Drogi do granicy z Tadżykistanem z pewnością nie zapomnę. Siedziałem wyprostowany jak struna, skupiony jak pilot przed lądowaniem, bojąc się że przy byle ruchu ruchu oszaleje mi błędnik. Żołądek miałem pusty, a przy każdym głębszym oddechu czułem, jakby pępek dotykał mi kręgosłupa. Głowa dawała o sobie znać, a jedyne, o czym marzyłem, to łyk zimnej coca coli, ale postanowiłem grać ostrożnie i nie ryzykować z żadnymi napojami czy tabletkami przeciwbólowymi. Na śniadanie nie byłem wstanie nic zjeść, spakowałem sobie tylko dwie kromki suchego chleba na drogę. Szczerze mówiąc, patrzenie na nie bardziej przypominało wyzwanie niż potencjalny posiłek. Wiedziałem jednak, że przy końcu dnia głód się upomni, więc wolałem mieć coś pod ręką. Wpakowaliśmy się jakoś całą grupą do autokaru, mało przy tym rozmawiając, bo każdy czuł że ten dzień będzie wymagał od nas dużego wysiłku. Pomyślałem sobie wtedyże byly to takie chwile, które w momencie przeżywania są koszmarem, ale po czasie stają się anegdotami z charakterem. Trochę jakby człowiek przechodził przez piekło w drodze do oazy.
Granicę przekroczyłem trochę jak bohater po bitwie – półprzytomny, zmęczony, ale z paszportem bogatszym w coraz to nowsze pieczątki. Przemieszczaliśmy się od bramy do bramy, od okienka do okienka, w słońcu którego tego dnia dawało z siebie wszystko. Dojechaliśmy do Pandżakentu – podobno było tam jakieś muzeum i starożytne ruiny, ale nie pamiętałem bo wybrałem podróż w świat snów, a przewodnik postanowił mnie nie budzić, tym bardziej że go o to wcześniej poprosiłem. Marzyłem tylko o tym, żeby dotrzeć do Duszanbe, odebrać klucze do pokoju, zamknąć za sobą drzwi i z przyjemnością rzucić się na łóżko.



















Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.