Potworny dziś upał. Co prawda wczoraj wieczorem przeszła burza, ale niewiele z tego wyniknęło, powietrze nadal jest ciężkie, a z nieba znowu leje się żar.
O rowerze nawet nie myślę. Wyjazd w takim skwarze byłby bardziej karą niż przyjemnością. Liczę, że wieczorem temperatura trochę odpuści i uda się wskoczyć na rower, bo te moje 40 km wciąż czeka.
Wczoraj odbyła się impreza w mojej poprzedniej firmie. Nie mogłem na niej być, ale miło było usłyszeć, że kilka osób pytało o mnie i że podobno mnie brakowało.
Dla porównania – w mojej obecnej pracy impreza odbyła się tydzień temu, podczas wyjazdu ze znajomymi. Kilka przekąsek typu finger food, jakieś smutne kiełbaski z grilla i właściwie tyle, więc chyba nic takiego wielkiego mnie nie ominęło.
Dzisiejszy poranek był wyjątkowo leniwy, poleżałem trochę dłużej w łóżku, obejrzałem film, zjadłem spokojnie śniadanie, a teraz to trzeba złapać za szmatę i ogarnąć mieszkanie. Jak zwykle zacznę od sedesu, bo z tym po prostu najlepiej mieć „atrakcję” z głowy. I tak właśnie wygląda moja sobota, bez fajerwerków, ale też bez pośpiechu.
Pracuję w cudownie rozpieprzonej firmie. Miejscu, w którym priorytety istnieją chyba tylko w teorii, gdzie nie ma uporządkowanych struktur, sensownych standardów ani aktualnych instrukcji. Zamiast tego człowiek jest atakowany rozpraszającymi tematami, nieustannie zasypywany kolejnymi zadaniami, które odciągają uwagę od tego, co ważne. Procesy są dawno nieaktualne, kierunku brak, a z jednego absurdu wpada się prosto w następny – istny chaos.
A pośrodku tego wszystkiego jestem ja. Widziałem już podobne środowiska, więc niewiele jest w stanie mnie zaskoczyć. Przychodzę do pracy, przerzucam kolejne zadania, a stos rzeczy do zrobienia i tak rośnie szybciej, niż jestem w stanie zrobić. Robię tyle, ile mogę a o 15.00 zamykam komputer i wracam do domu. Mam wrażenie, że każdego dnia pcham swoją kulkę gówna niczym żuk gnojarz, popycham ją uparcie, a ona i tak za chwilę znowu stacza się na dół.
Dziś w drodze do pracy Wrocław zafundował mi mały bonus. Kilka osób najwyraźniej uznało, że poranny prysznic to aktywność opcjonalna. W efekcie jeszcze przed rozpoczęciem pracy w komunikacji miejskiej musiałem zmierzyć się z intensywnym aromatem zapachów spod pachy. Droga do pracy to czasami po prostu survival.
Nie siedzieliśmy tego wieczoru zbyt długo, zresztą i tak jako pierwszy poszedłem spać, zanim reszta ekipy zdążyła się mocniej rozkręcić. Rano czekało nas kolejne wspólne śniadanie, tym razem w naprawdę uroczej scenerii. Byliśmy pozytywnie zaskoczeni pogodą – wszyscy od samego poczatku nastawialiśmy się na deszcz, a tymczasem spadło parę kropel a przez cały dzień towarzyszyło nam głównie słońce.
Ten wyjazd kojarzy mi się przede wszystkim z jedzeniem, mam wrażenie, że ciągle coś jedliśmy. Amin bardzo o nas dbał, a ja cieszyłem się, że codziennie chodziliśmy po górach, bo inaczej chyba pękłbym z przejedzenia.
Jak zwykle koleżanka N. wyznaczyła trasę, a my spokojnym spacerem pokonywaliśmy kolejne kilometry. Odwiedziliśmy Park Zdrojowy, wdrapaliśmy się na Trojaka i po drodze mijaliśmy mnóstwo turystów w każdym wieku. Mimo niedawnych powodzi i zalania wielu miejsc sezon turystyczny trwał tutaj w najlepsze, co prawda nie wszystkie lokale np. na Starym Miescie były już otwarte, ale na pysznego pstrąga udało nam się załapać bez problemu.
Wiedziałem, czego się spodziewać tego dnia, nie narzekałem, byłem przygotowany na długie wędrówki i raczej niewiele płaskich odcinków. Mimo wszystko naprawdę cieszyłem się na ten wyjazd. To była świetna okazja, żeby nadrobić zaległości z ludźmi, z którymi kiedyś pracowałem, wypytałem każdego, co u niego słychać, jak potoczyły się dawne sprawy i co dzieje się u reszty naszego starego zespołu.
Na wieczór zaplanowaliśmy jacuzzi, które właściciel domu miał nam przygotować. Gdy wróciliśmy do domu, część ekipy poszła jeszcze na ostatnie zakupy, a pozostali zaczęli szykować się do wieczornego relaksu – prysznice, przebieranie i w końcu wielka balia. Zakładałem, że będziemy korzystać z niej dwójkami, ale okazało się, że bez problemu zmieściliśmy się wszyscy razem.
Śmiechu było co niemiara, prosecco lało się strumieniami, siedzieliśmy w ciepłych bąbelkach, pogoda dopisywała, robiliśmy zdjęcia i nagrywaliśmy filmiki. W pewnym momencie dopadła nas totalna głupawka, niby dorośli ludzie, a zachowywaliśmy się jak grupa dzieci na szkolnej wycieczce. Jedna z koleżanek nie miała ochoty uczestniczyć w naszych wygłupach, ale zupełnie nam to nie przeszkadzało.
Najgorszy moment przyszedł dopiero później, gdy trzeba było wyjść z tej cudownie ciepłej wody i przejść kawałek do domu. Zimno było potworne, dopadły mnie takie dreszcze, że aż cały się trząsłem. Ledwo dotarłem pod prysznic i odkręciłem gorącą wodę, dopiero po chwili przestało mną telepać.
Wieczorem ponownie zasiedliśmy do wspólnej kolacji, tym razem nikt nie miał już siły ani ochoty gotować, więc zamówiliśmy pizzę. Teoretycznie byliśmy najedzeni po pstrągu i frytkach, ale jak to zwykle bywa przy winie czy ginie z tonikiem – szybko okazało się, że jednak przydałoby się coś do przegryzienia. Choć pizza wymagała osobistego odbioru, chętnych nie brakowało.
Później siedzieliśmy jeszcze długo na tarasie, rozmawiając dosłownie o wszystkim i o niczym. Nasz kolega z Maroka około północy włączył sobie mecz, a ja postanowiłem zakończyć dzień i położyć się spać. Niestety mój współlokator nie miał tyle szczęścia, bo podobno przez moje chrapanie nie zmrużył oka.
Najzabawniejsze było jednak to, że część osób wróciła do swoich pokoi dopiero grubo po pierwszej w nocy. W pewnym momencie obudziła mnie nawet koleżanka, która postanowiła urządzić mi nad uchem małą serenadę. Nie byłem zły, wręcz przeciwnie – przez chwilę poczułem się w akademiku, atmosfera była dokładnie taka sama: dużo śmiechu, rozmów i spontanicznych pomysłów.
Ostatecznie nocne rozmowy przeciągnęły się dość długo, ale w końcu najbardziej zaspane dziewczyny zagoniły wszystkich do łóżek.
Moi ulubieni biurowi spiskowcy z poprzedniej pracy namówili mnie, aby jeszcze raz wybrać się na weekendowy wypad za miasto. Plan dojrzewał od tygodni, ale zgranie kilku osób o różnych stylach życia, przyzwyczajeniach i oczekiwaniach nie było takie proste. Każdy miał swoją wizję idealnego wyjazdu – jedni marzyli o hotelu, inni o wynajętym domu, pojawiały się pomysły na saunę, jacuzzi i rozmaite dodatkowe weekendowe atrakcje.
Za pierwszym razem organizacja poszła nam zaskakująco sprawnie, tym razem jednak wybór domku i miejsca przypominało momentami negocjacje z wiecznie niezadowolonym klientem. Ostatecznie udało się dojść do porozumienia i padło na Lądek-Zdrój.
W piątek pracowałem zdalnie, przynajmniej taki był plan. Niestety w ostatniej chwili okazało się, że muszę pojawić się w biurze – mimo to byłem przekonany, że bez problemu zdążę na pociąg. Pojechałem do pracy, odbyłem kilka spotkań, załatwiłem najważniejsze sprawy i wróciłem do domu. Plecak był już spakowany, wszystko gotowe do wyjazdu i właśnie wtedy zaczęły się schody, bo zamówiona taksówka przyjechała z dużym opóźnieniem. Kiedy w końcu ruszyliśmy w stronę dworca, zorientowałem się, że nie mam najmniejszych szans zdążyć na pociąg z Wrocławia. Zmieniłem więc plan i poprosiłem kierowcę, żeby zawiózł mnie do Strzelina, aby przechwycić ten sam pociąg na kolejnej stacji.
Znajomi uznali, że zwariowałem, przecież mogłem po prostu dojechać do Lądka później, ale bardzo zależało mi na wspólnej podróży.
Los chciał, że kierowca okazał się ciekawą osobą, w trakcie rozmowy wyszło, że pochodzi z Turkmenistanu, który odwiedziłem w zeszłym roku. Zaczęliśmy wymieniać się historiami, pokazywałem mu zdjęcia z podróży i od słowa do słowa tak zaangażował się w moją akcję pościgową, że postanowił zrobić wszystko, żeby dowieźć mnie na czas. Pędziliśmy przez kolejne miejscowości, oczywiście zgodnie z przepisami, ale z wyraźnie wyczuwalnym poczuciem misji. Ostatecznie dotarliśmy do Strzelina dosłownie minutę przed planowym odjazdem pociągu, a właściwie kilka minut przed, bo pociąg miał czterominutowe opóźnienie.
Gdy wszedłem do wagonu, reakcja znajomych była bezcenna – śmiech, niedowierzanie i gratulacje za absurdalny plan ratunkowy. Atmosfera od razu zrobiła się lepsza a mnie momentalnie poprawił się humor. W Kłodzku, na skutek wielkiej powodzi sprzed dwóch, czekała nas przesiadka na autobus. Te czterdzieści minut jazdy minęło szybko – plecaki, torby, śmiech i niekończące się rozmowy sprawiły, że była to po prostu kolejna część naszej przygody.
Od przystanku do wynajętego domu mieliśmy jeszcze około dwudziestu minut spaceru pod górę, nasza kwatera znajdowała się na wysokiej skarpie z pięknym widokiem na okolicę. Właściciel dysponował imponującym sprzętem budowlanym: koparką, dźwigiem i kilkoma innymi maszynami, więc szybko uznaliśmy, że mamy do czynienia z panem, który w życiu radzi sobie całkiem nieźle.
Dom robił wrażenie, dwa piętra, trzy sypialnie, przestronny salon i piękne patio – rozlokowaliśmy się błyskawicznie. Trafiłem do pokoju z P, dziewczyny zamieszkały razem, trzecia dostała ogromny pokój z dużym łóżkiem, a nasz kolega z Maroka wybrał miejsce na dole, ponieważ nocami planował oglądać mecze.
Zostawiliśmy bagaże i od razu a ruszyliśmy z powrotem do miasta po zakupy. Nasz marokański kolega zapowiedział, że przygotuje dla nas kolację w swoim stylu, więc spacerkiem udaliśmy się do Dino by zgodnie z jego instrukcjami skompletować wszystkie potrzebne składniki.
Po powrocie do domu poprosił nas tylko o jedno – żebyśmy usiedli wygodnie na werandzie i pozwolili mu działać. Sączyliśmy sobie drinki, rozmawialiśmy i co jakiś czas zaglądaliśmy do kuchni z pytaniem, czy aby nie potrzebuje pomocy, ale za każdym razem odsyłał nas z uśmiechem.
Efekt jego pracy przeszedł najśmielsze oczekiwania – kurczak w kremowym sosie grzybowym był prawdziwym majstersztykiem, do tego miętowa marokańska herbata, świeża sałatka i dobre wino.
Wieczór minął nam niespiesznie chociaż wiedzieliśmy, że następnego dnia czeka nas długi spacer po okolicznych wzgórzach, nikt jednak nie myślał o odpoczynku. Po mimo zmęczenia po intensywnym tygodniu pracy miałem poczucie, że jestem tam, gdzie być powinienem, we właściwym miejscu, z właściwymi ludźmi i we właściwym czasie.
To był wyjątkowo intensywny tydzień w pracy, wszystko wskazuje na to, że kolejny nie będzie łatwiejszy, ale z każdym dniem coraz bardziej wierzę, że w końcu odnajdę się w tym chaosie. Dawno nie zetknąłem się z taką mieszanką absurdów, niekompetencji i biznesowej nonszalancji, uczę się brać to wszystko na siebie ze spokojem, odsiewać rzeczy naprawdę ważne od tych zupełnie niedorzecznych i nie żyć w ciągłym przekonaniu, że jeśli czegoś nie zrobię, świat nagle się zawali.
Są ludzie, którzy przez całe życie pozostają ekspertami w swojej dziedzinie – świetnymi w tym, co robią. Są też liderzy zmian – niekoniecznie mają największe doświadczenie eksperckie, ale potrafią wyznaczać kierunek i prowadzić innych tak, by osiągnąć zamierzony cel. Coraz częściej zastanawiam się, czy ja nie należę po prostu do tej pierwszej grupy, może w tym życiu jestem przede wszystkim ekspertem.
Dają mi się też we znaki wyjazdy, które zaplanowałem na ten rok. Mimo że zarabiam więcej, wciąż mam wrażenie, że nie mogę odbić się od finansowego dna. Zaciskam pasa, oszczędzam próbując jednocześnie opłacić kolejne podróże i rachunki, które mam wrażenie, nigdy się nie kończą.
Dzień zaczął się całkiem zwyczajnie. Wstałem jak zawsze o 6 rano, ogarnąłem się do pracy i ponieważ miałem zaplanowane spotkanie z klientem, postanowiłem wyglądać nieco bardziej elegancko niż na co dzień. Zamiast polówki i sportowych butów wskoczyłem w koszulę, porządne spodnie i wszystko co trzeba. Ogolony, wymuskany, wypachniony, gotowy podbijać świat.
Po siódmej wyszedłem z mieszkania i właśnie wtedy mój plan na zwykły poranek spektakularnie się posypał, bo zamykam drzwi, naciskam klamkę, a ta zostaje mi w dłoni.
Stanąłem jak wryty, przez głowę przelatywały mi dziesiątki pytań, co się właściwie robi w takiej sytuacji? Dzwonić do matki, po ślusarza, kontaktować się z producentem drzwi a może spróbować naprawić to samemu?
Przez chwilę rozważałem nawet zamknięcie mieszkania na klucz i wyjście z klamką schowaną w plecaku. Zaraz jednak pojawiła się kolejna wizja że sąsiedzi zauważają rozwalone drzwi, brak klamki, podejrzenie włamania i policja pod blokiem, policja w biurze – nie miałem czasu ani ochoty na takie atrakcje.
Zacząłem więc walkę z usterką. Pogoda o poranku była piękna, ale ja szybko przestałem ją doceniać. Po kilku minutach grzebania przy mechanizmie byłem cały delikatnie mówiąc „ubrudzony” czarnym smarem, białe spodnie, które rano wydawały się świetnym pomysłem, wyglądały coraz gorzej, ręce czarne, paznokcie czarne, przekleństwa latały po klatce schodowej niczym spłoszone gołębie.
W końcu, żeby nie zniszczyć do reszty ubrania, zdjąłem spodnie, a potem koszulę i tak oto około 7:30 rano stałem na klatce schodowej w samych majtolach, rozkręcając klamkę na części pierwsze i czekając tylko, aż któryś z sąsiadów wyjdzie do pracy albo na spacer z psem.
Pół godziny później, po długich poszukiwaniach odpowiedniego śrubokręta, zaawansowanej metodzie prób i błędów oraz setkach mniej lub bardziej wyszukanych przekleństw, nastąpił cud, klamka zaskoczyła i wróciła na swoje miejsce. Mogłem ruszyć do pracy tyle tylko że szorowałem ręce i paznokcie tak długo, aż przestałem wyglądać jak u mechanika po zmianie.
To był tydzień pełen emocji i zderzeń, jakby wszystko nagle przyspieszyło po powrocie jednej osoby, która po dłuższej nieobecności wprowadziła sporo zamieszania w zespole. Szybko dało się zauważyć, że jej sposób zarządzania jest nietypowy, bo zamiast wspólnych spotkań, prowadzi indywidualne rozmowy z każdym z nas, omawiając bieżące sprawy i plany na kolejne tygodnie, w efekcie każdemu brakuje pełnego obrazu sytuacji zespołu. Na szczęście trzymamy się razem i sami wymieniamy się informacjami, choć wszyscy czujemy, że lepiej byłoby, gdybyśmy słyszeli to bezpośrednio od niej.
Nie do końca rozumiem tę strategię, bo sam podszedłbym do tego zupełnie inaczej, ale dobrodusznie staram się zakładać, że ma w tym jakiś cel. W środę emocje wzięły nade mną górę i doszło do bardzo ostrej wymiany zdań, która mogła skończyć się naprawdę źle. Gdyby to był koniec mojego okresu próbnego, pewnie inaczej spojrzałbym na dalszą współpracę i to byłby koniec.
W międzyczasie zgłosiłem się do prowadzenia wewnętrznego szkolenia z zarządzania projektami. Była to moja inicjatywa, poświęciłem na to swój prywatny czas, zrobiłem ankiety i porozmawiałem z osobami, które miały w nim uczestniczyć, żeby dobrze zrozumieć ich potrzeby. Chciałem, żeby to szkolenie było praktyczne i dopasowane do realnych oczekiwań zespołu.
Niespodziewanie pojawiły się jednak uwagi z drugiej strony, bo moja koleżanka zaczęła dzielić się swoimi sugestiami, które momentami bardziej przypominały narzucanie własnej wizji niż jakkolwiek konstruktywną pomoc. Miałem poczucie, że odbiera mi się przestrzeń do samodzielnego prowadzenia tego zadania, mimo że to ja się go podjąłem i odpowiadam za jego kształt. Nawet jeśli jest moją „przełożoną”, to była inicjatywa realizowana w moim prywatnym czasie i dlatego na moich zasadach.
Pojawiły się też różnice zdań co do samej koncepcji i podejścia do niektórych tematów. Były momenty napięcia, w których trudno było o spokojną rozmowę. Zalała mnie wtedy też fala dodatkowych bezsensownych zadań i pytań o terminy ich realizacji, co tylko zwiększyło moją frustrację. Na szczęście mogłem liczyć na wsparcie zespołu. Gdy moje emocje opadły, wróciłem do rozmowy i udało się choć częściowo uporządkować sytuację. Nie była to łatwa wymiana zdań, ale mimo wszystko myślę że mamy wspólny cel – dowiezienie tematów, za które odpowiadamy.
W czwartek spotkałem się z dyrektorem, który również w pewnym stopniu jest zaangażowany w tę sytuację. Znamy się od lat, więc rozmowa miała zarówno formalny, jak i bardziej osobisty charakter. Chciałem wyjaśnić, skąd biorą się napięcia i jak wygląda to z mojej perspektywy. Na ten moment trudno powiedzieć, jak sytuacja rozwinie się dalej. Mam wrażenie, że przez dwa miesiące nieobecności panował względny spokój, a po powrocie królowej dynamika zespołu mocno się zmieniła. Przed nami jeszcze sporo trudnych rozmów i decyzji. Ja staram się robić swoje i trzymać się faktów, nawet jeśli nie wszystkie decyzje wydają mi się spójne czy uzasadnione. Mam wrażenie że na nowo zaczynam okres próbny w nowej firmie, a „królowa” nadaje się do odstrzału.
Nie przepadam za 26 maja. Co roku ten dzień wywołuje we mnie smutek, a czasem wręcz wpędza w głęboką melancholię. Wracają wspomnienia, budzą się sentymenty, po których trudno mi się pozbierać. Gdyby nie był to Dzień Matki, a jedynie kolejna zwyczajna data w kalendarzu, pewnie z czasem byłoby mi łatwiej o tym wszystkim zapomnieć. Chyba jednak już nigdy się to nie wydarzy.
Tego dnia pracowałem i w gruncie rzeczy dobrze się złożyło. Skupiony na problemach innych ludzi nie miałem czasu, żeby rozpamiętywać własne sprawy, dopadło mnie dopiero wieczorem, tuż przed snem. Siedziałem, przeglądałem stare fotografie i mimowolnie rozdrapywałem dawne rany.
Wspomnienia wracały falami. Razem z nimi pojawiła się tęsknota za czymś, co już dawno się skończyło. Brakuje mi tamtego spokoju, lekkości i swobody, tego poczucia, że nie wszystko trzeba analizować i rozkładać na czynniki pierwsze.
Chciałbym podchodzić do relacji bardziej naturalnie, bez ciągłego ważenia argumentów za i przeciw. Wiem, że to są ważne decyzje i że potrafią wpłynąć na całe życie. Nie chcę jednak żyć z poczuciem, że każda z nich jest ogromnym ciężarem, który muszę dźwigać. Chciałbym po prostu czuć, że coś jest właściwe, zamiast nieustannie zastanawiać się, jakie będą konsekwencje, bez presji, bez lęku i bez tego przytłaczającego wrażenia, że właśnie decyduję o całej swojej przyszłości.
OpublikowanoBrak kategorii|Otagowanoamore|Możliwość komentowania Dzień, który zawsze wraca została wyłączona
Czas ostatnio leci mi jak szalony. W minionym tygodniu w biurze pojawiłem się właściwie tylko raz, bo przez trzy dni siedziałem na warsztatach z zarządzania zmianą w organizacji. Już na samym starcie los postanowił dorzucić trochę dramaturgii, bo okazało się, że oprócz mnie i koleżanki z dawnej pracy na szkoleniu pojawi się też moja była szefowa… Zadzwoniła do mnie niespodziewanie w poniedziałek rano, żeby dopytać o rzeczy, które mieliśmy przygotować na zajęcia. Trochę mnie tym zaskoczyła, ale z drugiej strony przecież nie rozstaliśmy się w złej atmosferze a że bywa przewrotne, jeszcze nie raz możemy na siebie trafić. Udając więc kompletnie niewzruszonego, po prostu wszystko jej wyjaśniłem.
Na szczęście nie musieliśmy spędzać ze sobą całych trzech dni ramię w ramię, chociaż nie byłbym sobą, gdybym przy odbieraniu certyfikatu Prosci nie rzucił pół żartem, pół serio, że pewnie zakręciła jej się łezka w oku po stracie tak zdolnego pracownika. Z tego, co mówiła, w mojej dawnej firmie powstaje nowa kompetencja związana z change managementem i będą potrzebowali ludzi. Aluzję zrozumiałem, odpowiedziałem tylko, że mój okres próbny kończy się w sierpniu, a numer telefonu do mnie przecież ma.
Same zajęcia były świetne – dużo ćwiczeń, konkretnych przykładów, jeszcze więcej rozmów i wymiany doświadczeń także certyfikat zdobyty uczciwie i z satysfakcją.
Tymczasem do pracy wróciła osoba, która mnie zatrudniała. Niestety wróciła też jej legendarna umiejętność delegowania wszystkiego, co tylko się da. Nie denerwuję się już nawet, po prostu wypracowałem sobie strategię selektywnego słuchania, wykonuję absolutne minimum obowiązków i szczerze mówiąc, nawet gdybym chciał robić więcej, to ilość rzeczy do ogarnięcia jest absurdalna. Dostaję kolejne stare, dawno porzucone tematy, których odkopanie zajęłoby chyba pół życia, więc tylko przytakuję, a potem spokojnie robię swoje. Ku mojemu zaskoczeniu obiecała mi nawet dofinansowanie szkolenia, ale zwrot dostanę dopiero po zakończeniu okresu próbnego.
Moi ulubieni biurowi spiskowcy wymyślili wspólny czerwcowy wyjazd do Lądka-Zdroju. Prawie dwa tygodnie zajęło nam ustalenie, jaki domek wynajmujemy, czy z sauną czy z jacuzzi i kiedy byłem już pewien, że kompromis nigdy nie nastąpi wtedy wydarzył się cud.
Poza tym w końcu zrobiło się ciepło. Weekendy spędzam głównie na rowerze, a balkon powoli zamienia się w małą miejską dżunglę, bo koleżanka przywiozła mi całą skrzynkę surfinii. Musiałem tylko dokupić doniczki i ziemię, co okazało się logistyczną przygodą, bo zamówiłem 40 litrów ziemi, a sklep wysłał mi 80 i jeszcze 50 litrów keramzytu. Kursowałem więc z paczkomatu do domu na raty, robiąc przy okazji trening bicepsów.
W niedzielę poszedłem też na warsztaty kuchni francuskiej. Tym razem koleżanka wybrała inne studio, ale było naprawdę bardzo przyjemnie. Nauczyłem się robić tapenadę, krem z pora, quiche z wędzonym łososiem i mozzarellą oraz sałatkę z fenkułem. Wszystko wygląda na całkiem wykonalne w domu, muszę tylko kupić blender i porządną formę do tarty.
Urlopu na razie nie planuję, lato spędzę w mieście – będzie dużo roweru, beach barów i spontanicznych wieczorów. Za to jedno wiem na pewno: sylwestra spędzę w Neapolu.
Kobieta, która zniknęła chwilę po moim zatrudnieniu, nagle wróciła i dokładnie tak, jak można było się spodziewać przewróciła cały świat naszej pracy do góry nogami. Zasady, role i podział obowiązków, które przez ten czas zdążyliśmy sobie spokojnie poukładać w zespole, nagle przestały mieć znaczenie – wszystko trzeba układać od nowa.
Najdziwniejsze jest chyba to, że przez cały ten czas żyłem w przekonaniu, że ona już nigdy nie wróci a teraz mam wrażenie, jakby wraz z jej pojawieniem się przyszła zupełnie nowa władza.
Choć taki obrót spraw potrafi mnie zmęczyć, muszę też uczciwie przyznać, że zrobiła dla mnie kilka rzeczy, których kompletnie się nie spodziewałem. Bez problemu zgodziła się na mój udział w egzaminie i warsztatach z zarządzania zmianą. Co więcej zawalczyła o to, żebym nie musiał brać na to urlopu. Dzięki jej wstawiennictwu i determinacji uznano to za czas przeznaczony na rozwój zawodowy. Załatwiła mi nawet dofinansowanie czym naprawdę mnie zaskoczyła.
Problem w tym, że każdego dnia dostaję zupełnie inne polecenia od niej i inne od dyrektora. Widać gołym okiem, że ta dwójka za sobą nie przepada, a ja znalazłem się dokładnie pomiędzy nimi. Coraz bardziej czuję, jakbym funkcjonował w dwóch różnych rzeczywistościach naraz próbując spełniać oczekiwania dwóch przełożonych, którzy patrzą na wszystko w całkowicie odmienny sposób.
Nie chcę narzekać ani robić z siebie ofiary, ale widzę po sobie, jak bardzo męczy mi to głowę. Człowiek zaczyna mieć rozdwojenie jaźni i uczy się funkcjonować na dwóch torach jednocześnie.
Złości mnie, że mój okres próbny potrwa kolejne trzy miesiące i jeszcze przez jakiś czas będę musiał odnaleźć się w tym całym chaosie, ale jednocześnie wiem, że ucieczka niczego nie rozwiąże. Nie chcę co chwilę zmieniać pracy, przełożonych i obrażać się na świat tylko dlatego, że trafia się na trudnych ludzi. Po prostu uczę się przyjmować rzeczywistość taką, jaka jest razem z całym jej bałaganem.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.