Znowu weekend i znowu mam co robić…
A ja zrobiłem sobie fajrant, wstałem o 10, przez pół dnia chodziłem w piżamie, bawiłem się pilotem przed TV, niczego nie załatwiałem, nie myślałem, nie martwiłem się. W przyszłym tygodniu będę miał prawdziwy kocioł aż do piątku a ja przy śniadaniu miałem dylematy w stylu: hm, zjeść kanapkę z masłem, szynką i serem a może tylko z serem, a może bez masła, ale za to z pomidorem…
Życie studenta okazuje się być trochę bardziej skomplikowane i mniej przyjemne zwłaszcza teraz w pod koniec stycznia.
Nigdzie miałem nie wychodzić. Ambitnie zaplanowałem sobie każdą godzinę czasu, ale jakoś siebie nie widzę przed książkami i z wykładami w ręku…Niedziela też jest wolna i mógłbym się spiąć i zrobić wszystko jutro w ekspresowym tempie. Tylko że za dobrze się znam – jutro też znajdę jakiś powód do nieuczenia się.
A potem się dziwię ze na studiach idzie mi różnie…Potrafię podstępnie torować sobie drogę w życiu studenckim, powoduje to występowanie niezwykle regularnych „perturbacji” w czerwcu i lutym… Do tej pory udawało mi się z nich jakoś wykaraskać i brnąć dalej, więc i tym razem…
Wczoraj od rana popadałem w jakiś totalny marazm i niebyt, nic mi się nie chciało robić, snułem się z kąta w kąt, 2 godziny spędziłem w wannie patrząc bezmyślnie na pływającą obok mnie żółtą kaczkę, słuchałem przygnębiających piosenek i na szczęście w porę zorientowałem się, że to przecież jakaś żenada.
Nie lubię czuć się bezsilnym, bo miotam się wtedy, mam wszystkim za złe, że nic mi nie chce wyjść albo że coś się nie da. Nauczyłem się przecież, że da się wszystko.
Zebrało się trochę w moim życiu, potrzebowałem oczyścić organizm z toksyn. Jeden taki facet absorbuje bez reszty cały mój weekendowy czas, nie pozwala o sobie nie pamiętać i w ogóle… „Rozstania są częścią życia i muszę je jakoś akceptować” – powtarzałem sobie.
Nie miałem ochoty na przebywanie w „uroczym” towarzystwie koleżanek tosterów i żigolaków z wypchanymi portfelami swoich tatusiów. Przypomniałem sobie, że dawno nikomu dupy nie obrabiałem a czasami nie ma to jak zdrowe ploty i pogadanki o dupie marynie….
Mam przecież przyjaciół, znajomych, kumpli, każdy jest od innego rodzaju problemów i porad, każdy zna mnie z innej strony, ale na pewno wszyscy są mi potrzebni na swój własny sposób i zaspakajają innego rodzaju potrzeby. Tak bardzo łatwo przywiązuję się do ludzi i czasem stanowi to problem zwłaszcza, gdy trzeba dać sobie spokój i żyć jakoś dalej…Nie lubię tego uczucia, bo jest to „niepraktyczne”…
Kobiety mojego życia wyciągnęły mnie na babską bibę. Bawiłem się uprzednio, wlewaliśmy w siebie niezliczone ilości wina i piwa, jaraliśmy faję za fają, wspominaliśmy, analizowaliśmy nasze życie, doświadczenia, znów miałem okazje usłyszeć, że faceci to jakiś podgatunek, nic nie widzą, nic nie kapują, nie dostrzegają aluzji, rozwój emocjonalny koliduje u nich z rozwojem masy mięśniowej. Masakra…
Doszedłem do wniosku, że nie jestem sam. Budowanie relacji, każdej, to ciężka i odpowiedzialna praca, balansowanie nad przepaścią własnego egoizmu i oczekiwań drugiej strony. Może powinienem spróbować być „seksualnie niewybrednym” miałbym wtedy teoretycznie 100% szans na znalezienie właściwego partnera…

tak kurwa,popilismy a dalej to juz nie wspomne co sie działo. a dzis znowu powtórka z rozrywki,ty mnie do grobu wpędzisz !!!!!!