Dziś rano, zaraz po śniadaniu, zabrano mnie w miejsce, gdzie wciąż żyją dawne rzemiosła. Odwiedziliśmy lokalne warsztaty – takie, w których złoci się ornamenty, tka gobeliny, rzeźbi w drewnie i marmurze. Patrząc na pracę rzemieślników miałem wrażenie, jakby czas trochę się tu zatrzymał. Wiele z tych technik niemal się nie zmieniło od czasów, gdy przed wiekami powstawały przedmioty dla Dworu Królewskiego. Pogoda była przyjemna – ani za gorąco, ani zbyt wilgotno, jedynie smog i spaliny unoszące się w powietrzu czasem dawały się we znaki.






W Mjanmie mówi się, że zanim chłopak stanie się mężczyzną, musi najpierw zostać mnichem. To krótkie birmańskie przysłowie bardzo wiele wyjaśnia – choćby to, dlaczego w Myanmarze spotyka się tak ogromną liczbę mneichów. Buddyzm zajmuje tu w kulturze miejsce absolutnie wyjątkowe. Pojechaliśmy zobaczyć codzienne życie mnichów podczas porannej procesji po datki w Mahagandayon – największym klasztorze w Birmie, gdzie jednocześnie może mieszkać i uczyć się nawet około tysiąca mnichów. Ubrani w charakterystyczne bordowe szaty przechodzą przez teren klasztoru i okoliczne ulice, zbierając ofiarowane przez wiernych jedzenie. To stara, głęboko zakorzeniona buddyjska tradycja. Szczególnie często można ją zobaczyć w okolicach Mandalaj – grupy mnichów zmierzające po żywność są tam codziennym widokiem. Cała procesja odbywa się w ciszy, z ogromnym spokojem i godnością. To jednocześnie gest wsparcia ze strony lokalnej społeczności. Większość chłopców w Mjanmie spędza przynajmniej część życia w klasztorze, ucząc się zasad buddyzmu.









Mnichów widać tu dosłownie wszędzie. Małych chłopców, młodzieńców, starszych mężczyzn, a także mniszki. W czerwonych, pomarańczowych i bordowych szatach spacerują ulicami, modlą się w świątyniach, czasem krążą między stoiskami na targach.
Do kompleksu świątynnego dotarliśmy przed 10:00 rano, żeby zobaczyć jeden z najważniejszych momentów dnia – ceremonię śniadania. Gdy weszliśmy na dziedziniec klasztoru, naszym oczom ukazały się dwie długie kolumny mnichów ustawionych od najstarszego do najmłodszego. W pełnym skupieniu czekali na dźwięk dzwonu, który miał dać znak rozpoczęcia posiłku. Widok był naprawdę niezwykły. Z wielkich garów rozdawano jedzenie – ryż, owoce, warzywa i drobne słodycze. Jedna po drugiej bordowe sylwetki kierowały się do ogromnej jadalni. Najpierw modlitwa, potem posiłek. Wszystko obserwowałem przez szeroko otwarte drzwi i okna. Klasztor jest otwarty dla każdego – dzięki temu może nie tylko dzielić się swoją wiarą, ale też liczyć na wsparcie ludzi. Nazwiska tych, którzy szczególnie pomogli finansowo, zapisano na płytach ustawionych wzdłuż drogi prowadzącej do jadalni. Dowiedziałem się też, że każdy młody Birmańczyk powinien choć raz w życiu wstąpić do klasztoru i przejść ceremonię wprowadzenia w świat buddyzmu. Tak nakazuje tradycja wywodząca się z życia samego Buddy. Nauka powinna rozpocząć się przed dwudziestym rokiem życia i trwać przynajmniej tydzień. Dla rodziny młodego ucznia to ogromny zaszczyt. Pobyt w klasztorze ma też bardzo praktyczny wymiar – młody Birmańczyk poznaje najważniejsze teksty buddyjskie i wielowiekowe sutry. Uczy się czytać, pisać i liczyć, a w bardziej turystycznych miejscach, takich jak to, może także nauczyć się języka angielskiego. Czas spędzony w klasztorze bywa dla wielu z nich prawdziwą szansą – czasem nawet furtką do lepszej przyszłości.






Po lunchu odwiedziliśmy tekową świątynię – monastyr Shwenandaw. Ma ponad 120 lat i już od pierwszego spojrzenia zachwycał niezwykłą ilością misternych rzeźbień, które pokrywają niemal każdy fragment budowli – zarówno na zewnątrz, jak i wokół ołtarza. A jednak sama świątynia wydaje się zaskakująco skromna. W środku panuje półmrok, a drewniana podłoga skrzypi przy każdym kroku. Byłem tam jedynym zagranicznym turystą. Ludzie przyglądali mi się z ciekawością, ale zaraz potem pojawiały się uśmiechy.












Na koniec odwiedziliśmy Pagodę Kuthodaw, nazywaną „największą księgą świata”. Nazwa nie jest przypadkowa – buddyjskie pisma wyryto tam na 729 marmurowych płytach. Dzień zakończył się pięknym widokiem zachodzącego słońca ze Wzgórza Mandalaj i trudno było o lepsze zwieńczenie tego dnia. Chociaż nie, wpadłem jeszcze na kolacje w hotelowej restauracji gdzie od 2 dni byłem jedynym gościem. Osobliwe to było uczucie siedzieć w pojedynkę jakby na olbrzymiej sali balowej gdzie kelnerzy tylko czekali na jedno moje spojrzenie i zaraz przybiegali pytać czy czegoś mi nie brakuje.






















Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.