Nie mam już nudnych zajęć, ale zaczął się magiczny okres w życiu każdego studenta i uczelnia daje mi do wiwatu… Po raz ostatni zrobie z siebie wała na uczelni żebrząc o zaliczenia. Na szczęście to już ostatnie. Mam już teraz w ustach niesmak na samą myśl, jakie brednie będę musiał wymyślać, do tego jeszcze na czas i dla każdego ćwieczeniowca osobne…Jeśli dam rady być płodnym to zdołam obdzielić innych (koleżanki „tostery”) swoimi pomysłami na usprawiedliwienie licznych absencji…To będzie jakaś moja nowa zaleta.
Chcę jednak trochę odpocząć od macierzy kowariancji, polityki regionalnej, wskaźników makroekonomicznych, funkcji Europejskiego Banku Centralnego, fiskalnych kryteriów konwergencji unii walutowej i innych mało potrzebnych w życiu codziennym rzeczy i dlatego piszę teraz ten tekst. Jego długość okaże się miarą mojego lenistwa i niechęci powrotu do nauki….
Znając swój słomiany zapał do zaliczenia wszystkiego w przedterminach zdam wszystko (oby…) dopiero w ostatniej chwili. Najpierw muszę wykorzystać wszystkie swoje talenty i techniki manipulacji by skutecznie wykorzystać je na niektórych obiektach płci żeńskiej z mojej uczelni.
Też sobie o tym pomyślałem, że systematycznością nie grzeszę i jak mam 2 tygodnie na zrobienie czegoś, mogę się silić i tak nie zrobię tego tak dobrze i efektywnie, jak noc lub dwie przed terminem. Stres działa na mnie mobilizująco.
Przy moim trybie pracy i etapie życia, w który wkroczyłem słowo deadline nie istnieje.
Przez cały weekend siedziałem nosem w książce robiąc sobie ciągle przerwy na kawę i papierosy, by odsunąć od siebie wątpliwie przyjemny obowiązek dziobania do egzaminu. Jak zwykle w tym okresie jednocześnie zachciało mi się nagle robić porządki w pokoju, pomagać wszystkim wokół (saber – dobry Samarytanin;), zająć się rzeczami, które miałem zrobić już dawno tylko jakoś nigdy nie miałem na to specjalnie czasu ani ochoty…Właśnie podczas ostatniego weekendu jakoś o tym wszystkim sobie przypomniałem…Wyszedłem z założenia, że po co mi tyle mądrości skoro nie nadążam z niej korzystać?
Czasem nienawidzę mojej uczelni, załatwiania spraw na lewo i całego tego lizodupstwa byle tylko przepchnąć sesję. Wkurwiają mi mnie ludzie, którzy dostają zal-ki choć popierdywali przez cały semestr. Teraz łażą uśmiechnięci z miną, czego to oni nie dokonali, ale z nich „figura”, ludzie chodźcie nauczę was żuć gumę! CHIWD
Swoich studiów, pomimo tego że czasami przypłacam za nie nieprzespanymi nocami, kołataniem serca, zdrowiem (papierosy…) nie zamieniłbym na żadne inne. Po prostu nie ma nic innego co mógłbym studiować i robić to z równie wielką pasją. Oceny, moim zdaniem, nie są ważne (pewnie mówię tak, bo leser ze mnie…) ale jak będzie trzeba pokażę na co mnie stać.
