Dzień 5 – Bagan poza świątyniami

Po solidnym, leniwym śniadaniu byłem gotowy na kolejną porcję Buddy i pagód – wiedziałem, że przede mną intensywny dzień. Mój przewodnik przyjechała chwilę po dziewiątej i ruszyliśmy w stronę kolejnych świątyń rozsianych po bezkresnej równinie.

Nie mam pojęcia, ile ich tego dnia zobaczyliśmy – 6 czy może 10? W pewnym momencie zaczęły zlewać się w jedną opowieść z cegły, malowideł i złota. Każda trochę inna, a jednak podobna, te same schody, te same wąskie przejścia, przyjemnych chłód, zapach kurzu i kadzideł, ale mimo tego zmęczenia powtarzalnością, cały Bagan miał w sobie coś hipnotyzującego. To miejsce naprawdę robi wrażenie i trudno przejść obok niego obojętnie.

Nie wróciliśmy od razu do hotelu. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na lunch, a kiedy w końcu dotarłem na miejsce, zamiast paść na łóżko, wskoczyłem do basenu. Najpierw oczywiście upewniłem się dyskretnie, że pływanie jest bezpieczne i nie spotkam tam ani wodnego węża, ani czegoś, co będzie mi się śniło po nocach. Kiedy już wszedłem do wody, poczułem przyjemne ukojenie.

W okolicach miasta odwiedziliśmy wiele rolniczych wiosek. Życie toczyło się tam spokojnie, z dala od głównych dróg i turystycznych tras, proste domy, pola uprawne, dzieci biegające boso, w tych miejscach można było zobaczyć prawdziwą codzienność – tradycyjne techniki pracy, rękodzieło, zwykłe życie bez pośpiechu.

W pamięci szczególnie zapadła mi jedna wioska, nie wiem, czy była „na trasie”, czy trafiliśmy tam przypadkiem, wyglądała autentycznie i akurat odbywało się tam wesele. Zostaliśmy zaproszeni na poczęstunek, zupełnie naturalnie, bez dystansu. mogłem obserwować ceremonię, stroje, sposób, w jaki ludzie się bawili, patrzyłem na ich relacje, gesty, uśmiechy. Zwyczajna życzliwość, szczere zainteresowanie, zagadywanie mnie bez skrępowania, czułem się mile widziany, a nie jak intruz z aparatem. To było jedno z tych doświadczeń, których się nie planuje, a które zostają w głowie na długo.

W Birmie nie spotkałem nachalnych sprzedawców. Owszem, coś proponowali, ale bez presji, bez irytującego nagabywania, raczej z uśmiechem i szacunkiem, było w tym coś bardzo naturalnego i bardzo ludzkiego.

Nieznane's awatar

About saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz