Nowy początek

Na prawie miesiąc załatwiłem sobie zwolnienie z pracy, z przykrego obowiązku codziennego spędzania 10 godzin w biurze i z użerania się z zadaniami, które centralnie miałem gdzieś. Przemiana uczucia euforii do uczucia rozczarowania i frustracji zajęła mi raptem 5 tygodni. Nie jestem dumny z tego zagrania, ale potrzeba oczyszczenia atmosfery wokół wrogiej atmosfery życia zawodowego okazała się w moim przypadku większa. Za stary i za wygodny już jestem, by brać na swoje barki czyjeś problemy i wgryzać się w naprawianie spraw, które ktoś kiedyś przede mną spieprzył a firma wybrała sobie mnie, by teraz ogarnąć, wyprostować i posprzątać swoistą stajnie Augiasza.

Nie potrzebuję się sprawdzać żeby poczuć się lepiej i coś sobie udowodnić, sprawdzić to mogę się u babci kopiąc ogródek na działce. Z betonami pracować nie przepadam, choć czasami muszę, ale nie ukrywam, zmuszam się by to robić. Za to gdy atmosfera mocno się zagęszcza a mnie bezpośrednio obwinia się za rzeczy, na które nie miałem wpływu, rodzi się we mnie jawny bunt. Nie miałem żadnego wpływu na funkcjonowanie mocno dysfunkcyjnej organizacji więc przestało mi się chcieć marnować energię na walkę z wiatrakami i korporacyjną patologią. W pracy muszę czuć choćby minimum komfortu, ale jeśli od rana do wieczora jedynie co, to jestem werbalnie chłostany i odczuwam coraz większą presję to sorry, ale sayonara, ja wysiadam, nie będę niczyim Białym Murzynem i chłopcem do bicia. Dosłownie, mam ochotę opuścić spodnie i niech mnie pocałują w cztery litery.

Doszło do kuriozalnej sytuacji, kiedy szefowa, która w kilka dni po moim zatrudnieniu urwała się z roli, bo poszła na urlop macierzyński, natknęła się na mnie niespodziewanie w osiedlowej restauracji, gdzie akurat spotykałem się z koleżanką na lunch. Nie podeszła do naszego stolika od razu, najpierw nas minęła, potem wróciła, udając że niby przegląda menu wywieszone przed wejściem do restauracji a potem ukradkiem zaczęła robić mi zdjęcia swoją komórką. Kobieta, dyrektor, na kilka dni przed porodem, z olbrzymim jak balon brzuchem bawiła się w detektywa dokumentując na fotografiach co robi jej ex-podwładny aktualnie przebywający na L4. Kretynka.

Przez te kilka tygodni nie tylko leżałem do góry brzuchem pobierając 80% wynagrodzenia, ale też dużo jeździłem na rowerze, niechętnie bo niechętnie, ale resztkami optymizmu zmobilizowałem się jakoś i od początku zacząłem szukanie sobie nowego zajęcia.

Pierwsze i jedyne zaproszenie na interview pojawiło się dość szybko, mogę powiedzieć swoisty złoty strzał. Wrażenia po tej rozmowie też miałem bardzo dobre – przyzwyczajony, że w biurze wszyscy zachowują się jakby cierpieli na swoisty ścisk dupy, to widok dziewczyny na recepcji w kusych, poszarpanych spodenkach obudził przeświadczenie, że w tej firmie pracują normalni ludzie.
Zaproszenie na drugą rozmowę przyszło kilka dni później, interview poszła gładko a w piątek nazajutrz w skrzynce na maile czekała już na mnie oferta pracy i to wcale nie za mniejsze pieniądze. Ledwo zakończyłem współpracę z poprzednim pracodawcą, kilka dni później zaczynałem nową pracę. Dmucham na zimne, bo choć bardzo mi się wszystko podoba nie chcę zapeszyć. Praca do 16, zdalna kiedy tylko tego potrzebuję, szef w innym kraju, na dodatek postawny i przystojny, że kolana miękną, sprawnie działające narzędzia pracy oraz regularne podróże służbowe. Poza tym zawodowo tematyka bliska mojemu sercu oraz zawodowych aspiracji. Nie ukrywam, że już na drugi dzień w biurze poczułem się jak ryba w wodzie.

 

Opublikowano praca | Otagowano | 6 Komentarzy

11. Nie zazdrość

Zazdrość – normalka, zwykłe uczucie, tylko jakbym częściej i intensywniej je ostatnio doświadczał. Zauważyłem ten pierwszy moment kiedy kilka miesięcy temu spotkałem się z grupką przyjaciół na naszym kultowym frytki party. Zazdrościłem im pracy, domów, wyjazdów, uznania, pomysłów na życie, awansu a nawet głupiego auta. Niechęć do sukcesu innych zaczęła nieustannie drążyć mój umysł, wzbudzała poirytowanie, powstrzymywała by próbować zmienić swój stan. 

Po paru następnych epizodach stałem się ostrożniejszy, by ta moja zazdrość nie przerodziła się w destrukcyjne emocje, pełne niechęci i goryczy i nie doprowadziła mnie do jakiejś błędnej spirali ciągnącej mnie prosto w dół.

Czuję się tak, jakbym nie wpasowywał się w życie, bo nie mogą konkurować ze swoimi znajomymi, przyjaciółmi i współpracownikami. Narasta we mnie wrogość, bo wydaje mi się, że nie otrzymuje od losu sprawiedliwego podziału.

Przestałem wchodzić na media społecznościowe, bo zdają się tylko wzmacniać tę niechęć. Dwie minuty na przewijaniu FB albo Insta i łatwo przekonuję się, że znajomi są szczęśliwsi, zdrowsi i bogatsi, gdy zamieszczają swoje najnowsze zdjęcia z wakacji i ogłaszają swoje szczęście. Nie, nie potrzebuję nabawić się depresji.

Tyle tylko, że łatwo powiedzieć przestań porównywać się z innymi ludźmi. O wiele łatwiej jest spojrzeć na media społecznościowe i myśleć: „inni lepiej się bawią” lub „moje życie nie jest tak fajne jak życie moich przyjaciół”. Istne zawody sportowe, nieustanna konkurencja, jakbym się ścigał. Niby wiem, że na nic zda się porównywanie, bo moja życiowa podróż jest wyjątkowa i wiem jak ważne jest indywidualność, lecz mimo to…

Za każdym razem, gdy łapię się na porównywaniu mojego życia z życiem kogoś innego, muszę przypominać sobie, że nie biorę udziału w żadnym wyścigu.

Próbuję patrzeć na życie z szerszej perspektywy. Przecież nikt nie ma doskonałego życia. A mała migawka, którą widzę, jedynie wygląda efektowniej niż jest w rzeczywistości.

Dopadają mnie myśli, że życie nie jest sprawiedliwe – przynajmniej nie w sposób, w jaki postrzegam sprawiedliwość. Upieram się, że zasługuje na więcej, a ktoś inny zasługuje na mniej. Choć takie myśli marnują tylko mój czas i energię, nie potrafię zaakceptować rzeczy, których nie mogę kontrolować, mam w dupie skupianie się na byciu najlepszą wersją samego siebie.

Jak mantrę powtarzam sobie że jedyną osobą, z którą powinienem się porównywać, jestem ja, jaki byłem wczoraj. Staram się być trochę lepszy każdego dnia, by poczuć się mniej zagrożony osiągnięciami bliskich mi ludzi, ale ostatnio idzie mi to jak dziwce w deszcz..

 

Opublikowano podroze | Otagowano | 6 Komentarzy

Całkiem inna ucieczka

Nie uważam się za bumelanta i birbanta. Po prostu czasem człowiek nie ma kontroli nad niektórymi rzeczami. One się po prostu dzieją, niejako same. Prawda?

Wydaje mi się, że każdy znajdował się kiedyś w takiej sytuacji. 

Nie mamy kontroli nad wszystkim. A już na pewno nad swoim życiem. Moje zdecydowanie nie układa się tak jak powinno. Powiem więcej, układa się dokładnie tak jak układać się nie miało.

Gdy człowiek jest młody wydaje mu się, że wszystko będzie inaczej, że coś osiągnie. Życie potem weryfikuje te młodzieńcze brednie. Marzenia – młody człowiek właśnie tym się żywi: planami, tym co będzie, tym co według niego ma być. Każdemu wydaje się, że z nim będzie inaczej, akurat z nim. Każdemu się tak wydaje. Ja nie jestem wyjątkiem… No i potem miesiące a potem lata płyną. Człowiek podejmuje kilka niezbyt trafnych decyzji i nagle znajduje się w tym samym gównianym miejscu co jego bliscy a po marzeniach nie ma ani śladu.

Uciekłem z pracy. Już w drodze do Miami wiedziałem, że stanę na głowie, ale w poniedziałek nie wrócę do tego pierdolnika. Nie mój cyrk, nie moje małpy, gdziekolwiek nie dotknąć zaraz trąca  fermentem, odgrzebywanie starych tematów kojarzy mi się w grzebaniu w śmierdzącym kuble na śmieci, nikt nic nie wie, nikt nic nie wyjaśnia, a terminy się piętrzą. Za stary i za wygodny jestem, żeby chcieć się wykazywać i rzeźbić po 14 godzin na dobę w tym gównie, z którego i tak nic nie ulepię. Zdałem sobie sprawę jak ważna jest dla mnie dobra atmosfera w pracy, odczuwanie przyjemności z wstawania codzień rano, żeby pójść do biura i usprawniać czyjeś procesy. Może i jestem zmanierowany, ktoś młodszy, mniej doświadczony pewnie tak szybko by się nie poddał, tyle że ja nie mam noża na gardle i mogę pozwolić sobie na wybór lub jak kto woli wygodnictwo.

Pierwszy lekarz spuścił mnie na drzewo, nie zraziłem się chwilowym niepowodzeniem i uzbrojony w doświadczenie z pierwszej wizyty, poszedłem do innego. Dwutygodniowe L4 dostałem od ręki, potem następne, bez odpowiadania na setki głupich pytań i tłumaczenia się dlaczego jest mi źle. Najtrudniej zrezygnować z dobrej pensji, ale coś za coś.

Pieprzy mi się wszystko i nie jest mi z tym do śmiechu. Wdepnąłem w niezłe gówno i teraz ciągnie się za mną niezły smród.

Co jakiś czas dostaje smsy z pracy. Ich ton zmienia się z miłych i łagodnych po coraz bardziej kategoryczne i wrogie. W dupie mam ich ultimatum i tak tam nie wrócę. Jak sobie pomyśle ile razy wcześniej tam aplikowałem, mam ochotę dać sobie teraz z liścia.

Dni mijają mi na odwiedzinach u znajomych, robieniu dzięsiątków kilometrów na rowerze, wyjściach do kina albo na zakupy. Pierwszy raz od ponad dekady uciekam, ale nigdzie nie wyjeżdżam, choć kusi mnie by kupić bilet na Hawaje albo do Nowej Zelandii tyle tylko ile można uciekać.

Opublikowano praca | Otagowano | 5 Komentarzy

Miami Beach

Miami Beach jest rewelacyjne. W Miami byliśmy z M kilkakrotnie, zawsze przejazdem i zawsze spaliśmy albo w Downtown albo w hotelu przy lotnisku w oczekiwaniu na poranne połączenie na St Maartin. Przy Lincoln jest masa sklepów, barów i restauracji, przechadzamy się tedy kilka razy dziennie ciesząc oko ładnymi widokami. Wymyśliłem sobie, że wrócę tutaj za kilka miesięcy, wynajmę to samo studio, zrobię zakupy w markecie i każdy każdy dzień będę spędzał na plaży albo wybiorę się na rejs statkiem na Jamajkę, Wyspy Dziewicze, Dominikanę albo Arubę. Jakby się dobrze zakręcić jest tutaj raj pod każdym względem i nie odstraszają już nawet ceny.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Dodaj komentarz

Welcome to Miami Beach

Dolecieliśmy! Szczęśliwi i wcale nie tak zmęczeni jak bym się tego spodziewał. Samolot o czasie wylądował na Międzynarodowym Lotnisku w Miami. W związku z tym, że był to inauguracyjny lot nowego połączenia podjeżdżając pod rękaw przywitał nas salut wodny: wóz strażacki i polewanie maszyny wodą. Pierwszy raz odkąd latam do Stanów odprawa paszportowa przebiegła tak szybko i bez jakichkolwiek pytań. Nie wiem co się stało, ale nie dostałem nawet pieczątki w paszporcie. Pogoda w Miami przywitała nas upałem i okrutną wilgocią. Znaleźliśmy przystanek supershuttle i po godzinie rozpakowywaliśmy się już w naszym hotelu na Meridian Avenue. Nasze wynajmowane studio posiadało wszystko czego potrzebowaliśmy na te kilka dni: w pełni wyposażoną kuchnię, lodówkę, zmywarkę, wygodne łóżko, czystą łazienkę i taras… tyle że ten akurat z widokiem na ulicę i parking. Do ulicy pełnej restauracji i barów mieliśmy raptem 5 minut pieszo, a do Whole Food niecałe 20. Na zakupy spożywcze wybraliśmy się nazajutrz i o ile w tamtą stronę szło się całkiem przyjemnie, to na powrót obładowani zakupami zamówiliśmy sobie ubera. W hotelu dużo czarnych i grubych kobiet, na ulicach za to głównie panuje hiszpański i czasem naprawdę łatwiej dogadać się w tym języku niż po angielsku.

Wieczorem wybraliśmy się na drinka. Matko, jak tutaj jest masakrycznie gorąco.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Dodaj komentarz

Na kilka godzin przed wylotem do Warszawy…

…wyrwałem się wcześniej z biura porobić ostatnie zakupy. Nowe zajęcie jest tak absorbujące, że nie mam czasu na wyjście do lekarza ani nawet na zrobienie  podstawowych zakupów a co dopiero wyszykować się na dłuższy wyjazd. Szwajcarski dyrektor coś tam jeszcze ode mnie chciał, naturalnie gdy już prawie wychodziłem, a ja z nieukrywaną radością spuściłem go na drzewo i szybko zamknąłem swój komputer. Niech się buja. Nie mogę doczekać się jego miny gdy dowie się, że nie wrócę po urlopie do biura. Zakasa koleś rękawy i przypomni sobie obsługę excela.

Dzięki pożytecznemu urządzeniu jakim jest hulajnoga udało mi się zdążyć ze wszystkim na czas. Nowa walizka spełniała moje oczekiwania estetyczne tylko do pierwszego lotu, bo po wyładowaniu na Okęciu pojawiły się już pierwsze rysy i przetarcia. Ukradli mi nawet zawieszkę na bagaż. Miałem okazję spotkać taksówkarza, który ostatnio na darmo czekał na mnie pół godziny pod bramą o 4 nad ranem, tamtego dnia gdy zaspałem na samolot. Tak jak można było się tego domyślić tamtego poranka pod moim adresem leciały niewybredne epitety i słowa sponsorowane literkami k ch p j – wszystkie w pełni zasłużone.

Do K na Wolę dojeżdżałem już ostatkiem sił, nie rozmawialiśmy nawet długo, nie otworzyliśmy butelki wina jak planowaliśmy, tylko od razu poszliśmy spać. Samolot do Miami odlatywał 12.05 ale planowaliśmy być na lotnisku wcześniej, żeby zajrzeć przedtem do laungu i zobaczyć atrakcje jakie przygotował Lot przy okazji pierwszego połączenia w kierunku słonecznej Florydy. Rzeczywiście przed wejściem do bramki stoły uginały się od pyszności i smakołyków, wśród zaproszonych przedstawicieli prasy i tv przechadzali się najważniejsi pracownicy Lotu, ich goście oraz pasażerowie wśród których – daje głowę – połowa leciała za darmo. Szału nie było, ale wstydu też nie. Trochę się obawiałem jak zniosę tak długą podróż, bo przez ostanie kilka lat do Ameryki latałem w bardziej komfortowych warunkach niż zwykłym cargo. Poziom życia mi się jednak zmienił, widmo biedy zapukało w drzwi więc przeprosiłem się z eko i nie urządzam fanaberii.

Leciał z nami jeden osobnik, któremu pod wpływem nadmiaru alkoholu zebrało się do bitki, obrażania pasażerów i szukania zwady ze wszystkimi wokół. Obsługa samolotu, dbająca o bezpieczeństwo i komfort podróży, nie reagowała na zaczepki i jawne groźby pod adresem innych pasażerów, nie przejmowała się gdy pan głośno werbalizował chęć nastukania swojej żonie oraz wszystkim łysym pedałom oraz miękkim fajom na pokładzie. Tłumaczyli się, że zrobić nic nie mogą a skarżącym się na chama pasażerom radzili by go nie denerwować.

Opublikowano podroze | Otagowano , | Dodaj komentarz

Ewidentnie mijają się z prawdą

…takie były moje obserwacje po rozmowie z dyrektorką oraz innymi współpracownikami po tym jak zacząłem bardziej drążyć temat. 4 tygodnie temu obiecywano mi złote góry i zapewniano mnie, że z czasem wszystko się ułoży a ja wrócę na normalny tryb pracy. Po 6 tygodniach zostałem się jednak pozostawiony sam sobie z listą obowiązków własnych oraz kilkunastu zadań odziedziczonych po A. i krótkim komentarzem: rób to. Na dodatek odkryłem że przede mną było tutaj dwóch śmiałków którzy też próbowali a po kilku miesiącach się ich pozbyto. Szwajcarski dyrektor zostawił mnie sam sobie a kontaktuje się tylko wtedy kiedy zleca mi kolejne bojowe ad hocowe zadania. Na sam widok migającej od niego wiadomości na skype robi mi się niedobrze.

Ten spóźnienie na samolot tydzień temu to był znak, żebym nie pakował się w to bankowe bagno, bo nic dobrego z niego dla mnie nie wyjdzie.

Widząc co się tutaj kroi jeszcze tego samego dnia rozliczyłem swoją delegację i pozabierałem z biura swoje rzeczy. Mam czyste konto, powysyłałem parę maili, dookoła wszyscy wiedzą gdzie zostawiłem dokumentacje z wyjazdu, nie planuje już tutaj wrócić. Nie wiem jeszcze dokładnie jak to zrobię, ale noszę się z planem ulotnienia się z tej firmy jak najszybciej. Kolejne spotkania tylko utwierdziły mnie, że świat steerable treasury, AuM, NNA, direct expenses i direct revenues to jednak jakaś masakra i nie chce spędzić życia w roli, która jest męczarnią. Zupełnie nie rozumiem jakim kluczem kierowano się zatrudniając mnie na to stanowisko w CS i pewnie nigdy się już tego nie dowiem.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz