dzieje się jednocześnie. Muszę jednak przyznać, że jak dotąd nie widziałem ludzi załatwiających swoje potrzeby fizjologiczne na ulicy, co zdarzało mi się obserwować w Indiach. Zawsze to jakiś plus, choć poprzeczka, przyznaję, nie jest zawieszona szczególnie wysoko.

Jak na razie Dhaka nie rzuciła mnie na kolana. Stolica Bangladeszu nie zachwyciła mnie tak, jak być może oczekiwałem, ale mam przeczucie, że to dopiero początek. Od jutra ma być znacznie intensywniej, więc na ostateczne wnioski jeszcze przyjdzie czas.

Tymczasem mam własny sposób na przetrwanie w tych warunkach – korzystam z prysznica przy każdej nadarzającej się okazji. Jeśli tylko mogę się umyć, to się myję, a kiedy nie ma takiej możliwości, w ruch idzie płyn antybakteryjny. Czasami mam wrażenie, że nie tyle się kąpię, ile nieustannie próbuję odzyskać poczucie świeżości.

Dziś przy okazji przeszła mi przez głowę myśl, szkoda , że nie da się wziąć prysznica na zapas. Jutro czeka nas nocny prom, na pokładzie którego ma się zmieścić około tysiąca pasażerów. Podobno nie będzie tam ani toalet, ani pryszniców – zapowiada się więc ciekawie i niezbyt świeżo.

Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się funkcjonować przez 48 godzin bez porządnego mycia, ale cóż, witaj przygodo!

Podróżowanie do miejsc to przecież nie tylko piękne widoki, klimatyczne uliczki i zdjęcia, które później można wrzucić na bloga – to również konfrontacja z własnymi przyzwyczajeniami, niewygodami i granicami komfortu.

Są też inne, dobre wiadomości z zupełnie innej sfery życia. Po powrocie do Polski czekają na mnie zaproszenia do kolejnego etapu rekrutacji w dwóch firmach. Przyjąłem tę informację z dużą satysfakcją, ale przede wszystkim z nieukrywaną ulgą. Przynajmniej do końca wyjazdu nie muszę już zamartwiać się tym, co będzie dalej. Mogę spokojnie skupić się na podróży, chłonąć nowe doświadczenia, a po powrocie po prostu stawić się na rozmowach kwalifikacyjnych. Czasami dobrze jest odłożyć pewne sprawy na bok i pozwolić sobie po prostu być tu i teraz.

Na koniec jeszcze o tuk-tukach, bo to jeden z tych wynalazków, które uwielbiam bo są fantastyczne! Te niewielkie, otwarte pojazdy to dla mnie jeden z najbardziej charakterystycznych symboli azjatyckiego transportu – to dzięki nim można poczuć miejskie życie z zupełnie innej perspektywy. Nie oddziela człowieka od ulicy szyba samochodu, klimatyzacja ani poczucie, że jest się tylko obserwatorem, jesteś w samym epicentrum tego całego zgiełku.

Oczywiście przejażdżka tuk-tukiem potrafi dostarczyć emocji, których nie powstydziłby się niejeden park rozrywki. Jazda pod prąd, przeciskanie się między samochodami i manewry, które z europejskiego punktu widzenia wyglądają jak proszenie się o kłopoty, są tutaj częścią codziennego krajobrazu, czasami wystarczylo mi kilka minut, żeby serce zaczęło mi bić trochę szybciej, a ja zastanawiał się, czy kierowca na pewno wie, co robi.

Zaszufladkowano do kategorii podróże | Otagowano , | 2 komentarze

Dzień 2 – Dhaka, miasto, które nie zna ciszy.

Noc w hotelu minęła bez większych niespodzianek. Obudziłem się jednak dość wcześnie, bo od szóstej rano ponownie miało zabraknąć prądu. Wszystko przez naprawę generatora, więc postanowiłem wykorzystać ostatnie chwile z elektrycznością, podładowałem sobie telefon, wziąłem prysznic, ogoliłem się i doprowadziłem do porządku, póki w łazience wciąż świeciło światło. Z perspektywy lat nauczyłem się, że w takich miejscach człowiek szybko uczy się, że nawet zwykłe poranne czynności potrafią wymagać odrobiny planowania.

Na śniadanie ruszyłem już schodami przeciwpożarowymi z siódmego piętra, bo windy oczywiście nie działały. Sam posiłek był całkiem w porządku, choć bez kulinarnych zachwytów. Bufet był obfity, ale postawiłem głównie na owoce i zwykle tosty. Pozostałe dania zawierały ogromne ilości śmietany, a towarzyszące im sosy miały dziwny, mocno octowy posmak a do tego dochodziło zimne mięso – uznałem więc że nie ma sensu ryzykować żołądkowej rewolucji. Później przyszła mi do głowy jeszcze jedna refleksja: być może niektóre potrawy były zimne lub niedostatecznie przygotowane po prostu dlatego, że od rana w hotelowej kuchni nie było prądu.

O Bangladeszu mówi się czasem, że jest spokojniejszym, wschodnim kuzynem Indii, zanurzonym w monsunowym klimacie, położonym u ujścia potężnych rzek, gdzie rozciąga się jedna z największych delt na świecie. To miejsce pełne kontrastów, trochę zapomniane przez masową turystykę, a przez to bardziej intrygujące.

Po odzyskaniu niepodległości można było spodziewać się, że kraj z czasem stanie się popularnym kierunkiem turystycznym – tak się jednak nie stało, a Bangladesz wciąż pozostaje poza głównym szlakiem podróżniczych wypraw. Może to właśnie jest w nim fascynujące, można tu odkrywać wiele niezwykłych miejsc bez tłumów i poczucia, że wszystko zostało już dawno przygotowane pod turystów. Bangladesz ma w sobie coś z miejsca, które nie zabiega o uwagę świata, a mimo to potrafi zaskoczyć każdego, kto zdecyduje się tu przyjechać.

A jest co odkrywać: od pałaców pamiętających czasy Mogołów i imponujących meczetów, przez ciągnące się wzdłuż wybrzeża plaże otoczone palmami, aż po zielone plantacje herbaty i rozległe, tropikalne lasy, w których wciąż żyją tygrysy bengalskie.

Stolica Bangladeszu, niegdyś ważny port Bengalu, dziś jest ogromną, zatłoczoną metropolią, w której życie toczy się w zawrotnym tempie. Znajdziemy tu kolonialne budynki, na których ścianach odcisnęły swoje piętno kolejne pory monsunowe, krzykliwe plakaty filmowe, nabrzeża pełne łodzi i uliczny zgiełk, który trudno pomylić z czymkolwiek innym.

Najbardziej charakterystyczna jest jednak kakofonia dźwięków. Klaksony samochodów, dzwonki riksz, nawoływania sprzedawców i nieustanny szum ulicy tworzą mieszankę, która towarzyszy człowiekowi niemal na każdym kroku. Tutaj cisza wydaje się czymś zupełnie abstrakcyjnym.

Ruch drogowy w Dhace to osobna kategoria szaleństwa. Panuje tu coś, co można nazwać „zorganizowanym chaosem”. Wszyscy jadą, trąbią, przeciskają się między sobą i jakimś cudem docierają do celu. Nie powiedziałbym, że na każdym kroku jest niebezpiecznie, ale podczas jazdy przydałaby się solidna dawka środków uspokajających – zwłaszcza komuś, kto przywykł do europejskich zasad poruszania się po drogach.

Dhaka nie jest miastem stworzonym z myślą o turystach. Nie znajdziemy tu na każdym kroku eleganckich deptaków, uporządkowanych atrakcji ani miejsc, które wyglądają tak, jakby czekały wyłącznie na przyjezdnych. To przede wszystkim miasto, w którym ludzie żyją, pracują, walczą o przestrzeń i próbują przebić się przez codzienny chaos. Jeśli ktoś szuka typowego, turystycznego kierunku z gotowym planem zwiedzania, może poczuć się nieco zagubiony.

Ogromne korki i przeludnienie nadają Dhace niezwykle intensywny rytm. Wszystko dzieje się jednocześnie, a ilość bodźców potrafi na początku przytłoczyć. Co ciekawe, same drogi wcale nie są najgorsze. Problemem jest raczej to, co dzieje się na nich każdego dnia. Samochody, autobusy, skutery, piesi i riksze próbują znaleźć dla siebie choćby odrobinę miejsca. Zasady ruchu wydają się czasem bardziej sugestią niż czymś, czego ktokolwiek zamierza bezwzględnie przestrzegać.

A jednak w tym wszystkim jest pewien rytm. Z czasem człowiek zaczyna dostrzegać, że za pozornym chaosem kryje się sposób funkcjonowania miasta, który dla jego mieszkańców jest po prostu codziennością.

Wrażenie przytłoczenia łagodzą ludzie – przyjaźni, otwarci i ciekawi świata, często chętnie nawiązują kontakt, nawet jeśli dzieli nas język czy zupełnie inne doświadczenia. Właśnie dzięki nim Dhaka staje się czymś więcej niż tylko hałaśliwą metropolią.

Nie sposób też nie zauważyć, że to prawdziwa światowa stolica riksz. Po ulicach kursują ich niezliczone ilości, a kolorowe, bogato zdobione pojazdy tworzą jeden z najbardziej charakterystycznych obrazów miasta. Wśród samochodów, autobusów i pieszych przeciskają się z zadziwiającą wprawą, jakby kierowcy od urodzenia ćwiczyli poruszanie się w tym niekończącym się labiryncie.

Miejskie autobusy to z kolei osobna historia. Większość wygląda tak, jakby miała za sobą kilka dekad wyjątkowo intensywnej eksploatacji. Poobijane, porysowane, zdezelowane, niektóre z brakującymi szybami lub niesprawnym oświetleniem. Patrząc na nie, trudno nie zastanawiać się, ile jeszcze kilometrów są w stanie przejechać. A jednak jeżdżą, przewożąc kolejnych pasażerów i wpisując się w codzienny krajobraz miasta.

Podczas zwiedzania Dhaki szybko zauważyłem, że wyróżniam się z tłumu. Przez cały dzień praktycznie nie spotkałem innych osób o białym kolorze skóry, więc trudno było pozostać niezauważonym. Co chwilę ktoś zerkał w moją stronę, czasem trochę dłużej, niż jestem do tego przyzwyczajony.

Nie były to jednak spojrzenia niechętne czy nieprzyjemne. Przeciwnie, wyczuwałem w nich przede wszystkim zwykłą ludzką ciekawość. Dla wielu osób widok europejskiego turysty w tej części miasta najwyraźniej nie jest czymś codziennym. Początkowo można czuć się z tym trochę dziwnie, ale po chwili człowiek zaczyna podchodzić do tego z dystansem, a nawet z pewnym rozbawieniem.

Najlepsza historia przydarzyła mi się podczas zwiedzania Pałacu Baliati. Zainteresowała się mną miejscowa policja, zagadało mnie kilku mundurowych, chcieli jednego…. Zdjęcia – po prostu chcieli sobie ze mną zrobić fotografię. Nie protestowałem, bo dlaczego miałbym? Bo kto wie, może za jakiś czas spotkam któregoś z tych policjantów na ulicach Wrocławia, jak pędzącego z plecakiem Glovo na plecach.

Zaszufladkowano do kategorii podróże | Otagowano , | 4 komentarze

Dzień 1 – Hotelowe atrakcje, których nie było w ofercie

Około 17:00 nagle wyłączyli prąd, wszystko zgasło, tak po prostu, pstryk i koniec cywilizacji. Przestały działać klimatyzacja, lodówka, światło, telewizor, internet. Przez prawie trzy godziny żyłem w totalnej ciemności, na zewnątrz ciemno, na ulicach ciemno, w pokoju ciemno jak w… no właśnie. Do kibla chodziłem po omacku i sikałem po omacku, licząc, że trafię tam, gdzie trzeba. Człowiek szybko odkrywa, że w takich warunkach nawet najprostsze czynności stają się przygodą, a niektóre wymagają wręcz nadludzkiej precyzji. Kiedy przemierzałem pokój w poszukiwaniu telefonu (latarka w telefonie!) każdy krok stawiałem z ostrożnością sapera. W głowie miałem tylko jedną myśl oby nie nadepnąć na coś, czego istnienia nie pamiętam. Było tak ciemno, że znane mi od dzieciństwa określenie „ciemno jak w dupie u murzyna” nabrało zupełnie nowego, niemal namacalnego wymiaru i nie była to tylko figura retoryczna.

Przy meldowaniu się w hotelu poinformowano mnie, że na kolację nie schodzić do restauracji nie muszę. Wystarczy zamówić przez room service – brzmiało wygodnie, elegancko i całkiem obiecująco. Kiedy w końcu przywrócili prąd, organizm przypomniał sobie, że od jakiegoś czasu nie dostarczałem mu paliwa. Zapukał głód do drzwi, więc chwyciłem za telefon i … kolejna odsłona hotelowej komedii. Nie działał żaden z dwóch telefonów w pokoju. Ani ten przy łóżku, ani ten w łazience. Prąd owszem wrócił, ale obsługa uznała, że nie ma co przesadzać z luksusami. Zjechałem więc z siódmego piętra do recepcji, gdzie skierowano mnie prosto do restauracji. Tam, osobiście, mogłem złożyć zamówienie z dostawą do własnego pokoju. Room service w wersji premium: najpierw mała wycieczka, potem jedzenie pod drzwi. Dowiedziałem się jeszcze, że puszki coli nie dostanę, bo lokalna się skończyła. Mogłem za to zamówić wersję importowaną, cztery razy droższą a że przeżyłym trzy godziny w ciemności, to teraz należała mi się odrobina luksusu.

Wróciłem do pokoju lekko wkurwiony i zacząłem czekać na zamówione jedzenie. Żeby nie siedzieć bezczynnie i nie rozmyślać nad absurdami hotelowej logistyki, włączyłem serial. Leżę sobie spokojnie na łóżku, w samych gaciach, pod oczami płatki żelowe, kiedy nagle słyszę szarpanie za klamkę, potem ktoś przeciąga kartę przez czytnik, drzwi się otwierają i do pokoju zaczyna wchodzić jakiś człowiek.

Próbuję się jakoś wygramolić z łóżka i ogarnąć sytuację, ale zanim zdążę cokolwiek zrobić, widzę pracownika obsługi sprzątającej, wchodzi sobie swobodnie, podchodzi do mnie i pyta: czy wszystko w porządku?

No jasne, że w porządku. Siedzę sobie półnagi w pokoju, drzwi otwierają się bez mojego udziału, a obsługa wpada z wizytą jak do siebie, bo po co komu pukanie, skoro można po prostu wejść? Prywatność to najwyraźniej kolejna usługa premium, której nie było w pakiecie.

W końcu dotarło moje biryani z kurczakiem, byłem głodny, więc zjadłem z apetytem. I co? Żyję. Brzuch nie protestuje, żadnych sensacji żołądkowych, żadnej zemsty biryani a ja nadal jestem w jednym kawałku.

Zaszufladkowano do kategorii podróże | Otagowano , | 8 komentarzy

Dzień 1 – przede mną Bangladesz

Noc nie należała do udanych. Jet lag dawał mi się we znaki, a w ciągu dnia kilka razy uległem zmęczeniu i pozwoliłem sobie na krótkie drzemki, co później odbiło się na nocnym śnie. W nocy, gdy sen co chwilę gdzieś uciekał, aż w końcu zadzwonił telefon. Po drugiej stronie odezwała się rekruterka, pytając o moją dostępność na drugi etap rekrutacji.

Wieczorem nigdzie nie wychodziłem i niczego nie jadłem, więc w środku nocy dopadł mnie wręcz wilczy głód. Z burczącym brzuchem jakoś dotrwałem do rana, a już o szóstej zameldowałem się na śniadaniu, gotowy nadrobić wszystkie stracone kalorie.

Hotele sieci Pullman mają fantastyczne śniadania w postaci kulinarnej hojności, o czym mogłem się przekonać podczas pobytu w Dosze, a teraz również w Bangkoku. Różnorodność dań i bogaty wybór sprawiły, że mogłem porządnie się najeść.

Samolot Thai Airways lecący do Dhaki był pełny, prze wejściem na pokład ustawiły się kolejki pasażerów na wózkach, rodzin z dziećmi, podróżnych klasy biznes oraz grupy cargo, której byłem częścią.

Podczas lądowania na międzynarodowym lotnisku Hazrat Shahjalal w Dhace za oknami samolotu zaczęła rozpościerać się niezwykła panorama Bangladeszu. Z góry widać było miasto pełne kontrastów, rozciągające się wśród gęstej zabudowy, wijących się rzek i zielonych pól. To fascynujący widok jednej z najgęściej zaludnionych metropolii świata, gdzie miejski chaos spotyka się z naturą, a każdy fragment krajobrazu zdaje się opowiadać jakąś historię.

Zaszufladkowano do kategorii Brak kategorii, podróże | Otagowano , , | Jeden komentarz

Bangkok na początek.

Do Bangkoku doleciałem bez żadnych przygód. Chociaż samo wyjście z domu to już była mała anegdotka, bo moje ADHD dało o sobie znać na całego. Kilkanaście razy sprawdzałem, czy na pewno zabrałem wszystko, co potrzebne: dokumenty, zaproszenia, potwierdzenia rezerwacji, bilety lotnicze, kable do telefonu, przejściówki, buty, kosmetyki – lista wydawała się nie mieć końca. Za każdym razem, kiedy myślałem, że mam już wszystko, pojawiało się to irytujące uczucie, że o czymś jednak zapomniałem, wolałem więc sprawdzić jeszcze raz i jeszcze jeden raz, tak na wszelki wypadek.

Sam lot do Bangkoku odbył się bez problemów, choć samolot był pełny. Początkowo miał to być pierwszy, inauguracyjny lot na trasie Warszawa–Bangkok, ale okazało się, że przewoźnik uruchomił to połączenie już kilka tygodni wcześniej.

Po wylądowaniu ruszyłem taksówką do hotelu. Gdy otworzyłem drzwi samochodu, uderzył mnie tak dziwny zapaszek, że przez chwilę zastanawiałem się, czy na pewno chcę tam wsiadać. Mieszanka stęchlizny i czegoś przypominającego sierść zwierząt… naprawdę trudno to opisać. Gdybym miał powiedzieć, do czego było mi najbliżej, chyba postawiłbym na zapach moczu. Niestety, kiedy już usiadłem, było trochę za późno na szukanie innej taksówki. Na szczęście kierowca włączył klimatyzację, a ja po pewnym czasie jakoś przywykłem do tego osobliwego smrodku. Cóż, podróże mają to do siebie, że czasami już od pierwszych minut dostarczają wrażeń, których nie było w żadnym planie.

Po dotarciu do hotelu postanowiłem nie rzucać się w wir zwiedzania – zamiast tego wybrałem basen, leżak i błogie lenistwo, do tego zimne piwko w ręku i ponad 30 stopni na zewnątrz.

Nie mogłem jednak całkowicie oddać się wakacyjnemu relaksowi, bo o 15 musiałem wrócić do pokoju, ponieważ czekała mnie rozmowa kwalifikacyjna z rekruterem. Przyznam, że trochę zabawne jest prowadzenie rozmowy o pracy, kiedy za oknem świeci słońce, a człowiek jeszcze przed chwilą leżał przy basenie z zimnym piwem.

Może nie była to dla mnie wymarzona okazja, ale wychodzę z założenia, że póki co, trzeba kuć żelazo póki gorące. Skoro pojawiają się zaproszenia na rozmowy, warto z nich korzystać i sprawdzać, co może z tego wyniknąć. Jeśli zakwalifikuję się do kolejnego etapu, następna rozmowa odbędzie się już po moim powrocie do Polski. Dzisiejsza była więc tylko taką jednorazową sprawą, którą trzeba było po prostu załatwić.

Jutro lecę do Dhaki, więc przede mną kolejny etap podróży, nowe miejsce i zapewne kolejne doznania.

Zaszufladkowano do kategorii podróże | Otagowano , | Jeden komentarz