Duszanbe

Po pysznym, hotelowym śniadaniu wróciłem do pokoju z nieodpartą chęcią spędzenia tego dnia na własnych warunkach. Duszanbe mieliśmy w planach przez dwa dni – idealna okazja, żeby na chwilę zwolnić tempo i zafundować sobie dzień w wersji solo: trochę czytania, trochę zwiedzania, relaks w hotelowym basenie i zwyczajne samotne bycie ze sobą.

Choć marzyłem o samotnym śniadaniu, dobre wychowanie wygrało – dołączyłem do rodziców L. i w sumie dobrze się stało, bo jej mama mówi po angielsku w taki pięknie brytyjski sposób, że każde „how splendid” brzmiało jak poezja. Dzięki temu nawet moje samolubne plany przestały wydawać się takie egoistyczne.

Część grupy poszła na zwiedzanie, ja zaś wybrałem zwiedzanie miasta na własną rękę. Ale zanim wyszedłem, wróciłem jeszcze za potrzebą do pokoju – i właśnie wtedy zdarzyło się coś… nietypowego.

Siedzę tam sobie spokojnie, aż tu nagle – wszystko zaczyna się ruszać. Podłoga faluje, ściany się chwieją, czuję, że zaraz cały hotel runie. Przez chwilę byłem przekonany, że w pobliżu zawalił się budynek! Ale nie – to było trzęsienie ziemi. Serio. Pomyślałem sobie: „Tego jeszcze nie miałem – trzęsienie ziemi w Tadżykistanie, i to dosłownie na tronie”.

Na szczęście nic się nie stało. Po chwili telefon zawibrował – wiadomość na naszej grupie:
“Ooh earthquake. Shit. Wow! Let’s hope that’s the end of it. 6.4. Didn’t even notice…”

No cóż, niektórym umknęło, ale ja poczułem każdą sekundę. I choć może nie brzmi to jak przygoda z katalogu biura podróży – dla mnie był to jeden z tych momentów, które zapamiętam na długo. Takie, które przypomina, że podróże to nie tylko widoki, ale i niespodzianki. Czasem nawet dosłownie… trzęsące ziemią.

Tadżykistan – najmniej zamożny spośród pięciu byłych republik ZSRR w Azji Środkowej – budził we mnie mieszane oczekiwania. Jadąc do Duszanbe, wyobrażałem sobie szarawą, trochę przytłaczającą postradziecką metropolię z niską, zwartą zabudową i blokowiskami pamiętającymi lepsze czasy.

Zderzenie z rzeczywistością, które kompletnie mnie zaskoczyło. Duszanbe okazało się zupełnie inne, niż się spodziewałem. Miasto tętniło życiem i energią zmian. Widać było, że trwa tam prawdziwy boom inwestycyjny – nowoczesne sklepy, elektryczne taksówki, luksusowe samochody, a apartamentowce wyrastające jak grzyby po deszczu przypominały, że Tadżykistan śmiało patrzy w przyszłość.

To, co zobaczyłem, mogłoby spokojnie konkurować z Taszkentem – uznawanym za najbardziej rozwiniętą stolicę regionu. Duszanbe zaskoczyło mnie pozytywnie i pokazało, że Azja Środkowa potrafi naprawdę zaskakiwać – i to bardzo na plus.

Złote pałace, fontanny, zielone parki i największa herbaciarnia świata to tylko część atrakcji. Jest też najwyższy maszt flagowy świata.

I choć zdarzają się absurdy – jak gin z Fantą zamiast toniku, brak ice tea w Long Island ice tea (więc dostajesz „short island”), czy królujące wszędzie marki Versacce i Guccki na ulicach – właśnie to wszystko tworzy jego niepowtarzalny klimat.

W Azji Środkowej nazwy stolic potrafią zaskakiwać swoją prostotą i oryginalnością. Weźmy na przykład Astanę – nazwa oznacza po prostu „stolica”. A Duszanbe? To z kolei… „poniedziałek”! W przeszłości właśnie w pierwszy dzień tygodnia odbywały się tu tradycyjne targi, które przyciągały kupców i mieszkańców z okolicznych regionów.

Duszanbe nie jest miastem, które przyciąga turystów zabytkami czy spektakularnym dziedzictwem Jedwabnego Szlaku. To raczej głośna, dynamiczna stolica, w której widać wyraźne zderzenie dwóch światów – postsowieckiej przeszłości i lokalnego, środkowoazjatyckiego charakteru. Choć nie ma tu wielu znanych atrakcji, samo miasto daje pewien wgląd w to, jak dziś wygląda codzienność w tej części regionu.

Nieznane's awatar

About saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz