Dzień 1 – Bez tłumów, bez chaosu.

Spróbowałem pierwszych lokalnych dań. Birmańskie curry – bardzo tłuste, podawane z ryżem i całą gamą dodatków: warzywa, kiszonki, sosy rybne, chili. Do tego sałatka z fermentowanych liści herbaty z pomidorami i orzeszkami ziemnymi. Smaki intensywne, zupełnie inne niż w Europie. Wiem, że najlepsze jedzenie czeka na ulicznych straganach, ale na to przyjdzie jeszcze czas.

Turystów praktycznie nie ma. Może dwóch Japończyków mignęło mi gdzieś w oddali i to wszystko. Kiedy spaceruję ulicą, ludzie otwarcie się na mnie patrzą. Łysy, biały, wysoki – trudno się nie wyróżniać. Czuję się trochę jak atrakcja turystyczna.

Zachód słońca oglądaliśmy w Shwedagon Pagoda – najświętszej i najbardziej majestatycznej świątyni w kraju. Pokryta szczerym złotem, wysadzana kamieniami szlachetnymi, według wierzeń skrywa relikwie czterech poprzednich Buddów. Ma ponad 2,5 tysiąca lat. Od świtu do nocy wypełniają ją mnisi i wierni. Ludzie obmywają swoje znaki zodiaku – tutaj horoskop zależy od dnia tygodnia, w którym się urodziłeś. Okazało się, że jestem tygrysem z poniedziałku. Pagody całe w złocie, pięknie oświetlone, pełne lokalnych mieszkańców i historii. Tutaj do świętych miejsc wchodzi się boso, bez butów, bez skarpetek. Tak chcą mnisi i nikt z tym nie dyskutuje. Zachodnich turystów wciąż jak na lekarstwo, co – nie ukrywam – jest przyjemne.

Internet działa tu bardzo słabo. Nie mam roamingu, w hotelu jest Wi-Fi, ale bez VPN nie połączyłbym się z WhatsAppem czy Instagramem, mogę co najwyżej ściągnąć maile – trochę jak powrót do innej epoki.

Choć nasze MSZ stanowczo odradza podróże do Mjanmy, cieszę się, że tu przyleciałem. Moje zaprzyjaźnione wietnamskie biuro podróży ma tu swoją filię – gdyby było naprawdę aż tak niebezpiecznie, nie działaliby na miejscu. Oczywiście sytuacja przy granicy z Tajlandią jest niestabilna, zdarzają się starcia zbrojne i działają tam przemytnicze gangi, ale Birma to ogromny kraj. Nie mam zamiaru zapuszczać się tam, gdzie może być groźnie.

Na razie chłonę Rangun. Inny świat. Inne tempo. Inna rzeczywistość. I dopiero pierwszy dzień.

Nieznane's awatar

About saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz