Śniadanie zjadłem nienaturalnie wcześnie, mimo że wiedziałem, że przed 9:30 i tak nie wyruszymy z hotelu. Okazało się, że trzy osoby z naszej grupy nie doleciały do Rijadu o czasie, więc musieliśmy chwilę poczekać, aż się zorganizują i do nas dołączą.
Jako grupa dostaliśmy dwóch lokalnych przewodników – obaj nazywają się Abdulaziz albo Abdullah, co wprowadziło lekkie zamieszanie, bo odnoszę wrażenie, że w Arabii co drugi mężczyzna ma właśnie któreś z tych imion. Wsłuchiwałam się w obu panów, próbując zapamiętać, który to który, ale przypominało to trochę jak gra w zapamiętywanie na poziomie eksperta.
Jeden z nich, przedstawiając się, powiedział z dumą, że ma dwoje dzieci, a po chwili namysłu poprawił się, że właściwie to czworo… „ale te dwie ostatnie to dziewczynki” – dodał z uśmiechem, czym rozbroił całą grupę.
Naszą wizytę tego dnia rozpoczęliśmy od Kingdom Centre Tower jednego z najbardziej charakterystycznych budynków Rijadu: smukły, elegancki, z ogromnym otworem w kształcie elipsy na szczycie, wygląda jak brama do innego świata. Podjechaliśmy pod wejście do hotelu Four Seasons, gdzie część grupy postanowiła wymienić walutę, a my w tym czasie przyglądaliśmy się ruchowi ulicznemu, który przypominał zorganizowany chaos obarczony wysokim ryzykiem wypadku bądź stłuczki. Na sam most widokowy na szczycie wieżowca mieliśmy wrócić dopiero po zmroku.
Pierwszym głównym punktem dnia była jednak Al-Dirijja – dawna stolica dynastii Saudów, kolebka obecnej rodziny królewskiej. Miejsce poniekąd niezwykłe: zrekonstruowane budynki z błota, trawy i innych naturalnych składników w ciepłych odcieniach brązu, starannie odrestaurowane, niemal zbyt idealne, żeby wyglądały autentycznie. Zwiedziliśmy muzeum koni, ekspozycję broni, dawny meczet i mały teatr. Mówią, że można tu poczuć ducha starego Rijadu i rzeczywiście, między palmami i fontannami czuć próbę odtworzenia przeszłości w nowoczesnym estetycznym opakowaniu.
Mimo otaczającej pustyni, wszystko tętni tu zielenią, równo przystrzyżone trawniki, podlewane o każdej porze dnia, niełatwo w to uwierzyć, gdy wie się, że latem temperatura przekracza 45 stopni i życie toczy się wyłącznie między klimatyzowanymi budynkami a samochodami.
Na lunch zatrzymaliśmy się w jednej z tradycyjnych rijadzkich restauracji. Z moim nowym greckim znajomym postanowiliśmy zamówić kabsę – aromatyczny ryż z mięsem kurczaka, jagnięciny lub wielbłąda, przyprawiony kardamonem i goździkami. Po zeszłorocznej wyprawie do Iraku wiedziałem już, że porcje w tej części świata mają rozmiar jak dla pułku i nie pomyliłem się ani trochę.
Po obiedzie przesiedliśmy się do samochodów terenowych i ruszyliśmy na północny zachód gdzie czekał na nas słynny Kraniec Świata (Edge of the World). Po drodze zrobiliśmy kilka postojów, żeby obejrzeć wielbłądy i gazele, które w tym surowym krajobrazie wyglądały jak żywe cienie otaczającej nas pustyni.
Klify Jabal Fihrayn rzeczywiście zasługują na swoją nazwę, 300-metrowe ściany spadają tu pionowo w bezkresną równinę, a stojąc na ich krawędzi, człowiek naprawdę ma wrażenie, że świat się kończy tutaj, dokładnie pod jego stopami.
W milczeniu oglądaliśmy zachód słońca, spektakl barw nad piaskową otchłanią. Potem znowu jedzenie pt. kolacja pod gwiazdami, rozmowy, cisza przerywana tylko lekkimi podmuchem wiatru. Magia pustyni udziela mi się zawsze tak samo: nagle wszystko wydaje się prostsze, spokojniejsze, prawdziwsze.
Po kolacji część grupy postanowiła jeszcze pojechać nocą na Sky Bridge w Kingdom Tower. Wjazd to osobne przeżycie – najpierw jedna winda do 77. piętra, potem druga już prosto na 99.
Widok? Bajka. Sam most to wąski korytarz z szybami po obu stronach bez żadnych kawiarni, udogodnień, nawet toalety, ale panorama Rijadu nocą wszystko wynagradza. Widać dokładnie, gdzie rozrasta się miasto, bo linie świateł ciągną się w każdą stronę, a błyski dźwigów przypominają, że tutaj budowa to stan permanentny.





































A będą tu jakieś zdjęcia ? Np zachodu słońca?
Mogę sprawić że będą
To proszę, w wolnej chwili oczywiście.