Z powodu lotu balonem czekała mnie bardzo wczesna pobudka. Chwilę po piątej byłem już na nogach, jeszcze lekko zaspany, ale podekscytowany niemal jak dzieciak przed wycieczką szkolną. Minibus podjechał pod hotel punktualnie a w środku, ku mojemu zaskoczeniu, oprócz mnie było jeszcze pięciu Polaków – od razu zrobiło się swojsko.
Rodacy powiedzieli mi, że dzień wcześniej lot się nie odbył – oficjalnie z powodu złej pogody. Ja jednak miałem swoje podejrzenia tzn. turystów było niewielu, więc możliwe, że po prostu czekano na skompletowanie grupy, taki balon zabiera 16 osób i dopiero dziś wszystko się „spięło”.









Na miejscu startu panował półmrok, usiedliśmy w małych grupkach, popijając herbatę i kawę, przegryzając krakersy. Mimo zarwanej nocy wszystkim dopisywał humor, w powietrzu czuć było ekscytację, ekipa techniczna rozkładała ogromną czaszę balonu i powoli napełniała ją powietrzem. Patrzyliśmy, jak z bezwładnego materiału rodzi się coś majestatycznego, robiliśmy zdjęcia, śmialiśmy się, ktoś żartował półgłosem.
Zanim tu dotarłem, miałem w głowie pewien obraz. Ciepłe kolory świtu, mgły oplatające podstawy świątyń, niebo pełne balonów i ten charakterystyczny dźwięk palników rozrywający ciszę poranka – wszystko jak z pocztówki…
W końcu usłyszeliśmy komendę: „Wszyscy na pokład”, zajęliśmy miejsca, po cztery osoby w każdej części kosza, krótkie instrukcje dotyczące lądowania, kilka żartów dla rozluźnienia atmosfery i nagle, niemal niezauważalnie, ziemia zaczęła się oddalać a my płynęliśmy.






Ciemność powoli ustępowała miejsca pierwszym promieniom słońca. Nad równiną Bagan unosiła się cisza przerywana jedynie szumem palnika, w pewnym momencie z oddali dobiegły śpiewy mnichów. To był ten moment, kiedy człowiek przestaje robić zdjęcia i po prostu patrzy.
Przyznam, że spodziewałem się większej liczby balonów nad świątyniami, tymczasem byliśmy jedyni. Może to złudzenie, może kwestia kierunku wiatru, ale przez niemal godzinę unosiliśmy się w promieniu kilku kilometrów, podziwiając wschód słońca tylko dla siebie. Nie było zimno, powietrze było przyjemne, słońce delikatnie ogrzewało twarz, a widoki zapierały dech w piersiach.









Lot balonem nad Baganem to doświadczenie, które trudno porównać z czymkolwiek innym. Cisza, ogrom przestrzeni, tysiące pagód wyrastających z ziemi jak ceglane wyspy, nic dziwnego, że uchodzi za jedną z najbardziej spektakularnych atrakcji tego typu na świecie.
Po lądowaniu czekała na nas symboliczna lampka bąbelków, były też pamiątkowe zdjęcia, krótkie rozmowy i wręczenie certyfikatów a potem rozwieziono nas do hoteli. Dopiero wtedy mogłem spokojnie zjeść śniadanie i przygotować się na kolejną dawkę świątyń, pagód i posągów Buddy.
O dziewiątej odebrał mnie przewodnik. Ten dzień dopiero się zaczynał.

Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.