O wczesnej porze zwlekłem się z łóżka. W nocy budziłem się co chwilę – raz za zimno, raz za gorąco, ciągle walczyłem z klimatyzacją. W dodatku w pokoju mam strasznie ciemno, niby mieszkam na 3 piętrze budynku a jedyne okienko, wysoko pod sufitem, wpuszcza tyle światła, co nic. Trochę tak jakbym mieszkał w klimatyzowanym bunkrze.
Dzień w Rijadzie zaczęliśmy bardzo wcześnie, jeszcze zanim miasto na dobre się rozgrzało. Naszym pierwszym przystankiem była twierdza Al Masmak, miejsce o monumentalnym znaczeniu, bo to właśnie tutaj w 1902 roku król Abdulaziz rozpoczął swoją drogę do stworzenia współczesnej Arabii Saudyjskiej.
W środku – historia pełną gębą: miecze, mapy, broń, biżuteria i cała masa artefaktów. Wystawy audiowizualne wychwalają króla tak, że momentami czułem się jak w arabskiej wersji kroniki propagandowej: mądrość, waleczność, dobroć, geniusz, heroizm – krótko mówiąc, człowiek-ideał, pół prorok, pół superbohater.
Zaraz potem trafiliśmy na plac Chop Chop, czyli słynny Deera Square – dawną scenę publicznych egzekucji. Nazwa pochodzi od dźwięku, który, cóż… nie wymaga tłumaczenia. Dziś egzekucje odbywają się już „bardziej kameralnie”, a ostatnia na placu miała miejsce ponad dekadę temu. Turystycznie – ciekawe a symbolicznie – dość niepokojące i kojarzy mi się z egzekucjami ISIS.
Na szczęście dalej czekał nas suk Al Zal, pełen kolorów, zapachów, przypraw i tkanin. Kolega Amerykanin tak się wczuł w klimat, że kupił sobie tradycyjny saudyjski strój i od tego momentu paradował jak lokalna gwiazda – tylko bez wielbłąda czy luksusowego auta do kompletu.
Potem obowiązkowa klasyka pt. Muzeum Narodowe Arabii Saudyjskiej. Trzy wielkie wystawy: od prehistorii, przez początki islamu, aż po czasy współczesne, niby ciekawe, ale jeśli ktoś liczy na dreszczyk emocji, to raczej kawa w muzealnej kawiarni dostarcza go więcej, bo aromatyczna i mocna.
W drodze do Ushaiger zrobiliśmy postój na lunch. Trafiła mi się kuchnia libańska i od razu wiedziałem, co zamówię. Tabouleh – orzeźwiający, ziołowo-kwaskowy, pełen życia, jego smak to dla mnie zawsze smak wakacji na Bliskim Wschodzie.
Ushaiger okazało się jak podróż w czasie do imbirowego miasteczka – kamienne uliczki, niskie palmy, ruiny dawnych domów, kiedyś tętniło tu życie, teraz raczej wspomnienia. Źródła i niskie gaje oliwne i palmowe zachęciły Beduinów do osiedlenia się tutaj ponad 1500 lat temu, szybko przekształcając Ushaiger w popularny przystanek dla pielgrzymów zmierzających do Mekki. Przewodnik twierdził, że obecnie wciąż przyjeżdżają tu ludzie na weekendy, ale szczerze to nie wiem po co i gdzie się zatrzymują, bo na razie pomieszczenia w budynkach to kompletna ruina, ale może z czasem wszystko tutaj odrestaurują i zagospodarują z pomysłem.
Późnym wieczorem dotarliśmy do Burajdy. Hotel przyjemny, czysty, tylko klimatyzacja znowu działała jak lodówka. Część grupy poszła testować lokalny street food, ja natomiast zostałem w pokoju. Chciałem tylko prysznic, ciszę i łóżko.


































Prysznic, cisza i łóżko. I oby do tego jeszcze optymalna temperatura 😃
Dodałbym do tego brak robactwa i innych insektów 🤣
O, to ja bym już nie zasnął z takimi gośćmi…🫤