Kraków

To było do przewidzenia ze wcześniej czy później (ale raczej wcześniej) zagna mnie do Krakowa. Wymyśliłem makabryczny pretekst by wyrwać się z domu i na weekend poleciłem do Polski. Bilet na samolot i hotel w dobie ostatnich wydarzeń nie stanowiły przeszkody nie do pokonania. Trafiłem na piękną słoneczną pogodę, znalazłem wyjątkowe świąteczne prezenty i gdyby tylko na koniec nie ten dziwaczny fotel, w biznes klasie w samolocie do Berna wszystko byłoby na tip top.
Zatrzymałem się w swoim ulubionym Radissonie i praktycznie od momentu, kiedy wylądowałem na Balicach nieustannie towarzyszyło mi dobrze znane mi uczucie dreszczyku emocji, które nie ustępowało przez kilka następnych godzin…
W planie było spotkanie z T, który rozpaczliwie szukał mnie poprzez ogłoszenia.
Do Krakowa przyleciałem późno wieczorem, więc nie umawiałem się już z nikim. W hotelu jednak wszedłem na czat i w mniej niż pół godziny ustawiłem spotkanie, które okazało się bardzo owocne i trwało do wczesnych godzin porannych, zakrapiane całą zawartością mini barku. Był Mikołaj może stąd to szczęście…
Z łatwością przychodzi mi ogłuszać facetów kusząc ich propozycją spotkania w luksusowym pokoju hotelowym. Nawet nie musiałem proponować pieniędzy, by zbłąkana niezaspokojona dusza o północy zjawiła się w moich progach gnana tą samą potrzebą co moja…

W sobotę najpierw zaprosiłem T do baru na wspominki, po czym wieczór, zgodnie ze scenariuszem, kontynuowaliśmy intensywnie już w łóżku.

W tym samym czasie, kiedy przebywałem w Krakowie w Polsce gościł Dalajlama. W recepcji powiedziano mi że będzie gościem hotelu i że w związku z tym inni goście mogą spodziewać się niewielkich niedogodności. W niedziele trudno było wyjść z jadalni czy wjechać windą na piętro. Lobby pełne było BORowików, dziennikarzy i obsługi czekającej na pojawieniem się gościa. Wcześnie rano ze snu obudził mnie blask kogutów na samochodach ochrony. Miałem pokój na 1. piętrze tuż nad głównym wejściem skąd mogłem swobodnie podziwiać wszystko, co działo się przed wejściem do hotelu. Gdybym był zamachowcem miałbym dobry punkt do oddania strzału który uczyniłby mnie sławnym…
Wciągnęła mnie trochę nowe zajęcie. Traktuje je trochę jak nałóg, jeżdżę po Europie, odwiedzam miejsca, które zawsze pragnąłem zobaczyć i umawiam się przedstawicielami lokalnej branży. Jeśli nie znajduje nikogo ciekawego chętnie wynajmuje na kilka godzin chłopaka do towarzystwa, który za parę euro bez słowa niezadowolenia nadskakuje próbując umilić mi czas.
Na czatach traciłem mnóstwo czasu, ale teraz już nie musze. Poza tym szansa umówienia się na czacie z konkretnym, przystojnym body builderem są równe praktycznie zeru – i nie chodzi tu nawet o własny wygląd – po prostu fajnych facetów tak łatwo poznać się nie da. No i luksusowy pokój z olbrzymi łóżkiem w 5 gwiazdkowym hotelu ze szkła i stali jakby słabiej komponuje się z typowym użytkownikiem czata – stąd pomysł na escortów.
W Polsce oprócz Warszawy nie wielu jest facetów z tzw. górnej półki, ale za granicą wybór jest imponujący.

Przestałem zupełnie wierzyć w stereotyp męskiej dumy, bo tych których poznałem radzą sobie w branży całkiem dobrze. Nie wierze też, że zmusiły ich do tego okoliczności życiowe – ci, których znam przesadnie dbają o swój wygląd, pięknie pachną i często mają coś do powiedzenia. Oferują mi swoje ciało i miłą pogawędkę, o nic nie pytają a mnie nie zależy na niczym więcej. Nie czarujmy się, gdy jest już po wszystkim mogą wracać na siłownie i do swoich zajęć.
Czy mną gardzą? Nawet jeśli, to tego nie okazują – może za bardzo zależy im na pieniądzach i zadowoleniu klienta.
Czy im się podobam? Nawet nie muszę się nad tym zastanawiać, bo znika zupełnie poczucie niepewności czy obie strony będą miały ochotę pójść ze sobą do lóżka, teraz głównie to ode mnie zależy, to ja decyduje z kim i kiedy a rynek ustala ceny…
Co to za facet, który musi płacić za sex? Moja męskość mało na tym cierpi, nie wstydzę się tego, co robię, płacę bo w ten sposób dostaję to czego chcę.
Pamiętam moją randkę jak weszła do foyer w hotelu w Budapeszcie. Nie było kobiety, która by nie rzuciłaby, choć przelotnym spojrzeniem w jego stronę a ja poczułem satysfakcje. I nie będę oszukiwał, bo gdzieś głęboko w środku cieszę się, że miałem okazję przeżyć te wszystkie niezapomniane chwile. Zostały mi jeszcze inne marzenia i zamierzam je konsekwentnie wprowadzać w czyn.

Nieznane's awatar

About saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Brak kategorii i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz