Zaskakujące, ale po ponad dwudziestu latach moje podejście i przekonania właściwie się nie zmieniły. Wciąż łapię się na tym, że sam siebie pocieszam: nie zawsze wychodzi, tym razem też się nie udało i może nigdy się nie uda właśnie w tym miejscu. Ale może gdzie indziej będzie lepiej, na innym polu. Najważniejsze, że znowu spróbowałem, że się nie poddaję i że będę próbował dalej.
Praca – jakakolwiek – pozostaje dla mnie jedną z ostatnich ostoi normalności. Nawet jeśli poniżej ambicji, nawet jeśli mechaniczna i mało porywająca, bez niej smutek zaczyna powoli wgryzać się w zwykłą codzienność.
Pierwsza refleksja jest banalna: nie tylko ja mam trudności, a jeśli spojrzeć uczciwie – to właściwie nie mam żadnych.
Druga potwierdziła się z czasem: o wielkości człowieka nie świadczą sukcesy ani status, tylko zwykła, ludzka życzliwość. Jeśli pracujesz z ludźmi, a jej w sobie nie masz, to może warto się zatrzymać i zastanowić, czy to na pewno właściwa droga. Jeśli jesteś jeszcze młody, masz w sobie życzliwość i pracujesz nad sobą, budujesz swoją niezależność. I jeśli możesz o sobie powiedzieć: jestem odpowiedzialny, solidny, zdyscyplinowany, uczciwy to prędzej czy później życie to doceni. Nie martwi mnie, że do pięćdziesiątki nie będę miał samochodów ani willi. Ci, którzy je mają, być może za jakiś czas nie będą mieli siły, by się nimi cieszyć. Wszystko ma swój czas, dobrze jest rozłożyć życie w czasie i nie zgubić po drodze tego, co najważniejsze – prawdziwych przyjaciół. I pamiętać, żeby regularnie pytać samego siebie, nie innych, kim jestem i dokąd zmierzam.
Trzecia rzecz jest równie ważna: uczyć się. Nie przestawać się rozwijać. Dążyć do tego, żeby być coraz lepszym w tym, co robisz albo co chcesz robić. W świecie pełnym konkurencji tylko to daje realną szansę. Wiedza to jedna z najpewniejszych inwestycji – najpierw w siebie, potem w swoje dzieci, bo chyba najgorsze, co można im zostawić, to same pieniądze.
