zwiedzanie

Na śniadaniu przez dobrą godzinę siedziałem z dziewczynami przy stoliku porównując wrażenia z wycieczki o mieście.
Kilka lat temu będąc z rodzicami na wczasach w Hiszpanii wybraliśmy się na przedstawienie świtała i dźwięku przy fontannie na Plaza d’Espana. Teraz oglądając to samo widowisko w świetle dnia, w takt dziwnej składanki muzyki rap, house i hip hop w ogóle nie zrobiło ono na mnie wrażenia. Kiedyś trwało jakby dłużej, muzyka była klasyczna. To co zostało z tamtego przedstawienia można śmiało porównać do kiczowatego show.
Razem z M i D pojechaliśmy na Tibidabo. Mocno rozklekotany i wiekowy tramwaj żółwim tempem zawiózł nas do pierwszego przystanku gdzie przesiedliśmy się do kolejki. Przez krotka chwile znów poczułem się jakbym był w San Francisco i jechał do pracy na Taylor i Sacramento w Nob Hill.
Panorama miasta z Tibidabo jest cudna. Na niebie tego dnia nie było nawet jednej chmurki, mogliśmy do woli pstrykać fotki.
W drodze do portu utknęliśmy w gigantycznym korku przy Parku Olimpic. Akurat zaczynał się mecz i fani zatarasowali ulice. Pierwszy raz w życiu widziałem jak sześciu rosłych chłopa przenosiło ogromne czarne Audi by w ulicy mógł zmieścić się nasz autobus.
Lunch w Hucie był bardzo obfity, serwowano zestawy standardu XXL. Dzięki globalizacji, czy wejdzie się do McDonald’s, TGI Friday’s, Dunkin Donut’s czy Pizza Hut zawsze można liczyć na ten sam standard podawanych posiłków (czyt. paszy) i oferowanych usług ( czyt. aggresively friendly attitude).
Ostatkiem sił pojechaliśmy autobusem po „zielonej” trasie. Green line okazała się najnudniejszą z tras – Port Olimpic, wioska olimpijska to dawne ulice przemysłowe, więc nie ma się czym tam zachwycać. Pomiędzy starymi pozbawionymi architektonicznego wyrazu budynkami, wybudowano kilka designerskich rzeźb, park i tyle. Porażka.
Przez całą przejażdżkę nie spotkaliśmy nawet jednego ludzia – takie zadupie.

Nieznane's awatar

About saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Brak kategorii i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz