Z kumplem doszliśmy do jednego, bardzo gorzkiego wniosku: gdybyśmy wcześniej wiedzieli, jak będą wyglądać nasze spotkania w Londynie, spokojnie mogliśmy wrócić do Wrocławia już wczoraj. Ale bilety już opłacone, hotel zabukowany, więc zostaliśmy, bo przecież nic tak nie cieszy jak bezproduktywny dzień w biurze. Czwartek przywitał nas klasyczną, pocztówkową londyńską pogodą – depresją w płynie. Do pracy szliśmy w strugach deszczu. W biurze – pustki: zero znajomych twarzy, żadnych spotkań, żadnej kawy z ludźmi, tylko ja, moje tymczasowe biurko, zaległe maile i widok na Tower Bridge. Plan był prosty: byleby wytrzymać do południa i ruszyć na Heathrow.
Mój kolega nigdy nie leciał biznesem, a że mam słabość do niespodzianek i lubię sprawiać ludziom przyjemność, wykonałem szybki telefon. J. myślał, że żartuję, dopóki nie dostał karty pokładowej z magicznym napisem Business Class. Minę miał jak dziecko w sklepie z zabawkami. Bezcenne.
Bez żalu pożegnaliśmy się z biurem, pociągiem dojechaliśmy do T2, szybki check-in, sama kontrola trwała moment i wreszcie – lotniskowy salonik. Kolega rzucił się na jedzenie jakby po tygodniu postu, a drinki lały się jakbyśmy właśnie podpisali kontrakt stulecia.
Lot do Warszawy był spokojny, komfortowy, byliśmy w dobrych humorach i dobrze najedzeni. Dodatkowym bonusem była podróż z pewną znaną prezenterką TVN – co kolega skwitował wielkim „wow” i czym żył jeszcze do przesiadki. Na szczęście do Warszawy dolecieliśmy punktualnie i zdążyliśmy na ostatni odcinek podróży. Kolejne 40 minut lotu i w końcu w domu, do łóżka dotarłem tuż przed drugą w nocy. Budzik ustawiłem na 7:30. Bo przecież na 9:00 miałem być w biurze.
To był lekko absurdalny tydzień. Nie wiem, po co leciałem do Londynu. Wiem tylko, że miałem okazję przypomnieć sobie, jak bardzo cenię przewidywalność, konkret i spokój.
