Praca nie ma końca. Obecnie wszystko kreci się wokół niej. Wstaje bardzo wcześnie rano, na 7.30 jestem w biurze i rzadko wychodzę przed 17. Zdarza mi się pracować w weekendy i święta narodowe, ale na to akurat nie narzekam, bo za to „poświecenie” dostaję dodatkowe dni wolne. W czwartek poszedłem do biura, byłem totalnie sam, pan z ochrony co parę godzin przychodził upewnić się czy wciąż jestem w budynku. Byłem sam, nikt mi nie przeszkadzał, nie dekoncentrował, nie dzwonił telefon, nie było zaplanowanych spotkań ani telekonferencji. Pracowałem uczciwie 8 godzin i zrobiłem wszystko co zaplanowałem tego dnia.
Od poniedziałku brałem udział w 3 dniowym szkoleniu, wyrwałem się z rutyny pisania maili, za to szybko musiałem przestawić się na tryb uczenia się. Siedziałem w domu, brałem udział w warsztatach online, słuchałem wykładu, w przerwach gotowałem sobie przemyślne obiady. W środę na koniec kursu podszedłem do egzaminu i go zdałem, odhaczając kolejną rzecz do zrobienia w tym miesiącu.
Zmobilizowałem się w temacie planowanego remontu kuchni. Wyszukałem ekipy remontowe, rozmawiałem z czterema, jeden pan od początku wydał mi się najbardziej konkretny i w piątek podpisałem z jego firmą umowę. Nie w głowie mi jeżdżenie, demontowanie starych mebli, kucie kafli, utylizacja starego sprzętu – wręczyłem panu tylko klucz do mieszkania i oczekuję „kuchennych rewolucji”.
Weekend spędziłem u kuzynki w Głogowie. Pełen relaks, bez spiny, wczesnego wstawania i przymusu robienia czegokolwiek. W niedzielę otworzyłem z koleżanką sezon w osiedlowym beach barze.
Prawie codziennie idąc i wracając z pracy przechodzę przez park, to tak w ramach 10 tys. dziennych kroków. Dobrze mi się myśli w zielonej przestrzeni.







Nareszcie spokojnie, na luzie i do przodu. Trzymam kciuki za remont. Mam nadzieję, że będzie funkcjonalna, przecież Ty lubisz gotować.
Zasyłam serdeczności
Oby. Tak sobie to wyobrażam.