W głębokich oparach nut rumu, cedru i paczuli…

Życie nabrało iście zawrotnego tempa – dokładnie tak, jak lubię najbardziej. Nawet nie wiem, kiedy zleciał mi cały czerwiec, a lipiec i sierpień mam już gruntownie zaplanowane. W połowie czerwca po kilku latach zachwalania i podróżowania palcem po mapie wreszcie udało mi się zabrać M. do Stambułu. Jak można było się tego spodziewać M zachwycił się miastem i jego malowniczym położeniem, po mimo ponad 30 stopniowych upałów, nie szczędząc sił w ciągu 4 dni przegonił mnie po wszystkich najważniejszych atrakcjach, czego absolutnie nie miałem mu za złe, bo sam kocham się w tym mieście a co drugiemu jego mieszkańcowi mam ochotę zaproponować dmuchanko. A że szczerość nie popłaca, ile razy robiłem głośno podobne uwagi dostawałem od M. pstryczka w nos ”Ha ha bardzo śmieszne, powiem o tym kolejnemu mężowi jak będziemy wydawać twoje pieniądze”. Mój misio pysio zazdrośnisio pokazuje czasem pazurki.

Moja fascynacja iPhone’m i jego możliwościami trwa nieustająco. Zupełnie nie pojmuję jak wcześniej udawało mi się funkcjonować bez tego gadżetu i wszystkich jego bajerów. W podróży mam go zawsze przy sobie, dzięki czemu jeszcze bardziej precyzyjnie udaje mi się wszystko zaplanować i oszczędzić sobie czasu i energii. M śmieje się, że ”wpadłem”, widząc mnie wiecznie wpatrzonego w wyświetlacz. Dzięki temu wynalazkowi – oprócz kupowania biletów na pociąg, robieniu zakupów on-line, dostępu do banku, zdalnej pracy, odprawy biletowej, sprawdzania numeru wejścia do samolotu, informacji o opóźnieniach, strajkach, rezerwacjach hotelowych, lokalizacji bankomatów – coraz sprawniej mogę umawiać się na spontaniczne rozgrywki meczowe.
Z nieukrywanym smutkiem przerwałem kurs włoskiego – na szczęście tylko przez okres wakacji. Zdążyłem się już przyzwyczaić do szkolnego rytmu wczesnego wstawania, porannej kawy w kafejce przed zajęciami z V. i regularnego odrabiania zadań domowych. Podczas pożegnalnego obiadu w restauracji, w której pracuje M moja nauczycielka tymczasowo przekazała mu obowiązek uczenia mnie gramatyki i poprawiania moich nieskładnych wypowiedzi. Ciekawe, ale zauważyłem, że odkąd chodzę na te zajęcia wyrównawcze M jakby bardziej zaczął starać się mówić poprawnie i przestał zarzucać mnie dialektem.

Kilka dni temu minęło dokładnie 5 lat odkąd przyjechałem do Szwajcarii. Dostałem przedłużenie stałego pobytu i nie zanosi się, żebym wrócił do Polski. Choć ubieganie się o przedłużenia pozwolenia o pracę przypominało bardziej walkę z korporacyjną biurokracją, w końcu po prawie 2 miesiącach starań kompletowania dokumentów (outsourcing i centralizacja HR to przewał) dostałem upragniony świstek, który zaniosłem na policję. Ku zaskoczeniu ogółu naszego społeczeństwa (nie wyłączając i mnie) wyjątkowo dobrze udała się nam promocja naszego kraju i polskich miast, wśród szwajcarskich znajomych z spotkałem się z pytaniami o Wrocław i Gdańsk a nie jak do niedawana wyłącznie o Warszawę i Kraków.

Dwa weekendy z rzędu spędziłem w Polsce. W drodze do Wrocławia dostałem zaproszenie na garden party w Katowicach, z którego nie omieszkałem skorzystać licząc na zawarcie perspektywicznych znajomości z ludźmi z branży. Bankiet zorganizowany w jednym z hoteli na szczęście nie okazał się spędem brzuchatych panów z młodymi lachonkami tudzież towarzystwa wzajemnej adoracji, choć i indywiduów nie brakowało. Nie miałem zamiaru uprawiać seksu tylko seksownie wyglądać, ale wstyd przyznać zacieśnianie więzów intensyfikowałem najbardziej po bankiecie w zaciszu hotelowego pokoju zdobywając dwie bramki z katowickim zawodnikiem. Rano wróciłem skatowany do Wrocławia, ale po kilku godzinach jak się zregenerowałem, chciałem wrócić, ale znajomy nieznajomy nie odpowiada na moje zaczepki – widać te 6 godzin zupełnie nic dla niego nie znaczyły.

Po udanym weekendzie w atmosferze wrocławskiego rynku, w gronie przyjaciół ze studiów jeszcze bardziej zapragnąłem być tam znowu tydzień później podczas finałowego meczu Włochy – Hiszpania. A. skutecznie przekonała mnie do kupienia biletu za mile i spędzenia wspólnego wieczoru z nią oraz naszymi lokalnymi makaronami i choć przegraliśmy, wcale nie przeszkodziło nam to bawić się przednio.

Już ponad miesiąc temu wymusiłem na M wręczenie mi urodzinowego prezentu (pokrowca na iPhona i butelki perfum o niewiele mówiącej nazwie Straight to heaven). W związku z tym, że jest Włochem, który styl i dobry gust wyssał z mlekiem matki oba prezenty sygnowane były markami Versace i Kilian i z ręką na sercu muszę przyznać, że z tymi perfumami to M trafił w dziesiątkę, bo okazały się prawdziwie uzależniające, do tego stopnia, ze wieczorem psikam nimi sobie nadgarstki i niucham przed zaśnięciem.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii emigracja i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz