W pracy wciąż czuję jakiś niespodziewany luz, nie ma tego znanego mi wcześniej napięcia ani stresu. Jasne, rzeczy do zrobienia potrafią się nawarstwiać, ale nie mam poczucia, że wszystko musi być zamknięte natychmiast albo najpóźniej następnego dnia przez co oddycham spokojniej.
Ludzie, z którymi pracuję, są w porządku – życzliwi, normalni. Ci, z którymi załatwiam sprawy biznesowe, bywają konkretni i stanowczy, ale nigdy nie przekraczają granicy, nie ma tu chamstwa i nieprzyjemnej szorstkości, która kiedyś potrafiła zostawić niesmak.
Coraz wyraźniej widzę też, że to zupełnie inny świat niż korporacja. Firma produkcyjna rządzi się swoimi prawami, w dodatku struktura jest zaskakująco płaska. Rozmowa z CFO czy globalnymi dyrektorami nie są żadnym wydarzeniem z innej planety – to po prostu część codzienności i gdzieś po drodze dociera do mnie, że sam też jestem już w miejscu, które kiedyś wydawało się być zawieszone bardzo wysoko.
Zaskakuje mnie jedno, że ludzie uznawani za ekspertów potrafią otwarcie powiedzieć: „nie wiem” albo „nie mam na to teraz rozwiązania” i czasami zastanawiam się, czy stoi za tym jakaś ukryta strategia, czy po prostu szczerość a może jedno i drugie.
Mój zespół to w ogóle osobna historia, bo dziewczyny są świetne – wspieramy się, rozmieszamy, pomagamy sobie i co chwilę słyszę, żebym nie brał wszystkiego na siebie, że jeśli mam za dużo, mam po prostu dać znać. Niby drobiazg, a robi ogromną różnicę.
Zapisałem się też na warsztaty i egzamin. Ktoś podsunął mi pomysł, żeby zapytać w firmie o dofinansowanie i długo się wahałem, ale w końcu spróbowałem i okazało się, że jest spora szansa, że mi to zasponsorują. A do tego nie będę musiał brać urlopu, bo traktują to jako rozwój zawodowy – przyznam, że to było naprawdę miłe zaskoczenie.
Na razie do biura chodzę codziennie – ani razu nie pracowałem z domu i jakoś nie czuję takiej potrzeby. Może kiedyś przyjdzie na to czas, ale póki co lubię ten rytm: zaczynam wcześnie, a o 15.20 zamykam laptopa i wracam do domu, przed 16.00 jestem już na miejscu i nagle mam pół dnia dla siebie. To dla mnie zupełnie nowe uczucie, wciąż uczę się, co z tym zrobić.
Rozmawiałem ostatnio ze znajomymi, także z poprzedniej pracy. Wielu z nich trochę mi zazdrości, nie twierdzę, że trafiłem do jakiejś idealnej firmy, przecież wciąż ją poznaję, minęło dopiero półtora miesiąca, ale na pewno nie mam powodów do narzekania a zwłaszcza kiedy zobaczyłem pierwszą wypłatę – no cóż, uśmiech pojawił się sam.
Ostatni tydzień był wyjątkowo spokojny – dostaliśmy dodatkowy dzień wolny przed świętami, więc wszystko jakoś płynęło wolniej. W tym tygodniu z kolei zanurzyłem się bardziej koncepcyjnie w kilku tematach i to mi naprawdę pasuje. Im więcej pomysłów uda się teraz rozpisać i ubrać w sensowną formę, tym większa szansa, że w przyszłości przerodzą się w coś konkretnego.
Co mogę powiedzieć? Podoba mi się. Początek roku kompletnie nie zapowiadał takiej zmiany, a jednak wszystko potoczyło się inaczej i szczerze na ten moment jest po prostu dobrze i nie mam zamiaru udawać, że jest inaczej.
