Bhutan – dzień 1

Bhutan przywitał mnie widokiem, od którego trudno było oderwać wzrok. Błękitne niebo, soczyście zielone wzgórza i mnóstwo słońca. Po dniach spędzonych w dusznej, zatłoczonej i chaotycznej Dhace była to niemal odmiana innego świata. Pierwsze wrażenie? Po prostu pięknie!

Jedynym drobnym rozczarowaniem był brak tradycyjnej pieczątki wjazdowej w paszporcie. Bhutan korzysta z systemu e-wiz, więc niestety nie udało mi się uwiecznić tej wizyty kolejnym stempelkiem w kolekcji. A szkoda, bo to przecież mój 115. odwiedzony kraj!

Po odebraniu bagaży wyszliśmy przed terminal, gdzie czekały już na nas busy mające zawieźć nas do hotelu. Zanim jednak ruszyliśmy w drogę, zgotowano nam specjalne powitanie. Na szyjach zawieszono nam białe szarfy, będące tradycyjnym symbolem gościnności i życzliwości.

Następnie wsiedliśmy do samochodów i ruszyliśmy w kierunku Thimphu, stolicy Bhutanu.

Widoki po drodze były naprawdę bajkowe. Wszędzie zieleń, malownicze wzgórza i charakterystyczna bhutańska architektura z drewnianymi elementami, która nadaje temu miejscu wyjątkowy charakter. Wszystko wyglądało tak, jakby ktoś starannie zaprojektował krajobraz do pocztówki, do tego przyjemne słońce pozwalająca spacerować w krótkim rękawku.

Trudno było uwierzyć, że wieczorem może zrobić się tak zimno, że temperatura spadnie do zera, a nawet poniżej.

Po dotarciu do Thimphu zostawiłem tylko torbę w hotelu i od razu ruszyłem na miasto. Do kolacji mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc szkoda było siedzieć w pokoju, skoro wokół czekało tyle nowych rzeczy do odkrycia. Zajrzałem do lokalnych galerii, sklepików i miejsc z pamiątkami, próbując choć trochę poczuć atmosferę bhutańskiej stolicy. Po drodze spotkałem naszego pilota, a później dołączyło jeszcze dwóch kolegów z grupy i… skończyło się na spontanicznym wypadzie na szybkie piwo do baru.

A potem wydarzyło się coś, czego raczej nie planowałem. Po kolacji ktoś rzucił pomysł, żeby wybrać się do jakiegoś klubu, pomysł szybko zyskał zwolenników i wkrótce znaleźliśmy się w jednym z lokalnych nocnych lokali.

Nie było to karaoke, jak początkowo mogłem przypuszczać. Trafiliśmy do klubu, w którym na parkiecie tańczyły dziewczyny, choć ubrane, a do zabawy dołączali również panowie. Sam wystrój był dość osobliwy i miał w sobie coś z klimatu… powiedzmy, niezbyt eleganckiego lokalu nocnego. Wszyscy mieliśmy z tego niezły ubaw. Pierwszy wieczór w Bhutanie, a ja zaledwie cztery godziny po przylocie ląduję w nocnym klubie w Thimphu! Trudno było nie śmiać się z takiego obrotu spraw.

Część grupy zdecydowała się wrócić wcześniej, inni zostali jeszcze na dłużej, sam wytrzymałem mniej więcej do 23. Zmęczenie po całym dniu dało o sobie znać, więc postanowiłem zakończyć wieczór i wrócić do hotelu.

W drodze powrotnej szybko przekonałem się, że ostrzeżenia o bhutańskich nocach nie były przesadzone. Temperatura wyraźnie spadła i zrobiło się naprawdę zimno.

Unknown's avatar

O saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Brak kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 odpowiedź na Bhutan – dzień 1

  1. Lucia's avatar Lucia pisze:

    Wszystko dla ludzi zwłaszcza, żeby zobaczyć nie tylko zabytki. 😀 Zwiedzaj dalej i opowiadaj. Uściski

Dodaj komentarz