Moi ulubieni biurowi spiskowcy zorganizowali mi super weekendowy wypad, akurat w momencie, gdy jeszcze nie zdążyłem dobrze wysiąść z samolotu po locie z Kataru. Ledwo dotknąłem stopą europejskiej ziemi, a już dostałem wiadomość: „O 17:15 masz być na dworcu, gotowy do wyjazdu”.
I co miałem zrobić? Spakowany w sumie byłem, ale w głowie, nie w walizce.
Dowiedziałem się o tym jeszcze na lotnisku w Monachium, więc w międzyczasie w głowie odpalił się plan logistyczny: rozpakować – przepakować – czy zdążę – góry – inna pogoda – inne ciuchy – dobra, dam radę.
Wpadłem więc do domu jak huragan, wywaliłem zawartość torby na środek pokoju i w trybie „mission impossible” zacząłem ładować do plecaka wszystko, co nadawało się na wyjazd w góry. O jedzeniu oczywiście zapomniałem, w biegu złapałem na dworcu kawałek zimnej pizzy, żeby nie paść po drodze.
O 17:30 cała ekipa była już w pociągu – pełni entuzjazmu, planów i kompletnie bez pojęcia, co nas czeka. No i oczywiście klasyka takich spontanicznych akcji: kupiliśmy bilety w złym kierunku, bo nasz domek faktycznie był blisko Polanicy, ale od strony Szczytnej – no więc konieczne było szybkie przebukowanie biletów, plan B, lekka panika i przesiadka.
Wyszło na to, że z tej nowej stacji do chaty mieliśmy tylko 3,5 km z buta. „Spoko, weźmiemy taksówkę” – powiedzieliśmy z przekonaniem ludzi z wielkiego miasta. Ja już wtedy przeczuwałem, że taksówki w takich miejscowościach to raczej wynalazek nieznany, ale co tam – przygoda to przygoda.
Dojechaliśmy do Szczytnej i oczywiście ciemno jak w d..e. ani taksówki, ani postoju, ani żywej duszy, dworzec widmo, drogi bez latarni ulicznych, cisza taka, że człowiek słyszy własne myśli.
Na szczęście otwarta była jeszcze lokalna Biedronka. Ocalenie, bo nikt, absolutnie nikt, nie wziął ze sobą niczego do jedzenia, tzn. ja, jako jedyny miałem dwa precle z dworca, które trzymałem jak skarb, taki mój plan awaryjny na nocne przetrwanie. W razie kryzysu głodu miałem zamknąć się w łazience i je jeść po cichu, żeby przeżyć.
Podczas gdy my wrzucaliśmy do koszyka makarony, butelki wina, bułki, chipsy, nasza koleżanka J. z naturalnym talentem dyplomatycznym, postanowiła „nawiązać bliższy kontakt z lokalną ludnością”. Wystarczyło parę uśmiechów, trzepot rzęs, przedłużone spojrzenie w stylu Bambi i bum – załatwiła nam darmowy transport pod samą chatę!
Tak oto, dzięki J. i jej supermocom, dotarliśmy do naszego drewnianego domku w środku lasu – pośród ciszy, natury i totalnego braku zasięgu.

dalej mogło być już tylko lepiej?
Precle :))) znam to :)))
Skitrane precle ratujące życie 🤣🤣