W moim magicznym domu jest zwyczaj wkładania do kubła worków na śmieci.
Czasami, kiedy worki się kończą używamy zbędnych reklamówek po zakupach w marketach.
Mama wyszła dziś do pracy bardzo wcześnie rano. Jak zwykle przed wyjściem zajrzała do szafki czy są może jakieś śmieci do wyrzucenia. Były. Zmieniła worek a pełną reklamówkę ze śmieciami postawiła sobie przy drzwiach wyjściowych żeby o niej nie zapomnieć wychodząc.
Wyelegantowana, wytapetowana, wypachniona z torebeczka pod pachą pożegnała się i wyszła.
Moja mama jedzie do pracy prawie 40 minut, zwykle dwoma a czasem i trzema środkami komunikacji. Dopiero jak dochodziła do progu szkoły zorientowała się, że nadal targa ze sobą worek ze śmieciami, który zapomniała wrzucić do kubła przed domem…
Wczoraj wróciłem z tournee, odwiedziłem Warszawę, Poznań, a nawet Pudliszki i Kotlin.
Wparowałem do domu około 16.00 gdy nagle tato rzucił hasło żebyśmy pojechali razem do miasta podpisać listę obecności pod Złotym Jeleniem a potem w Akropolis.
Jednocześnie zacząłem szybciej się rozpakowywać, układać rzeczy na półce w szafkach, prysznicować, golić, przebierać w bardziej wyjściowe ciuchy, segregować rzeczy czyste i brudne, chaotycznie przekładać kosmetyki z kosmetyczki, rozkładać szampony, toniki i inne akcesoria. Wychodząc przerzuciłem jeszcze szybko zawartość kieszeni kurtki do płaszcza, wrzuciłem brudne skarpety do pralki i zdążyłem jeszcze krzyknąć że wrócę późno.
O 20.30 poraz drugi tego samego wieczoru wróciłem do Akropolis, tym razem jednak w towarzystwie K., zależało nam żeby dostać miejsce gdzieś przy stoliku obsługiwanym przez pana Karola. Kelner przyszedł odebrać nasze płaszcze. Zanim zdjąłem swój, zacząłem wyciągać z kieszeni różne potrzebne mi przedmioty, bez których nie mógłbym obyć się siedząc w restauracji: portfel, papierosy, zapalniczka, telefon…Nagle spostrzegłem, że na stole położyłem swoja szczoteczkę do zębów. Zupełnie nie wiedziałem skąd się tam wzięła, chyba przypadkiem włożyłem ją do płaszcza, gdy śpieszyłem się wychodząc z domu z tatą, a w łazience przy zlewie musiałem zostawić swoje pióro.
Kelner był mocno zaskoczony. Ja skretyniałem.
Sytuację uratowała K. – „O! A to chyba znaczy ze dziś śpimy razem u mnie…?”
