Pewien znajomy, który nie jest obywatelem Bangladeszu, powiedział mi kiedyś, że to jego ulubiony kraj na świecie. Nie miał jednak na myśli Dhaki, lecz przede wszystkim tereny wiejskie. Z kolei od innych słyszałem, że Dhaka to jedno z najgorszych zapyziałych miejsc, w jakich można się znaleźć. No cóż, przez najbliższe kilka dni mam okazję przekonać się na własnej skórze, jak jest naprawdę. Tydzień w Bangladeszu nie zrobi ze mnie eksperta, ale przecież nie muszę nim być, żeby podzielić się swoimi wrażeniami.
Na początek – jest gorąco, naprawdę gorąco, a do tego lepko, brudno, głośno i chaotycznie. Klaksony rozbrzmiewają niemal bez przerwy, a po pewnym czasie człowiek ma ochotę zatkać sobie uszy. Od tego nieustannego trąbienia aż napina mi się żyłka w skroni i pomyśleć, że ja dopiero zaczynam!
Na szczęście grupa, z którą podróżuję, jest naprawdę fajna, ludzie ze Stanów Zjednoczonych, Wysp Bahama, Wielkiej Brytanii i Australii. Z jednej strony to świetnie, bo można poznać różne spojrzenia na świat i wymienić się doświadczeniami, z drugiej strony czasami trudno nadążyć za rozmową, zwłaszcza kiedy przy stole spotyka się dwóch Brytyjczyków z Manchesteru i zaczynają rozmawiać swoim lokalnym dialektem.
Jedną z rzeczy, za którymi naprawdę tęsknię jest kawa. W Bangladeszu króluje raczej herbata, a to, co można dostać w przydrożnych kawiarenkach, często przypomina bardziej brudną wodę z rozpuszczonym proszkiem Nescafé niż prawdziwą kawę. Na szczęście dzisiaj dokonałem małego odkrycia: w naszym hotelu stoi prawdziwy ekspres do kawy! Nie zastanawiałem się długo, skorzystałem z okazji i sprawiłem sobie odrobinę przyjemności.
Dzisiaj wsiedliśmy do rozklekotanego, podskakującego na każdej nierówności autokaru i ruszyliśmy zwiedzać okoliczne atrakcje. W drodze do Barisalu miałem okazję przyjrzeć się temu, jak wygląda lokalny ruch drogowy. Powiedzmy sobie szczerze: obowiązują tu zasady, które z europejskiej perspektywy mogą wydawać się co najmniej zaskakujące. W pewnym momencie nasz autokar wyprzedził karetkę jadącą na sygnale i patrzyłem na ten manewr z niedowierzaniem. W Europie taki widok byłby dla mnie czymś nie do pomyślenia, a tutaj najwyraźniej trzeba przyzwyczaić się do zupełnie innej drogowej rzeczywistości.
Jednym z ciekawszych punktów naszej wycieczki były ruiny dawnej osady w Panam City. Dziś oglądamy tam pozostałości minionej świetności, ale niegdyś było to tętniące życiem centrum handlowe. W okresie brytyjskich rządów kolonialnych miejsce przeżyło swój renesans za sprawą zamożnych hinduskich kupców, którzy przebudowali je i przywrócili mu znaczenie jako ośrodkowi handlu tkaninami bawełnianymi.
A współczesny Bangladesz? Cóż, na ulicach syf, kiła i mogiła, wszechobecny bałagan, kurz, hałas i wrażenie, że wszystko dzieje się jednocześnie. Muszę jednak przyznać, że jak dotąd nie widziałem ludzi załatwiających swoje potrzeby fizjologiczne na ulicy, co zdarzało mi się obserwować w Indiach. Zawsze to jakiś plus, choć poprzeczka, przyznaję, nie jest zawieszona szczególnie wysoko.
Jak na razie Dhaka nie rzuciła mnie na kolana. Stolica Bangladeszu nie zachwyciła mnie tak, jak być może oczekiwałem, ale mam przeczucie, że to dopiero początek. Od jutra ma być znacznie intensywniej, więc na ostateczne wnioski jeszcze przyjdzie czas.
Tymczasem mam własny sposób na przetrwanie w tych warunkach – korzystam z prysznica przy każdej nadarzającej się okazji. Jeśli tylko mogę się umyć, to się myję, a kiedy nie ma takiej możliwości, w ruch idzie płyn antybakteryjny. Czasami mam wrażenie, że nie tyle się kąpię, ile nieustannie próbuję odzyskać poczucie świeżości.
Dziś przy okazji przeszła mi przez głowę myśl, szkoda , że nie da się wziąć prysznica na zapas. Jutro czeka nas nocny prom, na pokładzie którego ma się zmieścić około tysiąca pasażerów. Podobno nie będzie tam ani toalet, ani pryszniców – zapowiada się więc ciekawie i niezbyt świeżo.
Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się funkcjonować przez 48 godzin bez porządnego mycia, ale cóż, witaj przygodo!
Podróżowanie do miejsc to przecież nie tylko piękne widoki, klimatyczne uliczki i zdjęcia, które później można wrzucić na bloga – to również konfrontacja z własnymi przyzwyczajeniami, niewygodami i granicami komfortu.
Są też inne, dobre wiadomości z zupełnie innej sfery życia. Po powrocie do Polski czekają na mnie zaproszenia do kolejnego etapu rekrutacji w dwóch firmach. Przyjąłem tę informację z dużą satysfakcją, ale przede wszystkim z nieukrywaną ulgą. Przynajmniej do końca wyjazdu nie muszę już zamartwiać się tym, co będzie dalej. Mogę spokojnie skupić się na podróży, chłonąć nowe doświadczenia, a po powrocie po prostu stawić się na rozmowach kwalifikacyjnych. Czasami dobrze jest odłożyć pewne sprawy na bok i pozwolić sobie po prostu być tu i teraz.
Na koniec jeszcze o tuk-tukach, bo to jeden z tych wynalazków, które uwielbiam bo są fantastyczne! Te niewielkie, otwarte pojazdy to dla mnie jeden z najbardziej charakterystycznych symboli azjatyckiego transportu – to dzięki nim można poczuć miejskie życie z zupełnie innej perspektywy. Nie oddziela człowieka od ulicy szyba samochodu, klimatyzacja ani poczucie, że jest się tylko obserwatorem, jesteś w samym epicentrum tego całego zgiełku.
Oczywiście przejażdżka tuk-tukiem potrafi dostarczyć emocji, których nie powstydziłby się niejeden park rozrywki. Jazda pod prąd, przeciskanie się między samochodami i manewry, które z europejskiego punktu widzenia wyglądają jak proszenie się o kłopoty, są tutaj częścią codziennego krajobrazu, czasami wystarczylo mi kilka minut, żeby serce zaczęło mi bić trochę szybciej, a ja zastanawiał się, czy kierowca na pewno wie, co robi.

O jej! To już wiem, że to nie jest kierunek dla mnie – lubię to czytać co piszesz, ale z perspektywy wygodnej kanapy, przyjemnego chłodu jesieni oraz dostępnej w każdym momencie łazienki z prysznicem.