Od środy w nocy wszystko zaczęło kręcić się wokół mojej przeprowadzki do Kataru. Do późnych godzin wysyłałem maile i rozmawiałem z ludźmi na miejscu, żeby jak najszybciej ogarnąć wizę pracowniczą. W korporacji, jak to w korporacji – na każdym kroku słyszę „nie”, „to nie takie proste” „nie ma jej” „nie wiem kto się tym zajmuję” albo „nie robimy tego, bo nie jest zgodne z polityką”, nawet jeśli mam budżet… aż mnie to mierzi, bo człowiekowi czasem naprawdę nikt nie chce pójść na rękę.
Jeszcze w nocy, na prośbę partnerki z Kataru, wysłałem ostatniego maila do naszego lokalnego partnera. A rano – zamiast jakiegokolwiek „super gratuluję” – usłyszałem pytanie: „czy to było konieczne, żeby go angażować?”. Na szczęście znajomi z biura podchodzą do tego zupełnie inaczej – cieszą się, gratulują, trzymają kciuki a ja w głowie mam myśl: „hej, ale przecież jeszcze nie wiem, czy naprawdę gdziekolwiek pojadę”. Czuję się trochę jakby w stanie zawieszenia – niby plany już są, niby przygotowania ruszyły, a jednak wciąż niepewność, czy wszystko wypali. Ale spakować się w trzy godziny i ruszyć w nieznane tak po prostu nie da się, więc i tak muszę działać.
W czwartek złożyłem wniosek o wizę, tu ogromne wsparcie mam od zespołu z Kataru. W piątek normalnie pracowałem, bo wciąż jeszcze funkcjonuję „na starym miejscu”. Jedyną rzeczą, którą udało mi się wtedy kupić, były dodatkowe spodnie.
Dziś rano, żeby uniknąć największych upałów, ruszyłem na większe zakupy. Nie cierpię przymierzania ubrań, ale co zrobić – trzeba było. Przejrzałem swoją szafę: garnitur leży idealnie, koszul mam wystarczająco, ale przeraziła mnie liczba T-shirtów, polówek i sportowych rzeczy. Tego do Kataru wziąć nie mogę, bo tam obowiązuje w pracy bardzo formalny dress code. Więc dzisiaj od rana latałem po galerii, odwiedzając sklep po sklepie, kompletując garderobę. I tak oto jeszcze nawet nigdzie nie poleciałem, a już wydałem mnóstwo pieniędzy.
