Dzień 8 – Chinatown, zapachy bazaru i Nowy Rok pod znakiem konia

Przyleciałem tak potwornie głodny, że gdy tylko spotkałem przewodnika, który miał mnie odebrać z lotniska, od razu postawiłem sprawę jasno: zanim zaczniemy cokolwiek zwiedzać, muszę coś zjeść, bo inaczej zjem jego. Na szczęście podszedł do tego z humorem.

W hotelu zostawiłem tylko bagaż i niemal od razu ruszyliśmy do jakiejś niewielkiej jadłodajni, która okazała się całkiem przyjemna. Wrzuciłem coś na ruszt, zjadłem w tempie, które pewnie nie przystoi turyście na wakacjach, ale za to błyskawicznie postawiło mnie na nogi. Dopiero wtedy byłem gotowy ruszyć dalej – do Chinatown.

Miasto tonęło w korkach, ale pogoda nieustannie dopisała. Najpierw pojechaliśmy w stronę portu, gdzie kolorowe statki i łodzie kołysały się na wodzie, tworząc naprawdę malowniczy widok. Niestety obok tego piękna trudno było nie zauważyć biedy, która momentami aż biła po oczach.

Chińska społeczność właśnie przygotowywała się do obchodów Chińskiego Nowego Roku – tym razem pod znakiem konia. Widać to było dosłownie wszędzie, na straganach, w sklepikach, na ulicach – pełno było figurek, obrazków i wszelkich ozdób z motywem konia.

Bazar, jak to bazar, żył własnym rytmem. Pełen był egzotycznych smaków i zapachów, na stoiskach można było znaleźć rzeczy, które dla Europejczyka wyglądają jak kulinarna przygoda z pogranicza odwagi i szaleństwa – robaki, chrząszcze, koniki polne, prażone jedwabniki. Do tego nieskończona liczba dziur w chodnikach, przez które trzeba było uważnie stawiać każdy krok.

A jednak wszystko miało swój niepowtarzalny urok. Spacerowaliśmy powoli między straganami, przeciskając się przez tłum. Mój przewodnik opowiadał o tej części miasta, o jej historii i mieszkańcach. Nie było gorąco tylko raczej tłoczno. Co chwilę docierały do mnie nowe zapachy: jedne kuszące a inne zdecydowanie mniej.


Nieznane's awatar

About saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 Responses to Dzień 8 – Chinatown, zapachy bazaru i Nowy Rok pod znakiem konia

  1. Malownicze zdjęcia różnych robaków, domyślam się że to ludzkie potrawy. Ale gdzie to jest?

  2. Ultra's awatar Ultra pisze:

    To w Birmie po raz pierwszy córka zjadła całe dwa chrząszcze…

    • saberblog's awatar saberblog pisze:

      Brawo! Super że się przełamała i wygrala u niej ciekawość:)
      Pewnie już nigdy tego nie zrobi bo wie jak smakują ale doświadczenie pozostawanie.

Dodaj komentarz