Kiedyś była w tym jakaś perwersyjna ekscytacja – wchodzenie w relacje, które z góry pachniały ryzykiem. Niby wiedziałem, że to niebezpieczna gra, a jednak ciągnęło mnie do niej coraz bardziej. Wszystkie te znajomości miały jednak jedną wspólną zasadę, cienką linię, której nie wolno było przekroczyć, granicę, która odróżniała je od innych układów. Nigdy nie mogłem traktować ich jak czegoś przypadkowego, jak wpadki, którą strzepuje się z buta i idzie dalej, bo zawsze wierzyłem, że nic nie dzieje się bez powodu.
Nie jestem święty i daleko mi do tego. Bywa, że postępuję nieuczciwie, robię rzeczy, których nie da się łatwo usprawiedliwić, świadomie przekraczam granice, zawodzę ludzi, kłamię, ranię także tych najbliższych i wiem, że to wszystko ma swoją cenę. Zawsze ma.
Kiedy wracam myślami do tamtych chwil, mam wrażenie, jakby to było wczoraj. Śmiech ludzi dookoła, dzieci rzucające się śniegiem, zwykły ruch na ulicach wszystko wyglądało tak normalnie, jakby świat ani na moment się nie zatrzymał, jakby nic się nie wydarzyło. Nikt nie widział, że właśnie coś we mnie pękło, nikt nie czuł, jak bardzo mnie to bolało. Może powinni, może powinni chociaż spróbować zrozumieć, ale oni żyli dalej, zanurzeni po uszy w swoich małych światach, od weekendu do weekendu, od jednej rozrywki do drugiej.
Kiedy zostawia cię ktoś, kogo kochasz, najlepiej jest zniknąć na chwilę. Zamknąć się w sobie i w ciszy poskładać to, co się rozsypało. Bo na początku wszystko wydaje się żałosne. Myśli krążą tylko wokół niego, wracają uparcie, jakby nie znały innej drogi. Robisz się zgorzkniały, męczysz ludzi wokół swoim bólem, swoim „dlaczego?”, rozkładasz przeszłość na części pierwsze, analizujesz każde słowo, każdy gest, każdą chwilę.
Aż w końcu zaczynasz wierzyć, że to on zawinił, że to on nie był dla ciebie dobry, bo przecież ty dawałeś z siebie wszystko, prawda? Próbujesz iść dalej – randki, nowe twarze, nowe rozmowy, a jednak wciąż widzisz go wszędzie. W przypadkowym spojrzeniu na ulicy, w czyimś uśmiechu, w sposobie chodzenia, dzień za dniem, noc za nocą. To potrafi trwać długo, tygodnie, miesiące, czasem jeszcze dłużej.
I nagle któregoś dnia budzisz się… i jest cisza, już o nim nie myślisz, nie boli tak jak wcześniej. Wtedy dociera do ciebie, że najgorsze masz za sobą, serce nadal jest poobijane, ale zaczynasz oddychać lżej, powoli wraca kolor do świata. Bo tak to działa, zawsze, kiedy ktoś odchodzi, robi miejsce dla kogoś nowego. I choć trudno w to uwierzyć w najciemniejszych momentach gdzieś po drodze czeka kolejna miłość.
