Do wczoraj do późnego wieczora nawet nie wiedziałem, czy w ogóle dostanę zgodę na ten wyjazd. Organizacja służbowego delegowania w dużej firmie to koszmar – multum zgód, formularzy i procedur. Doprowadziło mnie to do kompletnego wyczerpania. Sam się zastanawiam, jakim cudem jeszcze znalazłem w tym wszystkim czas i siłę, żeby uczyć się i przygotowywać do nowej roli w Katarze. Oczekiwanie jest takie, że w niedzielę wejdę do biura, jakbym pracował tam od dawna: znał ludzi, procesy, wszystko – ogromna odpowiedzialność i presja.
Pewnie trochę przesadzam – w końcu jadę tylko na sześć tygodni – ale stres jest gigantyczny. Mam wrażenie, że ciąży na mnie góra zobowiązań. Wiem jednak, że chcę się pokazać z jak najlepszej strony, więc staram się przygotować najlepiej jak mogę. A cała logistyka, formalności i pakowanie tylko dokładają kolejną warstwę zmęczenia.
Równolegle zaczęły się pożegnania ze znajomymi, przyjaciółmi i rodziną. I dziś rano, kiedy wreszcie zarezerwowałem lot i potwierdziłem adres swojego nowego, choć tymczasowego, domu – poczułem najpierw ulgę, że to już załatwione. A potem uderzyło mnie, że nie ma odwrotu. Naprawdę jadę.
Pakując się, sam się zaskoczyłem – miałem łzy w oczach. Dwadzieścia lat temu, kiedy wyjeżdżałem do Szwajcarii, w ogóle tego nie czułem, nie było we mnie tego sentymentu ani tej dziwnej słabości. Teraz jest inaczej. Z jednej strony cieszę się na tę szansę, nową przygodę, z drugiej – wiem, co zostawiam za sobą w Polsce.
Mam świadomość, że kiedy w niedzielę przekroczę próg biura, stres sięgnie zenitu. Każdy kolejny dzień będzie zmaganiem się z nową rzeczywistością i trochę też ze mną samym. Niesamowite, jak z perspektywy czasu zmienia się podejście do takich wyjazdów.
Na szczęście to tylko sześć tygodni. Jeśli mi się nie spodoba – wrócę i zapomnę o całej historii. A jeśli projekt nie wypali – po prostu mnie ściągną z powrotem. Mimo zmęczenia czuję jednak, jak buzują we mnie emocje i adrenalina. To naprawdę dziwne uczucie – balans między strachem a ekscytacją.

Powodzenia!
Po cichu, bez komentarzy, ale myślami jestem z Tobą. I cieszę się, że dostałeś taka szansę (na ‚przygodę’ – na coś nowego, nowe doświadczenia, gdzieś tam bardzo daleko). Jest tak jak napisałeś gdzieś tam w poprzednich postach – jesteś najlepszy! Kto by to ogarnął jeśli nie Ty?
Ja tylko się boję, że tak Ci się tam spodoba i tak się odnajdziesz, że zostawisz, w chorere ;P to korpo-lske 😉
Na spokojnie, dasz radę!
Dobrych ludzi tam Ci życzę, pomocnych i „współpracujacych”.
Trzymam kciuki, by było tak jak chcesz.
Dobrego!
Jak przyjdzie moment że nie będę chciał wracać to znaczy że się zadomowiłem, a na to nie ma szans w tak krótkim czasie.
Dzięki, że nie komentujesz a myślisz 😀
Czasami nie mam ochoty na żadne komentarze i wtedy najczęściej po prostu wyłączam tę opcję.
Idę spać. Jutro muszę być wypoczęty
Dobrych snów i.. jutra:)
Staraj się pamiętać o tym, że towarzyszą Ci myśli życzliwych ludzi. Że będą Ci w tej wyprawie towarzyszyć wirtualnie. I zawsze możesz tutaj wylać frustrację, ale i radości. Jedź i wracaj szczęśliwie. Z tarczą. Uściski
Wylewać myśli będę regularnie, żeby nie oszaleć i nie bić się z myślami w pojedynkę
Koniecznie pisz. 🥰