Przez ostatnie tygodnie mało pisałem i udzielałem się na blogu. Przed pójściem spać co rusz notowałem sobie w głowie o czym chciałbym napisać, ale przegrywałem ze zmęczeniem, nie potrafiłem się zmobilizować, usiąść i przelać wszystkie myśli w postaci notki.
Ponad 4 tygodnie temu wróciłem z długiego weekendu w naszej stolicy. Bliskich znajomych staram się nie zaniedbywać, próbuję odwiedzać dwa razy w roku, ostatnio gorzej mi z tym szło więc zmobilizowałem się i postanowiłem to nadrobić. Zapalenie spojówek, choć bolesne i nieprzyjemne, bardzo pomogło mi w planowaniu wizyt i rewizyt, inaczej fizycznie nie dałbym rady spotkać się z każdym, któremu to obiecałem. Poza tym musiałbym pracować a tak dzięki elquatro dysponowałem nieograniczenie całymi kilkoma dobami od czwartku do niedzieli, bez konieczności myślenia o zawodowych obowiązkach i dopasowywaniu wolnych przerw w kalendarzu spotkań i telekonferencji, byleby spotkać się na towarzyskie śniadanie, lunch, kolacje, kawę na mieście. Nie ukrywam, w całym zamieszaniu codziennych zadań i obowiązków, było to czego bardzo potrzebowałem.















W niedzielę wróciłem do domu, z poczuciem tego niesamowitego spełnienia i satysfakcji, nazajutrz ze Szwajcarii zadzwoniła V, że razem z A będą w Warszawie… Odkąd A. został dyrektorem finansowym wydawnictwa kursuje między Genewą, Helsinkami, Amsterdamem i Warszawą. V. rzadko towarzyszy mu w tych wyjazdach, bo w domu Montreux zajmuje się trojką małych dzieci. Niestety nie było im po drodze przyjechać do Wrocławia, dlatego nie zastanawiają się długo zobowiązałem się wpaść dla nich do stolicy. Jak na złość w ten sam weekend zapowiedziała się kuzynka, której obiecałem nocleg u siebie przed czekającym ją w sobotę egzaminem. Nie miałem wyboru jak tylko poczekać aż sobie pojedzie, by na szybko na resztę weekendu wpaść do Warszawy. Zadbałem o miły wieczór z kuzynką, zaoferowałem nocleg i ugościłem w domu, zawiozłem na egzamin po czym wsiadłem w taksówkę i pojechałem wprost na lotnisko. W Warszawie pogoda zmieniła się diametralnie, deszcz ulewa, ciemno szaro buro i zimno. Znajomi zatrzymali się w hotelu w centrum, więc żeby nie tracić czasu na logistyczne przeprawy przez miasto zatrzymałem się w tym samym hotelu. Punkt 18 pojawiła się na 40 piętrze w hotelowym barze. Jej mąż znając naszą zażyłość wspaniałomyślnie pojawił się później byśmy na spokojnie mogli obgadać nasze sprawy, sekretne tematy i nacieszyli się swoim widokiem. Siedzimy sobie z V. w pięknym barze z widokiem na Warszawa, sączymy drinka, gdy zza pleców niespodziewanie usłyszałem – Pan Piotr? Początkowo nawet nie zareagowałem, po drugim razie odwróciłem się i moim oczom ukazała się znajoma twarz barmana z warszawskiego Radissona, którego poznałem za czasów moich częstszych wizyt w stolicy, serwującego mi swoje autorskie koktajle, poznałem wtedy też jego przyszłą żonę, a w ogóle byłem zaproszony na ich wesele, ale że nie mogłem się na nim pojawiać wysłałem im olbrzymi czekoladowy prezent. Okazało się że pan L. pracuje teraz tutaj, na 40 piętrze tego hotelu i nie jest już barmanem, ale szefem całego baru, co wprawiło mnie w osłupienie. Przez chwilę nie wiedziałem z kim bardziej chcę spędzić ten wieczór z V czy z L. Jego żona zadzwoniła po kwadransie, były achy i ochy oraz obietnica, że następnym razem koniecznie muszę ich odwiedzić.









V. i A. zabrali mnie na kolację do Fukiera, na bogato – dosłownie, bo zupa szczawiowa kosztowała 65zl, pierogi tyle samo, dania głównie bezcenne, wziąłem comber z jelenia, A. kaczkę a na deser zupa nic i już. Cudownie było się z nimi spotkać i wrócić do wspomnień. W dniu, w którym zaczynasz mieszkać w innym kraju, nie jesteś już turystą ani podróżnikiem, ale nie jesteś też tubylcem. Stajesz się czymś pomiędzy swoim starym życiem a nowym i nie ma znaczenia, jak długo to trwa albo czy wrócisz, bo zawsze będziesz częścią wspólnoty, który przeżył to wyjątkowe doświadczenie i dobrze zna poczucie przynależności i swoistej nieprzynależności, wynikające z życia pomiędzy, wiedząc, że oba uczucie tęsknota za domem i komfort bycia u siebie oraz to co nieznane mogą istnieć w tym samym czasie.

Ta zupa szczawiowa musi być z płatkami złota, skoro tyle kosztuje. Coraz częściej widzę, że ceny dań są wzięte z sufitu, pazerność przekracza granice dobrego smaku.
Zasyłam serdeczności