W consultingowym świecie przychodzi czasem dziwny moment, kiedy to tempo codziennych spotkań, prezentacji i deadline’ów nagle zwalnia. Zegar tyka wolniej, skrzynka mailowa milczy, a ty zamiast pędzić z kolejnym projektem, siedzisz na tzw. „ławce”. Z jednej strony brzmi to jak urlop, z drugiej – trochę jak zawieszenie w próżni. To całkiem normalne, choć potrafi człowieka lekko zdemotywować. Oczywiście, w tle zawsze czai się ta ciemniejsza myśl: co, jeśli nowy projekt nie nadejdzie, ale bez paniki – takie okresy zdarzają się każdemu. Czasem rynek zwalnia, czasem projekty się kurczą, a my – konsultanci w stanie spoczynku – uczymy się cierpliwości i tego, że nawet stojąc w miejscu, można wciąż się rozwijać – choć może trochę wolniej i z kubkiem kawy w ręku.
Chodzę do biura, bo muszę – dwa razy w tygodniu, ale prawda jest taka, że właściwie nic tam nie robię. Każdego dnia próbuję nadrabiać zaległe szkolenia, choć w praktyce tylko przeklikuję kolejne prezentacje, szukając choćby złudnego poczucia, że zrobiłem cokolwiek.
W biurze pojawiam się zwykle przed dziesiątą, dzień zaczynam od cappuccino z automatu i obowiązkowych pogawędek z kolegami i koleżankami. Komputer jest włączony, ale maili brak – poza spamem. Nikt mnie nie szuka, nikt niczego ode mnie nie chce, ja też nikogo nie potrzebuję, czy siedzę przy biurku, czy w kuchni, w gruncie rzeczy nie ma to żadnego znaczenia.
Mam sporo czasu na lunch – często naprawdę długi. Czasem przejdę się po galerii, zajrzę do ulubionych sklepów, odwiedzę jakąś wystawę, gdy dopada mnie zmęczenie, wracam do biura, sprawdzam pocztę i zazwyczaj kończy się to kolejną kawą.
Dziś miałem pecha – około czternastej szukała mnie szefowa, chciała czegoś, za co i tak dostałem opieprz, bo nie odpisałem jej natychmiast. Szczerze mówiąc, kompletnie mnie to nie obeszło. Nie spodziewałem się telefonu, a sprawa, z którą przyszła, okazała się kolejną bezsensowną głupotą. Jedyne, czego musiałem wysłuchać, to jej niezadowolenia, że nie odebrałem telefonu za pierwszym razem, bo ona oczekuje reakcji od razu. Na takie podejście szefostwa mam już alergię i coraz mniej mnie to rusza.
Coraz wyraźniej dociera do mnie, że muszę zmienić pracę, bo jeśli nic się nie zmieni, ta bezczynność doprowadzi mnie do szału – jest straszna i działa na mnie bardzo negatywnie.
About saberblog
Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera.
Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata.
Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba.
Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze?
Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier.
Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami.
Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę.
A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem.
I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii
praca i oznaczony tagami
praca. Dodaj zakładkę do
bezpośredniego odnośnika.