Dzień 9 – Rangun na pożegnanie, Bangkok na horyzoncie

Wczoraj wróciłem do Rangunu i po popołudniowym zwiedzaniu marzyłem już tylko o jednym – usiąść i nic nie robić. Totalne nieróbstwo. Po kilku dniach nieustannego maratonu: zwiedzania, ciągłego przemieszczania się, godzin spędzonych w samochodzie, lotnisk, przelotów, odpraw i kontroli bezpieczeństwa, zniknął mój entuzjazm a organizm po prostu powiedział „dość”.

Nie chodzi nawet o zmęczenie fizyczne. Bardziej dopadło mnie znużenie powtarzalnością tych dni i presją, żeby zobaczyć jak najwięcej, zdążyć wszędzie i niczego nie przegapić. Do tego zupełnie przejadło mi się już lokalne jedzenie, na sam widok ryżu, ryżowego makaronu, oleju palmowego i piekielnie ostrych dodatków robi mi się słabo. Najchętniej wciągnąłbym teraz porządnego, polskiego schabowego albo mielonego… ale tutaj takich rarytasów próżno szukać.

Wieczór spędziłem więc w hotelu, nigdzie nie wychodziłem. Na kolację zamówiłem kraba w tempurze, do tego lampka czerwonego, cierpkiego lokalnego wina i tak minęła mi reszta wieczoru na spokojnych rozmyślaniach, co będę robił przez najbliższe dni w Bangkoku. Samolot miałem dopiero rano, bez pośpiechu mogłem więc spokojnie zjeść śniadanie, spakować się i dopiero potem ruszyć na lotnisko.

Przez okna auta po raz ostatni patrzyłem na zielone ulice Rangunu, podziwiałem piękne wille, w których mieszkają emerytowani generałowie i zastanawiałem się, czy jeszcze kiedyś tu wrócę. A chciałbym. Bo mimo przejechanych setek kilometrów Birma wciąż ma ogromnie dużo do zaoferowania, a do tego wciąż nie została zadeptana przez masową turystykę. Bardzo mi się tutaj podobało.

Przed wejściem na terminal z moim lokalnym przewodnikiem wymieniliśmy uprzejmości, numery telefonów i obiecaliśmy sobie kontakt. Kto wie, może kiedyś jeszcze skorzystam z jego usług, jeśli znów zawitam do Mjanmy.

Na lotnisku czekał dziki tłum. Dobrze, że przyjechaliśmy trzy godziny przed wylotem, bo kolejka ciągnęła się jeszcze przed samym wejściem. Sprawdzanie paszportów, biletów, skanowanie bagażu… dopiero potem odprawa, karta pokładowa, kolejne bramki bezpieczeństwa i kontrola paszportowa. Summa summarum – na lotnisku wcale nie było czasu na błogie nicnierobienie, zdążyłem tylko wypić szybką mrożoną kawę i już wsiadaliśmy do samolotu.

Do Bangkoku leciałem sam, a właściwie miałem dla siebie całe trzy miejsca. Jedyny minus – siedziałem na samym końcu samolotu, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Nigdzie się nie spieszyłem, a za to nikt obok nie chrumkał, nie mlaskał, nie kaszlał, nie siorbał, nie gadał nad uchem ani nie spał mi na ramieniu. Same plusy.

Wydostanie się z lotniska w Bangkoku poszło błyskawicznie. Gorzej było później, bo wpadliśmy w potężne korki. Tym razem spałem w hotelu w samym centrum i zanim tam dotarliśmy, minęła prawie godzina. Uprzejmy, starszy kierowca próbował mi coś tłumaczyć o płatnej autostradzie, ale ledwo go rozumiałem. Na szczęście dowiózł mnie dokładnie tam, gdzie chciałem. Gdy tylko odebrałem klucze do pokoju, po prostu runąłem na łóżko.

Wreszcie odzyskałem normalny dostęp do internetu i połączeń telefonicznych. Przez prawie dwa tygodnie byłem praktycznie odcięty od świata, a korzystanie z VPN-u dawało mi solidnie w kość. Efekt? Zablokowana bankowość elektroniczna, karta kredytowa, skrzynka mailowa… nawet nie wiem, co jeszcze.

Późny lunch zjadłem w hotelowej restauracji, a potem przejrzałem wycieczki do miejsc w Bangkoku, których jeszcze nie widziałem. Postanowiłem, że jutro pojadę zobaczyć pływający targ i słynny targ na torach.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 Responses to Dzień 9 – Rangun na pożegnanie, Bangkok na horyzoncie

  1. Ultra's awatar Ultra pisze:

    Jest co zwiedzać, a refleksji jeszcze więcej…

    Zasyłam serdeczności

  2. pszczolkamaja's awatar pszczolkamaja pisze:

    A czy przy końcu samolotu nie ma toalety i tabunów tamże zmierzających?

Dodaj komentarz