Tego wieczoru zasnęło mi się błyskawicznie – zapomniałem o prysznicu i wieczornej toalecie, zresztą w tej jurcie i tak nie było na to warunków. Prosto urządzone wnętrze miało swój urok, ale prawda jest taka, że po butelce lokalnej wódki za 30 manatów nie zwracałem zbytniej uwagi na detale.
Noc była chłodna – mnie co prawda tylko trochę zmroziło, ale reszta ekipy szczękała zębami z zimna. Rano bez zbędnego ceremoniału ruszyłem na śniadanie – zęby i prysznic musiały poczekać, bo przed nami był kolejny odcinek pustynnej przygody. Zabraliśmy plecaki do samochodów i obraliśmy kierunek na Dashoguz.
To był już kolejny dzień całkowitego odłączenia od internetu – i powiem szczerze, ten cyfrowy detoks zdziałał cuda.
Trasa do Dashoguz lokalnymi drogami była jeszcze bardziej hardkorowa niż poprzednia – mimo że poruszaliśmy się terenówkami, podskakiwaliśmy jak piłeczki, a samochody tańczyły na dziurach i koleinach. Te ostatnie to ponoć efekt ekstremalnych temperatur i ciężkich transportów, które regularnie przemierzają ten teren. Cudem nikt nie dostał choroby lokomocyjnej – choć ja kilka razy przywaliłem głową w sufit.
Na lunch zatrzymaliśmy się przy przydrożnym barze – lekkie pielmieni weszły we mnie idealnie, bo przed nami wciąż było jeszcze sporo kilometrów.
Po drodze odwiedziliśmy Kunya Urgench – stanowisko archeologiczne pod patronatem UNESCO. Ale warto było – to miejsce, położone na Jedwabnym Szlaku, kiedyś tętniło życiem jako ważny przystanek dla karawan z Mongolii, Chin i znad Wołgi. Było centrum wiedzy i kultury w Azji Środkowej – dziś pozostały po nim ruiny, które wciąż robią wrażenie.
Zapomniałem posmarować twarzy kremem i słońce szybko mi o tym przypomniało.
Przed 18:00 dotarliśmy w końcu do Dashoguz – trzeciego największego miasta Turkmenistanu, tuż przy granicy z Uzbekistanem. I choć sama droga była wyzwaniem, świadomość, że dziś śpię w hotelu i mogę wziąć prysznic, działała jak nagroda za wytrwałość.
Hotel z zewnątrz wyglądał imponująco – monumentalny budynek robił wrażenie. Niestety, tylko z zewnątrz. W środku rzeczywistość szybko zweryfikowała nasze oczekiwania: nie dało się wymienić pieniędzy, bar był zamknięty, restauracja miała tylko kilka dań z karty, internetu brak, basen bez wody, a numery pokoi nijak miały się do pięter. Za to same pokoje wyglądały jak królewskie apartamenty – gdyby nie to, że potrzebowały porządnego sprzątania.
Ale nie szkodzi – i tak najważniejsze było to, że w końcu mogłem zmyć z siebie pustynny kurz i dwa dni pełne wrażeń.






















Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.