Nóg nie czuję – z lasu prosto do Magii Nagości

Wyszliśmy o dziesiątej – wysmarowani filtrami UV, popsikani arsenałem sprejowym przeciw komarom i kleszczom, gotowi niczym drużyna sportowa. Szliśmy, gadaliśmy, śmialiśmy się, a nasza koleżanka po drodze zbierała grzyby z takim zapałem, że tylko czekałem, aż ogłosi rekord świata. Co chwilę ktoś zatrzymywał się, żeby zrobić zdjęcie a to koniom, a to niebu, szyszce, a to wężowi, a to własnym butom, bo ładnie wyszły w świetle słońca. Pogodę mieliśmy jak na zamówienie – ostatnie ciepłe dni przed nieuchronnie zbliżającą się jesienią.

Tego dnia nabiłem ponad 34 000 kroków i zrobiłem ponad 20 kilometrów. Parę razy złapałem lekką zadyszkę, pociłem się, paczka już myślała, że mnie dojedzie, że się poddam, ale nie dałem po sobie poznać – ani jednego jęknięcia, ani jednej skargi. 

Obiad zjedliśmy w Polanicy, w restauracji, którą łaskawie pozwolono mi wybrać i o dziwo wszyscy byli bardzo zadowoleni, zimne piwo po ostrym wysiłku smakuje wybornie. Tylko powrót to była osobna przygoda. Rozleniwieni obiadem, zatrzymaliśmy się na chwilę w Biedronce uzupełnić zapasy i wiadomo, jak to się kończy. Wyszliśmy obładowani torbami pełnymi „niezbędnych” rzeczy do nocnej biesiady. A potem jeszcze kilka kilometrów przez las, tym razem z ciężarem jak z wyprawy polarników.

Ledwo dotarliśmy do domu, a energia jakby wróciła! A. wziął się za przygotowywanie kolejnych marokańskich przysmaków, ja po prysznicu nalałem sobie drinka i nagle znowu miałem w sobie tyle wigoru, że mógłbym pójść gdzieś potańczyć. Po późnej kolacji nikomu już się nie chciało na zbyt intelektualne rozrywki ani też grać w planszówki, więc nasza koleżanka – ta, która przez lata mieszkała we Francji – zaproponowała seans pt.„Magia nagości”. Dla niewtajemniczonych to randkowe show, podczas którego kobieta i mężczyzna wybierają, z kim pójdą na randkę na podstawie nagich ciał pozostałych uczestników, ukrytych w kolorowych kabinach.

Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Było nas pięcioro – i każde reprezentowało inny poziom wrażliwości na tego typu telewizyjne „dzieła”:

  • ja i N. – luzacy, wszystko nazywamy po imieniu,
  • P. – wierny mąż, przykładny ojciec a jednocześnie erotoman gawędziarz,
  • J. – z tych, co „to ich nie interesuje” i zawsze wspierającą każdą ofiarę miłości karmiącej.
  • A. – nasz muzułmański przyjaciel, którego, jak żartowaliśmy, my Europejczycy sprowadzają na ścieżkę rui i poróbstwa a tinder staje się jego drugim domem.

To, co się działo, gdy zaczęliśmy komentować uczestników programu, jest trudne do opisania. Wyglądaliśmy jak grupa handlarzy na targu, oceniających towar: „Za krzywy paluch u lewej stopy, odpada!”, „no nie, nie, za duże sutki, nie przejdzie!”, „A ten? Za bardzo obrzezany!”, „płaskodupie, czy ona nie ma oczu?!” „Las tropikalny w okolicach intymnych? Dyskwalifikacja!”, „Rude owłosienie?! No błagam!”, „mało sprężyste jakieś jądra ma, za kilka lat będzie ciągnął je po ziemi”, „seks z nim to będzie jak wycieczka do muzeum ziemii”.

Śmiechu było tyle, że sąsiedzi pewnie myśleli, że robimy casting do reality show. A co najlepsze ci, którzy na początku udawali świętoszków, po kilku odcinkach rozkręcili się tak, że przegadali mnie i N. Spokojny ojciec rodziny zaczął bronić naturalności i „niegolonych stref”, A. z pasją opowiadał o zaletach cyrkumcyzacji, a J. – ta, która „nie była zainteresowana” – zaczęła rozważać, czy nie poprosić o wizualną prezentację poglądów.

Dorośli ludzie, a bawiliśmy się jak dzieci. I tak właśnie skończył się nasz dzień na szlaku, nie w ciszy i kontemplacji natury, tylko śmiechem, winem i zupełnie absurdalnymi rozmowami o ludzkim ciele.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz