Dzień 5 – zejście z promu

Ostatecznie noc na promie nie okazała się ponad moje siły, czego początkowo lekko się obawiałem. Kiedy wreszcie rozłożyłem się w łóżku, poczułem przede wszystkim ulgę, pomimo twardego jak skała materaca. Byłem zmęczony, upocony, upaprany, pokryty kurzem i miejskim brudem, ale w tamtej chwili zupełnie mi to nie przeszkadzało. Najważniejsze, że mogłem sobie poleżeć i odpocząć i nie obchodziło mnie nawet, jak zaiwania moje ciało, a właściwie – jak bardzo już nie pachnie.

Późnym wieczorem wyszedłem sobie jeszcze na pokład, licząc na to, że uda mi się zrobić kilka zdjęć. Szybko jednak okazało się, że nie będzie to takie proste. Wszędzie kłębił się tłum pasażerów, Banglijczycy rozkładali się do snu dosłownie w każdym wolnym miejscu, dorośli i dzieci spali na podłodze, zajmując niemal całą dostępną przestrzeń. Przeciskanie się między nimi wymagało sporej ostrożności, a robienie zdjęć w tych warunkach nie miało większego sensu, było ciemno, niewiele dało się zobaczyć, prócz brudnego brązowego koloru rzeki, wokół latały całe chmary komarów i innego robactwa.

Umyłem więc tylko zęby i wróciłem do swojej kajuty. Nie miałem najmniejszej ochoty spać bezpośrednio w pościeli, którą dla mnie przygotowano. Na szczęście przezornie zabrałem ze sobą cienki śpiwór, który posłużył mi jako warstwa oddzielająca mnie od pościeli i poduszki. Może nie były to warunki rodem z pięciogwiazdkowego hotelu, ale przynajmniej było czysto.

Nad ranem obudziłem się z zamiarem wyjścia na pokład, otworzyłem drzwi i… zatrzymałem się w pół kroku. Tuż przed moją kajutą spali ludzie. Właściwie wszędzie leżeli pasażerowie, a wolnej przestrzeni było tak niewiele, że nawet wyjście do toalety stawało się małą misją.

Przez jakiś czas odkładałem moment wyjścia, licząc, że może sytuacja trochę się zmieni, w końcu jednak natura wygrała i musiałem ruszyć w tę drogę. Ostrożnie stawiałem kroki między śpiącymi ludźmi, starając się nikogo nie obudzić ani przypadkiem nie potrącić i jakoś się udało.

Na dodatek przydarzyła mi się zabawna sytuacja… W kajucie próbowałem założyć soczewki kontaktowe, ale zapomniałem wyłączyć wiatrak zamontowany w suficie. Kiedy wyjąłem soczewkę i próbowałem umieścić ją w oku, podmuch powietrza dosłownie wyrwał mi ją z ręki i porwał gdzieś w nieznane. Tego dnia dowiedziałem się, że przed zakładaniem soczewek należy wyłączyć wiatrak.

Do Dhaki dopłynęliśmy z niewielkim opóźnieniem. Ze spakowanym bagażem zeszliśmy z pokładu i udaliśmy się na śniadanie. Przyznam, że apetyt miałem raczej niewielki, bo sama myśl o ewentualnej konieczności skorzystania z toalety, która była zwykłą dziurą w podłodze, skutecznie odbierała mi ochotę na jedzenie. Wiedziałem, że wieczorem dotrzemy do hotelu, w którym wreszcie będę mógł poczuć się jak człowiek i dlatego na śniadanie zjadłem tylko symbolicznie.

A Dhaka już od samego rana przywitała nas temperaturą, która szybko stawała się trudna do zniesienia. Było duszno, gorąco, a powietrze ciężkie i zanieczyszczone. Pot przyklejał mi ubrania do ciała i miałem wrażenie, że cały jestem oblepiony miejskim brudem.

Ruszyliśmy do stoczni remontowo złomowej, gdzie znajdowało się tzw. cmentarzysko statków. Na drugi brzeg rzeki przeprawiliśmy się niewielką łódką, która dość wyraźnie kołysała się na wodzie. Mimo że poranek był jeszcze stosunkowo wczesny, wszyscy byliśmy już nieźle upoceni. Temperatura rosła w zastraszającym tempie, a ja coraz częściej marzyłem o klimatyzowanym pomieszczeniu.

Stamtąd ruszyliśmy w stronę Starej Dhaki. W programie mieliśmy m.in. kościół armeński, meczet i uniwersytet. Początkowo byłem autentycznie ciekawy tego, co zobaczę, ale z każdą kolejną brudną ulicą, moje zainteresowanie miastem stopniowo malało.

Muszę przyznać, że Dhaka coraz mniej mi się podobała. Im dłużej po niej chodziłem, tym mocniej utwierdzałem się w przekonaniu, że raczej nie będę chciał wracać do Bangladeszu. Nie potrafiłem odnaleźć się w tym wszechobecnym chaosie, brudzie i hałasie – samo tylko spacerowanie po mieście nie sprawiało mi przyjemności. Nie możesz nawet spokojnie zatrzymać, żeby zrobić zdjęcie, wokół nieustannie rozlegały się klaksony ryksz, tuk-tuków i ryk samochodów, ktoś przechodził tuż obok, ktoś inny cię potrącał, a jeszcze ktoś próbował zwrócić na siebie uwagę głośnym nawoływaniem. Na dodatek dziurawe chodniki, ścieki, leżące psy, trzeba było mieć oczy dookoła głowy i nieustannie kontrolować to, co dzieje się wokół.

Po pewnym czasie miałem już zwyczajnie dość, bo zamiast cieszyć się zwiedzaniem, skupiałem się na tym, żeby bezpiecznie przejść przez ulicę i znaleźć choć odrobinę przestrzeni, w której można byłoby spokojnie odetchnąć.

Niektórzy uczestnicy mojej grupy szybko doszli do podobnego wniosku. Postanowili skrócić sobie mękę i już około 11. zorganizowali transport do hotelu. Sam również zastanawiałem się, czy nie zrobić tego samego – ostatecznie uznałem jednak, że skoro został nam już tylko jeden punkt programu, to spróbuję jeszcze trochę wytrzymać.

Na koniec pojechaliśmy na lunch i nawet tutaj czekała mnie kolejna odsłona kulinarnej monotonii. Po raz kolejny na talerzu wylądował kurczak z ryżem. Mam wrażenie, że w Bangladeszu można zamówić kurczaka z ryżem, ryż z kurczakiem albo biryani z kurczakiem, które w gruncie rzeczy jest kolejną wariacją tego samego zestawu. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że niektóre potrawy są tak delikatnie przyprawione, że smakują niemal identycznie. Nie narzekam, bo głodny nie chodzę, ale przyznam, że zaczynam tęsknić za czymś innym.

W hotelu niemal od razu dostałem klucz do pokoju. Podczas gdy pozostali uczestnicy wyjazdu czekali na zameldowanie, ja skierowałem się do hotelowej kawiarni, zamówiłem podwójne espresso i wziąłem pierwszy łyk. Nie przesadzę, jeśli powiem, że była to jedna z najprzyjemniejszych chwil tego pobytu. W tamtym momencie przestało mieć znaczenie, że jestem zmęczony, spocony i pokryty kurzem ulicznym. Siedziałem sobie spokojnie, a przede mną stała filiżanka naprawdę doskonale zaparzonej kawy. Po tych wszystkich godzinach spędzonych w hałasie, upale i miejskim zgiełku taka prosta przyjemność smakowała niemal jak luksus.

W końcu poszedłem do pokoju. Nie traciłem czasu, wziąłem długo wyczekiwany prysznic, przez kilka minut zmywałem z siebie cały brud, ogoliłem się i wreszcie poczułem, że wracam do żywych. Na koniec założyłem wygodne spodenki i ruszyłem na basen. Kilka długości w wodzie wystarczyło, żeby poczuć prawdziwą ulgę, potem wróciłem do pokoju, uciąłem sobie drzemkę i właściwie tak minęła mi reszta dnia.

Nie miałem już ochoty nigdzie się spieszyć ani zwiedzać kolejnych miejsc. To był mój ostatni dzień w Bangladeszu i postanowiłem po prostu odpocząć.

Zrezygnowałem nawet z wyjazdu do Różowego Pałacu, który mieliśmy jeszcze zobaczyć, ale jakoś nie czułem potrzeby, żeby tam jechać. Po kilku intensywnych dniach miałem już wystarczająco dużo wrażeń. Zresztą podczas tego wyjazdu zauważyłem pewną prawidłowość: mase zabytków-atrakcji, które odwiedzaliśmy, można było podziwiać przede wszystkim z zewnątrz, w środku często nie było właściwie niczego szczególnego do zobaczenia. Oczywiście sama architektura potrafiła robić wrażenie, ale po kilku takich wizytach człowiek zaczyna się zastanawiać, czy kolejny punkt programu rzeczywiście jest wart następnej godziny spędzonej w smogu, upale i korkach. I chyba właśnie tak zapamiętam swój ostatni dzień w Bangladeszu. Z jednej strony jako kolejne doświadczenie, które pozwoliło mi zobaczyć, jak wygląda codzienne życie w tym kraju. Z drugiej – jako dzień, w którym bardziej niż kolejnych zabytków potrzebowałem ciszy, czystego pokoju, zimnej wody i dobrej kawy.

Czasami podróżowanie polega na odkrywaniu nowych miejsc, innym razem na przekraczaniu własnych granic i uświadamianiu sobie, co naprawdę sprawia nam przyjemność.

Bangladesz dał mi mnóstwo intensywnych wrażeń. Nie wszystkie były pozytywne, nie wszystkie chciałbym powtórzyć, ale z pewnością nie mogę powiedzieć, że była to podróż, która pozostawiła mnie obojętnym.

Unknown's avatar

O saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz