Włączył mi się wczoraj szwędacz

Wczorajszy dzień nie zapowiadał się jakoś specjalnie. Owszem, od rana miałem dobry humor, ba! Powiedziałbym nawet, że opętańczo dobry, ale był konsekwencją niezapomnianego wieczoru dnia poprzedniego. Wstałem rano, wypiłem łyk mocnej kawy, która szybko postawiła mnie na nogi i do 11 zajmowałem się rzeczami powszednimi.
Niespodziewanie wcześniej z pracy wrócił tato i rzucił hasło, żeby pójść z nim na cmentarz odwiedzić grób dziadka, bo wczoraj były jego imieniny. Była ciepła słoneczna pogoda, nietypowa jak na tę porę roku nie dałem się więc prosić dwa razy.
Z cmentarza pojechaliśmy do miasta, naszym szlakiem browarów piastowskich a przy okazji pogadać jak na ojca z synem przystało.

Przystanek I – pod Złotym Jeleniem (piwo, potrójny Ballentine’s, kilka fajek)

Pani R. od razu zatarła ręce, kiedy nas zobaczyła u progu baru. Jak zwykle, z nie udawaną serdecznością obsłużyła nas, zabawiając przy tym rozmową. Okazało się ze mój tato zrobił postępy w zjednywaniu sobie personelu płci pięknej, jest z nią na ty. Pani R. zapytana czy czasami widuje mnie tutaj w czyimś innym towarzystwie nie jego odparła, że „w ogóle mnie tutaj nie widuje”, uśmiechając się przy tym dwuznacznie. I jak tu jej nie lubić?…
Przy okazji dowiedziałem się, że Sylwester będzie kosztował 220zl od osoby. Za dużo…

Przystanek II – Akropolis (butelka wytrawnego Halkidiki, sola, sałatka grecka, pieczywko, kawa, kilka fajek)

Panowie z restauracji już zaczęli się o nas martwić, że ich nie odwiedzamy. Zapytali nawet czy aby nie jesteśmy na nich o coś źli. Tato, manierycznym tonem przegiętej starej szlory odparł, że „męska część obsługi mogłaby być mniej niedostępna”, co wprowadziło co poniektórych w osłupienie a mnie w niepohamowany rechot. Było trzeba widzieć minę kierownika… niestety na zaszczyt usłyszenia dzień dobry na razie oboje z tatą nie możemy liczyć…
W tzw. międzyczasie zadzwoniła do mnie mamuśka gdyż wróciła do domu i przyuważyła teczkę ojca. Skoro brakowało i mnie szybko dodała 1 + 2 i stwierdziła, że pewnie poszliśmy oboje w długą. Nie podnosiliśmy telefonów, żeby nie wydało się, że ma racje. Oficjalnie wersja po powrocie była taka: ja byłem na uczelni, potem jechałem do znajomych, on wrócił, ale wyszedł na kolację z kontrahentami. Tylko taka wersja wydarzeń zapewniła nam alibi i pozwoliła obojgu wrócić późno wieczorem, w stanie wskazującym na spożycie…

Przystanek III – Cafe Uni (piwo z sokiem, kilka fajek)

Wyładowałem u J., bo spotkanie z K. umówione było dopiero na 17.00.
J. sprzedał mi pomysł na Sylwestra u nich. Cena konkurencyjna i zawiera wszystko: jedzenia plus alkohol. Zacząłem kompletować w myślach ekipę…

Przystanek IV – Mike’s Bar w Hotelu Dorint (piwo z sokiem, paluszki, orzeszki, cipsy, kilka fajek)

K. nigdy wcześniej tam nie była, bardzo jej się podobało, szczególnie atmosfera tego miejsca. Pan P. uśmiechał się do nas, daliśmy wciągnąć się w dyskusję na temat importowanych polskich wódek, nowa dziunia przy mym boku nie robiła tam na nikim wrażenia…i dobrze – będę przychodził tam częściej.
Już któryś z kolei raz w tym miejscu zdarzyło mi się być zaczepionym przez gościa siedzącego obok. Oboje z K. mieliśmy okazję odświeżyć swój angielski. K. trochę się speszyła, kiedy wpadła na jedną ze swych studentek. Okazuje się, że tam pracuje. Ewakuowaliśmy się na najlepszą kawę w mieście…

Przystanek V – Hotel Exbud (kawa, kilka fajek)

Pan B. nie wysłał mnie tym razem do diabła i powstrzymał się od złośliwych komentarzy. Było przyjemnie choć nad głową hałasowali nam jacyś kolarze.
K. przypomniała mi żebym pamiętał, że osoba, z którą chcę dzielić życie, też jest tylko człowiekiem. Że może mieć chwile słabości, że czasem chce być sama, że może chorować, może się mylić, może powiedzieć kilka słów za dużo… Że rozumieć partnera to znaczy także być dla niego wyrozumiałym, starać się go poznać, jak najczęściej z nim rozmawiać. To także dystans do samego siebie, umiejętność patrzenia z dystansem na otaczającą nas rzeczywistość, na inne, nie tylko najbliższe nam osoby…

Przystanek VI – Cofe Planet (piwo z sokiem, kilka fajek)

Natknąłem się na znajomych z nie tak odległych czasów AE. Pod ich wpływem nagle piwo nabrało gorzkiego smaku, papierosy źle się ciągnęły, orzeszki ziemne zaczęły włazić między zęby. Przynudzali jak kiedyś porównując wciąż, kto więcej już wykuł, tyle że teraz narzekali: a że jest źle, że jest niedobrze, że wszystko jest bez sensu, że im się przecież należy, że zasłużyli na lepszy los… Pół godziny samych roszczeń.
Atmosfera stawała się coraz bardziej napięta i nie do wytrzymania. Zauważyłem, że pewne rzeczy są niezmienne no i ta rewia mody rodem z Beverly Hills wciąż trwa…. Wychodząc spotkałem Mareczka i o zgrozo (!!!) powiedziałem mu cześć.

Przystanek VII – Cafe Uni (piwo z sokiem, żubrówka z sokiem, sok, kilka fajek)

Pomysł spędzenia Sylwestra właśnie tutaj coraz bardziej mi się podobał. Oczami wyobraźni widziałem już siebie pląsającego przy barze, na barze, na stole, na krześle, na patio…
Dostałem SMSa ze A z K. idą popląsać do Koguta. Od tego rozmarzania się i mnie udzielił się zabawowy nastrój.

Przystanek VIII – Zielony Kogut (łyk piwa, jedna fajka)

A przedstawiła mi swojego nowego przydupasa. Niestety nie będzie mi dane poznać go lepiej ani bawić się w jego towarzystwie na Andrzejkach czy w Sylwestra.
A. zakomunikowała, że do tego czasu już go porzuci (kiepsko radzi sobie w łóżku, a nadrabia wypchanym portfelem swojego tatusia) a na specjalne okazje ma ragazzo dall’ Italia.

Przez cały dzień chodziła za mną jedna piosenka, którą usłyszałem rano w TV.
Nawet jak wracałem nuciłem ją sobie:

Czy ktoś widział jak biegnie króliczek ulicą
Czy to widział kto…
W naszym mieście szukali króliczka ze świcą
Aż znaleźli go…

Zniknął za rogiem i przepadł jak szyszka
Ale nie płaczmy bo…
Nie o to chodzi by złowić króliczka
Ale by gonić go…

Czy kto widział jak dobrze tej małej w czerwonym
Czy to widział kto…
Kto nie widział niech w oknie podniesie zasłony
A zobaczy ją…

Zniknie za rogiem czerwona spódniczka
Ale nie płaczmy bo…
Nie o to chodzi by złowić króliczka
Ale by gonić go…

Czy wędrował kto drogą co Słońce odchodzi
Czy wędrował kto…
Kto ciekawy zapraszam do starej mej łodzi
A zobaczy to…

Zniknie za wodą twarz fantastyczna
Ale nie płaczmy bo…
Nie o to chodzi by złowić króliczka
Ale by gonić go…

Czy kto widział jak biegnie króliczek ulicą…

Nieznane's awatar

About saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Brak kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 Response to Włączył mi się wczoraj szwędacz

  1. Nieznane's awatar m pisze:

    hahahahahaha, ty to masz zdrowie kochany.to kiedy waldencjusz zabiera mnei ze soba?:) ty, ja i pan tata..hehehe

Dodaj komentarz