Obudziłem się w nocy, chwilę po drugiej i to nie przez hałas czy komary, tylko przez sen. Nagle przypomniało mi się, że to koniec miesiąca i muszę wysłać wypowiedzenie! Serce zaczęło bić szybciej, jakby to była sprawa życia i śmierci. Zaspany, z półprzymkniętymi oczami, próbowałem ogarnąć maila, szło opornie, bo przez ostatnie dni poczta działała fatalnie, słabe wi-fi, wiadomości, które się nie wysyłały, wszystko się zawieszało. Wkurzałem się coraz bardziej bo traciłem na to mnóstwo czasu, ale w końcu, po którymś podejściu, udało się. Klik. Wysłane. Mogłem znowu zasnąć.
O 8:30 przyjechał kierowca i ruszyliśmy w stronę Baganu. Przed nami prawie 637 kilometrów drogi, Mjanma potrafi być bezkresna. Zatrzymaliśmy się tylko dwa razy – raz na szybkie zdjęcia, drugi raz na lunch. Resztę czasu praktycznie przespałem, tego dnia nie miałem na nic energii. W pewnym momencie zatrzymała nas policja turystyczna do kontroli paszportów, wjeżdżaliśmy do innej prowincji, potem każde kolejne rogatki mijaliśmy już bez zatrzymywania.



Do Baganu dotarliśmy późnym popołudniem, zamiast do hotelu, od razu ruszyliśmy w teren. Chciałem zobaczyć choć część z tych około dwóch tysięcy świątyń, pagód i klasztorów rozsianych po całej równinie.
Bagan to starożytne miasto w centralnej części kraju, kiedyś serce potężnego królestwa. W czasach swojej świetności wzniesiono tu podobno około 13 tysięcy świątyń, stup i klasztorów. Dziś przetrwało około dwóch tysięcy i nawet ta liczba robi wrażenie, kiedy stoisz na płaskiej jak stół ziemi i widzisz, jak ceglane sylwetki wyrastają z kurzu niemal po horyzont.






Budowa świątyń była wyrazem religijnego oddania, ale też ambicji i potęgi władców. Chodziło o coś więcej niż wiarę, o zapisanie się w historii. Większość budowli nie przetrwała wojen, grabieży i trzęsień ziemi – część była drewniana, część zwyczajnie rozsypała się z biegiem czasu, a jednak to, co zostało, wciąż ma w sobie magię.
Dawna stolica Mjanmy przez lata przyciągało podróżników jak magnes. Dziś również, choć w przeszłości władze wojskowe otworzyły region na turystów głównie z powodów ekonomicznych, pieniądze zaczęły płynąć szerokim strumieniem.












Miejsce jest naprawdę niezwykłe, piękne, surowe, monumentalne, tyle że wszechobecny pył daje się we znaki. Kurz był dosłownie wszędzie – na skórze, w ustach, w oczach, towarzyszył mi w każdej sekundzie zwiedzania.
Zwiedzanie świątyń oznaczało jedno – chodzenie boso. Po kilku pierwszych obiektach zrezygnowałem z butów trekkingowych, ciągłe ściąganie i zakładanie zaczęło mnie irytować. Zostałem więc z nimi w ręku i z nagimi stopami na rozgrzanej ziemi, czując pod palcami kurz, piasek i historię tego miejsca.
Zachód słońca oglądany z jednego ze wzgórz był niezapomniany. Niebo zmieniało kolory, pagody ciemniały na tle pomarańczowej poświaty, a wszystko wokół zwalniało.












Większość świątyń pochodzi z XI, XII i XIII wieku. Rozrzucone są po ogromnym obszarze i nie sposób zobaczyć wszystkiego w jeden dzień. Wiedziałem jednak, że chcę przeżyć Bagan w wyjątkowy sposób. Zarezerwowałem lot balonem na następny poranek. Skoro nie zrobiłem tego ani w Kapadocji, ani w Egipcie, to uznałem, że to właśnie tutaj jest ten moment. Wschód słońca nad tysiącami pagód wizytówką regionu.
Wyjazd zaplanowano na 5:20 rano. Skoro postanowiłem już „zwiedzać na bogato”, upewniłem się wcześniej, że lot organizuje doświadczona, certyfikowana załoga. Następny dzień zapowiadał się intensywnie – od bladego świtu do późnego wieczora.

Urzekające miejsce.