W końcu się ulało, postawiłem się, powiedziałem wprost: albo wóz, albo przewóz. Ile można być cierpliwym i elastycznym niczym guma do żucia? Granice są po to, żeby ich pilnować, nie mam już siły tłumaczyć, dlaczego w święta chcę być w domu, a nie w Katarze, gdzie Boże Narodzenie nie istnieje nawet w wersji „light”. Posiadanie lub brak rodziny nie ma tu nic do rzeczy, po prostu czasem człowiek potrzebuje karpia, widoku rodziców, a nie palm i 40 stopni w cieniu.
Dwa dni później los, jak to ma w zwyczaju, postanowił się sprawić mi psikusa i rzucił mi nowe wyzwanie – projekt w Londynie. Klient zatrudnił mnie po rozmowie, która trwała 30 minut. Z jednej strony satysfakcja, z drugiej – klasyk: natychmiast musiałem domknąć stare sprawy i ogarnąć nowe. Udało mi się wynegocjować pracę w poniedziałek i wtorek, płatne 200% pomyślałem więc – zdążę, będzie relaks, praca, balans i ekstra premia.
A potem nadeszła sobota, wyszło słońce i wszystko się posypało: cudowne śniadanie we wrocławskiej śniadaniówce, potem spacer, relaks, kino i film edukacyjny o „życiu w rodzinie”, z przesłaniem w stylu: gdyby kobieta słuchała męża, chodziła jak na zegarku, świat byłby lepszy. Po seansie musiałem odreagować – ostrygi na lunch, koktajl w hotelowym barze, niedziela nie mniej upojna.
Wieczorem w niedzielę przyszła kara za grzechy lekkiego życia – katar, osłabienie, ból głowy, czyli klasyczny zestaw „złapałem wirusa, bo za dobrze mi szło”. W poniedziałek ledwo żywy odpaliłem komputer, żeby na pilocie „kontrolować sytuację” czytaj: gapić się w ekran i udawać produktywność. Wieczorem odbyłem spotkanie z kimś ważnym, które całkiem namieszało mi w głowie. We wtorek był dramat, praca szła jak po grudzie, nie mogłem się skupić, a wyrzuty sumienia podpowiadały, że klient płaci, a ja pompuję powietrze i dostarczam pusty wzrok.
Dzisiaj zebrałem się w sobie, przywlokłem do biura, i żeby odkupić swoje grzechy, kupiłem dla znajomych pół blachy szarlotki. Pośmialiśmy się, było miło, ale kiedy usiadłem do biurka… no cóż, mózg nadal odmawiał współpracy. Coraz częściej myślę, że nowy klient wkrótce się mnie pozbędzie, bo zamiast błyszczeć jak środek trwały po tuningu, ja bujam w obłokach.

Hmmm, zależy jak wiele pracodawca oczekuje. Może sam nakładasz sobie zbyt dużo, nie wiem. Ale życzę aby wszystko było ok a kontrakt na 200% był przedłużony 🙂
Coś w tym jest. Klient nasz pan tzn. płaci, to wymaga, a ja już się pogodziłem z tym, że czasem trzeba być trochę korporacyjnym najemnikiem jeśli nie powiedzieć dosadniej – prostytutką. Idę tam, gdzie lepiej płacą, w końcu rachunki same się nie zapłacą. Na szczęście to nie platforma wiertnicza ani kopalnia w stylu Rydułtowy-Anna i Knurów-Szczygłowice, więc nie narzekam – zalety wciąż przeważają nad wadami. Dzięki za dobre słowo, oby ten kontrakt faktycznie mi przedłużyli. 😀
nadrobisz. Poczujesz się lepiej to i robota pójdzie lepiej. Ja swoją dokończyłam, choć u kilku klientów pościemniałam… No nic, dziś nowy dzień – trzeba się brać za prostowanie
A ja właśnie przy porannej herbatce przeglądałem listę rzeczy na dziś – pilnych i nie, ważnych i zupełnie nieistotnych. Coś tam będę musiał nasmędzić, podkoloryzować, żeby przed 10. klient dostał maila z załącznikami i pomyślał, że nadal warto ze mną pracować.
Co mogę napisać? Wymądrzyć się, że za szybko po tych infekcjach się pozbierałeś na pełne obroty. Ale to pewnie wiesz. A może nie daj Bóg coś z tych tropików przywlokleś . Kuruj się i będzie dobrze, bo nie ma innej opcji. 😘
Nie była to choroba tropikalna ale zmiana klimatu daje mi do wiwatu
No tak zmiana klimatu potrafi rozłożyć. Dbaj o siebie w miarę możliwości.
Dziękuję. Kochana jesteś ale to już wiesz:)
Ale miło mi to przeczytać.😘