Nieustająco uczę się dystansu i pokory, że lepiej zachować elastyczność i nie przywiązywać się kurczowo do jednego planu i że los czy tzw. siła wyższa w jednej chwili potrafią zmienić każdy scenariusz. Dzięki temu schodzi ze mnie złość i poczucie niesprawiedliwości.
Jedną z trudniejszych rzeczy, których ostatnio uczę się na nowo, jest pokora, która pozwala zrozumieć, że nie nad wszystkim mam kontrolę, że mogę mieć plan, mogę być przekonany, że wiem, dokąd zmierzam, a życie i tak potrafi w jednej chwili przesunąć wszystkie pionki na planszy i nie ma co kurczowo trzymać się własnych scenariuszy.
Zawsze mocno potrzebowałem, aby rzeczy miały sens, żeby niesprawiedliwość została zauważona, aby ktoś nazwał rzeczy po imieniu, aby jeśli zrobiłem wszystko, jak należy, świat odpowiedział na to w równie bardzo logiczny sposób. Kilka dni temu było we mnie sporo złości i poczucia krzywdy, wynikających z prostego przekonania: przecież to nie powinno tak wyglądać.
Dzisiaj tej złości jest dużo mniej, zostało pytanie dlaczego właściwie spodziewałem się, że będzie inaczej?
Zacząłem szukać, czytać, rozmawiać, przyglądać się temu, co dzieje się w organizacjach, kiedy pojedynczy człowiek próbuje ominąć swojego menedżera i pójść wyżej, kiedy przychodzi do dyrektora i mówi: „Moja szefowa jest problemem”. Wydaje się to logiczne, jeśli człowiek na niższym szczeblu nie potrafi rozwiązać problemu, idzie do kogoś wyżej – proste.
Tyle że corpo nie jest rodziną, w której starszy brat wysłucha obu stron i sprawiedliwie rozsądzi spór. Corpo jest systemem, a system przede wszystkim próbuje przetrwać.
Kiedy więc siadam naprzeciwko dyrektora i opowiadam mu o swojej przełożonej, on niekoniecznie myśli o sprawiedliwości, on zaczyna liczyć. Jeśli uzna, że problem leży po mojej stronie to jestem przewrażliwiony, zbyt wymagający, trudny, może po prostu nie pasuję do zespołu i sytuacja robi się dla dyrektora wygodna. Jestem dwa poziomy niżej, jeśli odejdę, problem prawdopodobnie zniknie razem ze mną. Nie trzeba nikogo zwalniać, nie trzeba nikogo szukać, nie trzeba tłumaczyć się zarządowi, nie trzeba nikomu przyznawać, że przez długi czas ktoś niewłaściwy był na niewłaściwym miejscu. Jedna osoba odchodzi i corpo-system może znowu spokojnie funkcjonować.
Ale zakładając, że dyrektor mi uwierzy, że spojrzy na sytuację i pomyśli: cholera, rzeczywiście jest problem, to wtedy dopiero zaczyna się prawdziwy kłopot, bo trzeba coś zrobić z felernym menedżerem, trzeba znaleźć kogoś na jego miejsce, wdrożyć nową osobę, ułożyć zespół od nowa, posprzątać to, co przez ten czas było zaniedbane. A na końcu przyjdzie jeszcze najtrudniejsze wyzwanie, pójść wytłumaczyć dlaczego nikt nie zareagował wcześniej?
I tak właśnie nagle okazuje się, że decyzja o tym, czy uwierzyć jednej osobie, nie jest już tylko decyzją o tym, kto ma rację, staje się decyzją o tym, ile problemów trzeba będzie uruchomić, żeby tę rację udowodnić. A korpo nie działa po to, żeby było sprawiedliwie, działa po to, żeby działać, chronić swoją strukturę, swoje decyzje, swoich ludzi, swoją historię i własne błędy.
Dlatego zastanawiam się czy każdą bitwę muszę stoczyć do końca, czy każdą niesprawiedliwość muszę naprawiać własnymi rękami, może racja nie zawsze jest warta kolejnych miesięcy życia?
Nadal nie wiem, co przyniosą następne tygodnie i chyba nie czuję potrzeby, żeby to wiedzieć. Uczę się zostawiać trochę miejsca na to, czego nie da się zaplanować, by życie miało przestrzeń na własny scenariusz.

Mądre. Chyba powinnam sobie ten wpis wydrukować. Bo choć corpo to nie mój świat, to zadziwiające jak wiele pasuje. I to niezależnie czy postawię się na miejscu Twoim, dyrektora czy twojej menadżerki…
Też nie było moje, znalazłem gdzieś w Internecie i bardzo mi się spodobało