Dzień 3 – Jezioro Inle czyli życie na wodzie

W nocy dosłownie mnie wygwizdało w tej mojej leśnej chatce. Budziłem się kilka razy, trzęsąc się z zimna i naciągając na siebie coraz więcej warstw. W końcu nie wytrzymałem ściągnąłem dodatkową kołdrę i pled z sąsiedniego łóżka, owinąłem się nimi jak kokon i próbowałem przestać szczękać zębami. Uparcie odganiałem myśl, że rano czeka mnie lodowaty prysznic. Woda podgrzewana panelami słonecznymi nie miała najmniejszych szans nagrzać się przez noc., pocieszałem się tylko, że od jednego niedomycia nikt jeszcze nie umarł.

Leżąc tak pod stertą koców, przypomniałem sobie, że Birma była na mojej liście marzeń od dzieciństwa i właśnie tu jestem. Ta myśl wracała do mnie przez cały dzień – jak ciche przypomnienie, że spełniam coś, o czym kiedyś tylko czytałem lub oglądałem w programach podróżniczych.

Śniadanie zjadłem na piętrze, na pięknym tarasie z widokiem na okolicę. Byłem jedynym gościem, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Omlet, świeże owoce, kawa i oleiste, pikantne shwenoodle z kurczakiem, które okazały się dla mnie zbyt specyficzne.

Poranek był zaskakująco chłodny, chodziłem więc opatulony od stóp do głów. Kilka godzin później ten sam dzień zamienił się w rozgrzaną patelnię. Słońce zaczęło prażyć bez litości i szybko poczułem, że twarz mam już solidnie muśniętą, a może raczej przypieczoną.

Może gdybym posmarował ją thanaką, jak robią to lokalne kobiety, uniknąłbym tego efektu. Ta żółtawa, pachnąca pasta z kory drzewa, nakładana w kółka lub pasy na policzki i czoło, to coś więcej niż kosmetyk. Naturalny filtr, chłodząca warstwa w upale, sposób na cerę i jednocześnie ozdoba. Na twarzach kobiet i dzieci wyglądała jak delikatny, codzienny rytuał.

W końcu wsiedliśmy do łodzi i wypłynęliśmy na jezioro. Spędziliśmy na wodzie długie godziny. Mijaliśmy kolorowe domy na palach, ludzi karmiących mewy, dzieci machające z pomostów. Turystów wciąż było niewielu, co nadawało temu miejscu spokój, którego coraz trudniej szukać w popularnych zakątkach świata.

Muszę przyznać, że rybacy znad jeziora Inle nie wyglądali już dokładnie tak, jak na zdjęciach sprzed dwudziestu lat. Świat się zmienia, nawet w miejscach, które wydają się zatrzymane w czasie. Pomyślałem wtedy, jak ważne jest personalizowanie podróży – wiedzieć, co naprawdę chce się zobaczyć, robić notatki i w odpowiednim momencie powiedzieć przewodnikowi: „zatrzymajmy się tutaj”.

Wypatrywałem rybaków balansujących na jednej nodze tej charakterystycznej, niemal akrobatycznej pozy, którą znałem ze zdjęć. Jedna noga opleciona wokół wiosła, druga stabilnie oparta na łodzi, ręce zajęte siecią, wzrok wbity w wodę. Okazało się jednak, że ci „prawdziwi” rybacy to już rzadkość. Moja przewodniczka uśmiechnęła się i po godzinie zorganizowała jednego z lokalnych mężczyzn, który zapozował mi do zdjęć. Świat się zmienia, czasem nawet tradycja dostosowuje się do obiektywu aparatu.

Mieszkańcy jeziora żyją w dużej mierze samowystarczalnie, łowią ryby, uprawiają pływające ogrody zbudowane z mułu i wodorostów, zbierają pomidory i warzywa. Z łodzi można obserwować ich codzienność: pranie, kąpiele, pracę w ogrodach, przenoszenie trzcin, tkactwo z włókien lotosu, naprawę srebrnej biżuterii. Wszystko toczy się swoim rytmem.

Wioski unoszą się na wodzie, drewniane domy na palach, przed każdym jedna lub dwie łodzie, bez których nie da się tu funkcjonować. Patrząc na przepływające łodzie z turystami, zastanawiałem się, czy mieszkańcy nie mają czasem wrażenia, że ich życie stało się spektaklem, codziennie ktoś podpływa, robi zdjęcia, zagląda w okna, obserwuje.

W pewnym momencie dopłynęliśmy do brzegu, gdzie cumowało wiele łodzi. Sternik wskazał mi wąską ścieżkę prowadzącą na lokalny targ, minąłem kobiety z górskich plemion, w kolorowych chustach na głowach, sprzedające drewno na opał. Ich twarze były spokojne, skupione. Później znów wsiedliśmy do łodzi i popłynęliśmy do bardziej turystycznego miejsca, domu na palach, gdzie powstają tkaniny. Młoda Birmanka oprowadziła mnie po warsztacie, tłumacząc cały proces: od pozyskiwania włókien, przez tkanie i farbowanie, aż po gotowe produkty – longyi, koszule, torby. Jedwab, bawełna, lotos – wszystko kolorowe, misternie wykonane i do kupienia.

W centrum ręcznego tkania lotosu zobaczyłem, jak cienką nić wyciąga się ze łodygi, jak skrupulatnie nawija się ją na szpulkę – proces długi, wymagający cierpliwości i precyzji. Z tych nici powstają szale, spódnice, czapki, tradycyjne stroje, każdy kawałek materiału ma w sobie godziny czyjejś pracy.

Gdziekolwiek dopływaliśmy, czułem niesamowity klimat tego miejsca, było w nim coś ciepłego i prawdziwego, uśmiechy, serdeczność, naturalność. Mimo że byłem daleko od domu, miałem wrażenie, że jestem dokładnie tam, gdzie powinienem być.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

9 Responses to Dzień 3 – Jezioro Inle czyli życie na wodzie

  1. agnecha's awatar agnecha pisze:

    Śliczne ujęcia, szczególnie te z rybakiem.
    Musisz zaopatrzyć się w bardzo ciepłą piżamę 😉
    Kolejne marzenie z dzieciństwa odhaczone 🙂 super!

Dodaj komentarz