Dzień 2 – Dhaka, miasto, które nie zna ciszy.

Noc w hotelu minęła bez większych niespodzianek. Obudziłem się jednak dość wcześnie, bo od szóstej rano ponownie miało zabraknąć prądu. Wszystko przez naprawę generatora, więc postanowiłem wykorzystać ostatnie chwile z elektrycznością, podładowałem sobie telefon, wziąłem prysznic, ogoliłem się i doprowadziłem do porządku, póki w łazience wciąż świeciło światło. Z perspektywy lat nauczyłem się, że w takich miejscach człowiek szybko uczy się, że nawet zwykłe poranne czynności potrafią wymagać odrobiny planowania.

Na śniadanie ruszyłem już schodami przeciwpożarowymi z siódmego piętra, bo windy oczywiście nie działały. Sam posiłek był całkiem w porządku, choć bez kulinarnych zachwytów. Bufet był obfity, ale postawiłem głównie na owoce i zwykle tosty. Pozostałe dania zawierały ogromne ilości śmietany, a towarzyszące im sosy miały dziwny, mocno octowy posmak a do tego dochodziło zimne mięso – uznałem więc że nie ma sensu ryzykować żołądkowej rewolucji. Później przyszła mi do głowy jeszcze jedna refleksja: być może niektóre potrawy były zimne lub niedostatecznie przygotowane po prostu dlatego, że od rana w hotelowej kuchni nie było prądu.

O Bangladeszu mówi się czasem, że jest spokojniejszym, wschodnim kuzynem Indii, zanurzonym w monsunowym klimacie, położonym u ujścia potężnych rzek, gdzie rozciąga się jedna z największych delt na świecie. To miejsce pełne kontrastów, trochę zapomniane przez masową turystykę, a przez to bardziej intrygujące.

Po odzyskaniu niepodległości można było spodziewać się, że kraj z czasem stanie się popularnym kierunkiem turystycznym – tak się jednak nie stało, a Bangladesz wciąż pozostaje poza głównym szlakiem podróżniczych wypraw. Może to właśnie jest w nim fascynujące, można tu odkrywać wiele niezwykłych miejsc bez tłumów i poczucia, że wszystko zostało już dawno przygotowane pod turystów. Bangladesz ma w sobie coś z miejsca, które nie zabiega o uwagę świata, a mimo to potrafi zaskoczyć każdego, kto zdecyduje się tu przyjechać.

A jest co odkrywać: od pałaców pamiętających czasy Mogołów i imponujących meczetów, przez ciągnące się wzdłuż wybrzeża plaże otoczone palmami, aż po zielone plantacje herbaty i rozległe, tropikalne lasy, w których wciąż żyją tygrysy bengalskie.

Stolica Bangladeszu, niegdyś ważny port Bengalu, dziś jest ogromną, zatłoczoną metropolią, w której życie toczy się w zawrotnym tempie. Znajdziemy tu kolonialne budynki, na których ścianach odcisnęły swoje piętno kolejne pory monsunowe, krzykliwe plakaty filmowe, nabrzeża pełne łodzi i uliczny zgiełk, który trudno pomylić z czymkolwiek innym.

Najbardziej charakterystyczna jest jednak kakofonia dźwięków. Klaksony samochodów, dzwonki riksz, nawoływania sprzedawców i nieustanny szum ulicy tworzą mieszankę, która towarzyszy człowiekowi niemal na każdym kroku. Tutaj cisza wydaje się czymś zupełnie abstrakcyjnym.

Ruch drogowy w Dhace to osobna kategoria szaleństwa. Panuje tu coś, co można nazwać „zorganizowanym chaosem”. Wszyscy jadą, trąbią, przeciskają się między sobą i jakimś cudem docierają do celu. Nie powiedziałbym, że na każdym kroku jest niebezpiecznie, ale podczas jazdy przydałaby się solidna dawka środków uspokajających – zwłaszcza komuś, kto przywykł do europejskich zasad poruszania się po drogach.

Dhaka nie jest miastem stworzonym z myślą o turystach. Nie znajdziemy tu na każdym kroku eleganckich deptaków, uporządkowanych atrakcji ani miejsc, które wyglądają tak, jakby czekały wyłącznie na przyjezdnych. To przede wszystkim miasto, w którym ludzie żyją, pracują, walczą o przestrzeń i próbują przebić się przez codzienny chaos. Jeśli ktoś szuka typowego, turystycznego kierunku z gotowym planem zwiedzania, może poczuć się nieco zagubiony.

Ogromne korki i przeludnienie nadają Dhace niezwykle intensywny rytm. Wszystko dzieje się jednocześnie, a ilość bodźców potrafi na początku przytłoczyć. Co ciekawe, same drogi wcale nie są najgorsze. Problemem jest raczej to, co dzieje się na nich każdego dnia. Samochody, autobusy, skutery, piesi i riksze próbują znaleźć dla siebie choćby odrobinę miejsca. Zasady ruchu wydają się czasem bardziej sugestią niż czymś, czego ktokolwiek zamierza bezwzględnie przestrzegać.

A jednak w tym wszystkim jest pewien rytm. Z czasem człowiek zaczyna dostrzegać, że za pozornym chaosem kryje się sposób funkcjonowania miasta, który dla jego mieszkańców jest po prostu codziennością.

Wrażenie przytłoczenia łagodzą ludzie – przyjaźni, otwarci i ciekawi świata, często chętnie nawiązują kontakt, nawet jeśli dzieli nas język czy zupełnie inne doświadczenia. Właśnie dzięki nim Dhaka staje się czymś więcej niż tylko hałaśliwą metropolią.

Nie sposób też nie zauważyć, że to prawdziwa światowa stolica riksz. Po ulicach kursują ich niezliczone ilości, a kolorowe, bogato zdobione pojazdy tworzą jeden z najbardziej charakterystycznych obrazów miasta. Wśród samochodów, autobusów i pieszych przeciskają się z zadziwiającą wprawą, jakby kierowcy od urodzenia ćwiczyli poruszanie się w tym niekończącym się labiryncie.

Miejskie autobusy to z kolei osobna historia. Większość wygląda tak, jakby miała za sobą kilka dekad wyjątkowo intensywnej eksploatacji. Poobijane, porysowane, zdezelowane, niektóre z brakującymi szybami lub niesprawnym oświetleniem. Patrząc na nie, trudno nie zastanawiać się, ile jeszcze kilometrów są w stanie przejechać. A jednak jeżdżą, przewożąc kolejnych pasażerów i wpisując się w codzienny krajobraz miasta.

Podczas zwiedzania Dhaki szybko zauważyłem, że wyróżniam się z tłumu. Przez cały dzień praktycznie nie spotkałem innych osób o białym kolorze skóry, więc trudno było pozostać niezauważonym. Co chwilę ktoś zerkał w moją stronę, czasem trochę dłużej, niż jestem do tego przyzwyczajony.

Nie były to jednak spojrzenia niechętne czy nieprzyjemne. Przeciwnie, wyczuwałem w nich przede wszystkim zwykłą ludzką ciekawość. Dla wielu osób widok europejskiego turysty w tej części miasta najwyraźniej nie jest czymś codziennym. Początkowo można czuć się z tym trochę dziwnie, ale po chwili człowiek zaczyna podchodzić do tego z dystansem, a nawet z pewnym rozbawieniem.

Najlepsza historia przydarzyła mi się podczas zwiedzania Pałacu Baliati. Zainteresowała się mną miejscowa policja, zagadało mnie kilku mundurowych, chcieli jednego…. Zdjęcia – po prostu chcieli sobie ze mną zrobić fotografię. Nie protestowałem, bo dlaczego miałbym? Bo kto wie, może za jakiś czas spotkam któregoś z tych policjantów na ulicach Wrocławia, jak pędzącego z plecakiem Glovo na plecach.

Unknown's avatar

O saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na Dzień 2 – Dhaka, miasto, które nie zna ciszy.

  1. trollatrolla's avatar trollatrolla pisze:

    czyli robiłeś za „psa bernardyna” . Wiesz taka lokalna atrakcja, z którą wszyscy się fotografują 😀

Dodaj komentarz