Czwartek

W każdej globalnej korporacji czają się ukryte potwory: ubrane w garnitur słów procedury i polityki. Wczoraj zderzyłem się z jednym z nich: polityką podróży służbowych. Dla niewtajemniczonych jest to jak ściana, zimna i obojętna, która wyrosła przede mną mur ze stertą dokumentów, wyjaśnień, wyliczeń, potwierdzeń i wniosków. Za każdym razem, gdy wysyłałam cały komplet, okazywało się, że to tylko brama do kolejnego korytarza – inny zespół, nowy punkt, następna analiza.

Dziś rano przyszła pierwsza porażka: odrzucono mnie z powodu brakujących dokumentów, a przecież wydawało mi się, że wysłałam wszystko. Poproszono mnie o uzupełnienie brakujących danych, co więc zrobiłem … ale dopiero wieczorem. W ciągu dnia pochłaniał mnie bowiem nowy klient w Katarze – a on jest teraz moim absolutnym priorytetem, ważniejszym niż wszystkie papierowe labirynty.

Wieczorem, już wykończony, znów siadłem do formularzy. Wypełniałam, tłumaczyłam się z oczywistości, zaczynałam procedurę raz, drugi, trzeci… aż w końcu system przepuścił mnie dalej. A przecież mój lot zaplanowany był na piątek, 5:35 rano.

W tle pojawiła się jeszcze gorsza wieść: że być może za wszystko będę musiał zapłacić sam – lot, hotel, sześć tygodni pobytu. Perspektywa, że moja firma, która mnie tam wysyła, mogłaby zostawić mnie samego z tym ciężarem, była absurdalna i przerażająca. W głowie rodził się bunt: mogę być elastyczny, mogę być pokorny wobec sytuacji, ale nie zapłacę trzydziestu pięciu nocy w hotelu z własnej karty kredytowej.

Dopiero dziś, pod koniec dnia – około siedemnastej – przyszła decyzja: mam zgodę na wyjazd do Kataru, aż do końca września. Brzmiało to jak wybawienie a jednocześnie ironia losu, bo hotelu nadal nie miałem, lotu też nie. Plan z piątkowym porannym wylotem rozpadł się jak domek z kart.

Wracałem do domu z mieszanką ulgi i zmęczenia. Tam – bałagan, jak zawsze, bo codziennie rano próbuję jeszcze ogarniać mieszkanie: myję podłogi, odkurzam, wynoszę śmieci. Lodówka opróżniona, bo wiem, że przez sześć tygodni będzie stała pusta. Staram się zostawić wszystko w porządku, jakbym wybierał się w długą wyprawę.

Siedemnasta – zgoda. O 18:30 byłem już w domu. Wiem, że polecę w sobotę, a nie w piątek. To da mi choć chwilę, by odetchnąć, przejrzeć dokumenty i projektowe plany, na które przez cały tydzień nie miałem ani głowy, ani czasu.

I tak siedzę teraz, półprzytomny, z dziwnymi pomysłami w głowie. Wpadłem nawet na to, że zawiozę klientce prezent – kawę i kabanosy Tarczyńskiego i gdyby za bardzo mnie zirytowała, mógłbym ją „ochłodzić” butelką z rozpylaczem pełnym świńskiej krwi. Absurd, wiem, bredzę, jestem wykończony, ale jutro znów wstanę o świcie i znów pójdę do pracy.

Nieznane's awatar

About saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii praca i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz