Dzisiejszy dzień był prawdziwą próbą sił.
Noc właściwe nie istniała bo przewracałem się z boku na bok, a kiedy zegar wskazał drugą, wiedziałem, że o śnie mogę zapomnieć. Do piątej trwałem w czuwaniu, z bijącym sercem, a o siódmej już byłem w biurze gotów, bo właśnie wtedy grom moich kolegów w Katarze zaczynało swoją zmianę.
Nie przejrzałem wcześniej żadnych materiałów z dnia poprzedniego, co gryzło mnie jak moralny kac. Obiecałem sobie, że rano nadrobię braki choćby tylko po to, by nie wyjść na kompletnego ignoranta. Punktualnie o 7, odezwała się do mnie koleżanka prowadząca szkolenie. Zwykłe „cześć, jesteś online?” niby drobnostka, a poczułem się, jakby nagle ktoś w zawoalowany sposób sprawdzał, czy jestem na miejscu. Z jednej strony mnie to uderzyło, z drugiej miałem w głowie tę samą myśl: kto normalny w Polsce zaczyna dzień tak wcześnie?
Dalej był już tylko maraton. Spotkanie za spotkaniem, aż w końcu rozmowa z klientką – kobietą wymagającą, twardą i ostrą. Jej niemerytoryczne uwagi cięły bezlitośnie a sposób, w jaki mówiła, zostawiał ślad. Wiedziałem, że w przyszłości będzie mnie testować, próbować zdyskredytować przy innych, ale pomyślałem sobie że nie zamierzam udawać eksperta, którym nie jestem. Postanawiam być sobą – nawet jeśli to oznacza ciężką przeprawę przez następne kilka tygodni.
Na szczęście trafiło się i spotkanie z product managerem. Rozsądny człowiek, spokojny głos. Francuz który potrafił mówić o trudnych rzeczach prosto, jasno i dał mi poczucie, że nie jestem sam, że jeśli cokolwiek się posypie – mogę na niego liczyć, był jak oddech świeżego powietrza w dusznym pokoju pełnym spotkań.
A klientka to prawdziwy żywioł. Kiedy zapytałem, co mógłbym jeszcze dla niej zrobić, rzuciła tylko: „Już raz odpowiedziałam na to pytanie. Drugi raz nie zamierzam.” Wytknęła błędy, które wcale nie były naszymi winami, a do tego zażądała, by od przyszłego tygodnia każdy wiedział, że M. nie ma, bo teraz jestem ja.
Rano w biurze byłem na skraju wyczerpania, po bezsennej nocy czułem, że brakuje mi tlenu, a jednocześnie wszyscy wokół gratulowali mi nowej roli i klienta. Tyle że ja nie miałem głowy do gratulacji. Całą uwagę pochłaniała myśl o tym, co mnie czeka – rozmowa, presja, odpowiedzialność, zadania.
Na koniec dnia pojawiła się kolejna wiadomość – moja wiza do Kataru może być zatwierdzona już jutro, co oznacza, że być może będę musiał ruszyć wcześniej, niż planowałem. Ta niepewność zżera mnie od środka, a jednak wiem że zdołałem się dostosować. Elastyczność stała się moją tarczą obronną i może nikt inny nie podchodzi do nowych sytuacji z taką pokorą, a jednocześnie z takim uporem i wiarą w siebie jak ja.
