Zawodowo utknąłem. Tak po prostu. Nie ma dramatu, nieopłaconych rachunków, raty kredytu, syren alarmowych ani szefowej stojącej nad głową z batem. Jest raczej cisza, posucha. Taki moment, w którym wszystko trwa, ale nic się nie wydarza, rozwój – raczej w trybie jałowym. Wyniki i zawodowe sukcesy brzmią jak legenda poprzednich lat.
Projekt, który dostałem w listopadzie, odbił mi się solidną czkawką. Na szczęście zareagowałem szybciej, różowe okulary spadły, a ja poczułem nosem, że coś tu nie gra, walnięta pani dyrektor z Wielkiej Bretfanii, jej nieosiągalne oczekiwania i atmosfera jak przed burzą. Nie trzeba było kryształowej kuli – wystarczyła intuicja i to uczucie, że „coś wisi w powietrzu”.
Zanim doszło do publicznego linczu, zniknąłem z biura na kilka dni. Taktyczny odwrót a po powrocie, spokojnie i bez krzyków, zasugerowałem zmianę roli. Na moje miejsce weszła ona – Grażyna z Grudziądza. Postać barwna, przaśna, mało lotna, za to bezpośrednia, kłótliwa i ewidentnie na wylocie. Dla niej przejęcie moje upierdliwego klienta z całym workiem oczekiwań było jak rzut kością o wszystko. Jej być albo nie być. Ja natomiast nie miałem ochoty kopać się z koniem, udowadniać za wszelka cenę, że klient jest trudny, a pani dyrektor oczekuje czytania w myślach i zgadywania niewypowiedzianych życzeń. Zupełnie nie mój klimat, dlatego pozamiatałem temat, oddałem sprawy Grażynie, zamknąłem drzwi i dla mnie upierdliwy klient przestał istnieć. Grażyna wciąż, od czasu do czasu pyta, co ma robić i odpowiadam jej grzecznie i dyplomatycznie, po czym spuszczam ją na drzewo. Nie moje małpy, nie mój cyrk.
Na zawodowym horyzoncie cisza, chociaż brałem udział w rekrutacji na zewnątrz i był entuzjazm, dwie rozmowy, uśmiechy, magiczne „odezwiemy się” i nastąpiła radiowa cisza czyli klasyk.
I tak na razie odliczam dni do wyjazdu do ciepłych krajów, słońce, luz, nic nierobienie. Po powrocie przyjdzie moment prawdy konfrontacja z zawodową rzeczywistością i decyzja, co dalej, ale to dopiero po powrocie. Na razie w myślach pakuję plecak.
