Dzień 4 – 600 kilometrów drogi do magii Baganu

Obudziłem się w nocy, chwilę po drugiej i to nie przez hałas czy komary, tylko przez sen. Nagle przypomniało mi się, że to koniec miesiąca i muszę wysłać wypowiedzenie! Serce zaczęło bić szybciej, jakby to była sprawa życia i śmierci. Zaspany, z półprzymkniętymi oczami, próbowałem ogarnąć maila, szło opornie, bo przez ostatnie dni poczta działała fatalnie, słabe wi-fi, wiadomości, które się nie wysyłały, wszystko się zawieszało. Wkurzałem się coraz bardziej bo traciłem na to mnóstwo czasu, ale w końcu, po którymś podejściu, udało się. Klik. Wysłane. Mogłem znowu zasnąć.

O 8:30 przyjechał kierowca i ruszyliśmy w stronę Baganu. Przed nami prawie 637 kilometrów drogi, Mjanma potrafi być bezkresna. Zatrzymaliśmy się tylko dwa razy – raz na szybkie zdjęcia, drugi raz na lunch. Resztę czasu praktycznie przespałem, tego dnia nie miałem na nic energii. W pewnym momencie zatrzymała nas policja turystyczna do kontroli paszportów, wjeżdżaliśmy do innej prowincji, potem każde kolejne rogatki mijaliśmy już bez zatrzymywania.

Do Baganu dotarliśmy późnym popołudniem, zamiast do hotelu, od razu ruszyliśmy w teren. Chciałem zobaczyć choć część z tych około dwóch tysięcy świątyń, pagód i klasztorów rozsianych po całej równinie.

Bagan to starożytne miasto w centralnej części kraju, kiedyś serce potężnego królestwa. W czasach swojej świetności wzniesiono tu podobno około 13 tysięcy świątyń, stup i klasztorów. Dziś przetrwało około dwóch tysięcy i nawet ta liczba robi wrażenie, kiedy stoisz na płaskiej jak stół ziemi i widzisz, jak ceglane sylwetki wyrastają z kurzu niemal po horyzont.

Budowa świątyń była wyrazem religijnego oddania, ale też ambicji i potęgi władców. Chodziło o coś więcej niż wiarę,  o zapisanie się w historii. Większość budowli nie przetrwała wojen, grabieży i trzęsień ziemi – część była drewniana, część zwyczajnie rozsypała się z biegiem czasu, a jednak to, co zostało, wciąż ma w sobie magię.

Dawna stolica Mjanmy przez lata przyciągało podróżników jak magnes. Dziś również, choć w przeszłości władze wojskowe otworzyły region na turystów głównie z powodów ekonomicznych, pieniądze zaczęły płynąć szerokim strumieniem.

Miejsce jest naprawdę niezwykłe, piękne, surowe, monumentalne, tyle że wszechobecny pył daje się we znaki. Kurz był dosłownie wszędzie – na skórze, w ustach, w oczach, towarzyszył mi w każdej sekundzie zwiedzania.

Zwiedzanie świątyń oznaczało jedno – chodzenie boso. Po kilku pierwszych obiektach zrezygnowałem z butów trekkingowych, ciągłe ściąganie i zakładanie zaczęło mnie irytować. Zostałem więc z nimi w ręku i z nagimi stopami na rozgrzanej ziemi, czując pod palcami kurz, piasek i historię tego miejsca.

Zachód słońca oglądany z jednego ze wzgórz był niezapomniany. Niebo zmieniało kolory, pagody ciemniały na tle pomarańczowej poświaty, a wszystko wokół zwalniało.

Większość świątyń pochodzi z XI, XII i XIII wieku. Rozrzucone są po ogromnym obszarze i nie sposób zobaczyć wszystkiego w jeden dzień. Wiedziałem jednak, że chcę przeżyć Bagan w wyjątkowy sposób. Zarezerwowałem lot balonem na następny poranek. Skoro nie zrobiłem tego ani w Kapadocji, ani w Egipcie, to uznałem, że to właśnie tutaj jest ten moment. Wschód słońca nad tysiącami pagód wizytówką regionu.

Wyjazd zaplanowano na 5:20 rano. Skoro postanowiłem już „zwiedzać na bogato”, upewniłem się wcześniej, że lot organizuje doświadczona, certyfikowana załoga. Następny dzień zapowiadał się intensywnie – od bladego świtu do późnego wieczora.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 Response to Dzień 4 – 600 kilometrów drogi do magii Baganu

  1. Urzekające miejsce.

Dodaj komentarz