Berno – dzień 572

Nic nie zapowiadało podróży do Pekinu. W październiku czy listopadzie na fali ekscytacji szansą zmiany pracy i przeprowadzki do Zurychu okazało się że zostanie mi tydzień niewykorzystanego urlopu, który najlepiej byłoby spędzić razem.
Pomysłów na wyjazd było kilka, od Nowego Jorku po Egipt. Gdy padło słowo Pekin pomysł zaakceptowaliśmy natychmiast, bo bilety były akurat w promocji.
W styczniu pojawiłem się w konsulacie ChRL co było już przygodą samą w sobie. Nie dość że, by dotrzeć do budynku musiałem przebrnąć przez 3 rogatki uzbrojonych strażników pilnujących sąsiadujących ambasad, to prawdziwe wyzwanie czekało mnie gdy wreszcie dotarłem na miejsce. Okazało się, że pani zajmująca się wydawaniem wiz mówiła tylko po chińsku i trochę po francusku więc wytłumaczenie jej czego chcę było gimnastyka. Mój wniosek wizowy został podczepiony pod paszport M i długo zajęłoby mi tłumaczenie kto jest kim i który wariant kompletu dokumentów jest prawidłowy, gdyby nie pomoc przypadkowego turysty, który wykazał dużą wyrozumiałość dla szopki, która odbywała się na jego oczach. Po 2 dniach odebrałem nasze paszporty, ale dlaczego każdy z nas zapłacił inną opłatę wizową pozostanie już na zawsze tajemnicą.
Gdy wydawało mi się że właściwie najtrudniejsze mam już za sobą zaczęły się przeprawy ze znalezieniem biura podróży w Chinach przez które moglibyśmy zorganizować transport z/na lotnisko i wykupić wycieczki. Zrozumiałem też dlaczego bilety do Chin tanieją w tym okresie – nikt nie podróżuje tam jeśli nie musi – w Pekinie temperatury sięgają od -7 stopni w dół.
Pozytywne było to, że zatrzymujemy się w najbardziej posh hotelu w Pekinie w przeogromnym apartamencie. M zaświeciły się oczy gdy znalazł na internecie zdjęcia St. Regis a potem popukał mi w czoło, że zarezerwowałem statesman suit. Trochę brakuje mu do apartamentu prezydenckiego, ale tylko 2 klasy w 8 stopniowej skali no ale raz się żyje…

Nieznane's awatar

About saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Brak kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz